niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 11

„Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro.”
J.W. Goethe „Faust”

„- Tak. A co pan zrobił, aby schwytać tego mordercę?
(…)
- Co zrobiłem? Zabrałem z kuchni świeczkę…”
M. Bułhakow „Mistrz i Małgorzata.”


Siedziałem w tym samym miejscu, co jakiś czas temu Shikamaru. Patrzyłem jednak w przeciwnym kierunku niż on wtedy. Moja wioska, cicha o tej porze, rozświetlona była tysiącem rozmaitych świateł. Kochałem to miejsce, ale ta miłość nie powstrzymywała mnie przed spotkaniem z jednym z najniebezpieczniejszych jej zdrajców. Pokręciłem głową. Czasem dzieje się tak, że o pomoc musimy zwrócić się do kogoś, kogo normalnie w życiu o nic byśmy nie poprosili. Tak rodzą się wzajemne relacje, przyjaźnie, a potem upadają królestwa. Ufamy sobie nawzajem, a potem skaczemy sobie do gardeł.
Obok mnie pojawiła się Sharona. Zmieniła swoje zwykłe ciuchy na wygodny, elastyczny strój z czarnego materiału. Włosy związała w wysoki kucyk. Zabrała też ze sobą swoją katanę, co oznaczało, że miała zamiar uciąć komuś głowę. Czasem za bardzo przypominała mi Sasuke. W takich momentach rozumiałem doskonale, czemu najstarszy Uchiha tak pieje nad swoją córeczką i nad jej oszałamiającymi zdolnościami.
- Sharono… - mruknąłem, kręcąc głową. – Idziemy tam prosić go o pomoc.
- Z takimi mendami się nie współpracuje! Jak pan w ogóle wpadł na ten porąbany pomysł?! Shimamura okantuje pana i tyle!
- Sharono, po raz ostatni proszę, uspokój się. Miej serce.
Zagryzła wargę.
- Serce dla kogoś, kto nie ma serca? – zapytała poważnie.
- Ruszajmy.
Zeskoczyliśmy z murów i jak dwa cienie pognaliśmy przez las. Słowa Sharony nie dawały mi jednak spokoju. Czy Shimamura nie miał serca? Nasze ostatnie spotkanie przeczyło stwierdzeniu Sharony.

Poprzez gąszcz pobliskich drzew na polanę sączyło się pomarańczowe światło zachodu. Stałem na jej skraju, ale szczerze, wolałbym być zupełnie gdzie indziej. Patrzyłem bezradnie na miotającego się po polanie, młodego człowieka o jasnych włosach, ubranego na czarno. Chłopak był zupełnie roztrzęsiony, patrzył dziko, dłonie i wargi mu drżały. Siłą powstrzymywał łzy. Po chwili jego wzrok zogniskował się i chłopak spojrzał na mnie. W jego spojrzeniu dostrzegłem wdzięczność, ale gdy przemówił, nie było po niej nawet śladu.
- Co pan tu robi? – warknął. Zrobił krok w moją stronę. Nie cofnąłem się jednak. Jeżeli choć przez chwilę myślał, że się go przestraszę, to zaraz się zreflektował i chyba najwyraźniej przypomniał sobie, kim jestem.
- Pomyślałem, że przydałby ci się tu ktoś… ktoś, kto by cię powstrzymał przed rozwalaniem wszystkiego dookoła – powiedziałem wolno, przekrzywiając głowę. Widziałem w jego oczach, jak bardzo jest załamany i jak ciężko mu utrzymać nerwy na wodzy.
- Zbytek łaski! – zakpił nastolatek, machnąwszy ręką. – Niech pan idzie do Sharony!
- Sharona jest ze swoją rodziną – powiedziałem spokojnie, choć i we mnie wszystko płakało.
W tym momencie Shimamura pękł. W rozpaczliwym jęku który wydobył się z jego gardła niemal usłyszałem dźwięk rozdzieranej na kawałki duszy. Osunął się na kolana. Teraz wyglądał jak zwykły, mały chłopiec, którym nigdy nie zdążył zostać. Do tej pory miałem go za rodzaj głazu ożywionego jakimiś szatańskimi sztuczkami, za kogoś, kto nie czuł. Jak bardzo się pomyliłem? Nie byłem w stanie stwierdzić, jaka jest różnica między jego rozerwaną duszą, a moją okaleczoną duszą. Dla mnie zlały się one w jedno.
- Shimamura..?- odezwałem się. Drgnął i wytarł twarz rękawem.
- Już tak na mnie nie mówią – szepnął, ale nadal na mnie nie patrzył. Po raz pierwszy widziałem, jak płacze, a znałem go od dziecka.
- A jak na ciebie mówią? – spytałem.
- Pirania.
Wzdrygnąłem się. Zalała mnie fala obrzydzenia, bo dokładnie wiedziałem, jak zabija i jak pozbywa się ciał. A i on wiedział, jak bardzo brzydzę się jego metodami.
- Chciałeś być na pogrzebie, to byłeś – powiedziałem twardo. Po to właśnie tu przyszedłem, żeby przypomnieć mu o umowie. – Pora jednak, byś sobie już poszedł.
Shimamura podniósł się z ziemi i otrzepał ubranie. Znów był opanowany i spokojny, taki, jakim go znałem. Chwila słabości minęła.
- Wie pan, kto to zrobił? – zapytał i skrzywił się. Chyba nie mógł się pogodzić z brakiem informacji. Ściągnął z czoła opaskę naszej Wioski.
- Jeszcze nie. Zmiotło nam sześcioro ludzi, wypaliło kawał lasu… ale nie zostawiło śladów.
- Daisuke…- szepnął Shimamura.
- Przykro mi – powiedziałem cicho. – Nie wierzę, że to mówię, ale naprawdę ci współczuję.
Prychnął i rzucił mi swoją opaskę. Złapałem ją.
- Daisuke był moim przyjacielem. I tylko ze względu na niego proponuję panu swoje usługi. Jeżeli pan znajdzie winowajcę, to niech da pan znać. Ja też zrobię wywiad. A tymczasem… pozostaję sługą uniżonym, Hokage-sama.
Po czym zniknął. Rozpłynął się, jak dym.

Ciszę mąciły miarowe uderzenia naszych stóp. Zastanawiałem się, czy z chłopaka, którego zapamiętałem, coś jeszcze zostało? A może stanę twarzą w twarz z wyrachowanym mordercą? Shimamura zawsze miał o sobie nieco wygórowane zdanie. Może w końcu stał się tym, za kogo się uważał? Zerknąłem na biegnącą obok mnie Sharonę. A jak ona znosi tę sytuację? Czy zachowa się rozsądnie? A może zabije Shimamurę nim tamten zdąży mrugnąć? Byłaby do tego zdolna. Tak właściwie, to chyba nie było rzeczy, której by nie potrafiła zrobić, czy planu, którego nie mogłaby zrealizować. Czy teraz biegnie by zabić? Nie potrafiłem jej przejrzeć, ale doskonale wiedziałem, jak bardzo pragnie śmierci Shimamury.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Wyciągnąłem rękę i zatrzymałem Sharonę. Stanęliśmy na brzegu polanki, na której kiedyś rozmawiałem z Shimamurą. Dziewiętnastolatek już tam był. Stał nieruchomo pośrodku jeziora trawy, wpatrując się w księżyc. Widzieliśmy go jak na dłoni. Musiałem przyznać, że zrobił na mnie wrażenie. Wyrósł, nabrał ciała, wyglądał teraz na bardziej poważnego, godnego zaufania, statecznego. Cóż za mylące złudzenie! Stała bowiem przed nami krwiożercza pirania.
Chłopak przeniósł swoje spojrzenie na mnie i na Sharonę. Jego wargi wykrzywił lekki uśmiech, ciepły uśmiech, jakby witał przyjaciół.
- Hokage-sama. Sharona-chan – skłonił głowę w geście powitania.
- Cześć, szumowino – warknęła Sharona, schowana za moimi plecami. Shimamura wykrzywił się.
- Chyba wiesz, po co cię… zaprosiłem? – zapytałem. Uniósł nieco głowę.
- Chyba wiem – zakpił wyraźnie. Musiał być dobrze poinformowany. – Ale najpierw chciałbym złożyć ci, Sharona-chan, najszczersze kondolencje z powodu śmierci Daisuke.
Sharona pobladła. A potem się wkurzyła. Pomysłem sobie, że za chwilę czeka mnie tu piekło. Cofnąłem się o kilka kroków. Nie chciałem się wtrącać w ich sprawy, musieli dojść do ładu sami ze sobą.
- Mendo! – wrzasnęła histerycznie siedemnastolatka. – Jak śmiesz o nim mówić?! Jak śmiesz go wspominać?! Ty szumowino!
- Sharona-chan… - próbował ją uspokoić.
- Zamknij się! – rozkazała mu. – Brzydzę się tobą! Ty… ty…
- Sharona-chan, proszę cię, wysłuchaj mnie! – zawołał Shimamura ostro. Nic to nie dało.
- Nie mam zamiaru cię słuchać! Nie masz nawet prawa tu być! Zostawiłeś nas! Zostawiłeś mnie! Zostawiłeś Daisuke! Nie byłeś nawet na jego pogrzebie, a teraz wspominasz go, jakby nigdy nic…?! Mam ochotę cię zabić!
- A wiec proszę… - chłopak rozłożył szeroko ręce. – Zapraszam. Zabij mnie. Lord Hokage poradzi sobie beze mnie!
Powiedział to tak aroganckim tonem, że ja sam bym się na niego rzucił, więc wcale się nie zdziwiłem, kiedy Sharona wystrzeliła w jego kierunku jak z procy. Chyba nawet nie pomyślała, że może użyć jutsu. Wyciągnęła katanę i cięła tak, jakby chciała rozpruć go od krtani o krocze. Shimamura uskoczył w ostatnim momencie i również zapomniawszy o swoich technikach walki, po prostu się na nią rzucił. Chyba, w przeciwieństwie do niej, nie chciał zrobić jej krzywdy. Nie minęło kilka sekund, a oboje leżeli na ziemi. Shimamura siedział na plecach Sharony, wykręcając jej ręce do tyłu. Rozcięta warga puchła mu szybko. Katana Sharony leżała porzucona na ziemi kilka metrów od szarpiącej się pary.
- Uspokój się, Sharono! – zawołał ostro. – Nie mam zamiaru! Draniu! Szumowino! Nawet się nie pokazałeś, przez tyle lat! Daisuke cię nie interesował, kłamco! Podły śmieciu! Nie pojawiłeś się na pogrzebie, a kondolencje składasz mi po dwóch latach?! Ty szmato!
- Byłem na pogrzebie Daisuke! – ryknął Shimamura. – On również był moim przyjacielem! Jak śmiesz wmawiać mi, że on mnie nie interesował!
- By… byłeś na pogrzebie? – szepnęła wstrząśnięta dziewczyna.
- Oczywiście, że byłem!
- To czemu się nie pokazałeś?
Shimamura zerknął na mnie, a potem ponownie spojrzał na Sharonę.
- Przecież mam zakaz wstępu do wioski. Minutę wcześniej sama chciałaś mnie zabić. A jestem tu, bo chcę pomścić Daisuke – szepnął z pasją zawodowego mordercy.
- Och.
Nie wierzyłam w to, co widzę, ale widziałem wyraźnie, jak ta para pada sobie w ramiona. Sharona rozpłakała się, a Shimamura objął ją mocno, głaszcząc po włosach. Chyba tego potrzebowali oboje. Pogodzić się wreszcie.
Zbliżyłem się do nich i usiadłem na trawie. Spodziewałem się jatki, a dostałem ckliwą scenkę rodem z melodramatu. Oni to potrafią rozczarować człowieka. Sharona chlipnęła po raz ostatni i nieśmiało wyplątała się z objęć przyjaciela, wycierając twarz rękawem. Usiadła na trawie, a chłopak sięgnął po jej dłoń i mocno ją ścisnął. Uśmiechnął się przy tym ciepło.
- Przejdźmy jednak do interesów – zwrócił się do mnie formalnym tonem, nadal trzymając Sharonę za rękę. – Kogo mam zabić?
- Szpiegować, nie zabić – uściśliłem. – Bardzo wpływową i popularną osobę.
Skinął głową.
- To będzie jakieś dwadzieścia pięć tysięcy.
Zatkało mnie. Sharona uniosła brwi w zdumieniu.
- Żartujesz? Myślisz, że ile ja zarabiam? – zapytałem w końcu, gdy odzyskałem głos po szoku.
- Jak was nie stać, to zróbcie zrzutę – zakpił chłopak, bawiąc się palcami Sharony. Zastanawiałem się, czemu dziewczyna nie zabiera ręki?
- Może nieco spuścisz z ceny? – postanowiłem negocjować. Shimamura zastanowił się chwilę.
- Dwadzieścia tysięcy i całus od Sharony – zaproponował, szczerząc zęby. Dziewczyna zarumieniła się i dopiero teraz zabrała rękę.
- Śnisz – mruknęła speszona. Chłopak zaśmiał się.
- Dwadzieścia tysięcy – powtórzył. – To moja ostateczna propozycja.
- Niech ci będzie – zgodziłem się. – Tyle jakoś zdołam wyskrobać.
- Dobrze, więc teraz poproszę jakieś konkrety co do zadania. Kogo mam szpiegować?
- Lorda Hiroetsu.
Zacmokał i podrapał się po brodzie. Wyglądał na zadowolonego z siebie, więc przypuszczałem, że się tego domyślał. Byłem nawet skłonny twierdzić, że wie nico więcej niż ja.
- Mam podstawy by twierdzić…- kontynuowałem. -… że to on przetrzymywał dziewczynkę, która zabiła Daisuke i Chiyo. Schwytaliśmy ją, ale wcześniej wykasowano jej pamięć. W dodatku wysłałem Saia na pewną misję, a on nie wraca i sądzę…
- Wiem o misji Saia – wtrącił się Shimamura. – Przypadkiem byłem na wybrzeżu, gdy opuszczał kontynent.
- Dobrze. Sądzę, że Sai został odkryty i schwytany. Ale to tylko przypuszczenia, nie wiem, czy są prawdziwe. Brak mi dowodów, a nie chcę wszczynać wojny, by się przekonać, czy faktycznie mam rację.
- Pańska troska o życie innych jest doprawdy ujmująca – westchnął chłopak.- O to panu chodzi? Dlatego wysyła pan mnie, ludzie z wioski są zbyt cenni, prawda?
- Nie do końca o to. Mam za murami paru szpiegów, nie mogę się ich tak po prostu pozbyć, patrzą mi na ręce, jeśli poślę kogoś ze swoich, to zaraz to wyniuchają… To trochę skomplikowane…
Chłopak wzniósł oczy do nieba i westchnął.
- Da pan spokój, bo ja się nie znam na polityce – mruknął sarkastycznie, kręcąc głową. – Wali pan dalej, bo nie mam czasu.
- No więc twoim zadaniem będzie dowiedzieć się, czy Sai jest przetrzymywany w Wiosce Słońca. Masz też dowiedzieć się wszystkiego co możliwe o tej dziewczynce i o Hiroetsu.
- Okej – mruknął Shimamura, a potem zrobił minę, jakby sam siebie do czegoś przekonywał. W końcu westchnął. – Dobra, mam dla pana parę informacji już teraz. Ale zapamięta pan, to czysta transakcja i w przyszłości proszę nie liczyć na moją pomoc. Powiem panu co wiem, po wykonaniu zadania pan mi zapłaci i więcej się nie zobaczymy.
- Nie mów hop – upomniałem go. Zerknął na Sharonę, a potem skiną głową.
- Tak, racja. No więc: moja „praca” wymaga, abym był dobrze poinformowany na niemal każdy temat. Kiedy Wioska Słońca powstawała, zajrzałem tam parę razy, ot tak, w wolnym czasie. Dowiedziałem się paru ogólnych rzeczy o Hiroetsu. Facet zawitał w naszej Krainie kilka lat temu. W dziwnych okolicznościach przyjął się do pracy u hrabiego Okane, którego ziemie graniczą i z Krainą Ognia i z Krainą Wiatru. Okane zmarł kilka miesięcy później, czyniąc swym spadkobiercą właśnie Hiroetsu.
Na odziedziczonych terenach Hiroetsu postanowił utworzyć wioskę shinobi. Nie zabrał się jednak od razu do pracy, tylko najpierw zabrał się za pewne badania. Eksperymenty… ale nie, nie, nie takie, jak Orochimaru! – zawołał natychmiast, widząc moją minę. – Jego badania można by zaliczyć do… ja wiem… Botaniki? Alchemii? Coś na pograniczu tych dwóch dziedzin. Facet bawił się roślinkami, aż w końcu, podobno, coś tam wynalazł. Wtedy zabrał się za tworzenie Wioski na odziedziczonych ziemiach. Zaczęli się do niego przyłączać różni ludzie, odkryłem też, że ci ludzie byli nim zauroczeni… można by powiedzieć, zakochani w nim.
- Jak to, „zakochani w nim”? – zdumiała się Sharona, ale ja doskonale wiedziałem, o co chodzi. Przełknąłem ślinę.
- Normalnie, zakochani – wyjaśnił jej.- Tak jak ty kochałaś Daisuke.
- Skąd…? – Sharona zarumieniła się. – Skąd to wiesz? Nie było cię!
- Och, myślisz, że ja i Daisuke się nie widywaliśmy?
Teraz to nawet i ja odczułem zaciekawienie. Proszę, proszę, jeden z moich najlepszych ludzi, uczciwy, dzielny, honorowy Daisuke, spotykał się po kryjomu z jednym z największych aktualnych zdrajców Konohy.
- Widywaliście się? – ubrałem swoje zdumienie w słowa.
- Oczywiście! Daisuke pomógł mi sfingować pańską śmierć, gdy dostałem na pana zlecenie! – zawołał ze śmiechem.
- Miałeś mnie zabić? Ktoś zlecił ci zabicie mnie?! – zdumiałem się. A potem poczułem jeszcze większą ciekawość. – Ile kosztowałem?
Shimamura ryknął śmiechem. W końcu przestał się trząść i otarł łzy.
- Powiem tak: nie stać pana na opłacenie własnej śmierci.
Gwizdnąłem.
- Wow. Aż tyle? To czemu jeszcze żyję?
- No cóż… z tego to jest taka całkiem śmieszna historia. Widzi pan, dostałem zlecenie na zabicie pewnego… „obiektu”. Gdy się do tego szykowałem, wyniuchałem, że ten „obiekt” chciałby się pozbyć pana. Zaproponowałem mu swoje usługi, przybyłem do Konohy, poinformowałem Daisuke, że mam zlecenie na pana i że nie mogę się wykręcić, bo sam zginę. Uwierzył mi, oczywiście, nic nie wiedział o moim prawdziwym zleceniodawcy. Sfingowaliśmy pańską śmierć, wziąłem kasę za zabicie pana, potem zabiłem „obiekt” i za niego też zgarnąłem kasę.
Zdębieliśmy razem z Sharoną.
- Jak to możliwe, że jeszcze nikt ciebie nie zabił? – zapytała dziewczyna.
- Bo wciąż liczę, że zrobisz to ty. Mam nadzieję dostać przy tym parę klapsów – Shimamura wyszczerzył zęby. Sharona poczerwieniała po cebulki włosów i odsunęła się od niego na bezpieczną odległość.
- Chwila, ale to nie tłumaczy, dlaczego jeszcze żyję – zauważyłem. Chłopak wzruszył ramionami.
- Po prostu nie było to konieczne. Poza tym i tak nie dałbym rady. Nie mógłbym się też widywać z Daisuke… z resztą, to on by mnie zatłukł za taki numer, o ile w ogóle by mi się udało.
Pokręciłem głową. To się nazywa siła przyjaźni. Aż nie mogłem uwierzyć, że rozmawiam z płatnym mordercą. No i dziwnie było się dowiedzieć, że ktoś chciał, bym zginął. By mnie zabito. Pomyślałem o Hinacie i moich dzieciach. O Junichim. Po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. A potem pomyślałem o Shimamurze i jego zdolnościach… Nie, trzeba by było czegoś więcej, by się mnie pozbyć, niż jeden zbuntowany smarkacz. Jego zdolności nie były przecież większe od umiejętności Sharony. A ją, Sharonę, mógłbym rozłożyć na łopatki, gdybym tylko chciał. Ale po co miałem się męczyć, skoro ona też każdą walkę ze mną traktowała z przymrużeniem oka? Przecież doskonale wiedziała, że nie dałaby sobie rady. Za bardzo ją rozpieściliśmy razem z Sasuke… Pannicy przydałby się prawdziwy wycisk. Shimamurze z resztą też.
- No, a jak się ma kochany Kakashi-sensei? – zapytał Shimamura, zwracając na siebie moją uwagę. Przeczuwałem, że to pytanie ma drugie dno.
- Chwilowo poza wioską – mruknąłem niechętnie, a szpieg uśmiechnął się. Czyżby i o tym fortelu wiedział? Przeklęty…
- Myślę, że powinniśmy się już rozstać – szepnął Shimamura, wstając. – Będę składał panu raporty raz w tygodniu. I… zajmę się tym gościem, co nas podsłuchiwał…
Wszyscy troje usłyszeliśmy, jak obserwujący nas szpieg dał dyla. Shimamura wyszczerzył zęby. My również podnieśliśmy się z ziemi. Chłopak podszedł do Sharony i spojrzał na nią z góry. Był o głowę wyższy.
- Sharona-chan…- szepnął czule, a potem pochylił się i pocałował ją. Uśmiechnąłem się w duchu, choć właściwie nie powinienem. Przecież to płatny morderca! Sharona chyba pomyślała o tym samym, bo odepchnęła go z całej siły i zamaszyście strzeliła w mordę.
- Mendo! – wrzasnęła. Shimamura zaśmiał się krótko i spojrzał na mnie.
- Hokage-sama – skłonił głowę i już go nie było. Pognał pędem za uciekającym szpiegiem. Nachyliłem się do Sharony.
- Masz bogate słownictwo – mruknąłem. Nie odpowiedziała. Wpatrywała się w ścianę drzew, za którą zniknął Shimamura.


w następnym rozdziale:

„…- Tu?- zapytałem, stawiając łóżeczko pod oknem. Mei spojrzała na nie krytycznie, przechylając głowę w bok.
- Może lepiej będzie przy wschodniej ścianie? – stwierdziła. Przestawiłem łóżeczko…”

4 komentarze:

  1. Ojejku! Wszystko mi się tu podoba, chociaż żałuję, że Naruto jest taki oschły i nie ma praktycznie o czym porozmawiać ze swoimi dziećmi, jakby w ogóle się nimi nie interesował.

    A i zobaczyłam mały błąd, który wolałabym, abyś poprawiła. Hokage - sama, to jest błędne. Sama dodaje się do imion kobiet, które się szanuje lub do ważnych pań. San - dodaje się tak samo, różnica jest taka, że dopasowuje się do mężczyzn. Dlatego, chociaż każdy przyzwyczaił cię do określenia Hokage - sama, to powinnaś napisać Hokage - san.

    Mam nadzieję, że to poprawisz, bo to trochę rażący błąd.

    I coś jeszcze... Czemu jest tak mało Shana?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety, nie zgodzę się z Tobą i choć byłam pewna, że mam rację, to jeszcze dodatkowo sprawdziłam. -sama jest wyrazem szacunku, niezależnie od płci. to oficjalna wersja -san. używa się go do osób o wyższym statusie, do klientów w biznesie itp. -sama jest często używane w prasie w odniesieniu do żeńskich członków rodziny imperialnej. można powiedzieć tak o sobie, ale to wyraz egoizmu.
      Ponadto japońscy chrześcijanie nazywają Boga w modlitwie Kami-sama, a Jezusa Iesu-sama, co jest przykładem, że ten tytuł grzecznościowy stosuje się do mężczyzn.
      Natomiast -san tłumaczy się jako "pan" lub "pani" i jest używane i do mężczyzn, i do kobiet.
      Nie ma więc błędu.

      Naruto oschły? niee, myślę, że jeszcze za mało przeczytałaś i fabuła dostatecznie się nie rozkręciła xD życzę dobrej zabawy na moim blogu xD
      dziękuję za komentarz.

      Usuń
  2. Witam,
    ach trochę poznaliśmy Shimimure, choć ciekawi mnie we wspomnieniu, że jak będzie coś wiedział to pomoże, a teraz że jak wykona zadanie to więcej się nie spotkają, tak wielka siła przyjaźni była między nimi...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń