wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 9

„Jak uprościć wszystko zapłakać
jak nie szukać innego siebie
jak nie wiedzieć w sam raz i za dużo
ani trochę już i zupełnie”
ks. Jan Twardowski


Mintao szedł, trochę wściekły, trochę zrezygnowany, a trochę rozbawiony, w stronę bramy głównej. Maya dreptała za nim, nic nie mówiąc. Ale słyszał jej myśli. Już wiedziała, za co został ukarany. To zadziwiające, w jakim tempie plotki roznosiły się po tej wiosce, zupełnie tak, jakby co drugi mieszkaniec umiał czytać w myślach. Maya jednak nie potępiała go. Wręcz przeciwnie, śmieszyło ją to, co zrobił i trochę jej imponowało. Jego przyjaciółka była bowiem niepoprawną romantyczką, a jego postępowanie uznała za odruch rycerskości.
- To wcale nie tak – powiedział, a ona podniosła głowę. Nie miała pojęcia, do której jej myśli w tej chwili nawiązywał. – Ojciec ma rację, trochę przesadziłem.
- Więc czemu udajesz obrażonego? – zapytała, a on poczuł, że lekko czerwienieje. Maya zmarszczyła podejrzliwie brwi. – Czemu? – powtórzyła.
- Moja duma… – wymamrotał, a ona parsknęła śmiechem. Rozzłościł się. – To wcale nie jest śmieszne!
            To jest śmieszne, rzuciła jego siostra, pomagająca mamie w gotowaniu obiadu. Mei już od dłuższego czasu brała u mamy lekcje gotowania, twierdząc, że powinna umieć zarówno nakarmić, jak i otruć człowieka. Całe szczęście, że trucizny to była jego działka. Ta twoja duma pewnie strasznie by ucierpiała, gdybyś poszedł i przeprosił kogoś, kogo na kilka tygodni przykułeś do łóżka, powiedziała Mei zgryźliwie. Nic mu nie będzie, odzyskał już swoje zmysły. Nie moja wina, że jego ciało jest takie słabe. Kaju, kiedy z nim walczyłem i oberwał Tasai na nukite, pozbierał się po tygodniu, odrzekł. Nie użyłeś całej mocy, przypomniała mu uprzejmie siostra, ale zignorował ją i zerknął na Maykę, która przyglądała mu się z zaciekawieniem.
- Wybacz, to…
- Mei – dokończyła za niego. – Domyśliłam się. Podejrzewam nawet, że ma takie samo zdanie na ten temat, jak ja…
- No, podobne – mruknął, a obie dziewczyny skrzywiły się. Choć przyznawały sobie rację, to oficjalnie w ogóle nie chciały się przyznawać, że coś je łączy. Mei i Maya nie lubiły się zbytnio. To nie prawda! Po prostu… ona jest inna! zaprotestowała siostra, ale przegnał ją ze swojej głowy. Zajęła się swoim ryżem i dała mu spokój. Mama pilnie nadzorowała jej działania.
- Ale zawsze mogło by być gorzej, Naruto-sama mógłby być bardziej zły.
- Ojciec i tak jest wystarczająco zły, starczy – powiedział, a potem jęknął. – Słyszę Kaju, jest w moim zasięgu. Jeny, to najgorsza kara jaką mogłem dostać! Nienawidzę misji z tym gościem.
- Jest bardzo miły – odparła, a on zatrzymał się jak wryty.
- Chyba żartujesz?! To Kaju!
            Ale Mayka tylko pokręciła głową i ruszyła dalej. Po chwili ich ujrzeli. Cała trójka stała przy bramie. Roppa jak zwykle gryzł jakąś wykałaczkę, dłonie trzymał w kieszeniach, ale uśmiechnął się na ich widok. Obok niego stała rudowłosa Sayoko, powalająca swoim wyglądem. A na czele drużyny, jak prawdziwy kapitan, stał Kaju. Jego czerwone włosy, które ostatnio zapuścił na taką długość, by mógł odgarniać je za uszy, powiewały na lekkim wietrze. Jego myśli jak zawsze były pewne siebie, ale nie aż tak bardzo, jak u Shana Uchihy. Mintao nie lubił jego toku myślenia, miał uraz do Kaju odkąd go poznał. Wiedział, że to przez fascynację czerwonowłosym jego siostry.
            Zbliżyli się. Sayoko pisnęła uradowana i rzuciła się Mayeczce na szyję.
- Wiedziałam, że Lord Hokage przyśle ciebie! – zapiszczała, ściskając szyję brązowowłosej. – Teraz to ja zabiorę cię po wszystkich najlepszych sklepach w Sunie!
- Wiesz, że oszczędzam – mruknęła do niej Maya, ale Sayoko tylko machnęła ręką.
- Och, jeden mały fatałaszek, Mayka! Mintao, powiedz jej, że ascetyczne życie się nie opłaca i jest nudne!
- Sam żyję ascetycznie i nie uważam, żeby moje życie było nudne czy nieopłacalne – powiedział, a wszyscy z wyjątkiem Kaju, parsknęli śmiechem. – Dzień dobry wszystkim. Sayoko, świetna fryzura.
- Dzięki! – odparła, nagle rozpromieniona, na co Kaju zareagował mdłościami. Mintao nie mógł jednak nie powiedzieć dziewczynie tego, czego jej umysł tak się domagał. Przeważnie z każdym razem, kiedy mógł, starał się mówić innym to, co chcieliby usłyszeć, o ile zbytnio nie mijało się to z prawdą. A nowa fryzura Sayoko naprawdę do niej pasowała.
- To co, ruszamy? – zapytał Roppa, a wszyscy pokiwali głowami. Wyruszyli, przy bramie mijając siedzących na warcie i grających w karty strażników. Mintao obrzucił ich krótkim spojrzeniem, dając im znać, że nie pochwala ich zachowania. Kiedy grali, nie byli tak skupieni jak powinni być.
            Strażnicy zrozumieli jego niemy wyrzut, jeden z nich nawet się zarumienił. Mintao odwrócił od nich wzrok, po czym przyspieszał, by zrównać się z resztą. Myśli strażników na jego temat trochę popsuły mu humor. Wcale nie przypominał robota. On też czasem łamał regulamin… czasem…
            Dziewczyny rozmawiały. Tak właściwie, to głownie paplała Sayoko, a Maya słuchała jej z uśmiechem, kiwając głową lub, od czasu do czasu, rzucając jakąś luźną uwagę. Kaju się nie odzywał, był niezadowolony, że musi spędzać czas z Mintao. Roppa jak zawsze pogrążony był w swoim świecie. Dodatkowo cieszył się, że już opuścili Wioskę Liścia, bo znów był winny Shanowi jakieś pieniądze. Uchiha bowiem bezwzględnie wykorzystywał naiwność piaskowego ninja. Mintao spodziewał się, że właśnie tak będzie wyglądała ich trzydniowa podróż. Ojciec pewnie dokładnie przewidział, w jak niezręcznej sytuacji się znajdzie. A więc ukaranie go powiodło się. Mintao czuł, że ta misja to nie wycieczka, tylko durne zadanie, a on podczas wykonywania go ani się nie rozerwie, ani nie powalczy, ani nawet nie spędzi tego czasu w miłym towarzystwie. No, nie do końca. Wszystko z towarzystwem byłoby w porządku, gdyby nie było tu Kaju. Obecność czerwonowłosego shinobi eliminowała przyjemność, jaką można by czerpać z tej podróży. Na szczęście nie będzie go musiał znosić w drodze powrotnej. Wtedy podróż będzie mu „umilał” dzieciak, którego mają przyprowadzić do Wioski.Och, ile on by dał, by móc jak najszybciej tam wrócić i zobaczyć się z Nami! By móc jej wszystko wytłumaczyć i przeprosić! Jeszcze czego, wtrąciła się Mei, ale ją zignorował.
            Maszerowali cały dzień, a wieczorem rozbili obóz. Dziewczyny zajęły się rozpalaniem ognia i przygotowywaniem posiłku, zaś on i pozostali dwaj chłopcy rozbili namioty. Jeden należący do drużyny Kaju, zaś drugi dla niego i Mayi. Potem wszyscy razem usiedli wokół ogniska. Dzięki Mayi nie musieli zbierać chrustu, bo ogień po prostu płonął, niczym się nie żywiąc. Cała ekipa rozmawiała wesoło, on za to siedział nieco z boku, pozwalając, by jego głowa odpoczęła. Czuł ogromny ból, który dosłownie rozłupywał mu czaszkę. Mei również bolała głowa, w dodatku ona miała jeszcze gorzej. Siedziała w Konosze, gdzie otaczały ją setki umysłów. Odczuwała to teraz tak, jakby znajdowała się w tłumie ludzi, i wszyscy oni przekrzykiwali się nawzajem. Wstał chwiejnie. Nie czuł się na siłach rozmawiać. Podszedł do swojego, leżącego koło namiotu plecaka i wyciągnął tabletki przeciwbólowe. Połknął dwie, a potem ruszył przed siebie, jak najdalej od brzęczących umysłów przyjaciół. Niedaleko nich znajdował się patrol Konohy. Ich dowódca rozmarzał o swojej narzeczonej tak intensywnie, że Mintao nie mógł się pozbyć obrazów, które co chwila wyświetlały mu się w głowie jak sceny z filmu.
            Kiedy odszedł na tyle daleko, by móc zignorować mentalne krzyki owego człowieka, usiadł po drzewem i włożył głowę między kolana, oplatając ją dłońmi. Ból był nie do wytrzymania, robiło mu się z tego powodu niedobrze. Mei leżała zwinięta na łóżku, schowana pod kołdrą, słuchając myśli matki. Dzięki temu, że skupiła się na jednym umyśle, mogła ignorować pozostałe. Często cierpieli na bóle głowy. Łapały ich one w najmniej odpowiednich momentach. Wiedział, że tym razem to przez niego. Przez jego problemy, o których nieustannie i zbyt intensywnie myślał. Również odpłynął w kojący strumień myśli matki. Hinata nie wiedziała, że oboje jej słuchają. Cerowała skarpetki Junichiego, zastanawiając się, co ugotować następnego dnia, jak przekonać ich wuja, by zgodził się na wysunięty podczas ostatniego spotkania klanu pomysł jednego z członków rodziny, myślała o wielu rzeczach. Dlatego idącą ku niemu Mayę wyczuł dopiero, kiedy dziewczyna go ujrzała. W jej umyśle zobaczył obraz samego siebie, skulonego w ciemnościach i kołyszącego się lekko.
- Mintao? – odezwała się cicho. Przekręcił lekko głowę i uniósł bolące powieki. Spojrzał na nią. – Wszystko dobrze? Nie powinieneś sam się oddalać.
- Strasznie boli mnie głowa – wyszeptał.
- Mam sobie iść? – zapytała.
- Nie, podejdź. Proszę – powiedział. Zbliżyła się, a on złapał ja za rękę i pokierował tak, by usiadła naprzeciw niego. Opadła na kolana, a on ujął jej twarz w dłonie. – Zaśpiewaj coś –poprosił. Zaczerwieniła się.
- Co?
- Cokolwiek, błagam cię. Cokolwiek.
            Pokiwała głową i zaczęła cicho śpiewać jedyną kołysankę, którą znała. Tę, którą jego matka śpiewa zawsze Junichiemu, którą śpiewała też i jemu, gdy był mały.
            Przymknął powieki, a potem przysunął się do dziewczyny i oparł swoje czoło o jej czoło. Zdrętwiała i przerwała. Jej myśli skotłowały się.
- Nie, nie przestawaj. Śpiewaj dalej. Błagam cię…
            Rozpoczęła na nowo. Wlał się do jej umysłu, jak wodę wlewa się do szklanki. Woda zawsze przyjmuje kształt naczynia. Jego myśli zrobiły tak samo. Mei poszła za nim i oboje uczepili się umysłu Mayeczki jak koła ratunkowego. Słyszeli tylko tę kołysankę, znaną mi od lat. Maya miała piękny głos, swój własny i ten, który słyszał w jej głowie. Ból głowy mijał powoli, po części dzięki Mayi, a po części dzięki tabletkom, które połknął. Krążył po myślach Mayeczki, nie skupiając się na nich za bardzo. Widział sceny z jej treningów z ojcem, momenty, kiedy przechodziła jakieś badania w szpitalu, widok Konohy po zmierzchu i niebo usiane gwiazdami, samotne wieczory w pustym mieszkaniu, odbicie jej nagiego ciała w lusterku, kiedy się przebierała, Junichiego,z którym się bawiła, swoją matkę, sensei Sakurę, siebie i Mei…
            Nie powinniśmy, szepnęła do niego Mei. Zaprzeczył. Ból zaraz minie… wszystko to już widziałem, ty też. To była prawda. Mając dostęp do ludzkich myśli mogli zobaczyć wszystko, co ta osoba widziała, czuła, wszystko o czym myślała. Dlatego bardzo rzadko zdarzało się, by coś ich poruszyło. Nauczyli się żyć, nosząc w sobie tajemnice należące do innych, tajemnice, o których nie powinni wiedzieć, sekrety, czasem nawet nieprzyzwoite i niemoralne. To było ich przekleństwo, tak jak ten ból głowy.
            Maya przerwała śpiewanie. Puścił ją i odsunął się. Dziewczyna patrzyła na niego uważnie, kiedy dotknął skroni, żałując, że ten cudowny stan się skończył. Słyszeć tylko siebie, siostrę i jeszcze jedną osobę… to było coś wspaniałego. Tak rzadko się to zdarzało, a kiedy już, to zwykle to Shan im śpiewał, ale jemu wychodziło to o wiele gorzej. Uchiha koszmarnie fałszował, dlatego prosili go o to tylko w wyjątkowych sytuacjach.
- Już lepiej? – zapytała Maya, a on pokiwał głową. Powieki i oczy nadal go piekły. Choć był lekarzem, sam nie wiedział, jak sobie pomóc. Na ich napady migreny nie działały żadne leki. Nie dało się ich uniknąć. Najlepszym sposobem, jaki wynaleźli z Mei, było właśnie wsłuchanie się w jeden strumień myśli, czystych myśli, niezmąconych i nierozbieganych. Myśli kogoś, kto coś czytał lub śpiewał. Myśli płynących jednym torem, jak rzeka.
- Tak, lepiej – szepnął. – Bardzo lepiej. Dziękuję ci.
- Czy… czy to wam pomaga? Widziałam kiedyś, jak Mei robiła tak z Shanem.
- Pomaga – przytaknął, masując sobie skronie. Już prawie nie czuł bólu. – Kiedy się skupiamy na jednym umyśle jesteśmy w stanie ignorować inne. Myśli ludzkie są jak ich słowa. Człowiek może szeptać, ale może też wrzeszczeć co sił w płucach. Możesz zignorować czyjś szept, ale krzyku już nie bardzo, zwłaszcza, jak drze ci się wprost do ucha. I wyobraź sobie, że krzyczy ci tak do ucha setka osób. Jest wieczór… wieczorem myśli ludzkie są jakby bardziej intensywne… Mei jest w wiosce i to wszystko słyszy. A ja wraz z nią. Nie zawsze powoduje to ból głowy. Ale dziś… dziś boli.
- Rozumiem… ale czy… nie wydawało ci się nigdy, że tak powinno być? Znaczy… że tego należało się spodziewać, zaczynając trening nad waszymi mocami?
            Podniósł głowę i przyjrzał jej się.
- Bo… to co się dzieje, musi być zapłatą za te moce – wyszeptała. – Nie ma jutsu, które nie niosłoby ryzyka, prawda? Im potężniejsze jutsu, tym większe ryzyko. Tak więc cena jest równoważna z mocą. Moja moc to władanie ogniem, który wybucha, zmienia się gwałtownie… knot świecy może się palić długo i spokojnie, ale postaw świecę niedaleko firanki, niech ona dotknie płomienia, a zaraz wystrzeli on wysoko w górę, obejmie mieszkanie, strawi dom, będzie żerował na wszystkim, co napotkana swojej drodze, póki ktoś go nie ugasi. I znów gdzieś zapłonie mały ogień, a potem strzeli w górę. Za moc kontrolowanie takiego płomienia płacę nieustannym wahaniem nastroju. Ja jestem ogniem, raz małym, a raz wielkim i nieokiełznanym. A skoro ty jesteś myślą… to raz płyniesz spokojnie i można to znieść, a raz dręczysz jak natrętna mucha i doprowadzasz do łez… myśli są straszne, kiedy są niepożądane. Każdy czasem tak ma… że chciałby przestać myśleć, bo jego myśli są nie do wytrzymania. I takie natrętne myśli powodują ból głowy.
            Patrzył na nią pełne piętnaście sekund. Ani razu nie zamrugał. Bo ona… miała rację. Konsekwencje posiadania mocy faktycznie były równoważne z darem.
- A Junichi? – szepnął. – Czym może płacić za pochłanianą energię?
- Prawdopodobnie niedługo się przekonamy – odpowiedziała i wstała. Wyciągnęła do niego rękę. Ujął ją i pozwolił, by pomogła mu się podnieść. Zachwiał się przy tym, a ona złapała go i zarzuciła sobie jego rękę na ramiona. Lekko się zmieszał, ale ona w ogóle nie pomyślała o tym, że okazał słabość. Wręcz przeciwnie, współczuła mu z powodu bólu, który powodował u niego takie osłabienie.
            Wolno ruszyli w stronę obozowiska. Nie czuł już bólu, Mei też nie. Jego siostra zasnęła, a on miał okazję przyglądać się jej snom. Nie było to przyjemne, poza tym sam zrobił się senny. Było tak, jakby ktoś wyłączył połowę jego funkcji życiowych. Lub inaczej, połowę jego sposobu postrzegania świata. Dzięki czytaniu w myślach innych rozumiał, jak postrzega świat zwykły człowiek. Dlatego wiedział, że Maya czułaby się tak samo, jak on teraz, gdyby jakimś sposobem mogła patrzeć tylko w dół. Wdziałaby tylko to, co ma pod nogami.
            Wrócili do obozu, gdzie reszta układała się już do snu. Maya życzyła wszystkim miłej nocy i we dwoje weszli do swojego namiotu. Od raz upadł na swój śpiwór. Mei miała dziwny sen, pełen nieistniejących kolorów, zupełnie jak świat widziany prze Junichiego. Wszystko było albo zbyt jaskrawe, albo prawie niewidoczne. Męczyły go te obrazy. W końcu nigdy nie lubił „czytać” swojego brata. Wtulił głowę w poduszkę. Odpłynął tak szybko, że nie zdążył nawet powiedzieć „dobranoc.”
            Kiedy się obudził, Mayeczki nie było już w namiocie. Czuł się zupełnie niewyspany, miał męczący sen i ocknął się z uczuciem, że nie może się odnaleźć. Przetarł oczy. Mei brała prysznic, dlatego starał się nie skupiać na myślach siostry. Ostrożnie przebadał umysły krzątających się po obozie przyjaciół by zobaczyć, kiedy powstawali i czy przypadkiem nie powinni już wyruszać, a przez niego i to, że pozwolił sobie na troszeczkę dłuższy sen,nadal stoją w miejscu. Na szczęście, jak się okazało, tylko Maya się obudziła i to dlatego, że było jej za gorąco. Kaju, Roppa i Sayoko wciąż spali.
            Przeciągnął się i wygramolił z namiotu. Zapachniało herbatą, więc przysiadł się do Mayi. Przebiegł go dreszcz, kiedy przyjrzał się dziewczynie i spostrzegł, że mimo tak chłodnego poranka miała na sobie białe szorty i koszulkę na ramiączka. Poczęstowała go ciepłym napojem.
- Wyspałeś się? – zapytała, kiedy dmuchał na herbatę.
- Nie – odrzekł. – W ogóle nie. Miałem okropny sen i wciąż odczuwam skutki wczorajszej migreny. Bardzo ci dziękuję za pomoc i przepraszam, że wymogłem na tobie to śpiewanie…
- Daj spokój, no przecież jesteśmy przyjaciółmi – odparła, a on wyciągnął rękę i złapał za warkoczyk brązowych włosów, spływający zza jej prawego ucha na odsłonięte, szczupłe ramię. Włosy miała krótkie, ale wiedział, że zawsze marzyła o długich. Nie mogła jednak zapuścić, już kiedyś nawet ten warkoczyk podpaliła. – Mintao.
            Wysunęła mu swoje włosy z dłoni, nie lubiła, gdy ktoś ich dotykał. Wiedział, że w ten sposób ją rozdrażni.
- Jak myślisz… – zaczął, a potem zerknął w stronę namiotu przyjaciół. Kaju właśnie się obudził i za chwilę miał do nich dołączyć. – Ten dzieciak… Jak silny może być?
- Nie wiem…
- Myślisz, że będzie sprawiał nam kłopoty? Ojciec wydawał się lekko przejęty…        
- A ciebie to nie intryguje? Kim… a może czym jesteśmy? – spojrzał jej w oczy, ale nie zdążył odpowiedzieć.
- Cześć wam! – wykrzyknął Kaju, wychodząc z namiotu. – Super, widzę, że jest herbata!
- A ktoś powiedział, że zostaniesz poczęstowany, czy coś przegapiłem? – zapytał zgryźliwie Mintao. Kaju skrzywił się.
- Na szczęście Maya jest w porządku – odrzekł, bo Mayeczka zabrała się za przygotowywanie mu naparu. Usiadł obok nich, by po chwili dostać swoją herbatę. – Przypadkiem słyszałem, że gadaliście o małym Kazuo. Dzieciak jest naprawdę dziwny…
- Jak my? – zapytał natychmiast Mintao, a Kaju wywrócił oczyma.
- Możesz przestać być taki uszczypliwy? Chcę pomóc. Przecież możesz mnie „przeczytać” i się dowiedzieć.
- Nie martw się, odkąd zostawiłeś moją siostrę, uważnie ci się przyglądam.
- To ona mnie zostawiła, dla ścisłości – poprawił Kaju, ponownie się wykrzywiając. Mintao nie zmieszał się jednak, mimo, że jego siostra właśnie darła się na niego mentalnie. Wiedział, że syn Kazekage nie ma złych intencji, jednak nie mógł go lubić. Po prostu nie mógł lubić kogoś, z kim Mei się całowała.
-Wracając do tematu – zaczął na nowo Kaju, patrząc na Maykę. – Mały Kazou jest… inny. Pewnego dnia, tak po prostu, zaczęły dziać wokół niego dziwne rzeczy. Pewnego razu przestraszył się czegoś w nocy i ciemność w jego pokoju… zadławiła jego nianię. Na początku nie wiedzieliśmy, że to on. Potem zabił też swojego kota i psa… aż pewnego dnia prawie zamordował matkę. Na szczęście przeżyła. Mały ma jakieś dziwne stany lękowe… nie jest normalny… na pewno nie jest zdrowy psychicznie.
            Mintao zarumienił się lekko i szybko odwrócił spojrzenie od piaskowego shinobi. Wiedział, że wszyscy to widzą. Że tacy jak oni nie są normalni. On i Mei nie byli. Maya też. Nawet Junichi, który był przecież jeszcze taki mały, zachowywał się czasem w sposób, który daleko odbiegał od normy.
            Zerknął na Mayę. Dziewczyna spuściła głowę, gapiąc się na swój kubek z herbatą. Jej myśli były chaotyczne. Widziała siebie w tym chłopcu. Ona również nie mogła sobie poradzić z tym, kim jest. Nie potrafiła powstrzymać tego, co czasem działo się w jej głowie. Nienawidziła tej części siebie. Tego momentu, kiedy realny świat nagle znikał, a potem budziła się i nagle wracały wspomnienia o tym, co zrobiła. Jednak wtedy było już za późno. Wtedy wszystko stało w ogniu, a ona mogła tylko patrzeć, jak płomień trawi to, co spotka na swej drodze. Ubiegłego dnia miała rację. Ona była jak ten ogień. Była ogniem, tak jak on i Mei byli myślą. Zrozpaczony, wyrwał się z sideł myśli przyjaciółki i wrócił do rzeczywistości.
- Coś nie tak? – zapytał Kaju, a Maya podniosła szybko głowę i uśmiechnęła się do niego.
- Och, nie, nic się nie stało! – zawołała. – Uszykuję śniadanie, a wy w tym czasie zajmijcie się zgarnianiem obozu. Kaju niech obudzi resztę, a Mintao złoży namiot. I nie pozabijajcie się!
- Postaramy się – mruknął Mintao, wstając, po czym poszedł do swojej pracy. Kaju nie ruszył tyłka. Chciał, by jego przyjaciele jeszcze trochę pospali.

Patrzyłem przez okno na wioskę, słuchając nocnej ciszy. Było naprawdę spokojnie i naprawdę cicho. Dlaczego nie wracałem do domu? Zwyczajnie nie miałem ochoty. Bana i Shikamaru odesłałem już jakiś czas temu, wszyscy prócz strażników też już opuścili budynek, mogłem śmiało powiedzieć, że byłem sam. Podobało mi się to. W domu nie miałem tego luksusu. Tam zawsze była Hinata i dzieciaki. Mei i Mintao, którzy grzebali mi po głowie i rozkrzyczany, nadpobudliwy Junichi. A przecież było tyle rzeczy do przemyślenia, tyle do zaplanowania! Misja Mintao i Mayki, nowy dzieciak z niezwykłymi mocami i ten cały Takako. Takako, którego trzeba powstrzymać, zanim jeszcze jedna, biedna dziewczyna padnie ofiarą tego szaleńca. Gdybym tylko mógł się stąd ruszyć, sam bym go dorwał, a tak… muszę polegać na dzieciakach i wierzyć, że już niebawem mój syn i reszta poukładają sobie to wszystko i tak jak ja, domyślą się, o co chodzi z tym całym wyścigiem. Bo ja chyba już wiedziałem, ale póki co nie powinienem o tym myśleć. Nawet moja głowa nie była już bezpiecznym miejscem. Och, jak ja bym się wybrał na misję!
            Szczerze mówiąc, tęskniłem za przygodą. Za porządną misją. Prócz treningów od dłuższego czasu nie miałem okazji rozprostować kości. Powalczyć. Poczuć adrenalinę.
            Bycie Hokage związane było z rutyną i stabilizacją. Musiałem być zawsze obecny w wiosce, rzadko mogłem pozwolić sobie na wolne, musiałem być nieustannie do dyspozycji wszystkich interesantów i co dzień wykonywać tę samą, papierkową robotę. Nudziło mnie już to.
            Przeciągnąłem się i ziewnąłem, a potem podniosłem się z krzesła. Marzenia marzeniami, ale Hinata pewnie już się zaczęła niecierpliwić. Nie lubiłem, kiedy robiła mi wymówki, dlatego ruszyłem do wyjścia. Z powrotu o takiej porze jeszcze łatwo mogłem się wytłumaczyć. W końcu zawsze byłem zawalony pracą. Ale już z tego, że nocowałem w gabinecie, byłoby ciężej, choć taką miałem ochotę po prostu nie wrócić!
            Idąc ulicą myślałem o misjach w których brałem udział i wspominałem sobie uczucia mi wtedy towarzyszące. Adrenalina… tak bardzo mi jej brakowało.
            Nagle zatrzymałem się. Usłyszałem głos, który lekko mnie zaintrygował, tym bardziej, że dobiegał z mijanego przeze mnie baru. Zmarszczyłem brwi i zajrzałem do środka.
            Miejsce było niemalże puste, ale nie zdziwiło mnie to, ponieważ doskonale wiedziałem, czym to jest spowodowane. Żaden rozsądny człowiek nie chciałby przebywać w jednym pomieszczeniu z pijanym Sasuke.
            Ruszyłem w kierunku mojego przyjaciela. Uchiha siedział przy barze, obok niego stała pusta butelka sake i druga, z której nie zdążył jeszcze nic wypić. Sasuke gadał jak najęty, opowiadając o czymś śmiertelnie przerażonemu barmanowi, który przytakiwał mu odruchowo. Uchiha wymachiwał pełną czarką, rozlewając dookoła siebie alkohol.
-…tego wstrętnego bachora! I do tego wszystkiego jeszcze mój własny syn! Syn, potomek Uchiha! W którego żyłach płynie… płynie krew mojego klanu, a… on! On! – czknął potężnie, po potem cisnął czarką z sake przed siebie. Barman uchylił się, a naczynie rozbiło się o ścianę za nim. – Zakała rodziny! Niezdyscyplinowany! Rozkrzyczany! Jak… jak jakiś Uzumaki!
- Mam nadzieję, że to komplement – powiedziałem głośno, stając za plecami Sasuke. Drgnął i obrócił się. Jego oczy zabłysły żądzą mordu. Był pijany w sztok.
- Ty! – zawołał oskarżycielsko, celując we mnie palcem. Zdumiewające, że jeszcze siedział prosto. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. – To wszystko twoja wina! To z ciebie mój syn… Shan… on z ciebie bierze przykład, młotku!
            Niemal parsknąłem śmiechem, słysząc przezwisko, którym obdarzył mnie tak dawno temu. Ile to już lat go nie używał?
- Sasuke… – mruknąłem, podnosząc ręce, kiedy zerwał się z krzesła, najwyraźniej z zamiarem zrobienia mi krzywdy. Zachwiał się jednak i byłby upadł, ale złapałem go w ostatniej chwili i zarzuciłem sobie jego rękę na ramiona, za plecami słysząc westchnienie ulgi barmana. – Chodź, zaprowadzę cię do domu.
- Nie! – zaprotestował natychmiast, niczym naburmuszone dziecko. Wyprowadziłem go z baru na świeże powietrze.
- Sakura się pewnie martwi…
            Prychnął.
- Nie obchodzi mnie to – czknął – Hańbią imię mojego klanu… mój własny syn… nasze dziedzictwo…
            Zaczął sobie coś tam mamrotać, ale go nie słuchałem. Zatrzymałem się, zastanawiając, co z nim zrobić? Skoro nie chciał wrócić do domu, to dokąd miałem go zaprowadzić?
- Sasuke… – zacząłem, chcąc zaproponować mu nocleg w moim domu.
-…a on zachowuje się… jak Uzumaki… zero dumy, zero wdzięczności…
- Sasuke! – zawołałem ponownie, bo za pierwszym razem zupełnie mnie nie usłyszał. Podniósł głowę i nagle zrobił się zielony na twarzy. Z wrzaskiem odskoczyłem, a on pochylił się i zwymiotował na chodnik. Kiedy skończył, zbliżyłem się do niego.
- Wszystko w porządku? – zapytałem, a on pokręcił głową. Chyba chciał odejść, ale znów nie dał rady. Ledwo się poruszył, zachwiał się i znów musiałem go złapać, by nie wylądował we własnych wymiocinach. Odciągnąłem go od tamtego miejsca i pchnąłem na pobliską ścianę. Spojrzał na mnie mętnym wzrokiem.
- Co się stało? – zapytałem. Obrzucił mnie szorstkim spojrzeniem. Chyba zaczynał kontaktować.
- Pokłóciłem się z synem – wyznał w końcu, nie patrząc mi w oczy. – Sakura stanęła w jego obronie i z nią też się pokłóciłem. I dlatego nie mam zamiaru wracać do domu – powiedział cicho, osuwając się wolno po ścianie. Nie był w stanie utrzymać się na nogach.
- O co pokłóciłeś się z Shanem? – zapytałem, ale pokręcił głową. W jego oczach błysnął gniew.
- Nie twój interes! – warknął, odpychając mnie na bok. – To sprawa między mną a nim…
            Próbował odejść, ale złapałem go za fraki i ponownie pchnąłem na ścianę, przygważdżając go do niej. Stanąłem z nim nos w nos.
- A wcale, że nie! Wszystko, co się dzieje w waszym klanie mnie dotyczy, bo jestem Hokage, a kłótnie w waszym klanie dziwnym trafem nie kończą się dobrze ani dla waszego klanu, ani dla wioski!
- Nie zrozumiesz…
- Rozumiem więcej, niż ci się wydaje, przestań mnie traktować jak kretyna!
- Mam cię przestać tak traktować?! Kiedy ty jesteś kretynem!
            Jego oczy rozbłysły czerwienią, która mnie pochłonęła.  Wszystko nagle zawirowało, ale tylko na sekundę, bo kiedy znów zamrugałem, w pełni świadomy tego, gdzie jestem i co się dzieje, to ja stałem oparty o ścianę i przyduszany przez wściekłego od granic Sasuke, patrzącego na mnie czerwonymi oczami z odległości trzech centymetrów.
- Jak mówię, że nie zrozumiesz, to nie zrozumiesz! – warknął mi w twarz. Jechało od niego alkoholem, ledwo mogłem to znieść. – Przeszczepiliśmy im oczy, myślałem, że po tym zabiegu wszystko będzie dobrze, że Shan przestanie myśleć o tym, co sobie ubzdurał! O tym, że żył tylko dla oczu Sharony, ale tak się nie stało! Teraz jest jeszcze gorzej, nie udawaj, że tego nie widzisz! Przestał trenować, przestał się interesować, przestało go wszystko obchodzić! Zamknął się w sobie, odciął od rodziny, a my tylko wysłuchujemy skarg na niego! Sprawia same kłopoty, pyskuje mi i matce, dokucza siostrze! Mogę przymykać oczy na jego żarty, mogę przymykać oczy na te wszystkie dziewczyny, mogę przymknąć oczy na to, że nie znosi własnej siostry, ale nie będę…. Nie będę tolerował zaczepek… nie pozwolę mu mówić w ten sposób o moim klanie i… i o Itachim!
            Ostatnie słowo wyrzucił z siebie z takim bólem, że aż mnie coś ścisnęło w żołądku. Ale nie miałem zamiaru przyznać mu racji.
- Nie – wydyszałem, chwytając go za rękę, bo czułem, że za chwilę mnie udusi. Zmarszczył brwi ponad płonącymi czerwienią oczami. – Mylisz się, Sasuke… ja… Ufam Shanowi. Myślę, że mylisz się co do niego.
            Jego gniew był już prawie namacalny, ale ja nie mogłem się z nim zgodzić tak po prostu. Nie po tym, co usłyszałem od samego Shana. Wciąż to pamiętałem… deszczowa polana i młody Uchiha, zmęczony po walce z siostrą. A potem Mangekyou Sharingan w jego oczach i jego przysięga… że jego potomkowie nie uronią już żadnej krwawej łzy. Przyznanie racji Sasuke byłoby zdradą wiary w Shana. A ja wierzyłem, że chłopak potrafi naprawić wszystko to, co stało się w klanie Uchiha, by nareszcie zaznali spokoju. By Sasuke już to wszystko nie dręczyło, by w końcu odpoczął do historii swojego klanu, od wspomnienia tego, co spotkało jego brata, od nienawiści do Liścia, której wciąż miał w sobie tak dużo, od brzemienia, które nadal dźwigał i z którym musiały walczyć także jego dzieci, a już zwłaszcza biedna Sharona. Wierzyłem, że Shan to potrafi. Miał moją Wolę Ognia. Sam był Uchiha. Dzięki temu posiadał jakby dwie natury i wierzyłem, że ta pierwsza w nim zwycięży i nadejdzie czas, kiedy los się w końcu uśmiechnie do Uchiha…
            Będzie końcem swojego klanu… i tylko na dźwięk tych słów ściskało mnie w dołku, ale to przecież nie możliwe, by Shan… by on mógł…
- Ja nie znam swojego syna? – zapytał Sasuke lodowatym tonem.
- Nie do końca o to mi chodziło… Sasuke… – wysapałem, bo ucisnął mi gardło jeszcze mocniej. Zacisnąłem palce na jego nadgarstku i nieco cofnąłem jego łokieć. – Chodzi mi o to, że nie doceniasz swojego syna…
- Jak mam go doceniać, skoro robi wszystko, by przynieść hańbę swojej rodzinie? – wycedził przez zęby. Tak wyprowadzonego z równowagi nie widziałem go od bardzo dawna. Wydawało mi się, że jeszcze chwila, a zacznie toczyć z ust pianę.
- Po prostu spróbuj go zrozumieć. Jest najmłodszym potomkiem twojego klanu, Sasuke! Jest twoim spadkobiercą! Wiem, że w pełni zdaje sobie sprawę, czego od niego oczekujesz. Nie mam tylko pojęcia, czemu wciąż ukrywa swoje intencje!
- O czym ty… – zaczął, a ja, wykorzystawszy chwilę jego dekoncentracji, uwolniłem się spod uścisku, a potem obezwładniłem go kilkoma szybkimi ruchami. Ponownie wylądowaliśmy na ścianie, ale teraz to ja przyciskałem do niej Uchihę, jedną ręką trzymając go za głowę, a drugą ściskając mu za plecami oba nadgarstki.
- Puszczaj! – wysapał dość niezrozumiale, bo policzek rozpłaszczony miał na chłodnym betonie.
- Posłuchaj mnie. Wiem, że Shan bywa nieznośny. Ale jest młody, chce się wyszaleć… ja w młodości też robiłem dziwne rzeczy. Shan zawsze żył w cieniu Sharony… nigdy nie był tak dobry, jak ona. Nawet kiedy bardzo się starał. I ta historia z oczami… Dziwi cię to, że tak bardzo chciał zwrócić na siebie uwagę?
- Już… już dawno po przeszczepie… – mówienie sprawiało mu trudność, bo wciąż trzymałem go za głowę. Nie chciałem jednak, by na mnie spojrzał i użył sharingana.
- Myślę, że to niewiele zmienia. Sharona dostała oczy i znów jest w ANBU. Znów jest „genialna”, „najlepsza”, „fenomenalna” i tak dalej. A co zostało Shanowi, Sasuke? Co on na tym zyskał?
            Uchiha zamarł, a ja pokiwałem głową.
- Tak jak wcześniej, Shan znów jest tym gorszym – szepnąłem do zdębiałego przyjaciela. – Wierzę jednak, że jest na tyle rozsądny, by przezwyciężyć w sobie swoje rozgoryczenie. I pewnego dnia… – urwałem, bo wiedziałem, że nie powinienem mówić Sasuke o mojej rozmowie z Shanem na deszczowej polanie po treningu. Ale miałem nadzieję, że pewnego dnia Shan zwycięży klątwę, która krąży nad Uchiha.
            Staliśmy tak kilkanaście długich sekund, Sasuke jak sparaliżowany, ja wciąż go trzymając, aż w końcu Uchiha poruszył się nieznacznie.
- Możesz… możesz już mnie puścić… – szepnął. Puściłem go i szybko cofnąłem się o kilka kroków. Sasuke odwrócił się, rozcierając nadgarstki. W końcu zerknął na mnie, na szczęście, już czarnymi oczyma. Westchnął.
- Chyba masz rację – szepnął, a potem podniósł głowę. Zerknął w kierunku dzielnicy Uchiha, zrobił krok w tamtą stronę, potem zawahał się i odwrócił. Spojrzał w bok, robiąc jakąś dziwną minę. Zmarszczyłem brwi.
- Naruto – zaczął i  nagle urwał.
- Tak?
- Przenocujesz mnie? – to pytanie ledwo przeszło mu przez gardło. Ryknąłem śmiechem, a mój śmiech rozdzwonił się po pogrążonej we śnie Konosze.


 „…- Przepraszam – wtrąciła się nagle Maya. Spojrzenie wszystkich obecnych w gabinecie spoczęło na niej. – Czy… czy moglibyśmy go zobaczyć? Tego chłopca?
            Kazekage wpatrywał się w nią pełne trzydzieści sekund, jakby musiał powtórzyć sobie w myślach jej prośbę. W końcu uśmiechnął się ponownie.
- Oczywiście, Mayu – wstał zza biurka. – Jeżeli ty i Mintao nie jesteście zbyt zmęczeni podróżą, to oczywiście, mogę was do niego zabrać…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz