środa, 11 października 2017

NG rozdział 39

hejo, w końcu udało mi się dokończyć kolejny rozdział, więc od razu go dodaję :-) 

"W nienawiści jest strach"

                 Goethe

zapraszam do czytania:




            Od rana cała Konoha pulsowała podekscytowaniem. Drzwi mojego gabinetu niemal się nie zamykały, co chwila ktoś po coś wpadał, coś chciał, na coś miałem wyrazić zgodę. Oczywiście, byli też i tacy, co przyszli ze skargami i zażaleniami, że Shan przeszkadza, że utrudnia, że on i Mei rozrabiają, a nie przygotowują festyn.  Wiedziałem, że tak zawsze musi być – zawsze musiał znaleźć się ktoś, kto będzie niezadowolony, cokolwiek by się nie zrobiło.
            Za każdym razem, gdy wyglądałem przez okno, widziałem klony moich własnych dzieci i Shana, biegające tu i tam, wieszające ozdoby, robiące coś. Razem z nimi dostrzegłem też wszystkich członków Nowej Generacji, oprócz Nihata. Dzieciaki uwijały się szybko, Lala i Oksu używały swoich mocy, by wieszać lampiony na linkach między budynkami. Shan zdawał się dowodzić wszystkim i dyrygować innym, gaszony co jakiś czas przez Mei. Wydawało się, że są szczęśliwi i sprawia im to przyjemność.
            A mi przyjemność sprawiało obserwowanie ich przez okno mojego gabinetu. Nic nie cieszyło mnie bardziej niż fakt, że jakoś się dogadali i potrafili współpracować. Od przyszłego tygodnia mieliśmy zacząć treningi i chciałem, by miedzy nimi wszystkimi zawiązały się jakieś nicie przyjaźni, by Mei dogadała się z Lalą, by Nihat przestał się dąsać, by Oksu nieco się otworzyła dla innych.
            Plan treningu dopiero się tworzył, właśnie nad nim siedziałem, z małymi przerwami na rozmaite sprawy wioski. Czekałem też na wsparcie w tym temacie, bo nigdy nie byłem za dobry w takich rzeczach.
            Sasuke zjawił się w moim gabinecie niedługo po porze drugiego śniadania. Wyglądał na lekko niezadowolonego, gdy opadł na kanapę dla gości. Ban podał mu herbatę, a ja przysiadłem naprzeciw przyjaciela.
            - Zamieszanie, prawda? – zaśmiałem się, gdy rzucił mi poirytowane spojrzenie. Wyrwał mi z ręki papiery dotyczące dzieciaków i spojrzał na nie.
            - Zamieszanie! – prychnął. – Shan dla zabawy tak obwiesił w nocy cały dom jakimiś papierowymi duperelami i lampionami, że cały ranek z Sakurą je zdejmowaliśmy! Użył pieczęci i nie można ich było oderwać od ściany!
            Zaśmiałem się jeszcze głośniej, ocierając kącik oka, w którym zebrała się łza rozbawienia. Ten chłopak nigdy nie przestawał zaskakiwać!
            - Chcesz, by Junichi brał udział  tych treningach? – zdziwił się Sasuke, zerkając na mnie znad czytanych notatek. Nie było tam jeszcze konkretnego planu, tylko moje propozycje. Sasuke miał mi pomóc sensownie to ogarnąć.
            - Oczywiście, to najwyższy czas, by zacząć go trenować! Jeśli mój syn jest w stanie w wieku pięciu lat stworzyć Kulę Szukającą Prawdy, podejrzewam, że jego moc będzie tylko rosnąć i rosnąć. Nie chcę sobie nawet wyobrażać co będzie, gdy będzie w wieku starszego rodzeństwa. W takim wypadku im szybciej nauczy się dyscypliny, im szybciej nauczymy go, jak ma postępować, tym szybciej będzie mógł nad nią zapanować, okiełznać ją.
            - To będzie trudny trening – powiedział Uchiha, odgarniając włosy do tyłu. – Szczerze mówiąc, nie wiem, od czego zacząć. Oni nie są shinobi, prawdopodobnie nigdy nimi nie będą. Nie widzę sensu, by uczyć ich ninujutsu, nie będą go przecież używać. Wiem, że ty Mayę nauczyłeś tego czy owego, ale czy ona z tego korzysta? Nie czuje takiej potrzeby, prawda?
            Skinąłem głową.
            - Czasem używa, ale rzadko do walki. Częściej posługuje się swoją mocą. Czego właściwie mogłaby się nauczyć, technik ognia? Po co, skoro pstryknie palcami, nawet nie, wystarczy jej myśl, by ogień robił co chciała. Po cholerę jej do tego ninjutsu?
            Sasuke uśmiechnął się półgębkiem.
            - Starzejemy się, co? – zapytał. Parsknąłem.
            - Nie wiem jak ty, Uchiha, ale ja nie mam zamiaru tak łatwo oddać pałeczki nowemu pokoleniu – powiedziałem. Czy mi się zdawało, czy w jednym oku Sasuke na ułamek sekundy błysnął rinnegan, kiedy usłyszał moje słowa?

            Shan siedział na stołku w cieniu rozległej parasolki, popijając chłodny napój. Przy stoliku dookoła rozsiadła się reszta przyjaciół. Było gorąco jak cholera, więc zrobili sobie przerwę na posiłek i picie. Lala flirtowała z jakimiś kolesiami, siedzącymi przy stoliku obok. Oksu, ku zdumieniu Shana, w tym czasie pomagała Faraonowi i jego bandzie rozdzielić między siebie podane im jedzenie. Mei, Mintao i Maya rozmawiali, gdzie jeszcze trzeba co powiesić i które uliczki można pominąć bo tam raczej nikt nie pójdzie.
            Shan uśmiechnął się do siebie, rozkładając wygodnie w krześle. Chwilę przyglądał się spokojnym ruchom Oksu, jej płynnym gestom, kiedy trzy kawałki ciasta z wiśniami uniosły się pod wpływem skinienia jej ręki i same nałożyły na talerze rozpromienionych i zachwyconych dzieciaków. Oksu bardzo im dziś pomagała, będąc trochę na uboczu, ale mimo wszystko bardzo sprawnie działając. Dzięki niej lampiony same szybowały w górę, przyczepiając się do przygotowanych wcześniej haczyków. Potrafiła także wylewitować w górę jego albo Mintao, kiedy trzeba było coś powiesić bądź doczepić. Lala także była przydatna. Mogła w każdej chwili stworzyć wygodne schody czy drabiny, które same wyrastały z podłoża, a potem w nim ginęły.
            Shan przyzwyczajony był do dziwnych zjawisk z powodu mocy Mei i Mintao, z którymi przecież od lat był w drużynie. To po prostu było takie fajne, gdy Oksu powoli podnosiła rękę, a stos lampionów sam frunął w powietrze, delikatnie, ostrożnie, niczym liście niesione wiatrem. Nawet tłum ludzi dookoła zatrzymywał się i każdy wznosił głowę, by na to popatrzeć. Dzieciaki biły brawo jakby myślały, że to przedstawienie. A kiedy Oksu uśmiechnęła się do nich, w końcu wyglądała jak normalna dziewczyna.
            - Twój dar, Oksu – odezwał się do niej, gdy dziewczyna opadła na krzesło, biorąc do ręki talerzyk z ciastem – sprawił dziś wiele frajdy wszystkim dzieciakom dookoła.
            Dziewczyna spojrzała na niego. Jej oczy w kolorze ciemnego miodu, jeszcze nie brązowe, ale mimo wszystko za ciemne by mógł nazwać je miodowymi, podniosły się na niego znad talerzyka ciasta.
            - Tak? – spytała cicho dziewczyna.
            - Nie zauważyłaś, wszyscy bili ci brawo – odpowiedział. – Nawet mi sprawiło frajdę obserwowanie cię.
            Blade policzki Oksu zyskały trochę koloru, a Shan przełknął ślinę. Wyciągnął rękę i ujął swoją szklankę, a potem napił się. Zimny napój nieco go ochłodził w ten skwarny dzień. Nie miał pojęcia, jak dziewczyna wytrzymuje w tej czarnej bluzce na długi rękaw.
            - Shan! – odezwała się nagle Mei, wyrywając go z zamyślenia. Zerknął na przyjaciółkę. – Powinniśmy kończyć tę przerwę i wracać do pracy. Nikt nie chce wieszać tych dekoracji do wieczora.
            Chwilę jej się przyglądał, a potem przytaknął i jednym łykiem skończył swoją szklankę.
            - Racja, trzeba się zabrać za robotę, bo nam Lord Hokage złoi skóry! – zawołał, wstając. Zaśmiał się, spoglądając na wszystkich. Każdy już skończył swoje jedzenie i picie, ekipa była zadowolona i gotowa do pracy. Faraon natychmiast poderwał się na nogi, wyrzucając pięść w górę. Gruszka i Piętka westchnęli jednocześnie.
            - Tak, bierzmy się do roboty! – zawołał głośno Faraon. Gdzieś blisko świsnął potężny piorun, a przez całą okolicę przetoczył się grzmot. Faraon skulił się. – Ups!
            Wszyscy zaczęli się śmiać, nawet Oksu lekko się uśmiechnęła. Shan wyszczerzył szeroko zęby, zakładając ręce za głowę. Cała ekipa podniosła się ze swoich krzeseł i wszyscy razem ruszyli do dalszej pracy.

            Był sobotni wieczór. Siedziałem na łóżku w naszej sypialni, ubrany w pomarańczowo-czarną yukatę, czekając na moją żonę. Hinata coś tam robiła w łazience, a mój młodszy synek biegał sobie na tarasie, bawiąc się.
            Mój plan się powiódł, a dzieciaki spisały się na medal. Choć z licznych plotek słyszałem, że w bólach i trudach, ale w końcu udało im się zorganizować festyn i teraz cała Konoha szykowała się na dobrą zabawę. Podobno najgorzej miała Mei, bo Nihat nie chciał z nią współpracować i pomagać przy pracy, ale nie zauważyłem póki co, by moja córka na coś narzekała.
            - Już jestem gotowa – usłyszałem Hinatę, wychodzącą z łazienki, więc otrząsnąłem się z zamyślenia.
            Moja żona miała na sobie yukatę w barwach klanu Hyuuga, jak na spadkobierczynię przystało. Włosy spięła do góry, odsłaniając gładką szyję, a usta pomalowała na czerwono. Przełknąłem ślinę. Tak naprawdę, to w tej chwili nie miałem ochoty nigdzie wychodzić.
            - Wszystko w porządku, Naruto? – zapytała dziwnym tonem Hinata, a ja skinąłem głową. Rzadko widziałam ją taką wystrojoną, raczej tylko gdy gdzieś wychodziliśmy, a to nie zdarzało się przecież często.
            - Jasne – powiedziałem, podrywając się z miejsca. – Junichi, wychodzimy!
            Synek wpadł do sypialni, prawie potykając się o próg. Hinata złapała go na ręce, śmiejąc się i we troje wyszliśmy na korytarz. Tam natknęliśmy się na Mei. Moja córka ubrana była podobnie jak mama, w jasne kolory i delikatne kwiaty. Wpadającą jej zwykle do oczu grzywkę podpięła spinką z kwiatem wiśni. Wyglądała, no cóż, ślicznie.
            - Pięknie – pochwaliła Hinata, a Mei, jak to Mei, jedynie wzruszyła ramionami.
            - Nie lubię chodzić w yukacie – powiedziała, poprawiając się tu i tam. – Wolę spodnie.
            - Mei! – zawołała Hinata z lekkim wyrzutem, kręcąc głową, a ja zaśmiałem się. Wiedziałem, o co chodzi mojej żonie, na tym festynie miała być cała wioska, i klan Hyuuga i ważne osobistości pewnie też przyczłapią i nasza rodzina powinna się „godnie” prezentować. Ja jakoś szczególnie o to nie dbałem, ale w końcu Hinata pochodziła z domu z tradycjami. Chciała wpoić je też i naszym dzieciom. Nawet ja wiedziałem, że takie rzeczy mają znaczenie.
            - A gdzie twój brat? – spytałem, by odciągnąć obie moje piękności od kłótni.
            - Z Mayą – powiedziała moja córka. – Też już są gotowi, niedługo wychodzą.
            Jedynie skinąłem głową. Może i bym się martwił, czy mój syn niczego nie wywinie, gdybym nie wiedział, że w przypadku Mayi w grę nie wchodzi nic więcej, niż delikatne pocałunki. Maya była zbyt niestabilna, nie potrafiła panować nad swoją mocą, więc nie było mowy, by ta dwójka posunęła się dalej.
            Mei rzuciła mi kpiące spojrzenie, które chyba było spojrzeniem przekazywanym od brata. Wzruszyłem ramionami. Czasem miałem dość pilnowania każdej swojej myśli. Też miałem kiedyś siedemnaście lat i jeszcze trochę pamiętałem, jak to jest.
            Wyszliśmy z domu. Konoha rozświetlona była milionami świateł. Wyglądała przepięknie, niemal zapierała dech w piersiach. Podobało mi się, że jest tak radośnie i spokojnie, że już z daleka słychać muzykę i wesołe śmiechy i że wszystkich czeka dobra zabawa. Chciałem, by obecność psychotroników w naszej wiosce kojarzyła się dobrze, by zmazać wspomnienie Mayi, palącej szpital w napadzie szału. Te dzieciaki nie zasługiwały na takie traktowanie, połowa z nich przypominała mi Gaarę z dawnych czasów.
            Idąc w stronę głównej ulicy wioski spotkaliśmy wielu znajomych. Witałem się ze wszystkimi uprzejmie, niosąc synka na barana jak zawsze, bo mały w połowie drogi zachciał na ręce do mnie. Junichi, ubrany w pomarańczowe spodenki i zieloną koszulkę, śmiał się radośnie, podziwiając dekoracje. Cała wioska obwieszona była lśniącymi lampionami i rozmaitymi, papierowymi, kolorowymi ozdobami. Niektórzy ludzie przyozdobili też swoje domy i byłem pewien, że z własnej woli, a nie za sprawą Shana. Im bliżej centrum, tym głośniej słychać było muzykę i śmiechy, odgłosy zabawy i wesołe krzyki. Wydawało się, że wiosce potrzeba było zabawy. Ja sam miałem ochotę rozerwać się troszkę i przez chwilę nie myśleć o wszystkich problemach, związanych z Cho-No-Ryoku-Sha.
            Niedaleko ulicy głównej spotkaliśmy Uchihów. Sasuke i Sakurę, oraz, ku mojemu zdziwieniu, towarzyszącą im Sharonę oraz Shimamurę. Na widok młodej panny Uchiha, ubranej w czerwoną yukatę, aż uniosłem brew. Nie wiedziałem, że Sakura pozwoliła jej już opuścić szpital, choć słyszałem, że miała ją wypisać. Nie miałem też pojęcia, że dziewczyna miałaby ochotę wyjść gdziekolwiek. Stojący obok niej Shimamura zdawał się trzymać blisko niej, a daleko od jej ojca. Sasuke rzucał mu groźne spojrzenia, mając cały czas chłopaka na oku. Sakura, mimo pięknego, jasnoróżowego stroju i makijażu, wydawała się zmęczona.
            - Witajcie! – zawołałem, kiedy się zbliżyliśmy. – Shar, świetnie cię widzieć.
            Dziewczyna spojrzała na mnie, a potem skinęła głową.
            - Witaj, mistrzu – powiedziała cichym głosem. Sasuke jedynie skinął głową, zimny w obejściu jak zawsze. Hinata i Sakura przywitały się pocałunkami w policzki.
            - Fujku Sasuke! – zawołał natychmiast Junichi. – Wszyscy mają bąbelki!
            - Cokolwiek to znaczy – powiedziałem, ściągając wyrywającego się syna z ramion. Mały natychmiast podbiegł do Sasuke i uwiesił mu się na ramieniu. Sasuke obrzucił go uważnym spojrzeniem czerwonego i fioletowego oka, a potem spojrzał na mnie i wzruszył ramionami. Widać on również niczego nie zauważył.
            Ruszyliśmy dalej, Hinata i Sakura zaczęły sobie o czymś rozmawiać, a idąca obok Mei przysłuchiwała im się. Sasuke walczył z Junichim, a ja zadowolony i szczęśliwy, oglądałem wszystkie światła i dekoracje dookoła. Sharona i Shimamura odłączyli się po drodze, zainteresowani jakimś konkursem czy atrakcją.
            Całą Nową Generację znaleźliśmy niedaleko Ichiraku. Shan wiódł wśród znajomych prym, gwałtownie gestykulując i śmiejąc się. Ubrany w granatową yukatę z herbem Uchiha na plecach wyglądał zupełnie jak Sasuke w jego wieku, był tego samego wzrostu. Ale gdy tylko ku nam się obrócił, jego oczy rozbłysły radością jakiej nigdy u Sasuke nie widziałem, jaką dostrzegałem tylko w lustrze.
            Byli już tam też Mintao i Maya. Trzymali się za ręce, moja uczennica uśmiechała się delikatnie, a syn promieniał dumą, zadowolony z pracy, którą dobrze wykonali.
            Podeszliśmy do nich.
            - No proszę – powiedziałem, wiodąc wzrokiem po ich roześmianych twarzach. Lala wyglądała w yukacie tak, że lepiej było nie zatrzymywać na niej wzroku. Ku mojemu zdumieniu, Oksu też wdziała ten strój, choć wyglądała raczej na zagubioną. Faraon, Piętka i Gruszka ganiali dookoła, więc Junichi natychmiast do nich dołączył, a oni przyjęli go z radością. – Spisaliście się na medal, moi drodzy. Ogromne gratulacje! Nie spodziewałem się, że coś z tego wyjdzie. Shan, brawo!
            - No ba! Jestem mistrzem w imprezowaniu! – Uchiha wypiął dumnie pierś, ale zaraz jęknął, gdy łokieć Mei wbił mu się w okolice przepony.
            - To zasługa nas wszystkich! – oznajmiła moja córka. – Nie tylko on pracował!
            - Oczywiście – przytaknąłem, śmiejąc się, gdy Shan pomasował się w miejscu uderzenia.
            - To bolało – powiedział do mojej córki, a ona prychnęła, splatając ręce na piersi. Większość z nas zaśmiała się serdecznie. Mintao wywrócił oczami, Lala zaś został zaczepiona przez jakichś ninja z naszej wioski i oddaliła się na kilka kroków. Ogarnąłem ramieniem Hinatę.
            - Zasłużyliście na ten wieczór – powiedziałem do dzieciaków. – Bawcie się dobrze, moi drodzy. A my… - spojrzałem na Sasuke. – Chyba idziemy gdzieś na sake, nie?
            - Chociaż raz mówisz do rzeczy – odpowiedział Uchiha, wywołując śmiech naszych żon. No cóż, nawet Sasuke ma czasem dobry humor.
            - Dzieciaki! – zawołałem do Junichiego i bandy Faraona. Gdy spojrzeli na mnie, skinąłem na nich głową. – Chodźcie, idziemy coś zjeść!
            Jeszcze raz zadowolony skinąłem starszym dzieciom głową, a potem ja, Hinata, Sasuke i Sakura zgarnęliśmy mniejsze pociechy, by udać się gdzieś, gdzie można siąść, zjeść i coś wypić. Zapowiadał się całkiem miły wieczór.

            Mei rozejrzała się dookoła. Tata i mama właśnie odchodzili w kierunku jednej z knajp w towarzystwie cioci Sakury i wujka Sasuke. Junichi i trójka małych rozrabiaków biegali wokół nich, roześmiani, szczęśliwi. Ta zielonowłosa małpa już podrywała trzech chuuninów z ich wioski, wdzięcząc się jak nienormalna, a oni nabierali się na wszystkie jej sztuczki. Mintao i Maya wzięli się za ręce i odeszli w stronę straganów z rozmaitymi grami. Chcieli wyjść na randkę i wiedziała, że od rana obojgu z nich ten wieczór chodził po głowie. Chcieli się bawić, wygrać żałosnego pluszowego misia, zatańczyć pod sceną, zjeść okazjonalne słodycze.
            Zrobiła krok w stronę Shana, ale zatrzymała się, bo Shan podszedł do Oksu i zagadnął do niej, a ku zdumieniu Mei, Oksu odpowiedziała. Myśli przyjaciela były dziwne. Zauważyła jego podejrzane zachowanie względem brązowowłosej, zdawał się zwracać na nią dziwną uwagę, jednak robił to inaczej niż zazwyczaj. Shan zawsze miał dziewczyny dookoła siebie za nic, były tylko kolejnymi zdobyczami. W dodatku Oksu nie przeszkadzała rozmowa z nim. Ta dziewczyna bała się nawet Mintao, a przecież jej brat był po tysiąckroć lepszy i porządniejszy od Uchihy, a jednak dziewczyna nie miała ochoty uciec, gdy Uchiha zaproponował, że ją oprowadzi.
            Tylko… co w takim razie ona miała ze sobą zrobić, jeśli Shan pójdzie gdzieś z Oksu?
            Może chodź z nami…? Odezwał się Mintao, ale przegnała go tak ostro, że chyba poczuł ból, bo syknął. Nie potrzebowała, żeby Mintao się nad nią litował! Nie potrzebowała niczyjej litości! Potrafiła zająć się sobą, zawsze i wszędzie!
            Obróciła się gwałtownie, ściągając tę cholerną spinkę z włosów i cisnęła ją pod nogi. Nie była taką dziewczyną, nie potrzebowała kolorowych ozdóbek, spineczek i tych śmiesznych ciuchów. Zamaszystym krokiem ruszyła w przeciwnym kierunku do reszty, byleby znaleźć się jak najdalej od tego cyrku. W tym momencie Mei by po prostu coś rozwaliła, na to miała ochotę. Iść sobie stąd i wyżyć się rasenganem na czymś, co się pod jego wpływem epicko rozpiździ. O tak!
            Skręciła gwałtownie w jedną z wąskich, nieprzystrojonych uliczek, mając zamiar skrótem przemknąć się do domu i przebrać w spodnie, w których z całą pewnością będzie jej wygodniej. Zrobiła jednak zaledwie dwa kroki i z impetem na coś wpadła.
            Nie zdążyła właściwie pomyśleć, co się stało, poczuła tylko jak się odbija i prawie upadła, ale nagle została złapana w talii i za ramię. Spojrzała lekko w górę. Zielone oczy patrzyły na nią z rozbawieniem.
            - Tak, wiem, nie słyszysz mnie. Przepraszam – powiedział Nihat, a kpiący uśmieszek zakwitł na jego twarzy. Zapewne miał ją za niezdarę, bo znów na niego wpadła nie patrząc, gdzie lezie.
            Nagle sobie zdała sprawę, że jest nieco za blisko chłopaka, w dodatku ten wciąż obejmuje ją w pasie. Zebrała w sobie siłę i odepchnęła go mocno, wyplątując się z objęć. Stanęła prosto, patrząc mu hardo w oczy. Jak zwykle w jego obecności, jej umysł ogarnął nadnaturalny spokój, zapewne chłopak otoczył ich jedną ze swoich tarcz.
            Nihat cofnął się o mały krok, ale uśmieszek nie opuścił jego twarzy.
            - Co ty tu robisz?! – naskoczyła na niego. Chłopak ubrany był w czarną jak noc yukatę, ozdobioną jaśniejszymi wzorkami, co wyraźnie pokazywało, że jak wszyscy przyszedł na festyn.
            Nihat uniósł jedną brew.
            - Wydawało mi się, że wstęp jest wolny – odparł.
            - Ale nie pomogłeś nam przy robieniu wszystkiego, jedynie zespół załatwiłeś! – zarzuciła mu, a on westchnął.
            - Mei – powiedział, chyba pierwszy raz wypowiadając głośno jej imię. I chyba to ją powstrzymało przed wyżywaniem się na nim i wyładowaniem na nim swojej złości. Zamarła w szoku. – W przeciwieństwie do ciebie i pozostałej reszty, byłem w pracy, by mieć za co zjeść i czym zapłacić za mieszkanie. Nie mogło mnie z wami być.
            Zawahała się, ale tylko na chwilę, bo przecież nie na darmo nazywała się Uzumaki i niczego się nie bała!
            - Myślałam, że nie chciałeś nam pomagać – powiedziała, a mimowolne oskarżenie zabrzmiało w tych słowach. Nihat uśmiechnął się lekko, ale już nie kpiąco. A może kpiąco, bo zaraz prychnął.
            - Nie powiem, że nie uznałem tego pomysłu za durny wymysł twojego ojca, ale gdybym mógł, może i bym zajrzał na chwilę, żeby nie zostawiać cię z tym samej. Jednak nie chcę żyć na czyjś koszt, sam potrafię o siebie zadbać, dlatego nie przyjąłem oferty Hokage i nie zamieszkałem z resztą zgrai. Rozumiesz to?
            Pokiwała głową, lekko zagryzając dolną wargę. Nie pomalowała ust jak mama czy ciocia Sakura, nigdy się nie malowała.
            - Rozumiem – powiedziała, już całkowicie uspokojona. Nie miała pojęcia, czy kłamał czy nie, nie mogła przecież zajrzeć do jego głowy, usłyszeć, sprawdzić, co myśli, co czuje. Już było jej wszystko jedno – on szedł na festyn bawić się jak wszyscy, ona zmierzała do domu. Za chwilę się rozejdą, cały festyn się skończy i pójdzie w niepamięć i już nie będzie miało znaczenia, czy Nihat pomógł im czy nie, bo będą inne sprawy, będą walki, będą misje i obowiązki. Właściwie nawet nie wiedziała, dlaczego się tak wściekała. Przecież ona też zawsze radziła sobie sama, więc dokładnie go rozumiała. No niby był Shan i byli wszyscy inni dookoła, ale ostatecznie i tak zostawała sama, tak jak dziś.
            Nihat kiwnął głową, słysząc cicho wypowiedziane przez nią słowo.
            - Skoro w końcu doszliśmy do jakiegoś porozumienia, to jeśli nie masz może jakichś planów, to może… może chciałabyś iść ze mną na ramen?
            Teraz to jej brwi uniosły się w górę w niemym zdziwieniu. Nihat patrzył na nią, ale już nie kpiąco uśmiechnięty, tylko poważny.
            - Na ramen? – powtórzyła głupio. Chłopak zawahał się.
            - Twój ojciec całą drogę do Konohy opowiadał o ramenie z baru Ichiraku. Pomyślałem, że może warto go spróbować. – Nihat niedbale wzruszył ramionami, a potem znów spojrzał jej w oczy. – To jak?
            - No cóż – odpowiedziała, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. – Akurat tak się składa, że nie mam „jakichś planów”. Może być ramen…

            Shan nigdy nie był szczególnie romantycznym człowiekiem, ale musiał przyznać, że Konoha podczas festynu wyglądała jak z bajki. Nic dziwnego, że Lord Hokage ich pochwalił, a jego ojciec nawet się nie odezwał. Nie było do czego się przyczepić, wszystko wyglądało perfekcyjnie.
            Obeszli sobie z Oksu wszystko dookoła, oglądając jak mieszkańcy Konohy bawią się, tańczą i biorą udział w różnych konkursach. Raz czy dwa mignęli mu przed oczami Mintao i Mayeczka, widział też ojca w jednej z knajp, jak pił z Lordem Hokage, w towarzystwie matki i cioci Hinaty. Oni też zdawali się dobrze bawić.
            Oksu niewiele się odzywała, ale zdawała się być rozluźniona i spokojna. Zamienili w sumie niewiele słów, ale dziwnym trafem nie przeszkadzało mu to ani trochę. Nastrój jakoś nie sprzyjał bezsensownemu paplaniu. Oksu nie była też głupią dziewczynką, która zareagowałaby na bezsensowne słowa.
            W końcu przeszli główną ulicą aż do samego końca, gdzie na placu przed siedzibą Hokage ustawiona była scena dla muzyków. Tam zatrzymali się w pewnej odległości od bawiącego się tłumu.
            Shan spojrzał na Oksu, która z miną prawie graniczącą z powagą przypatrywała się tańczącemu tłumowi. Nie spięła włosów jak większość kobiet i domyślił się, że stanowiły one kurtynę, za którą mogłaby ukryć twarz, gdyby poczuła taką potrzebę.
            - Jest jeszcze jedno miejsce, które trzeba koniecznie zobaczyć tej nocy – powiedział. Właściwie, nie planował jej nigdzie zabierać, ale pomyślał, że mogłoby jej się spodobać to, co chciał jej pokazać. Gdy na niego zerknęła, kiwnął na bok głową, by odeszli gdzieś, gdzie będzie ciszej.
            Oddalili się od muzyki i bystrych świateł, idąc ścieżką na tyły siedziby Hokage. Oksu rozejrzała się niespokojnie, gdy Shan przystanął.
            - Gdzie właściwie idziemy? – spytała cicho dziewczyna. – Tu nie ma zabawy…
            - Nie martw się, Oksu. Mogłabyś miotnąć mną przez całą wioskę, wystarczyłaby ci do tego jedna myśl. – Popatrzył jej w oczy, gdy się nie odezwała. – Poza tym jesteśmy wszyscy pod opieką Hokage, więc tym bardziej nie ma czego się bać. Jeśli ten człowiek obiecał, że wszystkich ochroni, to tak zrobi i można mu spokojnie zaufać. A idziemy tam. – Wzniósł rękę i wskazał palcem na głowy wszystkich Hokage. – Właściwie, to mogłabyś nas przenieść na górę. Pokażę ci coś.
            Dziewczyna zawahała się, ale tylko na sekundę. Przyglądając mu się skinęła głową i lekko uniosła ręce.
            Shan poczuł, że traci grunt pod stopami i zaśmiał się, bo było to jedno z najdziwniejszych uczuć w jego życiu. Nie latał. Jakaś siła poderwała go do góry, podniosła wbrew jego woli i szybował, podnosząc się wyżej i wyżej, aż w końcu dotarli na górę i Oksu opuściła ich ostrożnie na kamienną głowę Uzumakiego Naruto. Wokół nich było ciemno i bardziej wyczuł niż zobaczył, że dziewczyna pożałowała, że go posłuchała.
            - Nie martw się – powtórzył. – Spójrz przed siebie i wtedy zobaczysz, że było warto.
            Oksu przeniosła spojrzenie z niego na wioskę i usłyszał, jak głośno zaczerpnęła powietrza. Shan usiadł sobie na skale. Widział to wiele razy podczas różnych świąt, ale ten widok zawsze go zachwycał, ilekroć by tu nie przyszedł.
Konoha rozświetlona była milionami kolorowych świateł i wyglądała, jakby była żywą istotą, która pulsowała ciepłem i życiem. Lampiony, które powiesili, dawały niesamowity efekt. Nawet gdy ich nie było, Konoha wyglądała pięknie, ale teraz to wprost zapierała dech w piersiach i nie dziwił się, że Oksu zamarła, wpatrując się w jej panoramę.
- Ekstra, nie? – szepnął w końcu, kiedy milczenie się przedłużało. – Uwielbiam ten widok.
- Cudowny – potwierdziła. Ponieważ jego oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, zobaczył, jak Oksu siada na skale obok niego, ale wciąż w pewnej odległości. – Często tu… przychodzisz? – odważyła się zapytać. Wzruszył ramionami.
- Czasem przychodzimy tu z Mei, jak jest trochę czasu.
- Ty i Mei… jesteście dobrymi przyjaciółmi?
- Najlepszymi – odpowiedział ze śmiechem i położył się na plecach, zakładając ręce za głowę. Spojrzał w gwiazdy, które zapierały dech w piersiach może jeszcze bardziej niż miasto w dole. Uwielbiał tu być, pomiędzy tym niebem a wioską, w oceanie świateł. Czuć tę wolność, jaką mógł dać tylko bezkres nieba nad głową i świeże powietrze.
- Czemu jej z nami nie ma?
Zaśmiał się głośno. Oksu była jednak tak bystra, jak podejrzewał.
- Myślę, że mała w tej chwili bawi się jeszcze lepiej niż my. Specjalnie chciałem zejść jej z oczu najszybciej, jak się da. Jestem pewien, że mi za to podziękuje.
Oksu nie odezwała się, tylko też spojrzała na niebo. Przez chwilę obserwował, jak w jej oczach odbijają się gwiazdy.
- Jesteś naprawdę dobrym przyjacielem. Troszczysz się o nią. Myślałam, że jesteście… no wiesz. Zawsze jesteście razem…
- Cóż, jak widać nie zawsze – odparł wesoło. – Ale zazwyczaj tak. Dobrze się znamy. Wychowywaliśmy się razem, ja, Mei i Mintao, od najmłodszych lat. Nasi ojcowie są najlepszymi przyjaciółmi. Są rywalami. Właściwie, można powiedzieć, że są też braćmi, mimo że nie są spokrewnieni. Mei też jest dla mnie jak siostra.
- Rozumiem – szepnęła Oksu. Podkuliła nogi i objęła je ramionami, kładąc brodę na kolanach. Teraz jej oczy odbijały światła wioski, kiedy wpatrywała się w najpiękniejszy widok, jaki znał Shan.
- Chciałaś przyjść tu, do Konohy, kiedy Lord Hokage ci to zaproponował? – spytał. Lekki wiatr szarpał końcówkami jej falowanych, gęstych włosów. Dziewczyna przegarnęła je na jedno ramię, żeby nie przeszkadzały.
- Chciałam – odpowiedziała, przytulając policzek do ramienia. – Lord Hokage obiecał mi, że będę tu bezpieczna. Co prawda z początku nie byłam zbyt ufna, ale teraz wiem, że dobrze zrobiłam.
- Jesteś odważna – zauważył. Domyślał się, ile mogła ją kosztować ta podróż, z drugiej strony wiedział też, jaki wpływ na ludzi ma Naruto Uzumaki, jak potrafi ich zmieniać.
Dziewczyna prychnęła.
- Nie czuję się odważna – powiedziała. – Ale pomyślałam sobie, że mogłabym tę odwagę zyskać, będąc tutaj zamiast w domu.
Zacisnęła obandażowane dłonie w pięści. Domyślił się, że to, co ukrywały bandaże, cokolwiek to było, rany czy blizny, związane było z Takako, z tym, jak ją skrzywdził. Ale nie chciał myśleć o niej przez pryzmat tego, co ją spotkało. Ona nawet nie wiedziała, że on wie, i wolałby chyba nie wiedzieć, nie zrozumieć o co chodziło, kiedy Mei prawie zemdlała mu w objęciach, gdy Mintao pierwszy raz spotkał Oksu. Niestety stało się inaczej i wbrew woli Oksu poznał jej tajemnicę.
- Nienawidzę go – szepnęła nagle dziewczyna. Jej oczy błysnęły lodem, jakiego nigdy by się nie spodziewał po ich ciepłym kolorze. – Nienawidzę go całym sercem. Takako. Chciałabym zrobić coś, żeby go ukarać. Chciałabym rozerwać go na strzępy. Chyba właśnie dlatego tu przyszłam…
Shan skinął głową. Domyślał się tego.
- Klan Uchiha, mój klan – powiedział, również szeptem – bardzo dobrze zna się na nienawiści. To ona ukształtowała moich przodków. W końcu ona też ukształtowała mojego ojca. Ona też ma wpływ na moją przyszłość, ponieważ noszę to nazwisko i jest ona częścią mojego dziedzictwa, tylko że już nie spoczywa na moich barkach, na szczęście. To nie jest dobre uczucie i do niczego cię nie zaprowadzi, tylko na skraj szaleństwa. Wypali cię od środka niczym demon, i zostawi pustą skorupę. Więc może to i dobrze, że chciałaś przyjść do Konohy, jeśli tak się sprawy mają – dodał na koniec, co spowodowało, że Oksu oderwała wzrok od świateł wioski i zerknęła na niego.
- Dobrze? – powtórzyła bez zrozumienia. Uśmiechnął się, widząc jej zmieszanie i skinął głową.

- Taak, ponieważ jest tu nasz Lord Hokage. On zna się na takich demonach, uwierz mi.


i nie dajcie się złapać chorobie, tak jak ja!