wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 8

„Serce ma swoje racje, których rozum nie jest w stanie zrozumieć; to widać w tysiącach rzeczy.”
Blaise Pascal


W szpitalu spędziłem pięć długich, wkurzających mnie dni, zupełnie odcięty od informacji. Jedyne, czego się dowiedziałem od Shikamaru, który wpadał do mnie codziennie wieczorem, to to, że nie powinienem się martwić, bo nie mam o co. A ja przecież miałem o co się martwić! O moją bezcenną rodzinę, o niezastąpionych przyjaciół, o wioskę, którą kochałem jak nic innego w życiu, o Krainę Ognia, nad bezpieczeństwem której czuwałem. Gdybym o tym wszystkim zapomniał, to jakim byłbym Hokage?
Jednak, podobno, moje zdrowie było o wiele ważniejsze. Ja natomiast uważałem, że wszyscy za bardzo się przejmują. Czułem się dobrze… no, prawie dobrze. Moje ciało było znacznie słabsze, niż normalnie. Wiedziałem jednak, że porządny trening od raz postawiłby mnie na nogi jak nic innego. Nikt jednak nie chciał mi na ten trening pozwolić. A już zwłaszcza mój rodzony syn.
Z Mintao byłem dumny. Pielęgniarki wiedziały o moim synu zadziwiająco dużo i oczywiście, sprzedawały mi wszystkie plotki. A te plotki z dnia na dzień były coraz ciekawsze. Najbardziej ubawiłem się z tej śmiesznej sceny z jego dziewczyną. Ja również, kiedy byłem w jego wieku, przechodziłem takie zawirowania miłosne. A potem moje serce zwojowała Hinata.
Aż pewnego dnia w końcu wypuszczono mnie ze szpitala i mogłem wrócić do domu. Chciałem też od razu wrócić i do pracy, ale podniosły się stanowcze protesty nie tylko mojej rodziny, ale i przyjaciół. W końcu odpuściłem i postanowiłem spędzić kilka dni z rodziną. Ale ponieważ oni wszyscy byli zajęci, wyszło na to, że siedziałem z Junichim i, ku przerażeniu rodziny, gotowałem obiadki. Hinata zajęta była sprawami swojego klanu i treningami ze swoją drużyną. Mintao albo siedział w szpitalu, albo gonił za obrażoną na niego Nami, która podobno nie chciała go znać za to, co jej powiedział. Praktycznie nie było go w domu. O to, by Mei również nie siedziała w domu dbał Shan Uchiha, który po raz kolejny podpadł Konohamaru. Tak wiec jedynym moim towarzyszem podczas długich poranków i jeszcze dłuższych popołudni był Junichi, któremu mama zabroniła pokazywania mi jakichkolwiek sztuczek. Siedzieliśmy więc we dwóch, a ja miałem w końcu okazję nadrobić te wszystkie stracone godziny, kiedy syn jeszcze się mnie bał.
Kiedy już wycierpiałem doszczętnie dużo z ramienia mojego nieznośnego syna Sakura stwierdziła, że jestem już zdrowy i wreszcie mogłem wrócić na swoje stanowisko. Wreszcie! I ledwo wkroczyłem do gabinetu już chciałem wiać, ponieważ czekała tam na mnie tona papierkowej roboty, której nie mógł podpisać i podstemplować nikt inny prócz mnie.
- Cieszymy się, że pan wrócił – powiedział Ban, po kilku godzinach mojego ślęczenia nad papierami, dokładając mina biurko ich kolejny stos. – Tęskniliśmy za panem!
- Aha, ja też. I teraz tak sobie myślę, że to była największa głupota w moim życiu – powiedziałem, wskazując mu kanapę. Usiadł, a ja odsunąłem od siebie papiery. – Opowiadaj o problemach…
- Ale, Lordzie Hokage, pańskie serce! I mówiono mi…
- Ban, do cholery, bądźże dorosły – powiedziałem, wychylając się ku niemu. – Nie wiem, jakich bzdur nagadała ci Sakura, ale zapewniam cię, że czuję się bardzo dobrze i ty nie chcesz się o tym przekonać.
- Nie chcę – poparł mnie natychmiast, przełykając ślinę.
- Co z Sharoną?
- Przysyła raporty, ale nie znaleźli go. Jest za to wiele śladów, podróżuje jednak w sposób, który wymyka się logice. Ślad znika, a potem pojawia się w innym miejscu. Zginęła kolejna dziewczyna. Jej zwłoki – wzdrygnął się. – On… wie pan…
- Bydle – warknąłem, pocierając podbródek. – A jeśli chodzi o Kaju…
- Przyniósł do pana list od Kazekage – powiedział Ban, a potem wstał i wygrzebał ów list ze stosu papierów w naszej magicznej szafeczce. Podał mi go.
            Rozwinąłem ciasno związany zwój i spojrzałem na staranne pismo Gaary.

Drogi przyjacielu
Nie chciałem zaprzątać tym Twojej głowy, ale po krótkim wahaniu postanowiłem napisać ten list. W końcu to przecież nic ważnego. Otóż w Wiosce Ukrytej w Piasku mieszka chłopiec. Do tej pory dziecko wydawało nam się po prostu chore, spało w dzień, bo lepiej czuło się nocą. Unikało słońca, niemalże panicznie bało się jasnego światła. Jednak niedawno zaczęło dziać się z nim coś dziwnego.
            Chłopiec ma teraz dwa i pół roku i bez mrugnięcia okiem potrafi zabić człowieka za pomocą ciemności. Bez pieczęci, bez żadnych technik, bez jednego gestu. Dodatkowo atakuje czasem innych i pije ich krew. Nie ukrywam, że jest tu traktowany inaczej niż inne dzieci. To dla mnie trochę kłopotliwa sytuacja, chłopca boją się nawet jego rodzice. Wiem, że nie mogę cię o coś takiego prosić, ale chciałbym, by Sakura-san go obejrzała. Jego dar jest do złudzenia podobny do daru Twojej uczennicy, a może nawet daru Twoich dzieci. Ufam, że mnie rozumiesz.
Gaara

            Zerknąłem na Bana, a on wzruszył ramionami.
- Ciemność? – zapytałem.
- Skoro może być ogień, może być ziemia, to może może być i ciemność?
- Nie tylko tyle – powiedziałem, bawiąc się liścikiem od Gaary. – Dolicz jeszcze Junichiego i bliźniaki… Tego dzieciaka trzeba stamtąd zabrać i przyprowadzić tutaj, by mógł poznać Junichiego i resztę. Kaju i jego drużyna, kiedy wracają do wioski?
- Jutro – odpowiedział, a ja przytaknąłem.
- Dobrze, poinformuj ich, że kogoś z nimi wyślę. A teraz opowiadaj o tych dwóch tygodniach…
- Misje na plusie, żadnej zawalonej. Plany budowy mostu zakończone. Lord Kazekage, Raikage, Mizukage i Tsuchikage przysłali wyrazy współczucia z powodu słabego zdrowia i zapewnienia o sojuszu…
- Zupełnie jakbym wykorkował – wymamrotałem, a Ban parsknął śmiechem. Machnąłem na niego ręką by kontynuował, a sam z powrotem dobrałem się do raportów.
- No wiec, Sharona przysłała trzy raporty o postępach… – postukałem palcem w blat, sygnalizując mu, że czym prędzej mają się znaleźć na moim biurku i nie życzę sobie sprzeciwów. Byłem w pełni zdrowy i nie miałem zamiaru się oszczędzać. Byłem silny, bo byłem Hokage. – Naprawdę nie ma w nich nic konkretnego!
- To byłoby za proste, gdyby coś było. Facet nie jest głupi. Wysłaliście jego list gończy do innych Kage?
- Tak – przytaknął.
- Dobrze, złapiemy drania. A teraz ogarnijmy tę papierownię…
            Pracowaliśmy do wieczora. Ciężko, ale przynajmniej uporaliśmy się ze wszystkim. Kiedy wyszedłem z gabinetu było już dość późno i ciemno. Ulice Konohy pustoszały powoli, a moja głowa odpoczywała w tej ciszy. Taki długi urlop to naprawdę przesada. Nie miałem pojęcia, że przez tak krótki okres może się nazbierać tyle roboty. Dotarłem do domu i zacząłem już ściągać buty na korytarzu, kiedy nagle usłyszałem wrzask Mei. Wypadłem przed dom, a za mną przerażona Hinata. Mei dobiegła do mnie i złapała mnie za nadgarstek.
- No chodź, czego stoisz?! – wydarła się, ciągnąc mnie za rękę.
- Ale co się stało?! – zawołałem, powstrzymując ją od ściągnięcia mnie ze schodów. – Poczekaj sekundę i powiedz, co się dzieje!
            Obejrzała się na mnie i na Hinatę. W oczach miała łzy, ale chyba bardziej ze zdenerwowania, niż ze strachu. Uwiesiła mi się na nadgarstku i zaparła się nogami o ziemię, ale oczywiście nie miała szans ruszyć mnie choćby o centymetr.
- Co się dzieje? Mintao się bije! No chodź, chodź, jest naprawdę źle! – była przerażona jak nigdy i to zmusiło mnie, by jednak jej posłuchać. Puściłem się biegiem, a ona przede mną, wskazując drogę.
- Z kim się bije? – zapytałem, wyobrażając sobie przerażającą walkę na śmierć i życie.
- Z Tetsuro Yashio! Poszło o Nami! Mintao jest wściekły!
            Zatrzymałem się. Nadal nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, ale jakoś odechciało mi się gonić na złamanie karku by ratować syna. Mei wyhamowała i obejrzała się na mnie. Znajdowaliśmy się w wąskiej, zacienionej uliczce. Córka spojrzała na mnie wściekle, trzymając się za nos. Podejrzewałem, że ta część twarzy mojego syna właśnie ucierpiała.
- No co robisz?! Czemu stoisz?!
- Mei, o co im poszło? – zapytałem, a ona podbiegła do mnie i, ku mojemu zdumieniu, całkiem mocno zdzieliła mnie w ramię.
- Chyba żartujesz, tato?! Mintao nakrył Nami i Tetsuro kiedy się całowali! Wściekł się! Normalnie nigdy w życiu nie widziałam go tak wściekłym!
- Co w tym nienormalnego?! A niech się bije! Też bym dowalił takiemu, który by mamę…
- Tato! – wrzasnęła, nadal trzymając się za twarz. – Ty też zwariowałeś?! Trzeba go powstrzymać, zanim zrobi krzywdę Tetsuro! Idiota chce użyć Tasai na nukite!
            Machnęła na mnie ręką i pobiegła. Zacząłem ją gonić.
- Naprawdę?! Mei, Mintao nie posunąłby się…
- Siedzę mu w głowie i wiem! Jest tak wściekły, że ja mogłabym sprać Tetsuro! Otrząśnij się w końcu! Tasai na nukite, tato! On go zabije!
- Cholera! – zakląłem, choć przy córce nie powinienem.
            Przyspieszyliśmy. Mei miała rację, gdyby Mintao użył tak niebezpiecznego jutsu, mogłoby się to bardzo źle skończyć dla tak chudego i mizernego chłopaka, jak Tetsuro. Głupio się zachowałem, ignorując strach córki. Nie miałem jednak pojęcia, że mój rozważny syn zdolny by był do tak wielkiego głupstwa!
            Wpadliśmy na ulicę, na której rozgrywała się walka.
- Nie! – krzyknęliśmy jednocześnie z Mei, ale było już za późno, bo w tej samej sekundzie Mintao przyłożył roziskrzoną dłoń do piersi swojego przeciwnika. Z ust chłopaka pociekła krew, ale nie wydobył się już z nich żaden dźwięk. Oczy stanęły mu w słup i osunął się na ziemię pozbawiony zmysłów, ale wciąż przytomny. Jego kończyny drgały, a mój syn stał nad nim, chłodny i opanowany jak zawsze.

-Tasai na nukite?! – ryknąłem na całe gardło. Kilka osób przebywających w korytarzu spojrzało na mnie zgorszonych. Miałem to gdzieś. Mój syn, siedzący na ławce, zerkał na mnie spode łba. Miał rozciętą wargę i spuchnięty nos, który najwyraźniej był złamany. Moim zdaniem zasłużył. W dodatku trzymał się za żebra, krzywiąc się nieustannie. Znajdowaliśmy się w szpitalu. – Tasai na nukite! Jak mogłeś?! Zawsze taki rozsądny! Zawsze taki odpowiedzialny! A posłałeś kolegę do szpitala w stanie krytycznym!
- To nie jest mój kolega – burknął.
- Wiesz, co mam na myśli! Zrozumiałbym, gdybyś złamał mu nos! Nabił guza! Ale Mintao, takie jutsu?! Przeciw takiemu przeciwnikowi?! To jutsu jest genialne, ale w alce z prawdziwym przeciwnikiem! I co, jesteś zadowolony, że posłałeś go do szpitala?! Że do tej pory nie może poruszać kończynami, ba, nawet sam nie może oddychać! Coś ty sobie myślał?!
- Że drania zabiję? – zapytał całkiem serio. Miałem ochotę strzelić go w gębę.
- Nawet nie waż się tak mówić! Zaraz tu będą jego rodzice! Co według ciebie mam im powiedzieć, co?! Zawieszam cię! Masz absolutny zakaz… wszystkiego! Absolutny szlaban!
- Co?! – zerwał się z ławeczki i stanął ze mną twarzą w twarz. Byliśmy tego samego wzrostu. – Nie możesz! Dopiero co awansowałem, nie możesz mnie zawiesić w takiej chwili!
- Nie dyskutuj ze mną! To ja jestem twoim przełożonym i ja decyduję! Zawieszam cię w twoich obowiązkach i już! Aż zmądrzejesz! W dodatku przebywanie w Konosze byłoby przywilejem, dlatego wyruszysz na misję rangi D i odpracujesz swoje winy. Zejdź mi z oczu…
- Ale…
- Powiedziałem!
- Możecie się tak nie wydzierać, jesteście w szpitalu – warknęła na nas Sakura. Spojrzeliśmy na nią. Stała w drzwiach izolatki, w której leżał Tetsuro. Wyszła na korytarz i zamknęła za sobą drzwi.
- Jak on się czuje? – zapytałem natychmiast. Sakura zmarszczyła nos.
- Nic mu nie będzie. Odzyskał przytomność, ale mogłabym mu wbijać szpilki w każdą część ciała i nic by nie poczuł.
- To nie jest śmieszne – mruknąłem, bo Sakura wyglądała na rozbawioną. Zerknęła na mojego syna.
- Trochę przegiąłeś – powiedziała, a on wyprostował się, po czym skłonił przed swoją mistrzynią.
- Już zostałem ukarany, sensei. Lord Hokage zawiesił mnie w wykonywaniu moich zwykłych obowiązków – rzekł, po czym skłoniwszy się również i przede mną, odwrócił się i odszedł. Patrzyliśmy za nim, póki nie zniknął za rogiem korytarza.
- Jestem na niego wściekły – powiedziałem do Sakury, a ona pokiwała głową.
- Jestem w stanie to zrozumieć, Shan też posłał do szpitala kilku kolegów. Najgorsze są skargi rodziców…
- Nie nabijaj się!
- Nie nabijam, Naruto! Teraz to ja zmuszona zostałam, by być wściekłą na ciebie. Zawiesiłeś mi zastępcę…
- Poradzisz sobie bez niego, muszę go jakoś ukarać. A czego mam mu zabronić zamiast pracy? Czytania książek? Teraz przynajmniej zrobi coś pożytecznego dla mnie, a potem zobaczysz… przemyśli sobie co zrobił i przeprosi…
- Akurat – prychnęła, po czym odwróciła się i odeszła.
            Wróciłem do domu jakieś trzy godziny później. Miałem za sobą bardzo przykrą rozmowę z rodzicami chłopca pobitego przez Mintao i czułem się podle. Dla Mintao nie było usprawiedliwienia. Zachował się koszmarnie nieodpowiedzialnie. Nawet jeżeli chodziło o jego dziewczynę… to nie powinien posuwać się do czegoś takiego. Gdzieś tam w głębi ducha oczywiście odczuwałem pewien rodzaj dumy, ponieważ ja w sumie też wpierdzieliłbym komuś, kto przystawiałby się do Hinaty, ale jako rodzic musiałem zachować się dorośle i pokazać mu, że takich rzeczy robić niewolno. Nie kolegom. Tyle, że ten koleś nie był jego kolegą…
            Parsknąłem śmiechem, zasłaniając oczy dłonią. Nie miałem jeszcze ochoty wchodzić do domu, dlatego usiadłem sobie na schodach, przeciągając się. Odetchnąłem głęboko, przymykając oczy. Chwilę później drzwi frontowe mojego domu otworzyły się i wyszła do mnie Hinata, w koszuli nocnej, owinięta kocykiem. Usiadła przy mnie, a ja objąłem ją ramieniem.
- Jest późno – szepnęła, wtulając się w moją szyję.
- Wiem – mruknąłem, podnosząc oczy na gwiazdki świecące nad nami. Hinata zerknęła na mój szatański wyraz twarzy.
- Coś się stało?
- Mintao wrócił do domu?
- Tak. Wyglądał strasznie. Opowiedział mi, co się stało, wyleczył też swój złamany nos. Ma kilka siniaków, ale chyba nic mu nie jest.
- Czyli dzieci śpią?
- Raczej tak, jest po północy… -powiedziała. Zerknąłem na nią. Wyszczerzyłem zęby.
- Naruto… – zaczęła, ale przerwałem jej pocałunkiem. Przyparłem ją do desek pod nami.
- Zwariowałeś?! – wyszeptała, kiedy oderwałem się od jej ust. – Nie tu!
- Co masz przeciwko temu miejscu?
- Jest chłodno!
- Ja cię rozgrzeję – powiedziałem, szczerząc kły. Gwałtownie poczerwieniała. Nigdy się tego nie oduczyła. Pochyliłem się i zacząłem całować jej szyję. Wplotła mi palce we włosy.
- A jak nas ktoś tu nakryje? – wyszeptała z dziecinną obawą, a ja zachichotałem.
- To niech zazdrości – odparłem. A gwiazdki nad nami migotały dalej.

- Wcale nie zaspałem! – warknąłem na Bana, kiedy otworzył usta na mój widok. Zakaszlałem, rozganiając biały dym. Rzadko teleportowałem się do biura, z resztą, jutsu czasoprzestrzenne to była stanowczo nie moja działka.
- Ależ nikt nie ma do pana pretensji – odezwał się Ban, a ja spojrzałem na niego. Uśmiechnął się szeroko.
- Herbaty?
- Spierdzielaj mi z tą swoją herbatą, Ban!
- Ma pan zły humor?
- Mam świetny humor, Ban! Nie widać?
            Usiadłem i od razu wziąłem do ręki czarną kulkę, leżącą mi na biurku. Zacząłem ją obracać w dłoniach.
- No jakoś niespecjalnie – powiedział chłopak, stawiając mi filiżankę słodkiej herbaty z cytrynką na biurku. – Stało się coś?
- Syn się do mnie nie odzywa – powiedziałem. Rano przy śniadaniu Mintao zupełnie mnie ignorował. Nawet na mnie nie patrzył, jakbym to ja nabroił, a nie on.
- To kiepsko – powiedział mój pomocnik. – Słyszałem o jego wybryku. Jest młody, a poszło o dziewczynę…
- Czy w tej wiosce istnieje jakiś system szybkiego przekazywania plotek, o którym nie wiem?
- Dowiedziałem się w sklepie – obronił się, a ja zmarszczyłem brwi.
- A skąd w sklepie o tym wiedzieli? Zresztą, nieważne. Otwórz drzwi.
- Drzwi? – zdumiał się, ale podszedł i otworzył, w sam raz, by zobaczyć, jak Mayka podnosi rękę, aby zapukać. Dziewczyna zmieszała się.
- Ja nie podsłuchiwałam – powiedziała natychmiast. Ban zaśmiał się.
- Oczywiście, że nie. Zapraszamy.
            Dziewczyna zerknęła na niego jak na nienormalnego i wkroczyła do gabinetu, poprawiając paski od plecaka, który miała ze sobą. Jej oko zasłaniał ochraniacz ze znakiem liścia. Ubrana była, jak zawsze z resztą, w krótkie białe szorty i białą koszulkę na ramiączka. Temperatura w gabinecie podskoczyła o jakieś pięć stopni w górę i Ban rzucił się, by otworzyć okno. Zimą Maya była jak całkiem dobry grzejnik.
- Jestem, mistrzu. Pana klon…
- Potłukł ci doniczkę, przepraszam – powiedziałem. – Wybacz, że tak z samego rana. Mam dla ciebie misję, zaraz powinien zjawić się tu twój partner. W sumie, to bardzo prosta misja, aż wstyd mi ją tobie dawać, ale nie mam chwilowo nikogo lepszego, kto nie narzekałby na… pewne niedogodności…
- Zrobię, co tylko mi pan zleci, mistrzu – powiedziała, niedbale wzruszając ramionami, a ja skinąłem głową.
- Super. Otóż chodzi o to…
            Przerwało mi pukanie do drzwi, ale do tego byłem już przyzwyczajony, w końcu w tej wiosce każdy ode mnie czegoś chciał. Na szczęście tym razem nie był to żaden interesant, a mój syn, niezadowolony z misji, na którą chciałem go wysłać.
- Lordzie Hokage, Ban, Mayu – skłonił się grzecznie przed każdym z nas, a potem stanął obok Mayeczki, wyprostowany, jakby połknął kij od szczotki. Westchnąłem. A wiec w domu nie raczył się do mnie odzywać, ale w gabinecie tak? Ojciec zawinił, ale Lord Hokage postąpił słusznie? Skubaniec nie pozwalał mi się nawet porządnie na siebie złościć, bo zawsze duma z jego rozsądku wypierała faktyczną złość.
- Dobrze, skoro jesteście oboje, to wysłuchacie instrukcji. To misja rangi D, przykro mi, ale to kara dla Mintao za jego karygodne zachowanie – jounin skinął głową, a Mayka, do której plotka prawdopodobnie też już dotarła, zagryzła dolną wargę, by się nie zaśmiać. – Wyruszycie do Suny, wraz z drużyną Kaju… – przez twarz Mintao przeleciał ledwo dostrzegalny cień, ale nie pozwolił sobie na to, by się skrzywić. – Gaara ma tam dla mnie coś, co tu przyprowadzicie.
- Chodzi o człowieka? – zapytał Mintao służbowym tonem.
- Tak, o chłopca posiadającego niezwykłe zdolności. Gaara chce, by Sakura go przebadała.
- Niezwykłe moce? – zdumiała się Maya.
- Tak, i to są te niedogodności. Chłopak włada ciemnością, boi się jasnego światła. Dlatego będzie trzeba podróżować nocą, a odpoczywać za dnia. Może się też okazać, że dzieciak jest trochę… niebezpieczny. Dlatego wysyłam waszą dwójkę. Mintao jest lekarzem, a ty, Mayu, masz taką samą moc jak ten chłopiec. Powinien ci zaufać. Uważajcie jednak, to małe dziecko.
- Ile ma lat? – chłodny i służbowy ton Mintao nieco mnie denerwował. Syn wiedział, jak mi dopiec, ale jeżeli myślał, że pochwalę jego zachowanie z ubiegłej nocy, to głęboko się mylił.
- Dwa i pół roku – powiedziałem. – Musicie uważać, naprawdę. Prawdopodobnie dzieciak zupełnie nie potrafi kontrolować mocy. Wystarczy pamiętać, co działo się z Mayą – dziewczyna skinęła głową, odruchowo poprawiając ochraniacz na oku. – To wszystko. Przy bramie ma czekać na was Kaju i jego drużyna. Możecie odejść.
- Kaju pewnie już jest na miejscu – powiedział Ban, zerkając na zegarek. – Został poinformowany, że wyruszy z nimi ktoś z Konohy.
- Dziękujemy. Do widzenia – powiedział Mintao, po czym on i Maya opuścili pomieszczenie. Ban zerknął na mnie.
- To się zagniewał – mruknął, przenosząc talerzyk z ciasteczkami ze stolika stojącego przed kanapą na moje biurko. – Ale mu przejdzie, jestem pewien.
- Ty mnie nie pocieszaj, tylko bierz się do roboty!
- Tak jest! – zawołał, przykładając rękę do czoła. Ale w duchu się śmiał, byłem pewien.


W następnym rozdziale:

„…- Myślisz, że będzie sprawiał nam kłopoty? Ojciec wydawał się lekko przejęty…        
- A ciebie to nie intryguje? Kim… a może czym jesteśmy? – spojrzał jej w oczy, ale nie zdążył odpowiedzieć.
- Cześć wam! – wykrzyknął Kaju, wychodząc z namiotu. – Super, widzę, że jest herbata!
- A ktoś powiedział, że zostaniesz poczęstowany, czy coś przegapiłem? – zapytał zgryźliwie Mintao. Kaju skrzywił się…”

1 komentarz:

  1. HAHA... teraz to na serio nie wiem kto tu został ukarany xD i to "wcale nie zaspałem" haha... jakby zrobił coś złego i zganiał na kogoś innego ;p

    OdpowiedzUsuń