poniedziałek, 17 grudnia 2012

NG rozdział 1

„Wyobraź sobie szczęście.
Da się?
Wybierz miejsce na zasiew.”
Edyta Solarczyk


Otworzyłem oczy i ponad burzą długich, ciemnych włosów rozrzuconych kaskadą po poduszce spojrzałem na zegarek. Deja vu? Nie bardzo, ponieważ…
- Cholera, zaspałem! – ryknąłem, wyskakując spod kołdry jak oparzony. Moja żona tylko mruknęła coś przez sen i przewróciła się na drugi bok. Ubrałem się w pośpiechu i wybiegłem z sypialni. Wpadłem do kuchni, gdzie zastałem wszystkie moje dzieciaki. Mei trzymała Junichiego na kolanach, karmiąc go wczorajszą zupą, naprzeciw nich siedział Mintao, wcinając jakieś kanapki.
            Zarąbałem synowi jedną z kanapek, a z lodówki wyciągnąłem sobie karton mleka.
- I jak tam? – zapytałem moje dzieci, otwierając mleko. Mei spojrzała na mnie jednym okiem.
- Przez kochanego braciszka się nie wyspałam – powiedziała, wskazując głową Mintao. Jej brat wykrzywił się nieznacznie, ale nie zabrał głosu. – Normalni ludzie nie wstają o szóstej rano, kiedy nie muszą.
            Zaśmiałem się. Biedna Mei, ciekawe jak to jest, nie móc spać, bo nie śpi druga połowa twojego umysłu?
- Zamień się ze mną tato, to się przekonasz – odpowiedziała na moją myśl, a ja zrobiłem groźną minę. Nie lubiłem, kiedy używali swoich zdolności w domu. Mimo, iż mogli to już robić bez przeszkód i niebezpieczeństwa, to ich zdolność była nieco wkurzająca. Nie powinni w ogóle się tego uczyć, takie było moje zdanie.
- To nie moja wina – powiedziała Mei, a Mintao raptownie poderwał głowę. – To przez brata. Włóczy się po nocach… i  żeby chociaż miał jeszcze gust… wciąż czuję ten przebrzydły malinowy błyszczyk…
            Mówiła nie zwracając uwagi na mordercze spojrzenie swojego brata. Zamrugałem i spojrzałem na zarumienionego syna.
- Jaki malinowy błyszczyk? – zainteresowałem się. Mintao zgniótł trzymaną przez siebie kanapkę, kiedy jego siostra zawołała śmiało:
- Jego dziewczyny!
- Dziewczyny? – powtórzyłem, zerkając na syna. Jego mina świadczyła o tym, że myślami gromił siostrę. Mei udawała jednak, że niczego nie słyszy. Nagle załapałem. – Dziewczyny! To będę miał synową?!
- Tato…- mruknął mój syn, czerwieniejąc jeszcze bardziej.
- No nie bądź taki skromny…- ośmieliłem go, przysuwając się do niego i dźgnąłem go łokciem, jedząc jednocześnie kanapkę. Przełknąłem to, co miałem w ustach. – To kim ona jest?
- To Nami – powiedziała natychmiast Mei, uśmiechając się tryumfalnie w stronę brata. Gwizdnąłem. No, no, no, nawet ja, stary pryk, wiedziałem, że to jedna z najładniejszych dziewczyn w wiosce.
- Dajcie spokój!- warknął Mintao, a Junichi zaśmiał się, zsunął z kolan siostry i podszedł do mnie. Rozczochrałem mu blond grzywkę. Młodszy uśmiechnął się, przymykając pomarańczowe oczka.
- Mintao się zakochał? – zapytał.
- Aha – przytaknąłem.
- Mintao się zakochał? – powtórzyła moja żona, wchodząc do kuchni. Junichi poczłapał do niej i wyciągnął rączki. Wzięła go na ręce i pocałowała w rumiany policzek. – No to w kim się zakochał Mintao? – wróciła do tematu.
- Jeny! – jęknął Mintao, uderzając czołem w blat stołu. Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Podszedłem do mojej żony i ucałowałem jej nadstawiony policzek. Jeszcze raz rozczochrałem grzywkę młodszemu.
- Trzymajcie się, wrócę jak zwykle – powiedziałem. Syn wyciągnął łapkę i złapał mnie za nos.
- Aaaaa, mam twojego nochala! – zawołał. Zaśmiałem się i uwolniłem, bo mały zaczął chłonąć moją chakrę jak gąbka.
- Hej, ludzie wcinają normalne śniadania – powiedziałem do niego. – Mei cię karmiła zupą.
- Ale najlepsa jest cakra tatusia! – odpowiedział. – Chcę ci pokasać stuckę!
- Nie teraz. I mówi się „pokazać” oraz „sztuczkę”. Pa!
            Wyszczerzyłem do nich zęby i ruszyłem do wyjścia. Otworzyłem drzwi i stanąłem twarzą w twarz z Shanem Uchiha, który postukał mnie kilkakrotnie kłykciami w czoło, zanim się w ogóle zorientował, że nie wali w nasze drzwi frontowe.
- Ojej! – zawołał, kiedy warknąłem na niego. – Przepraszam, Lordzie Hokage!
- Aha…- zmarszczyłem nos i pomasowałem czoło. – Czego ty szukasz w moim domu z samego rana?
- Jest Mała? – zapytał, szczerząc zęby. Zrobiłem krok do przodu, a on cofnął się. – No co?! – zawołał.
- Rodzice odwołali ci szlaban? – zapytałem.
- Tydzień temu – rzekł wesoło. Zastanawiałem się, z czego on się tak cieszy? – Przecież już tutaj byłem!
- W którym momencie? – zdumiałem się.
- Eee…- zawahał się. – Nieważne. No to jest moja żona? – spytał.
- Nie nazywaj jej tak! – zawołałem zły.
- Dobra, dobra… pan się nie złości! Mała! – ryknął nagle, a jego głos potoczył się echem po moim domu. Zrobiłem groźną minę, a on cofnął się o następny krok. Na jego szczęście z domu wyszła Mei i spojrzała na niego z uśmiechem.
- Cześć – powiedziała.
- Żono! – zawołał Shan i dosłownie rzucił się na nią, porywając ją w objęcia. Patrzyłem na to z dezaprobatą, wznosząc oczy do nieba cichej modlitwie, by tych dwoje w końcu rozstało się na dobre. Wiedziałem jednak, że to niemożliwe. – Chodź, musisz coś zobaczyć!
            Po czym zaczął ciągnąć ją w stronę bramy.
- Ale jak coś zmalujecie, to przysięgam, do dwudziestki oboje będziecie mieć szlaban! – ryknąłem za nimi.
- Spoko, tatuśku! – odkrzyknął Shan, machając mi ręką.
- Nie nazywaj mnie tak!
            Z wnętrza domu dobiegły mnie śmiechy mojej żony i dwóch synów. Zamknąłem ze złością drzwi, wepchnąłem ręce do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Shan Uchiha… na dźwięk tych dwóch słów włosy jeżyły mi się na głowie. Nie tylko z powodu jego niepohamowanego charakteru, ale również z powodu przepowiedni, którą usłyszałem pół roku temu: …widziałem czerwonookiego chłopca okolonego niemożliwym do istnienia płomieniem, który będzie końcem swojego klanu… Co miał na myśli Staruszek, mówiąc mi te słowa? Bo na pewno nie to, że Shan któregoś dnia podniesie rękę na swoją rodzinę. Nie byłby do tego zdolny, nie ten Shan, którego znałem. Nie ten psotny, szeroko uśmiechnięty siedemnastolatek, który właśnie porwał mi córkę po to, by z całą pewnością wciągnąć ją w kolejny ze swoich zwariowanych planów… Porwał swoją żonę… Parsknąłem śmiechem, przypomniawszy sobie, dlaczego ją tak nazywa, a potem jednak uznałem, że nie ma z czego się śmiać. To przez ten kretyński dowcip miałem później spore kłopoty z mieszkańcami wioski, którzy uznali mnie za ojca-tyrana. A zaczęło się od tego, że Mei i Shan poszli razem na ramen. Wracając, spotkali jakąś staruszkę, której pomogli nieść zakupy. Ta staruszka pochwaliła ich i pobłogosławiła, mówiąc, jaka wspaniała z nich para. A ta banda czubków, zamiast przyznać się, że parą nie są, sprzedała tej biednej babci ckliwą historyjką o tym, jak bardzo się kochają i jak to skłóceni ze sobą ojcowie nie pozwalają im się związać i że w związku z tym idą wziąć potajemny ślub.
            Pół godziny później do mojego gabinetu wpadł rozeźlony tłum mieszkańców mojej wioski, z oburzeniem wytykający mi, że przez rzekomą waśń z Sasuke nasze dzieci zmuszone są posuwać się do tak drastycznych środków, jak potajemne śluby. Zdumiałem się wtedy nieprzeciętnie, no bo niby kiedy zabroniliśmy z Sasuke czegokolwiek tej parze? Uspokoiłem rozzłoszczony tłum i rozpoczęło się poszukiwanie dzieciaków, które nagle gdzieś zniknęły. W końcu ich znaleźliśmy (znoszących się śmiechem, ukrytych w starej szopce za wioską, a wraz z nimi związanego Mintao, który chciał ich wydać) i okazało się, że ten cały ślub to tylko żart.
            Mimo to plotka o ślubie rozniosła się po całej wiosce i już wkrótce dzieciaki zaczęły dostawać od mieszkańców przeróżne prezenty. Najlepszy ubaw miała ta parka, kiedy sklep z meblami przysłał im łóżeczko dla dziecka. Nabijali się z tego przez cały tydzień i od tamtej pory zwykli pojawiać się w miejscach publicznych, głośno planując kilkunastoosobową rodzinę. Taaaak…
            Dotarłem pod mieszkanie Mayki i spojrzałem w górę. Okno od jej kuchni było otwarte, wiatr szarpał wystającym skrawkiem firanki. A więc byłem spóźniony, bo mała najwyraźniej czekała na mnie w oknie.
- Mayka! – krzyknąłem.
            Jej twarz pojawiła się w polu widzenia. Swoje Szalone Oko zasłoniła ochraniaczem ze znakiem Konohy, na jej twarzy widniał szeroki uśmiech, którego nauczyłem ją już dawno temu. Pomachałem jej, a ona wdrapała się na parapet i zeskoczyła.
            Wylądowała przede mną zgrabnie, jak zawsze ubrana w białe szorty i biały podkoszulek. Jej roześmiane, brązowe oko zmierzyło mnie od góry do dołu.
- Spóźnił się pan – wytknęła mi, przeczesując krótkie brązowe włosy palcami. Uśmiechnąłem się przepraszająco.
- Wybacz, zagadałem się w domu. To co, idziemy?
            Skinęła głową i ruszyliśmy w stronę szpitala. Sakura rozpoczęła nową terapię… poprzez hipnozę próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś o przeszłości Mayeczki, ale nic nie działało. Jak do tej pory to, co działo się z Mayką przed jej służbą u Hiroetsu, było dla nas tajemnicą, ale nie rezygnowaliśmy i nadal próbowaliśmy. Różnego rodzaju śledztwa nic nie dały, jakby Mayka nie miała przeszłości, tak więc niecałe dwa tygodnie temu Sakura wpadła na pomysł, by poszukać odpowiedzi w umyśle Mayi i zaproponowała, by najpierw włamać się do jej umysłu, a gdy to się nie powiodło, spróbować hipnozy. Z braku lepszych pomysłów zgodziliśmy się.
            Gdy dotarliśmy na miejsce, pierwsze, co zrobiła moja najlepsza przyjaciółka, to dała mi po głowie, wrzeszcząc, że się spóźniłem. Jakbym tego nie wiedział… Potem przeszliśmy do gabinetu Sakury, gdzie czekał na nas jeden z jej podwładnych, chłopak o imieniu Kenta, który specjalizował się w hipnozie. Jak zawsze Mayeczka usiadła naprzeciw niego, a on wprowadził ją w stan błogiej nieświadomości i zaczął jej zadawać te same, nurtujące nas pytania, na które ona i tak nie znała odpowiedzi. Pokrążyliśmy jeszcze trochę wokół tematu, szukając skojarzeń, usiłując wyciągnąć z jej pamięci cokolwiek, co mogłoby nas chociaż naprowadzić na najmniejszy ślad, ale niestety nic nam z tego nie wyszło. W końcu skończyliśmy tę sesję i Kenta obudził moją uczennicę.
- I jak? – zapytała natychmiast Maya, a ja pokręciłem głową.
- Nic, po prostu nie wiesz, co się z tobą działo, zanim pojawiłaś się u Hiroetsu – powiedziała do niej Sakura, notując coś na kartce papieru. – Wzięłaś dziś leki?
- Tak, oczywiście – przytaknęła Mayeczka, uśmiechając się do mnie smutno. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej ramienia.
- Nie martw się, zrobię wszystko, byś się dowiedziała – pocieszyłem ją. Jej uśmiech stał się nieco szerszy, gdy zsunęła się z taborka i naciągnęła opaskę na oko. Sakura próbowała też zrobić coś z jej twarzą, ale się nie udało. Ciało Mayki nie akceptowało żadnego przeszczepu, tak więc nie udało się poprawić wyglądu jej twarzy żadną operacją.
- Wiem, Naruto-sensei. To co, ramen? – zapytała, a ja zrobiłem żałosną minę.
- Nie mogę, Shikamaru mnie zabije, jak znowu nie przyjdę na czas do pracy. Ale wpadnij do nas na obiad. Mnie nie będzie, ale będzie Hinata. Ona cię pocieszy.
- Eee… – zająknęła się, a ja zmarszczyłem brwi. – Dobrze, wpadnę – powiedziała, po czym oboje ruszyliśmy w stronę drzwi.
            Wyszliśmy za szpitala i każdy z nas ruszył w swoją stronę. Naprawdę chciałem iść z Mayeczką na ramen, ale niestety, obowiązki były ważniejsze. Na myśl o stercie papierów czekającej na mnie na biurku już bolała mnie głowa. Ale niestety, jeżeli chciałem dalej być Hokage naszej wioski, musiałem odwalać również i papierkową robotę.
            Kiedy doszedłem na miejsce, drzwi mojego gabinetu stały otworem. Shikamaru właśnie wychodził, wynosząc ze sobą jakieś papiery.
- To wczorajsze raportu, niosę je do magazynu. Robimy mały remanent, archiwum nie było sprzątane od nie-mam-pojęcia-kiedy. Trzeba to wszystko jeszcze raz skatalogować, rocznikami, bo z tego, co ja widzę, to jest tam jeden wieki bałagan. Ale to upierdliwe!
            I odszedł, a ja podrapałem się po głowie, zastanawiając się, czemu narzeka, skoro sam wpadł na taki szalony pomysł. O bałaganie w magazynie wiedziałem. Kidy sam tam wchodziłem i czegoś szukałem, to szlak mnie trafiał i musiałem używać kilkunastu klonów, by w miarę szybko odnaleźć to, co chciałem.
            Przekroczyłem próg i zobaczyłem Bana, układającego mi na biurku nowy stos raportów. Zastanawiałem się, jakim cudem jest ich zawsze tak wiele? Przecież żyliśmy w czasach pokoju, w sojuszu z innymi Ukrytymi Wioskami, sojuszu, którego inicjatorem byłem ja sam! Jakim cudem moi shinobi wciąż mieli tyle pracy, że co dzień musiałem tyle czytać?!
-Chce mi się płakać – powiedziałem do siebie, siadając za biurkiem, a Ban zachichotał. Po chwili postawił przede mną filiżankę gorącej kawy, podlał ją trochę mleczkiem i posłodził. Zabrałem się za papiery, siorbiąc rozbudzający płyn. Raportów nie było aż tak wiele, jak myślałem. No i były przyjemne w czytaniu. Informacje o postępach w budowie mostu, potwierdzenie dostarczenia jakiejś tam bezcennej wazy z miejsca wykopalisk do muzeum, raport o schwytaniu zbiega. Kiedy już przeczytałem i podpisałem ostatni, przeciągnąłem się. Ban zabrał mi papiery z biurka, ale zaraz zastąpił je nowymi. Tym razem dostałem już sklasyfikowane zlecenia nowych misji, gotowe do podstemplowania. Przejrzałem je szybko i na każdym postawiłem pieczątkę, a Ban zniósł je na dół i przekazał komisji odpowiedzialnej za wysyłanie ludzi na misje. Komisję tę powołaliśmy już jakiś czas temu, był to pomysł Shikamaru i jak zawsze, był wprost genialny. I tak nigdy nie miałem czasu na takie sprawy i najczęściej wysyłałem klona, przez co większość jouninów była oburzona. Tak więc, teraz nie mieli się o co pluć, bo w ogóle mnie tam nie było.
            Kiedy już skończyłem to całe grzebanie się między papierami, razem z Banem zeszliśmy na dół, do piwnic, by pomóc Shikamaru w katalogowaniu starych papierów. Jak się okazało, wcale nie potrzebował pomocy, bo nawet nie zaczął. Znaleźliśmy go śpiącego na stercie starych teczek. Pokręciłem głową i pochyliłem się nad jego uchem.
- Shikamaru! – huknąłem, a on zerwał się jak oparzony i stanął na baczność. – Ja ci tu dam, lenić się w godzinach pracy?!
            Zamrugał i spojrzał na mnie, po czym odetchnął.
- A, to tylko ty… – powiedział i z powrotem oklapł na stos teczek.
- Co to znaczy, „to tylko ty” ?! – zapytałem, wysoko unosząc brwi.
- Śniła mi się Temari i myślałem, że to ona wrzeszczy. Miałem coś tam naprawić w domu, ale nie chciało mi się szukać młotka. To takie upierdliwe, on zawsze gdzieś nam ginie!
            Nie miałem sił na niego wrzeszczeć, więc tylko zakryłem oczy dłonią, tak jak to robił Sasuke za każdym razem, kiedy nie chciał się przyznać, że to on spłodził Shana, i pokręciłem głową. Ban chwilę stał, nie wiedząc co ma zrobić, aż w końcu odezwał się dziarsko:
- To co, zaczynamy?! Im szybciej skończymy, tym szybciej wrócimy do domów!
            Odkąd się zaręczył, tryskał energią i zapałem. Pokręciłem głową, ale doskonale go rozumiałem, jego narzeczona była piękną kobietą, tak więc miał po co wracać do domu, no i w dodatku doskonale piekła, bo co jakiś czas podrzucała Banowi babeczki, które mu oczywiście wyjadałem, tak jak on kiedyś wyjadał mi zawsze ciastka, które dostarczała Hinata.
            Zabraliśmy się za robotę, Shikamaru oczywiście gderając i narzekając. Najpierw trzeba było wynieść wszystkie teczki z magazynu, tak więc stworzyłem trzydzieści klonów, które się tym zajęły. Potem przyszedł czas na najgorsze, na posegregowanie ich rocznikami i ponowne ułożenie na półkach. Raporty stały po prostu luzem, na regałach. Każda półka odpowiadała danemu rocznikowi. Zaś teczki z danymi wszystkich shinobi w Konosze znajdowały się w katalogach, posegregowane alfabetycznie. Tymi teczkami zajął się Ban, a my z Shikamaru wzięliśmy się za raporty.
            Kiedy w końcu to skończyliśmy, dochodziła już siódma wieczorem. Spędziliśmy w tym magazynie cały dzień, nawet obiad tam zjedliśmy. Ale kiedy już mogliśmy wyjść, wszyscy trzej byliśmy z siebie niezwykle dumni! Oto udało nam się posprzątać kartotekę!
            Kiedy szedłem do domu, gwizdałem sobie wesoło, zadowolony z dzisiejszego dnia. Od dłuższego czasu tak było. Wioska przezywała swój „złoty wiek”. Nie groziło nam żadne niebezpieczeństwo, od czasów Hiroetsu nic większego się nie wydarzyło. Kwitła turystyka i handel, zwłaszcza ten z innymi Ukrytymi Wioskami. Wszystkie moje pokojowe inicjatywy zakończyły się pełnym sukcesem, a pięć wielkich narodów żyło w sojuszu, którego byłem pomysłodawcą. Powoli spełniałem marzenie mojego mistrza, o wspólnym zrozumieniu i pokoju. Oczywiście, nie udałoby mi się to bez wsparcia moich przyjaciół, zarówno tych z wioski, jak i spoza niej. Teraz mogłem śmiało powierzyć przyszłość nowemu pokoleniu. Wiedziałem, że moje dzieciaki oraz ich przyjaciele, śmiało stawią jej czoła i mnie nie zawiodą. I nawet ta dziwna przepowiednia nie wydawała mi się w tej chwili groźna. Czy byłem wobec tego głupcem?


 „… - Nie, nie, nie! Nie uciekaj! Mam dla ciebie prezent! – zawołałem do niego, wyciągając ku niemu paczuszkę. Junichi spojrzał na nią z ciekawością. Lubił zabawki. Potem zerknął mi w oczy.
- Mama mówiła, ze jesteś moim tatą…”

1 komentarz:

  1. Rozdział rewelka ;] Widzę że młodzi powyrastali ^^ Nareszcie się czegoś dowiem naszym maluchu ;]

    OdpowiedzUsuń