poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 26

"Oto Ikar wzlatuje. Kobieta nad balią zanurza ręce.
Oto Ikar upada. Kobieta nad balią napręża kark.
Oto Ikar wzlatuje. Kobieta czuje kręgosłup jak łunę.
Oto Ikar upada. W kobiecie jest ból i spoczynek."
Stanisław Grochowiak


Papierkowa robota to była ta ciemna strona bycia Hokage. Ja i Ban babraliśmy się od rana w papierach, z małą przerwą na poinformowanie i wysłanie kilku drużyn na misje. Dwa razy zajrzał do nas Shikamaru, który pisał mi raport z egzaminu, ale jakoś mu nie szło. Nam, szczerze mówiąc, też tu nie szło. Ale myśmy nie mieli zamiaru się do tego przyznawać.
            Po południu uporaliśmy się z nagromadzonymi zaległościami. Odetchnąłem, wyciągając się w fotelu i pozwoliłem Banowi odejść, gdy nagle coś przywaliło w moje okno. A konkretnie, we framugę od okna.
            Wstałem i wyjrzałem. Pod oknem stał Shan Uchiha,podrzucając w dłoni kamień. Otworzyłem okno, ciesząc się, że celował we framugę i go nie wybił.
- Czego chcesz?! – zawołałem, wychylając się.
- Mintao i Kaju będą walczyć! Chce pan popatrzeć?
- Ooooo… pokłócili się?! – zainteresowałem się.
- Tak, ale nie wiem o co – zakrzyknął. - To idzie pan?
- Jasne, ktoś będzie musiał ich rozdzielić, w razie co.
            Wyskoczyłem przez okno i dołączyłem do młodego Uchihy. Ruszyliśmy w stronę pól treningowych. Nie spieszyło się nam… a w każdym razie nie spieszyło się Shanowi, który chyba cieszył się odzyskaną wolnością.
- Odwołali ci szlaban - zagadnąłem, uśmiechając się.
- Taaa… dzięki za to. Wiem, że to pan namówił Sharonę - rzekł chłopak, szczerząc zęby. Ręce wepchał głęboko do kieszeni. Włosy miał jak zwykle w nieładzie, ale dziś związał je z tyłu rzemykiem. Niektóre tylko kosmyki opadały mu na twarz. Wyglądał na zadowolonego z siebie.
- Uznałem, że jest ci coś winna - powiedziałem, śmiejąc się.
- Eeee… nie przejmuje się pan nią. Pan chyba najlepiej wie, jak ona się ma.
- Coraz z nią gorzej…- mruknąłem cicho, a młody Uchiha pokiwał głową.
- Tak…- przyznał mi rację. Skręciliśmy z głównej ulicy w jedną z bocznych alejek. Zbliżaliśmy się już do celu naszej podróży i w nas obu narastało podniecenie. Nie wiem jak Shan, ale ja lubiłem oglądać walki Mintao i Kaju, choć często zdarzało się, że musiałem interweniować. Zdawałem sobie też sprawę, że Shan ściąga mnie tam właśnie dlatego. Uchiha bał się o Mintao i Kaju. Bał się, że może się to źle skończyć. Nie, żebym sam nie potrafił wyniuchać, gdzie się tłuką… ale lepiej było dmuchać na zimne. Zastanawiałem się tylko nad jednym. Czemu, do licha, wcale nie czułem, żeby ktoś przed nami walczył?
- Eeee… Shan, jesteś pewien, że oni walczą? – zapytałem.
- No, jeszcze nie walczą, ale zanim tam dojdziemy, pojedynek się już zacznie.
- Skąd to wiesz, nie czuję, żeby oni tam…
- Wiem i już – zachichotał. – Dobrze ich znam. Założyłem się nawet o to z Roppą. Biedny, straci kupę kasy!
            I zatarł dłonie, szczerząc szeroko zęby. Pokręciłem głową. On naprawdę musiał mieć jakiś szósty zmysł, polegający na wyczuwaniu dobrych okazji na wydębienie od ludzi pieniędzy, ramen oraz innych rzeczy przynoszących mu korzyść.
            Doszliśmy na miejsce. Przed polem treningowym zebrał się już spory tłumek. Dostrzegłem wśród obecnych Mei, a także Syoko i Roppę. Reszta dzieciaków to byli genini i chuunini z naszej wioski. Gdy się zbliżyliśmy, tłumek powitał mnie chóralnym „dzień dobry”.
- Cześć – przywitałem się i zerknąłem na mojego syna i Kaju, którzy stali pośrodku pola treningowego, patrząc na siebie. Każdy z nich trzymał w dłoni kunai. Zbliżyłem się do siedzącej na trawie Mei i usiadłem obok niej. Shan stanął dwa kroki od nas, ale nie zwracał uwagi na szykujących się do walki kumpli. Jego wzrok powędrował do stadka sprzeczających się ze sobą o wynik pojedynku dziewczyn. Przez chwilę nasłuchiwał, jak kłócą się o to, kto jest silniejszy, Mintao czy Kaju, po czym ściągnął rzemyk z włosów, rozczesał je palcami i ruszył w ich kierunku, szczerząc zęby. Już po chwili otaczało go stadko rozchichotanych dziewczyn, które raptem zupełnie przestały interesować się moim synem i synem Kazekage.
- Głupek… - mruknęła Mei, patrząc na przyjaciela zmrużonymi oczami. Zerknąłem na nią. Czyżby moja córka była zazdrosna o Uchihę?! O nie! Tylko nie to!
- Zazdrosna? – spytałem, choć chyba wolałbym nie wiedzieć.
- O niego? – prychnęła. - Jeszcze na głowę nie upadłam! Po prostu wkurza mnie i już. Wiesz, co on powiedział, jak stało się jasne, że Mintao i Kaju będą walczyć? Że „idzie poszukać jakichś frajerów, żeby łatwo wygrać trochę grosza!” Naciągnął Roppę, idiota. No i że przyprowadzi sobie „dziewczynki”. Czasem mam ochotę złamać mu szczękę.
            Zachichotałem. Moja krew!
- A ja też zaliczam się do tych „frajerów”? - spytałem cicho.
- No coś ty! Chodziło mu o głupków typu Roppa. Ja nie mogę! Zakładać się z Shanem! Czy ci ludzi nie uczą się na błędach?!
            Nie wypowiedziałem się na ten temat, bo coś czułem, że wyszedłbym właśnie na takiego głupka. Spojrzałem na walczących, który w tym samym momencie rzucili się na siebie. Zgrzyt stali poinformował wszystkich obecnych, że pojedynek się zaczął. Nawet Shan przerwał rozmowę z dziewczynami i zerknął ponad ich głowami na walczących.
            Wśród kłębów wirującego piasku mój syn i Kaju siłowali się ze sobą. Każdy próbował zyskać przewagę nad przeciwnikiem. Po chwili daremnego trudu odskoczyli od siebie.
- Kage Bunshin no Jutsu! – krzyknął Mintao, zanim jeszcze dotknął ziemi. W powietrzu zaroiło się od klonów, blisko dwudziestu.
            Klony natychmiast rzuciły się na Kaju. Cztery z nich w ogóle do niego nie dotarły, unicestwione przez piaskowe zęby, które wystrzeliły z podłoża. Cała reszta zgraną paczką dała pokaz mistrzowskiego taijutsu, ale nawet mimo to Kaju pozostał nieugięty. W pewnym momencie w powietrzu zaroiło się od piasku, który przesłonił nam cały widok. Gdy opadł, na placu boju stali tylko Kaju i Mintao, obaj dysząc.
            I wtedy z ziemi podniosła się piaskowa łapa, która złapała mojego syna za nogę. Mintao runął na plecy z cichym okrzykiem zaskoczenia, a łapa zaczęła go natychmiast ciągnąć w stronę przeciwnika. Kaju wyciągnął kilka shuriken i cisnął nimi w Mintao, a one ugodziły go w pierś.
            Uśmiechnąłem się pod nosem.
            PUUUF!
            Kilka osób wciągnęło głośno powietrze, gdy ostatni klon zniknął, tworząc kłęby białego dymu. Zaskoczony Kaju rozejrzał się dookoła, lustrując uważnie otoczenie.
- Wyłaź! - krzyknął, ale już po sekundzie jego krzyk zamienił się we wrzask bólu, gdy spod ziemi wystrzeliła jarząca się błędną chakrą dłoń, która złapała go za kostkę.
- Ojej! - pisnęła siedząca obok mnie Mei i zdałem sobie sprawę, że wcale nie kibicowała bratu.
            Mintao wyskoczył spod ziemi i kilkoma szybkimi ciosami powalił Kaju na ziemię. Może i nie byłoby to aż tak bolesne, gdyby nie jego dłonie połyskujące błękitem.
            I znowu… PUUUF!
            Klon stworzony przez Kaju rozsypał się, tworząc mały kopiec żółtego piachu, a mój syn stanął jak wryty. Raz, dwa… liczyłem uderzenia swojego serca, pochłonięty walką bez reszty… trzy…
            Pięć shuriken śmignęło ku Mintao, a on uskoczył raptownie, i cisnął swoimi w stronę drzewa, z którego nastąpił atak. Kaju zeskoczył na ziemię i znów starli się ze sobą, walcząc zaciekle. Kaju uważnie wystrzegał się błękitnych dłoni mojego syna, Mintao sprawnie unikał kunai trzymanego przez Kaju. Walka zdawała się dopiero rozkręcać. Po chwili jednak Kaju odskoczył, a zdumiony Mintao spojrzał na niego, trzymając się na dystans.
- Skończmy to…- mruknął syn Kazekage, uśmiechając się zadziornie. Zawiązał pieczęć. - Sabaku Rou!
- Aj! - zawołałem, odchylając się do tyłu. Piasek wokół Mintao zaczął się podnosić, w przerażająco szybkim tempie zamykając go w okrągłym więzieniu. Kaju użył do tego jutsu mniej chakry, tworząc wokół mojego syna więzienie dopasowane do jego rozmiarów.
- Za wolno…- szepnęła jednak siedząca obok mnie Mei, czytając myśli brata. - Za wolno, Kaju…
             W istocie, jutsu okazało się zbyt wolne, bo…
- Rasengan!- wszyscy wyraźnie usłyszeli krzyk Mintao, który uderzył rasenganem w miejsce, w którym piasek nie zdążył się jeszcze ze sobą dobrze połączyć. W ścianie więzienia pojawiła się wyrwa, a jego kawałki rozbryznęły się na wszystkie strony, tak, że połowa obserwatorów musiała paść na ziemię, by nie dostać jakimś odłamkiem. Mintao wypadł pędem z kleszczy piaskowego ataku Kaju, zasłaniając oczy ręką, aby żadna drobinka nie wpadła mu do oka.
- Za mało chakry włożył Kaju w to jutsu - powiedziałem do Mei. Pokiwała głową. Nie mieliśmy jednak czasu porozmawiać, bo Kaju nie miał zamiaru odpuścić mojemu synowi. Stworzył kilka piaskowych klonów i wraz z nimi rzucił się na mojego syna.
            W tym momencie mogłem zaobserwować siłę uderzeń mojego syna. Aż skrzywiłem się, gdy silnym ciosem pięści między oczy oderwał głowę jednemu z klonów. Sakura nauczyła walić go tak, jak to ona lubiła najbardziej. W gębę i do tego z całej siły. Głowa klona ugodziła Kaju w twarz, rozsypując się w drobny mak. Dało to sekundę przewagi mojemu synowi, który szybko zawiązał pieczęć.
- Chuusuusei Biribiri!
            Przemknął szybko niczym strzała, niszcząc ostatniego klona Kaju i zanim tamten zdążył pozbyć się piasku z oczu, uderzył go w kark,powalając na ziemię, po czym odskoczył. Kaju przez kilka sekund leżał zupełnie zdezorientowany. Po chwili jednak zamrugał…
- O nie, znowu… przeklęta technika…- jęknął. Nie wiem, którą częścią ciała próbował poruszyć, ale w każdym razie drgnęła jego lewa noga. Potem poruszył prawą ręką, następnie lewą nogą. Chyba próbował zebrać się z ziemi, ale mu nie wychodziło.
- Poddaj… się…- wydyszał Mintao, opierając dłonie na kolanach.
- Nigdy w życiu, kurduplu…- warknął Kaju i podniósł się na kolana i łokcie. Było to dość imponujące jak na czternastolatka, ale w końcu tyle razy już walczył z moim synem, że musiał  wypracować sobie strategię, jak się bronić przed jego technikami. I wzajemnie.
- Kurduplu!? – zawołał mój syn rozwścieczony. Tłum zachichotał.
- Mintao, pragnę ci uprzejmie przypomnieć, że z naszego rocznika tylko twoja siostra jest od ciebie niższa! - zawołał rozbawiony Shan, a tłumek otaczających go dziewcząt zachichotał. Shan wyciągnął ręce i otoczył ramionami dwie dziewczyny stojące po jego obu stronach. Gdy uchwycił moje spojrzenie, mrugnął do mnie jednym okiem, wskazując na siebie palcem i wyszeptał bezgłośnie: „zwycięzca.”
- Jak nic, tylko złamać szczękę i patrzeć, jak zbiera zęby - mruknęła cicho Mei, która też to widziała. Zaśmiałem się cicho, przenosząc spojrzenie na Kaju, który podniósł się z ziemi, zginając palce i prostując je.
- Zdaje się, że wszystko już gra - powiedział do Mintao, a ten wykrzywił się.
- Więc mogę ci pokazać, co może za chwilę nie grać.
- Zapraszam – szepnął Kaju, uśmiechając się. Ponownie się na siebie rzucili. I w pewnym momencie po prostu obaj przyłożyli sobie nawzajem w twarz. Siła uderzenia odrzuciła ich na kilka metrów. Wylądowali w przeciwległych krańcach pola treningowego i żaden już nie wstał.
- Cholera! – zawołał Roppa na całe gardło, wypluwając z ust wykałaczkę, którą żuł. - Gdzie jest przeklęty Uchiha?!
- Tu jestem, tu jestem…! - zawołał automatycznie Shan, wyswobadzając się z uścisku dziewczyn. Gdy już mu się to udało, podbiegł do Roppy i wyciągnął rękę. Piaskowy shinobi oddał mu pieniądze, które przegrał. – Moje panie! – Shan zwrócił się do dziewczyn, z którymi rozmawiał. – Stawiam ramen. Mała, idziesz? - z ostatnim zdaniem zwrócił się do Mei. Ta podniosła się z ziemi i otrzepała spodnie.
- Może uda mi się go wreszcie pobić – szepnęła do mnie. – A jak nie, to przynajmniej się najem.
            I odeszła. Wstałem z westchnieniem i również otrzepałem się z piasku i trawy. Ruszyłem w stronę mojego syna, do którego podbiegło już kilka osób. Po drugiej stronie pola treningowego Sayoko i Roppa pochylali się nad Kaju, odganiając od niego zaciekawione stanem piaskowego shinobi dziewczyny.
            Nachyliłem się nad Mintao, który właśnie otwierał oczy.
- Tata…- jęknął mój syn, mrugając. - Och… i co? Kto wygrał? - zapytał.
- Shan Uchiha - odpowiedziałem. Mój syn skinął głową.
- Wiedziałem. Też mogłem się założyć.
            Usiadł, kaszląc i zaczął obmacywać swoje ciało. Po chwili zawiązał szybko jakąś pieczęć i jego dłonie rozbłysły zieloną chakrą. Zaczął dotykać różnych miejsc na swoim ciele, lecząc swoje obrażenia. Po drugiej stronie placu Kaju również podniósł się do pozycji siedzącej.
            Po chwili Mintao wstał i bez niczyjej pomocy ruszył chwiejnie w stronę Kaju. Piaskowy shinobi obserwował go uważnie, a gdy mój syn do niego podszedł, on również wstał.
- To była dobra walka - powiedział Mintao, wyciągając rękę. Kaju spojrzał na nią, po czym uścisnął ją mocno.
- Tak, dobra - przyznał i skrzywił się, bo najwyraźniej coś go zabolało.
- A teraz obaj natychmiast udacie się do szpitala - powiedziałem głośno. - Sayoko i Roppa was odprowadzą. I bez dyskusji! - dodałem, widząc minę swojego syna. - Sprawdzę, czy tam dotarliście.

            Lekcja z Mayeczką ciągnęła się już kilka godzin. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi i obawiałem się, że jeszcze trochę, a przegapię kolację. Ta myśl była bardzo straszna. Moja uczennica nadal uczyła się panowania nad swoim niezwykłym temperamentem, a moje lekcje zostały połączone z terapią lekową Sakury. Mieliśmy wszyscy nadzieję, że to pomoże i w końcu dziewczynie uda się nad sobą zapanować. Że poskromi swoją agresję. Dodatkowo Sakura wpadła na pomysł, by skłaniać dziewczynę do rozładowywania swojej złości, kiedy tylko ją poczuje. Twierdziła bowiem, że wybuchy ognia powodu je nagromadzona w dziewczynce złość. Maya bowiem potrafiła przez wiele dni tłumić w sobie wszystkie negatywne uczucia, by potem uwolnić je w jednym wybuchu. Tak więc przez medytację uczyliśmy ją kontroli nad myślami, by nie popadała w depresję a ponadto uczyliśmy ją rozpoznawania uczuć i wyrażania ich w odpowiedni sposób. Zaowocowało to limem pod okiem Shana Uchihy, kiedy szepnął Mayi na ucho, że „niezła z niej laska”. Sakura, lecząc oko swojego syna, powiedziała,że to wspaniały krok na przód. Shan chyba nie podzielał jej zdania. Wkrótce potem, by pozbyć się tych urwisów z wioski, wysłałem ich na misję. Nie lubiłem, kiedy dzieciaki opuszczały wioskę, ale czasem miałem ich po prostu dość. I chyba reszta wioski też.
            Co do reszty spraw, to moje śledztwo utknęło w martwym punkcie. Zauważyłem z resztą, że moje śledztwo nie miało właściwie żadnych innych punktów, prócz tych martwych. Shikamaru opuścił wioskę wraz z Temari i swoją córką i drużyną Kaju, tak więc zabrakło mi mojej prawej ręki. Musiałem jednak dać mu wolne, bo Temari gotowa była już mnie zabić. No cóż, w sumie komu jak komu, ale im to akurat należał się urlop. Tak więc pozbawiony Shikamaru i czekający na wieści od Shimamury (w ostatnich listach napisał mi, że udało mu się dostać w podziemia i cały czas śledzi Hiroetsu i szuka informacji o Mayi), niewiele mogłem zrobić, poza wałkowaniem z oddziałem Sharony wciąż tych samych pytań bez odpowiedzi. Młoda Uchiha nieco odżyła, w każdym razie przestała już wrzeszczeć na wszystko i wszystkich, a z plotek, które sprzedał mi Makoto (chłopaki wrócili już z wybrzeża, ale o Saiu niczego się nie dowiedzieli) dowiedziałem się, że zgodziła się iść na randkę z Toeim. Od dłuższego czasu bowiem zawzięcie chłopakowi kibicowaliśmy.
            Poza tym w wiosce niewiele rzeczy uległo zmianie. Sasuke i Sakura znowu się pokłócili, ale dla nich to był stan normalny. Mój najmłodszy syn przybrał nieco na wadze, ale nadal reagował na mnie tak, jak zawsze. Nie mogłem go wziąć na ręce i strasznie mnie to bolało. Hinata opiekowała się nim za nas dwoje, choć ostatnio zauważyłem, że coś z nią było nie tak. Jej uśmiech zdawał się z dnia na dzień blednąć, a jej powieki robiły się coraz cięższe. Przydzieliłem więc jej do pomocy jej własną drużynę, mając nadzieję, że dzieciaki ją rozweselą i trochę odciążą.
            Finał egzaminu na chuunina zbliżał się wielkimi krokami, zostało do niego już tylko kilka dni. Spodziewałem się, że lada dzień Shikamaru wróci z urlopu i zajmie się swoimi obowiązkami. Zaproszenia na te uroczystość zostały już rozesłane i najważniejsi goście potwierdzili już, że przybędą. Oczywiście, najważniejszy z nich miał być Kazekage oraz, czego nie można było uniknąć, jako że większość osób walczących w trzecim etapie to miały być dzieciaki z Wioski Słońca, Hiroetsu. Na wizytę tego ostatniego czekałem z niecierpliwością. Do tej pory nie widziałem go na oczy, ale słyszałem od tych z ANBU, że facet jest rudy i brzydki.
- Mam już dość… - jęknęła w pewnym momencie Maya, przerywając moje rozmyślania. - Jestem głodna.
- Ja też – przyznałem, przeciągając się. Cztery godziny medytacji sprawiły, że mój umysł był jasny jak nigdy, ale za to mięśnie miałem zdrętwiałe. Maya, siedząca naprzeciw mnie, wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami. Na jej pokiereszowanej twarzy gościło coś na kształt uśmiechu.
- To co, wracamy, Naruto-san? – zapytała. Skinąłem głową i oboje podnieśliśmy się z ziemi. Ruszyliśmy w stronę wioski, gdzie przy bramie czekali na nas strażnicy Mayi. Przekazałem im dziewczynkę, a sam ruszyłem pędem do domu, mając nadzieję, że kolacja jest nadal ciepła.
            I dlatego właśnie widok mojego domu tak mnie zaniepokoił. Gdy tylko wbiegłem na podwórko, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to brak zapalonych świateł. Cisza. W powietrzu nie unosił się żaden zapach…
            Dlatego zignorowałem frontowe drzwi i wbiegłem do domu przez te na tarasie. Dopiero w sypialni odetchnąłem z ulgą.
            Hinata spała w łóżku z Junichim. Leżała wygodnie na boku, przytulając naszego synka do piersi. Uśmiechnąłem się. Razem wyglądali tak ślicznie.
            Uspokoiłem szybko bijące serce i zbliżyłem się do łóżka.
- Kochanie…- szepnąłem cicho, pragnąc zbudzić moją żonę. Ująłem ja delikatnie za rękę. Zamarłem.
            Jej dłoń była lodowata. Zimna, jakby trzymała ją w lodówce. Przerażony tym, przekręciłem ją na wznak. Oczy miała zamknięte, a twarz szarą jak popiół. Wyglądała jak martwa…
- Nie… - uleciało z moich ust. Rozdarłem przód jej bluzki i przyłożyłem ucho do jej piersi. Jej serce biło… ale ledwo biło.
            Stworzyłem klona, który pomknął po Sakurę, a sam zabrałem się za reanimację. Była to jedyna rzecz, jaka przyszła mi do głowy. Spanikowany, masowałem serce mojej żony, co chwila wdmuchując jej w usta powietrze. Sama oddychała tak słabo, że bałem się, że bez pomocy przestanie.
            Potem zapanował chaos. Pojawili się medycy wraz z Sakurą. Hinata została zabrana do szpitala. Jakaś pielęgniarka obiecała mi, że zajmie się Junichim. Czułem się jak w transie i tak naprawdę wszystko, co się stało,dotarło do mnie już po fakcie, kiedy stałem przed szklaną szybą i patrzyłem na moją żonę leżącą w szpitalnym łóżku, podłączoną do aparatury, nieprzytomną.
            Obok mnie pojawiła się Sakura.
- Co z nią? - zapytałem natychmiast, nie odwracając spojrzenia od Hinaty.
- Nie mam pojęcia - szepnęła. - Jest skrajnie wyczerpana, poziom jej chakry wynosi w tej chwili zero.
- Przecież nic nie robiła! - zaprotestowałem gwałtownie. - Była w domu!
- Wiem, i dlatego nie rozumiem, jak to się stało. Jej stan nie zagraża życiu, kiedy odbuduje chakrę, ocknie się. Póki jest nieprzytomna, nic nie możemy zrobić. Nie ma żadnych ran, ani wewnętrznych, ani zewnętrznych. Nie jest na nic chora, ba, nie jest nawet odwodniona! Jest po prostu… wyczerpana. Musi odpoczywać.
- Co się dzieje, co się do cholery dzieje? - wymamrotałem, opierając czoło o szybę. Sakura poklepała mnie po ramieniu.
- Chodź, jest już późno. Napijemy się kawy.
- Nie.
- No wiec może chodź do Junichiego. Myślę, że powinien cię zainteresować test, który mam zamiar przeprowadzić.
- Test? - spojrzałem na nią zdumiony. Jaki test, do cholery?
- Zobaczysz.
            Wzięła mnie za rękę i pociągnęła. Podreptałem za nią ogłupiały, nie mając pojęcia, o co chodzi? Wspięliśmy się piętro wyżej i weszliśmy do dużej sali z białymi ścianami. Na krześle pod ścianą siedziała pielęgniarka, trzymająca mojego syna na rękach. Junichi nie spał. Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi, pomarańczowymi oczami, a ona mówiła do niego tak, jakby ją rozumiał.
-… a teraz przyszedł twój tata i ciocia Sakura, cieszysz się? No jasne, że się cieszysz… malutki, prawda?
            Sakura zbliżyła się do pielęgniarki. Tamta skinęła głową, a Sakura zaczęła podłączać do jej skroni i nadgarstków jakieś czujniki, połączone cieniutkimi kabelkami ze stojącą w kącie aparaturą.
- Będziemy monitorować ilość chakry w ciele Emiko - wyjaśniła mi, kiedy spojrzała na moją twarz i zrozumiała, że nic nie kapuję.
- Acha. Czyli podejrzewasz… Junichiego? - imię mojego syna z trudem przeszło mi przez gardło. Skinęła głową. - To jakieś żarty! Sakura, niby jak?...
- Właśnie próbuję się tego dowiedzieć - powiedziała, patrząc na jakiś wskaźnik na aparaturze, do której podłączyła wciąż zabawiającą mojego synka Emiko. Ręką wskazała mi kolejne krzesełko pod ścianą. Usiadłem na nim i przymknąłem oczy, masując powieki. Siedzieliśmy w ciszy.
            Po dwóch godzinach bezsensownego oczekiwania, trzech kawach i kilku wymamrotanych przeze mnie przekleństwach, Sakura przywołała mnie gestem do siebie. Zbliżyłem się do niej i zerknąłem na urządzenie, przy którym stała. Zastukała we wskaźnik, który pokazywał poziom chakry Emiko.
- Ta strzałka w ciągu dwóch godzin przesunęła się o milimetr w lewo, co oznacza, że choć Emiko nic nie robiła przez cały czas, to poziom jej chakry się obniżył. Co z kolei oznacza, że obniżanie się poziomu chakry powoduje Junichi, bo gdy wcześniej podłączyłam Emiko samą, jej chakra pozostawała na tym samym poziomie.
- Ale co Junichi robi z tą chakrą? - zapytałem. - Pochłania ją?
- Bardzo możliwe, zaraz się przekonamy.
            Sakura zbliżyła się do Emiko i mojego syna i odłączyła dziewczynę. Strzałka, będąca w połowie tarczy wskazującej poziom chakry, opadła w lewo, wskazując zerowy poziom. Sakura zaczęła przyczepiać czujniki do Junichiego.
            Gdy ostatni, czwarty czujnik, spoczął na nadgarstku młodego, bardzo wiele rzeczy wydarzyło się na raz. Strzałka wskazująca poziom chakry śmignęła w prawo, a jednocześnie z urządzenia posypały się iskry i dym. Żarówki w lampach nad nami wystrzeliły jednocześnie i zgasły, pogrążając nas w mroku. Usłyszeliśmy krzyki dochodzące z korytarza, co oznaczało, że światło zgasło nie tylko u nas.
- Spokojnie! – zawołała Sakura do nas. - Zaraz włączy się awaryjne.
            Awaryjne zasilanie włączyło się po kilkunastu długich sekundach, ale u nas wciąż było ciemno, bo wysadziło nam żarówki. Wyszliśmy więc na korytarz. Tam wymieniłem z Sakurą zaniepokojone spojrzenie.
- No i mamy wyjaśnienie – powiedziała różowowłosa, przyglądając się trzymanemu przez Emiko Junichiemu. Ja też spojrzałem na syna, który kwilił cichutko, przestraszony. Miałem ochotę wziąć go na ręce i przytulić, powiedzieć mu, że wszystko jest dobrze, ale wiedziałem, że tylko pogorszę sprawę.
- Nie mogę brać go na ręce - powiedziałem do Sakury. - Płacze strasznie, kiedy go dotykam. Zupełnie, jakby się mnie bał.
            Dopiero kiedy wypowiedziałem te słowa, zdałem sobie sprawę, że wbijam sobie paznokcie w skórę na brzuchu. Pospiesznie opuściłem rękę i spojrzałem w zielone oczy, które tak dobrze znałem. Moja przyjaciółka nie odpowiedziała. Zagryzła dolną wargę, przypatrując się młodemu.
- Po prostu będzie trzeba jak najmniej nosić go na rękach - powiedziała pogodnie Emiko.
- Póki nie będzie umiał mówić i nam nie wyjaśni, tak - przytaknęła Sakura.


w następnym rozdziale:

 "...- Cieszę się, że wróciłeś, Kakashi-sensei..."

2 komentarze:

  1. Wspaniały rozdział ;D
    Wiedziałam, że z maleństwem jest coś nie tak, no ale żeby pobierać czakre? To nawet przez myśl mi nie przeszło. Oby Hinata szybko do siebie doszła. Nie rozumem tylko jakim cudem Naruto i Hinata mają zamiar wychować dziecko bez noszenia go na rękach.hmm... intersujące.
    Pozdrawiam i całuję ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    hahha dobra ta walka, a najbardziej to wygrał Shun, dlaczego mały tak reaguje na Naruto?i sprawa z tą chakrą...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń