wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 14

 „Dobro i odwaga też są zaraźliwe.”


Rankiem, kiedy wybierałem się do biura, Mintao wciąż nie było. Przypuszczałem, że go nie zastanę, że prawdopodobnie wróci do domu, kiedy mnie nie będzie. Być może teraz właśnie był już w szpitalu, w końcu on nigdy nie zapominał o swoich obowiązkach. Trochę mnie to wkurzyło, ale pamiętając słowa Hinaty, starałem się opanować złość i spojrzeć na ten „problem” z innej strony. Kto lepiej zadbałby o Mayeczkę, niż mój własny syn? Z jednej strony powinienem być spokojny, ale z drugiej… przecież ta dziewczyna była, najprościej mówiąc, strasznie niebezpieczna! To prawda, że ją kochałem tak jak kocha się własne dzieci. Po części Maya była dla mnie jak druga córka, powinienem więc być zadowolony, że ona i mój syn… jednak… tyle razy widziałem, jak traciła nad sobą panowanie i niejeden raz ucierpiałem z tego powodu. Bałem się, że kiedy Mintao za bardzo się do niej zbliży, on również ucierpi. I Maya też, znałem ją najlepiej z całej wioski, Maya była dobra, wrażliwa i współczująca. Wyrzuty sumienia wykończyłyby ją, gdyby zrobiła Mintao krzywdę. Nie mogłem się zdecydować, czy powinienem stanąć po ich stronie, czy dalej oponować? I do tego jeszcze Hinata, wydawała się być taka zadowolona z wyboru Mintao…
            Westchnąłem, dopiłem kawę i wyszedłem z domu. I ledwo dotarłem do naszej furtki, ujrzałem Mintao, zmierzającego w kierunku domu od strony wioski. Zatrzymałem się, a potem oparłem o furtkę, czekając na niego. Gdy się zbliżył, uśmiechnąłem się, ale uśmiechem pozbawionym wesołości.
- No dzień dobry – powiedziałem, kiedy stanął naprzeciw mnie.
- Dzień dobry – odrzekł, przyglądając mi się niepewnie, jakby to na mój ruch czekał.
- Pan w jakiejś sprawie? – ciągnąłem tę farsę.
- Przyszedłem coś zabrać – odparł z dziwną miną. – Tato… – zaczął, a potem urwał, nadal niepewny. Chciał mi coś powiedzieć, ale nie umiał dobrać odpowiednich słów, a to ci dopiero! No proszę, nawet mój idealny syn ma jakieś słabości. Uniosłem brwi.
- Tak?
- Bo to nie tak, jak myślisz – powiedział, podchodząc do mnie. – Ja wiem… kurde, no przecież wiem, o co ci chodzi i zapewniam cię, że ja nie… – odetchnął głęboko, aby się uspokoić. Kiedy wykłócał się ze mną ubiegłego dnia, jakoś potrafił się wysłowić. Splotłem ręce na piersi, przyglądając mu się z przechyloną głową. No dalej, synu, przekonaj mnie. Wiedziałem, że słyszy moje myśli. – Będę uważał na jej uczucia… - kontynuował cicho – i na nią… i nie musisz się bać, że…
- Mintao – przerwałem mu, bo po raz pierwszy w życiu zabrakło mu słów i nie chciałem, by dalej się męczył. Chyba rozumiałem, do czego pił, a w każdym razie dotarło do mnie, że to i owo sobie przemyślał. – Mama kazała mi zaufać. Więc ci ufam, ale wiedz, że jeżeli stanie się nieszczęście, to będzie to twoja wina.
- Wiem – powiedział. Otworzyłem furtkę i podszedłem do niego. Położyłem mu dłoń na ramieniu.
- A słowo, którego ci brakowało, synu, to wstrzemięźliwość – powiedziałem i ruszyłem w stronę wioski.
- To też wiem – usłyszałem.
            Zadowolony, że się pogodziliśmy i być może dotarło do niego to, co chciałem mu przekazać ubiegłego dnia, poszedłem do biura. Tam czekało już na mnie dwóch pozostałych członków ANBU, z pozostałymi listami, od Raikage i Mizukage. Odebrałem listy i szybko je przeczytałem, już zupełnie utwierdzając się w przekonaniu, iż miałem rację. W ostatnich dwóch wioskach również mieszkały dzieciaki o niezwykłych mocach, w dodatku Mizukage miała okazję spotkać się twarzą w twarz z Takako i walczyć z nim w obronie dziewczyny, którą chłopak i tak zdołał uprowadzić. A więc już dwoje, razem z małym Kazuo.
- Shar, gdzie ty jesteś? – mruknąłem do siebie, stukając palcem w biurko.
            Okazało się, że czekać na nią przyszło mi całe trzy dni, podczas których zupełnie już pogodziłem się z synem, natomiast on wyleczył się ze swoich oparzeń i nie nabawił żadnych nowych. Nawet Maya, na naszym wspólnym treningu, wydała mi się jakaś inna, bardziej radosna. Z zadowoleniem odnotowałem też, że radziła sobie z ogniem coraz lepiej. Czy był to zbawienny wpływ mojego syna, czy podniosła jej się samoocena, czy chodziło o cokolwiek innego, nie miałem pojęcia, ale mogłem tylko dziękować za tę zmianę. Szczęśliwa Maya była o wiele bardziej skupiona na treningu i osiągała o wiele lepsze efekty. Po raz pierwszy w życiu udało jej się wejść w tryb mędrca, choć tylko na chwilkę. Wyglądała naprawdę przezabawnie, kiedy zaczęła upodabniać się do żaby. Gdy wracaliśmy z treningu nie mogłem przestać się śmiać, a sama Maya, przez to, prawie się na mnie obraziła.
            Postanowiłem, póki co, nie robić niczego pochopnie i nie zdradzać się z moją wiedzą na temat wyścigu, zaproponowanego przez Takako. Moje prywatne domysły wcale nie musiały być słuszne, wręcz przeciwnie. Wątpiłem w to, co prawda, ale nadzieję też wciąż miałem. Nadzieję, że jednak się mylę. Wszystko jednak wskazywało na to, że wyścig toczy się o moje dzieci i całą resztę niezwykłych dzieciaków.
            Dlatego pracowałem tak, jakby nigdy nic, niby mimochodem porządkując wszystkie ważne sprawy i zamykając te, które zamknąć się dało.
            Sharona i jej grupa zjawili się w moim gabinecie zupełnie nie spodziewanie, tuż przed wieczorem, kiedy miałem już się zbierać do wyjścia. Cała drużyna wyglądała na dość zmęczoną. Kiedy pojawili się u mnie, ledwo się przywitali, padali na kanapę, wzdychając, jęcząc i narzekając.
- Zero profesjonalizmu –podsumował ich członek ANBU, którego im wysłałem. On jeden stał przed moim biurkiem wyprostowany, nadal w masce skrywającej jego twarz. Wszyscy członkowie oddziału Sharony, jak jeden mąż postukali się w czoło za jego plecami. Usiadłem sobie na biurku, patrząc na nich.
- No i jak tam? – zapytałem, bawiąc się czarną kulą po Hiroetsu. Sharona prychnęła.
- To była najdziwniejsza misja na jakiej byliśmy, ale muszę pana rozczarować, mistrzu – powiedziała. – Nie sposób ich zlokalizować, wiemy tylko o tej dziewczynie z latarni.
            Skinąłem jej głową. Wiedziałem, a raczej modliłem się oto, by odnalezienie dzieciaków o niezwykłych zdolnościach nie okazało się sprawą zbyt prostą. Nie mogłem, po prostu nie wolno mi było zostać w tyle w tym wyścigu. A byłem do tyłu, i to daleko.
- Tak przypuszczałem, chciałem tylko się upewnić, jak łatwe jest znalezienie ich – mruknąłem.
- Jest pan pewien, że jest ich więcej? – zapytał Makoto, na co ja wzruszyłem ramionami.
- Nie mam pojęcia, dlatego wysłałem was na zwiady – wytłumaczyłem się. – Myślałem, że przyniesie to większe efekty, jednak nie powiem, żeby wasza porażka mnie nie ucieszyła. W pewnym sensie czuję się spokojniejszy. Chciałbym, byście napisali mi rap…
- Nowy napisze – przerwał mi Toei, wstając z kanapy i przeciągając się. Nowy członek ich grupy drgnął i obejrzał się za siebie.
- Wypraszam sobie, raport powinien być pisany przez wszystkich człon…!
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że nie byłeś uważny? – zapytał go Kaoru, a chłopak zawahał się.
- O-oczywiście, że-że nie! –zaprotestował gwałtownie.
- Albo, że czegoś nie dostrzegłeś? – zapytała Sharona, mrużąc podejrzliwie oczy. Chłopak cały się spiął.
- A-ależ skąd, pani kapitan!
- Lub, że nie potraktowałeś poważnie tej misji tylko dlatego, że to był zwiad… – mruknął Makoto, niby to do siebie.
- Byłem śmiertelnie poważny!
- A więc napiszesz raport, na pewno świetnie ci to wyjdzie – podsumował wszystko Toei, klepiąc „nowego” po ramieniu. Zaśmiałem się głośno, bo już nie mogłem wytrzymać, wyobrażając sobie jego minę, której oczywiście nie było widać przez maskę na jego twarzy.
            Toei skinął na drużynę, a oni powstawali i razem, przepychając się i wygłupiając, wylali mi się z gabinetu, a za nimi ten cały „nowy”, wciąż protestujący odnośnie raportu. Pokręciłem głową, słysząc ich przekomarzanie. Uporządkowałem papiery, zamknąłem gabinet i zbiegłem na dół. Na zewnątrz odetchnąłem świeżym powietrzem, wepchnąłem ręce do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Kiedy mijałem Ichiraku, uśmiechnąłem się na widok piątki dzieciaków, które chwilę temu opuściły mój gabinet. Tylko skinąłem im głową, kiedy wołali mnie, bym się przyłączył, po czym odszedłem stamtąd jak najszybciej. Nie miałem czasu na głupoty. Przemknąłem szybko przez wąskie uliczki wioski i dotarłem do dzielnicy Uchiha.
            Zapukałem do drzwi domu państwa Uchiha i chwilkę czekałem. Otworzył mi Sasuke, ubrany w granatowe rybaczki i rozciągnięty, czarny podkoszulek, oraz, ku mojemu zdumieniu, biały, kuchenny fartuszek.
- Gotujesz? – zdumiałem się, wysoko unosząc brwi.
- Nie, ubrałem się tak dla zabawy – warknął, wycierając upaprane czymś palce w swój fartuszek. – Czego chcesz?
- Jest Sakura? – zapytałem, a on pokręcił głową.
- Jest u Tsunade – odrzekł i chciał już zamknąć drzwi, ale przytrzymałem je dłonią.
- Czekaj, to właśnie dobrze, że jej nie ma, bo ja do ciebie! – zawołałem. Westchnął z rezygnacją i wpuścił mnie do środka.
            Poszedłem za nim do kuchni, gdzie Uchiha był w trakcie robienie sushi. Usiadłem sobie przy stole, przyglądając się, jak kucharzy. Pachniało rybą, ryżem oraz jakimiś przyprawami.
- Dobra, mów czego chcesz, apotem się wynoś – powiedział, wyjmując z lodówki butelkę sake, a z szafki dwie czarki. To w końcu jak? Mam się wynosić, czy nie, bo jego słowa przeczyły jego zachowaniu. Postawił przede mną butelkę i moją czarkę, po czym wrócił dogotowania.
- Widzisz, właściwie, to przychodzę do ciebie z pewnym problemem – zacząłem. – Będę robił w najbliższych dniach w wiosce konkurs na tropiciela…
- Po cholerę? – przerwał mi, zaglądając do garnka z ryżem. Wywróciłem oczyma i polałem nam po czarce. Musiałem przyznać, że z Sasuke zrobił się całkiem gościnny człowiek, pomijając oczywiście fakt, że patrzył na mnie z gębą wykrzywioną niezadowoleniem.
- Potrzebny mi będzie zajebisty tropiciel – powiedziałem, wskazując mu jego czarkę. Ujął ją w palce i spojrzał na mnie czarnymi tęczówkami, okolonymi równie ciemnymi rzęsami. To mi przypomniało, że przecież jest jeszcze jedna czarnooka osoba, z którą muszą pogadać, bym miał już wszystkie sprawy na czysto. Ale z Shanem jeszcze utnę sobie pogawędkę.
- A po co? – spytał Sasuke. Wywróciłem oczami.
- Żeby kogoś odnaleźć, to chyba jasne – wyjaśniłem, wznosząc swoje naczynko, napełnione sake. Wypiliśmy i zaraz napełniłem czarki po raz drugi.
- A po co ci ja?
- Żebyś pomógł mi ocenić tego tropiciela – powiedziałem.
- Przecież ty sam jesteś doskonałym tropicielem, Naruto – Sasuke oparł się o stół, patrząc w zamyśleniu na podłogę. Czy składał sobie do kupy wszystkie znana mu informacje, czy myślało czymś innym, nie miałem pojęcia. – Chyba nie oczekujesz, że któryś z tropicieli z wioski może okazać się od ciebie lepszy? – spytał w końcu.
            Przyjrzałem mu się uważnie, po czym ponownie wypiłem swoje sake. Sasuke zrobił to samo i wrócił do szykowania kolacji.
- Chodzi o to, że moje umiejętności są w pewien sposób ograniczone – mruknąłem, a on obrócił się ku mnie z jedną brwią uniesioną do góry.
- Doprawdy? – zdziwił się.
- Tak. Może i jestem doskonałym tropicielem, ponieważ potrafię dwie rzeczy: pierwsza z nich, to wyczuwanie ludzi na wiele kilometrów wokół mnie, a druga, to wyczuwanie ich intencji. Jednak obie w tej chwili są dla mnie zupełnie nieprzydatne, ponieważ w pierwszym przypadku, potrafię rozpoznać daną osobę, tylko jeśli ją znam. Jeśli jej nie znam, to jedyne co wiem, to to, że jest i gdzie jest. Zaś w drugim przypadku po prostu wiem, jakie zamiary ma ta osoba i to też na nic mi się teraz nie przyda.
- Więc czego ty szukasz? – wziął do ręki nóż i zaczął kroić przygotowaną już wcześniej rybę. Robił to z taką wprawą, że przez chwilę zastanawiałem się, jak często gotuje? Ja w swoim domu prawie w ogóle nie dotykałem się do kuchni, poza tym miałem tam dwie wspaniałe kucharki i grzechem byłoby im przeszkadzać, gdy tworzyły swoje kulinarne arcydzieła. Jednak w domu Uchiha rolę naczelnego kucharza pełnić musiał najwidoczniej Sasuke, bo przecież Sharona była prawie zawsze zajęta, a teraz już z nimi nawet nie mieszkała, zaś Sakurę nieustannie pochłaniały sprawy szpitala i prawdopodobnie gotowała w domu tylko „od okazji”.
- Prawdziwy, dobry tropiciel – przypomniało mi się, że przecież muszę odpowiedzieć na jego pytanie – widzi… czuje, różnicę między chakra mi. Jej rodzaje. Potrafi określić to, jaka jest. Chcę sprawdzić, który z naszych tropicieli potrafi to najlepiej. Pomożesz mi w tym? Trzeba ułożyć dla nich test, i to jak najszybciej – poprosiłem. Gdybym miał czas, zająłbym się tym osobiście, ale miałem zbyt wiele na głowie, by bawić się w układanie jakiś testów. A chciałem, by zostało to wykonane porządnie, więc zgłosiłem się z tym do Sasuke. Wiedziałem, że jemu jednemu zaufać mogę bezgranicznie i że mnie nie zawiedzie.
- I ja mam się tym zająć?
- Znałeś kiedyś doskonałą tropicielkę – mruknąłem, a on drgnął lekko. Chrząknął.
- Taaa… nie mam jednak pojęcia, gdzie teraz jest… i czy w ogóle żyje… – powiedział cicho, jak zawsze, kiedy wspominało się przy nim o błędach jego przeszłości. Na chwilę zapanowała między nami cisza, podczas której po raz trzeci napełniłem czarki sake i po raz trzeci wypiliśmy, nie wznosząc żadnego toastu.
- Więc pomożesz mi? – postanowiłem się upewnić.
- A mam jakieś wyjście, Hokage-sama? – wymówił te słowa z kpiną, a ja uśmiechnąłem się do niego szeroko.
- Nie, nie masz, bo to rozkaz – zaśmiałem się głośno na widok jego niezadowolonej miny. – Nie, tylko żartuję. To prośba, będę ci winny przysługę.
- No ja myślę – prychnął i w tym momencie trzasnęły frontowe drzwi. Chwilę później do kuchni weszła Sakura. Zatrzymała się na progu i obrzuciła nas spojrzeniem, które na koniec zatrzymało się na butelce sake.
- Nie za dobrze wam? – spytała, ale zaraz parsknęła śmiechem na widok naszych min. Wkroczyła do kuchni i położyła na stole trzymane przez siebie siatki z zakupami. – Co na kolację? – zwróciła się do swojego męża.
- Sushi – odparł niemrawo, wyciągając z szafki trzecią czarkę. – Napijesz się z nami? Masz już wolne?
- Miałam coś przeczytać, ale trochę mogę się napić – odpowiedziała, siadając przy stole. – Gdzie Shan?
- Nie wiem – odparł Sasuke, polewając nam wszystkim.
- A Shar już była?
- Nie, ale jest już w wiosce, tak? – zwrócił się do mnie, a ja skinąłem głową. Sakura spojrzała na mnie z dziwną miną.
- A ty, Naruto, co u nas robisz? – zapytała, kiedy ujęliśmy w dłonie nasze czarki.
- Nic, tak wpadłem z małą sprawą – wypiliśmy. – I muszę już wracać do domu, bo robi się późno – wstałem od stołu, zerkając na zegarek na nadgarstku. Przyzwyczajony byłem, że nigdzie nigdy nie mogłem dotrzeć na czas. – Sasuke, pomyśl nad tym, co ci mówiłem i wymyśl zadania, co? Byle szybko.
- Jutro do ciebie przyjdę, mam już pewien pomysł – powiedział, wracając do przygotowywania kolacji. Skinąłem głową, bo właśnie tego się spodziewałem, pomachałem Sakurze i wyszedłem z ich domu.
            Kiedy dotarłem do siebie, zastałem cała moją rodzinę, wcinającą kolację w kuchni. Już dawno nie mieliśmy okazji jeść wszyscy razem. Dosiadłem się do nich, słuchając opowieści Mintao o tym, co robił dziś w szpitalu i że jutro ma wolne, oraz Mei, która pochwaliła się kupnem spódniczki, co niezmiernie mnie zdziwiło, bo moja córka zawsze chodziła w spodniach i jeszcze nigdy w życiu nie widziałem jej w spódniczce. Hinata karmiła Junichiego, który wyrywał jej się i jęczał, że nie jest głodny i że chce do tatusia, bo jego „cakra” jest najlepsza. Kiedy wziąłem go na kolana, natychmiast złapał mnie za nos i zaczął ciągnąć ze mnie chakrę, uśmiechając się niewinnie. I ja się do niego uśmiechnąłem, zadowolony. Wspanialszej rodziny nie potrafiłbym wyobrazić sobie nawet w snach. Los naprawdę mnie obdarował.

            Następnego dnia od rana padało, i to tak porządnie, że do gabinetu musiałem się teleportować, bo gdybym chciał tam dojść w standardowy sposób, nie zostałaby na mnie nawet jedna sucha nitka. Na miejscu czekał już doszczętnie mokry Ban, i równie przemoczony Shikamaru, z papierami dotyczącymi przebudowy otaczającego wioskę muru i strażnic na nim, nad którą trzymał pieczę. Siedliśmy do biurka i, popijając kawę przygotowaną przez Bana, zaczęliśmy omawiać plany. Wioska rozrastała się wciąż o nowe domy, a wiele z nich znajdowało się poza jej obrębem, dlatego chcieliśmy rozpocząć budowę nowego muru, który by je osłonił. Pomysł ten padł podczas zebrania w ubiegłym miesiącu i od tamtej pory przygotowaniem planów budowy i wszystkimi związanymi z nią finansami zajął się właśnie Shikamaru. Ja miałem tylko podpisywać odpowiednie papierki.
            Trochę mu to nie pasowało, zresztą, jak wszystko inne. Co prawda zajęcie to odbiegało od jego zwyczajnych obowiązków, ale chciałem zwolnić jego miejsce dla kogoś innego i przyzwyczaić Shikamaru do zajmowania się innymi sprawami niż te, które leżały w zakresie kompetencji mojego zastępcy. Miałem w końcu Bana, który biegał i załatwiał za mnie różne sprawy i któremu nie przeszkadzała praca „chłopca na posyłki”, musiałem więc w końcu wprowadzić do biura kogoś, kto w przyszłości zajmie moje miejsce. Shikamaru był genialny i często korzystałem z jego rad, jednak na Hokage się nie nadawał. Widziałem go raczej w roli członka Rady Konohy, kiedy już jego ojciec zrezygnuje z tej zaszczytnej funkcji. Zaplanowałem sobie, że on i Sakura zajmą miejsca Shikaku i Tsunade, by, tak jak teraz, i w przyszłości Rada istniała dla dobra mieszkańców i współpracowała z Hokage, zamiast stawać mu kością w gardle.
            Wiedziałem też już, że zanim całkowicie pozbawię Shikamaru obowiązków, pełnionych przez niego do tej pory, zdąży się on jeszcze narządzić i narozkazywać za mnie. Kandydat na stołek Hokage nie miał nawet pojęcia, jak rozległe względem niego plany cały czas snuję. A byłem przecież już na tyle stary, by zacząć się nad takimi rzeczami zastanawiać, no i jednocześnie jeszcze na tyle młody, by moje plany rozłożyć sobie nawet na kilka ładnych lat. 
            Siedzieliśmy nad papierami jakieś trzy godziny. Kiedy Nara już mi wszystko dokładnie wyjaśnił, wytłumaczył i poszedł, zabrawszy ze sobą Bana, który miał mu pomóc nieść papiery, korzystając z ich nieobecności postanowiłem wymknąć się na ramen, jeszcze przed odwiedzinami Sasuke. Tak dawno już nie odwiedzałem ulubionego lokalu, że właścicielka pewnie zastanawiała się, co się ze mną dzieje. W tym celu zawiązałem pieczęć i by uniknąć deszczu, teleportowałem się na miejsce.

            Stukot obcasów okutych metalem skutecznie tłumiło wszechobecne błoto. Deszcz padał od rana, ograniczając widoczność i tłumiąc zmysły. Stała, patrząc na bramę wioski o nazwie Konoha. W dłoni trzymała rączkę od rozpostartego nad nią, białego parasola. Biel zawsze była znakiem rozpoznawczym jej rodziny.
            Ruszyła z wolna przed siebie, poprawiając ramiączka od plecaka. Ziąb był niemożliwy, ale na nią akurat wpływał otrzeźwiająco. Spod parasola widać było tylko połowę  jej wąskiej twarzy, ale gdy zbliżyła się do bramy, uniosła nieco wyżej trzymaną przez siebie, najlepszą osłonę przed deszczem, a światu ukazała się słodka twarz młodej, pięknej kobiety o długich, prostych, brązowych włosach. Jej lewe oko było brązowe, zaś prawe zielone. Nagle, to drugie oko błysnęło na chwilę czerwienią, po czym przybrało brązowy, identyczny jak lewe oko kolor.
            Przekroczyła bramę.
            Dwaj chuunini, pełniący służbę przy drzwiach, natychmiast ją zatrzymali. Pokazała im swoje dokumenty, a ponieważ nie mieli się do czego przyczepić, po chwili ruszyła dalej.
            Przy takim deszczu Konoha wyglądała na opuszczoną. Szła wolno, rozglądając się dookoła. Wolną rękę trzymała w kieszeni płaszcza, ściskając tamto zdjęcie. Miała zamiar zaczepić pierwszą osobę, którą spotka, ale jak na złość, ulice były puste. W końcu westchnęła i postanowiła znaleźć miejsce, w którym mogłaby się schować przed deszczem.
            Rozejrzała się. W oddali spostrzegła małą jadłodajnię. Jeśli dobrze widziała napis nad wejściem, nazywała się ona Ichiraku. No i ktoś w niej był.
            Mężczyzna ubrany na pomarańczowo wiercił się na swoim taborku, mówiąc coś głośno i zamaszyście gestykulując. Zbliżyła się, złożyła parasol i weszła pod dach, mówiąc grzecznie „dzień dobry”. Blondyn siedzący przy ladzie i właścicielka lokalu spojrzeli na nią. Blondyn uśmiechnął się szeroko. Ochraniacz ze znakiem liści na jego czole poinformował ją, że jest on mieszkańcem tej wioski. A więc kimś, kogo szukała.


W następnym rozdziale:

„…- Mogę w czymś pomóc?
- Tak się składa, że tak – odpowiedziała…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz