wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 7

„Może jesteśmy tu, by powiedzieć dom, most,
studnia, brama, dzban, drzewo owocowe, okno –
lub najwyżej kolumna, wieża… ale tak powiedzieć,
zrozum to, tak powiedzieć,
jak nigdy samym rzeczom
nie było wiadome,
jakimi we wnętrzu są”
Rainer Maria Rilke


Miarowe, równoczesne pikanie gdzieś nad uchem. Ból. Jakieś głosy gdzieś w oddali. Śpiew ptaków. Szum jakiejś aparatury. Ciemność.
Jęknąłem. Coś… ktoś poruszył się obok mnie. Rozchyliłem piekące powieki. Obraz był rozmazany, nieostry, zamglony… zamknąłem oczy.
W głowie mi szumiało tak, jakbym przedawkował sake. Czułem, że mam coś założone na twarzy i wsadzone w nos. Wyczuwałem także kilka zimnych punkcików na torsie i lekkie kłucie w zgięcie łokcia.
- Naruto… - szepnął kobiecy głos. Sakura.
- Junichi – odszepnąłem słabo. Poczułem jej ciepłą dłoń na ramieniu. Drugą zdjęła mi maskę tlenową z twarzy.
- Spokojnie, z małym wszystko jest w porządku. Och, Naruto, tak się baliśmy!
            Jęknąłem jeszcze raz. W ogóle nie mogłem się skupić.
- Co… z moim… synem? – wyjęczałem słabo. Próbowałem się poruszyć, ale nie miałem na to sił.
- Już mówiła, że wszystko w porządku – powiedziała, ale jej głos brzmiał dziwnie. Chciałem zobaczyć jej minę, ale nie byłem w stanie podnieść powiek.
- Więc co jest nie tak? – zapytałem, a potem rozkaszlałem się. Czułem się gorzej niż beznadziejnie.
- Jak to, „co jest nie tak”?! – oburzyła się Sakura. Chyba jeszcze nigdy nie słyszałem, by wrzeszczała na mnie tak histerycznym głosem. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że gdyby Mintao cię nie reanimował, już by cię z nami nie było?!
            Zatkało mnie. Przez chwilę nie byłem w stanie wykrztusić nawet słowa. W końcu się opanowałem.
- Gdzie jest Hinata? – zadałem najważniejsze dla mnie w tej chwili pytanie.
- Shino ją zabrał, nie spała bardzo długo – powiedziała. Przełknąłem ślinę.
- Jak… jak długo tu leżę? – wyszeptałem.
- Sześć dni – odparła.
            Ponownie mnie zatkało. Fakt, czułem się okropnie, ale żeby leżeć w szpitalu sześć dni? I to jeszcze cały czas nieprzytomnym! Rozchyliłem ostrożnie powieki. Obraz nadal był niewyraźny. Różowa plama zadrgała mi przed twarzą. Zamrugałem. Powoli zacząłem dostrzegać szczegóły. Twarz Sakury pojawiła się przede mną. Jej mina nie wróżyła niczego dobrego.
- Ale z Junichim wszystko dobrze? – upewniłem się słabym głosem.
- Nie martw się. Na początku był bardzo przerażony. Potem rozpierała go energia, na koniec padł jak mucha i spał prawie dwa dni. Teraz już z nim wszystko normalnie.
- Właściwie… – znów próbowałem się podciągnąć i znów mi się nie udało. Moje ciało było niewiarygodnie słabe – to co on mi zrobił? Co się stało?
- Nie kręć się, Naruto! – nakazała mi, poprawiając mi poduszkę. – Tak właściwie, to do końca nie wiem. Pochłonął nie tylko twoją chakrę, ale jakby… całą twoją energię życiową. To niesamowite…!
- Tak… to niesamowite… – jęknąłem. Powoli odzyskiwałem czucie w ciele, ale nie było to przyjemne. Zaczynały boleć mnie wszystkie kości.
- Przepraszam – mruknęła zawstydzona, kładąc mi dłonie na ramionach, żebym się nie wiercił. Zastygłem w bezruchu. – Może użyłam złego słowa. Po prostu nie mieści się nam to w głowach! To jest niezwykłe… i jednocześnie przerażające! Junichi jest przecież za mały, by pomieścić w sobie taki ogrom energii! A jednak mu się to udaje, i w dodatku nic mu się jest, bywa tylko trochę nadpobudliwy. Za to ciebie… – głos jej zadrżał – ledwo udało nam się uratować. Serce ci stanęło, przez chwilę było naprawdę niebezpiecznie…
- Hinata… muszę iść do Hinaty… – powiedziałem, zbierając się z łóżka, ale Sakura przyparła mnie do poduszki. Nie miałem siły się jej przeciwstawić.
- Zwariowałeś?! – wykrzyknęła. – Leż i się nie ruszaj! Przecież dopiero co ci powiedziałam, że mało nie umarłeś! A Hinata przez ten tydzień prawie nie zmrużyła oka! Dlatego skoro już udało nam się zmusić ją, by się przespała, to niech śpi! A ty i tak nie możesz chodzić!
- Aha… – mruknąłem i opadłem na poduszkę. – No ale, gdzie w takim razie jest Junichi?! Kto się nim zajmuje?! Musiał się bardzo przerazić, gdy zacząłem krzyczeć!
- No i się przestraszył, ale jak już mówiła, nic mu nie jest. Mintao cię reanimował, a w tym czasie Mei zabrała małego z pokoju. Gdyby nie szybka i trzeźwa reakcja twojego syna…
            Pokręciła głową.
-No to kto się teraz, do jasnej Anielki, zajmuje Junichim?! – zdenerwowałem się. Spojrzała na mnie groźnie.
- Uspokój się, Naruto. Junichi jest z Sasuke.
- Pilnuje go?! SASUKE GO PILNUJE?! MOJEGO SYNA?!
- No i co cię to tak dziwi?! – teraz to już naprawdę się wkurzyła. – Sasuke wychował dwoje dzieci! A tylko jego chakry Junichi nie lubi!
            Wyobraziłem sobie, jak Sasuke próbuje nakłonić Junichiego do zjedzenia czegoś, czym mój syn zaczyna go obrzucać i humor mi się poprawił.
- Dobrze. A co ze mną? Kiedy będę mógł stąd wyjść?
- Nieprędko. Zawał serca to poważna sprawa, Naruto. Jesteś w tej chwili strasznie osłabiony i ledwo możesz się ruszać! Musisz zostać w szpitalu na obserwacji. Musisz odbudować całą swoją chakrę… i dbać o siebie. Dlatego ułożyłam ci specjalną dietę…
- Dietę?! – wykrzyknąłem z przerażeniem.
- Oczywiście! Nawet nie wiesz, jak słabe jest w tej chwili twoje serce! Dieta absolutnie beztłuszczowa…
- Chyba żartujesz! Sakura, to żart, nie? Sakurcia kochana…
- Nie żartuję… I masz się mnie słuchać, jeszcze tego brakowało, by ci serce wysiadło…
- Serce mam jak dzwon! – zapewniłem ją gorliwie. Spojrzała na mnie spode łba.
- No to się jeszcze bardziej wzmocni. Możesz mówić co chcesz, dieta i tak cię nie ominie…
- Saku… – zacząłem, ale przerwało mi pukanie do drzwi. Na salę wszedł mój starszy syn, a gdy zobaczył, że się obudziłem, stanął jak wryty.
- Tato… – szepnął ochryple, a dolna warga mu zadrżała.
- Hej, nie rozklejaj się! Twój stary jeszcze nie wykorkował! – zawołałem do niego. Rozzłościł się.
- To nie jest śmieszne! – zawołał. – Nie masz pojęcia…! – urwał i zacisnął szczęki. Zbliżył się do mojego łóżka i stanął nade mną.
- Baliśmy się – powiedział, nie patrząc na mnie. Oczy miał szkliste jak nigdy.
- Wiem. Dzięki za ratunek.
            Skinął głową, jak zwykle poważny. Sakura wstała z krzesła, na którym siedziała, poklepała mnie po ramieniu i zostawiła nas samych. Mintao zajął zwolnione miejsce. Po jego minie wiedziałem, że nie grzebał mi po głowie, bo tego nie lubiłem.
- Opowiedz mi dokładnie, co się wydarzyło, kiedy mnie nie było – poprosiłem, a on westchnął i przetarł oczy.
- Wracaliśmy z Mei do domu i usłyszeliśmy, jak krzyczysz w myślach. Chyba cud sprawił, że zdążyliśmy. Gdy wpadliśmy do pokoju, leżałeś nieprzytomny na podłodze, Junichi płakał, chwilę potem wpadła mama. Mei zabrała małego, mamie kazałem biec po pomoc… Nie oddychałeś, serce ci stanęło… naprawdę się przestraszyłem – rzekł na koniec, patrząc mi w oczy. Wiedziałem, że mój pierworodny jest twardy i nieugięty niczym skała. Kakashi powiedział mi kiedyś, że przypomina mojego ojca. Mintao nie był taki, jak ja. Był o wiele bardziej stanowczy. O wiele bardziej odpowiedzialny. No i był geniuszem…
- Przestań – warknął, wstając z krzesła. Podszedł do okna i stanął tyłem do mnie.
- Miałeś mi nie grzebać pogłowie – powiedziałem, uśmiechając się do siebie. Prychnął.
- Kiedy ktoś jest za blisko, to nie sposób go nie słyszeć. Dlatego właśnie się odsunąłem – wyjaśnił. – Kiedy spałeś, Sharona opuściła wioskę by poszukać Takako. Shikamaru-sensei przejął twoje obowiązki. Zwiększył nieco patrole, w razie, gdyby ktoś chciał skorzystać z twojej niedyspozycji. O twojej zapaści został poinformowany Lord Kazekage, też, tak na w razie co. Mama naprawdę się przejęła, choć starałem się jej wytłumaczyć, że twojemu życiu nic nie zagraża. Ale mama to mama… co do Junichiego, najpierw zachowywał się, jakby miał ADHD, potem jednak się uspokoił, aż na konie zasnął. Shan przyglądał mu się poprzez sharingana… i stwierdził, że Junichi podczas snu uwalnia największe ilości pochłanianej przez siebie energii. Teraz mam na głowie nie tylko Mayę, ale i jego.
- Masz na głowie Mayę?
- Mam na głowie połowę szpitala – rzekł rozdrażnionym tonem. – To nie jest ważne, ważne jest…
- Nie, nie, nie! – zawołałam. – Powtórz! Czy ja myślę o tym, co się stało?
            Pokiwał głową.
- Tak, jestem już oficjalnym zastępcą sensei Sakury – powiedział beznamiętnym tonem, przewracając oczyma. – Też mi halo. Zajmijmy się twoim zdrowiem…
- No co ty, żartujesz?! Musimy uczcić twój sukces, zrobić jakąś imprezę lub coś…
- Tato – powiedział, kręcą głową.– Ty w tej chwili nawet nie waż się myśleć o imprezowaniu. Musisz przede wszystkim odzyskać kondycję! Mama…
            Przerwały mu otwierające się drzwi. Na salę wpadła zdyszana Mei, a wraz z nią Shan.
- Ech, kurde, żyje! – zawołał Uchiha na mój widok. – A już miałem się cieszyć!
- Ale śmieszne – zakpiłem, próbując się nieco podnieść na poduszkach, ale były to daremne próby. Mój syn pomógł mi i dopiero wtedy mogłem wygodnie usiąść.
- Wow, to dostał pan w kość, Lordzie Hokage – mruknął Shan, ale ja patrzyłem na Mei. Moja córka odpowiedziała załzawionym spojrzeniem, po czym rzuciła mi się na szyję.
- Taaaaato – załkała, a ja pogłaskałem ją po głowie.
- No już, nie zachowuj się jak fontanna – mruknąłem, ale ona pokręciła głową, obejmując moją szyję.
- Umierałeś, tato, a… a ja to słyszałam… – wydukała przez łzy. Zaśmiałem się, przytulając ją.
- No już. Żyję i jestem zdrowy. Patrz, te czubki się z ciebie śmieją…
- Wcale nie – powiedziała, ale wyprostowała się. Otarła oczy. – W końcu jestem dziewczyną. Mogę płakać, bo wy nigdy nie płaczecie!
            Zaśmiałem się. Odetchnęła i uśmiechnęła się.
- Wyglądasz tato strasznie – powiedziała, a ja starłem jej łzę z policzka.
- Nic mi nie jest, powinniście zająć się Junichim…
- Jego dar to poważna sprawa – odezwał się Mintao, zabierając Shanowi z ręki budzik, który chłopak zgarnął z szafki przy moim łóżku. – Zostaw, bo zaraz zepsujesz. Wracając, mały w ogóle nie zdaje sobie sprawy, jak potężny jest. W jego myślach to zabawa. Cały świat jego oczyma wygląda zupełnie inaczej.
- To co z tymi kolorami? – zapytałem.
- Nie da się tego stwierdzić, jak zaglądam w jego myśli, to nigdy nie umiem się połapać co czym jest – wyjaśnił mi, wyrywając Shanowi kartę z moimi wynikami i z powrotem wieszając ją na poręczy w nogach mojego łóżka – nie masz pojęcia, w jak odmienny sposób działa jego umysł.
- Wszystko jest takie… świecące, a każda żywa istota wygląda jak zbiór jasnych, wibrujących i pulsujących żyłek – wyjaśniła Mei, bo nie rozumiałem wypowiedzi Mintao – to fascynujące, mówię ci, tato.
- Tak, tak… ważne jest jednak, że Junichi pochłania każdy rodzaj energii, z jakim ma do czynienia, nie zważając na jego ilość – przerwał jej Mintao, podejrzliwie obserwując kręcącego się po sali Uchihę. Shan zdawał się zastanawiać, co jeszcze mógłby zmontować. – Nie pojmuje też świata w taki sam sposób, jak my. Może dlatego, że jest dzieckiem, a może z tego powodu, iż dzieli świat w kategoriach źródło energii i jej brak. Może dlatego przedmioty nie mają dla niego kolorów, bo nie są źródłem energii. Ale nie to mnie niepokoi…
- A co?
- W jego głowie jest luka, do której nie mamy dostępu – powiedziała Mei, a ja zmarszczyłem brwi. – Nie mamy pojęcia, jak to zrobił, ale… wymazał sobie wspomnienia o tym, co ci zrobił.
            Opadła mi szczęka. Mintao pokiwał głową.
- Ostrożnie przeczesaliśmy jego umysł, ale tego tam nie było. Po prostu. Nie chciał o tym pamiętać i zniknęło. Junichi nie wie, co się stało. Ale tato, skoro coś takiego jest możliwe… to Takako…
- Też mógł to zrobić i dlatego go nie czytaliście – dokończyłem za syna, a on i Mei pokiwali głowami. Shan zbliżył się do nas i spojrzał na mnie.
- Teraz wystarczy się tylko dowiedzieć, jak Junichi to zrobił – odezwał się w końcu, a Mintao przytaknął jego słowom.
- Tak.

Junichi biegał po sali szpitalnej, krzycząc, grzebiąc po szafkach, rzucając w ściany mandarynkami, które dostałem i najwyraźniej świetnie się bawiąc. Naburmuszony Sasuke siedział na parapecie, wyglądając przez okno. Niby to przyszedł mnie odwiedzić, ale domyślałem się, że to właśnie z niego Ban zrobił ochroniarza dla mojego najmłodszego. Hinata siedziała na moim łóżku, obierając mi jabłko. Opowiadała o swoim klanie, o przebiegu spotkania, na którym mnie nie było i o próbach nauczenia Junichiego płynnego czytania, podjętych przez Mintao. Mój starszy syn na poważnie zabrał się za badania nad mocą młodszego. Cieszyło mnie to. Junichi, wzięty pod lupę, był bezpieczniejszy.
            Z tego, co wiedziałem, Shikamaru bardzo dobrze radził sobie jako mój zastępca. Rzekomo miał dla mnie jakąś bombę, ale nikt nie chciał mi powiedzieć, o co chodzi. Podobno nie wolno mi się było denerwować, dlatego przy mnie rozmawiali tylko i wyłącznie o miłych rzeczach.
            Mimo to, coś udało mi się wywęszyć. Ta niby „bomba” na pewno była plotką przyniesioną od Kazekage, ponieważ tego samego dnia, którego mi o niej powiedziano, Mei przyszła do mnie i z jej zrzędzenia dowiedziałem się, że do Konohy przybył Kaju i chciał, by mu wybaczyła. Zerwali bowiem przez niego. Aż mnie świerzbiło, by jakimś sposobem dowiedzieć się, jakie też wieści Kaju przyniósł do mojej pięknej wioski?
            Miałem już dość szpitala i bardzo chciałem się z niego wydostać. Jednak zarówno Sakura jak i jej zastępca, czyli mój syn, twierdzili, iż jeszcze nie mogę. Miałem dbać o zdrowie, stosować się do diety i nie narzekać. Tak też robiłem, a Shan Uchiha, cichcem, podprowadzał mi ciastka z kremem. Ale miałem o tym nie myśleć.
- Pytałaś się Mintao, kiedy w końcu mnie wypiszą? – zapytałem żonę, kiedy zakończyła swoją opowieść. Pokręciła głową.
- Trochę urlopu ci się przyda – zarządziła, wtykając mi do ust kawałek jabłka, co powstrzymało mnie od wszczęcia kłótni. Westchnąłem, uchylając się przed mandarynką, którą Junichi cisnął w moją stronę. Owoc rozmaślił się na ścianie.
- Plama! – zawołał mój syn uradowanym jak nigdy głosem. – Ale plama! Fujku Sasuke, plama! Fujek zobacy, plama!
            Zachichotałem, kiedy Sasuke przeniósł rozdrażnione spojrzenie z okna na Junichiego. Mój syn złapał go za rękę i spróbował ściągnąć z parapetu. Sasuke nawet nie drgnął.
- Junichi – powiedział, ale mój syn go nie słuchał. Zaparł się nóżkami o ścianę, ciągnąć jego rękę z całej siły.
- Nooo, fujku Sasuke!!! Lus się!
            Sasuke podniósł rękę w górę i tym samym i uwieszonego na niej Junichiego. Spojrzał w oczy mojego syna.
- Czy ty nie masz innych zabaw? – zapytał, na co młodszy natychmiast wybuchnął płaczem.
- Łaaaaaa! Maaaaamo! Taaaaaato! Fujek Sasuke na mnie ksycyyyyy!
            Hinata rzuciła się, by powrzeszczeć na Sasuke, a ja rozwaliłem się w łóżku, patrząc na to z przyjemnością. Moja żona bardzo rzadko krzyczała, była taką ciepłą i spokojną kobietą. Ale kiedy chodziło o dzieci, zmieniała się nie do poznania. Uwielbiałem ją taką, o ile nie wrzeszczała na mnie. Dlatego z szerokim uśmiechem patrzyłem, jak wyżywa się na Sasuke, który nie umie jej odpowiedzieć.

Mintao szedł właśnie do sali w której leżał jego ojciec, kiedy poczuł tę myśl. Myśl, która nie wróżyła niczego dobrego, wręcz przeciwnie, zapowiadała samo zło. Westchnął, zatrzymując się. Chwilę się wahał, aż w końcu zaklął cicho, co bardzo, ale to bardzo rzadko mu się zdarzało, po czym zawrócił.
Powodem rozdrażnienia chłopaka była jego dziewczyna, Nami, która właśnie czekała na niego przy bramie szpitala. To ona wysłała ku niemu ową myśl. Ostatnio była na niego zła i nie bardzo wiedział, dlaczego? Nic przecież nie zrobił, niczym nie zawinił. A jednak Nami co jakiś czas strzelała focha i nic nie mógł na to poradzić.
Zszedł na dół, a potem wyszedł na zewnątrz. Ruszył w kierunku znajomej sylwetki, z daleka przyglądając się, jak nerwowo przestępuje z nogi na nogę. Zbliżył się, a ona spojrzała na niego chłodno swoimi dużymi, brązowymi oczyma. Odgarnęła do tyłu swoje jasne, długie, falowane włosy. Był to gest, który nie wróżył nic dobrego. Nie śmiał jednak zajrzeć do jej głowy. Nigdy tego nie robił, byłoby to naruszeniem jej prywatności. Wyłapywał tylko te myśli, przed którymi sam nie umiał się osłonić.
Pochylił się, by pocałować ją na powitanie, ale cofnęła się o krok. Wyprostował się.
- O co chodzi? – zapytał. Wykrzywiła się.
- To nie wiesz? – zapytała dość złośliwie.
- Wiesz, że nie buszuję ci pogłowie kiedy ty tego nie chcesz. Naprawdę nie wiem, o co chodzi tym razem…
- O to samo, co zawsze, Mintao – powiedziała. – Dziś pewnie też nie masz czasu?
- Wiesz, że przez nowe obowiązki na razie jestem trochę bardziej zajęty. Mój ojciec leży w szpitalu, mój brat zachowuje się dziwnie, a ja mam na głowie wielu pacjentów. Proszę cię, czemu tego nie rozumiesz?
- Bo zachowujesz się tak, jakby to wszystko było wymówką, żeby się ze mną nie widywać! – zawołała. Chciał ją złapać za łokieć, ale cofnęła się.
- Nami…
- Wszystko jest ważne, tylko nie ja. Albo masz misję, albo siedzisz w szpitalu!
- To przez te nowe obowiązki. Jeszcze się uczę! Potem…
- Nie będzie potem! Nie będę siedziała i czekała – odparła.
- Co masz na myśli? – zapytał, a ona prychnęła.
- I znów udajesz, że nie wiesz!
- Bo nie wiem! – zdenerwował się, a ona zaśmiała się. To go całkowicie wyprowadziło z równowagi. Uspokój się, usłyszał myśl Mei, ale przepędził siostrę ostrą myślą. Nie lubił, kiedy się wtrącała. – Naprawdę nie uważam za sport grzebania ci po głowie! O ile w ogóle coś tam jest!
            Strzeliła go w mordę, aż trzasnęło, a potem odwróciła się i odeszła. Chwilę trwał w szoku, trzymając się za policzek, a potem nagle zdał sobie sprawę z tego, co powiedział.
- Nami! Nami, przepraszam! Nami! – zawołała za nią, wciąż trzymając się za piekący policzek, ale nawet się nie odwróciła. Zaklął siarczyście. Nie miał czasu jej gonić, musiał wrócić do szpitala. Mei chichotała, a Shan, u którego była, gapił się na nią jak na nienormalną. Zaklął jeszcze raz, odwrócił się i ruszył z powrotem. Tak zły nie był jeszcze nigdy i nie wiedział, na kogo bardziej. Na siebie czy na nią? Na nią, podpowiedziała mu Mei, nadal rozchichotana. Od początku mówiłam, że to wypindrzona cizia, ale oczywiście was interesują tylko cycki… Wiesz, że to nie tak, warknął wściekły. Jej kpiąca myśl mówiła sama za siebie, ale ona i tak postanowił się trochę na nim powyżywać. Tak, bo ani razu nie myślałeś o jej cyckach, nie? Nie odpowiedział, tylko zły, zazgrzytał zębami. To, w jaki sposób Mei z niego zakpiła, było ciosem poniżej pasa. Posłała mu jednak współczującą myśl, co nieco złagodziło jego złość. Siostra nie lubiła Nami i nie miała zamiaru mieć z nią do czynienia, tak więc cieszyła się z tego, co się stało. On się nie cieszył. I miał zamiar to naprawić.

            Mei pokręciła głową, słysząc ostatnią myśl brata, po czym rzuciła w Shana groszkiem. Ten złapał go i włożył sobie do ust.
- To co się stało? – zapytał, a ona, mimo protestów Mintao i tak powiedziała:
- Nami go rzuciła. Zdzieliła go w mordę z taką siłą, że pewnie jeszcze chwila i nawet duma jej nie powstrzyma, by zawrócić i poprosić, by wsadzili jej łapę w gips…
- Nami jest wolna?! – wykrzyknął Shan, zrywając się z krzesła, po czym rzucił się do drzwi i wybiegł. Zaczęła się śmiać. Uchiha wrócił po trzech sekundach i spojrzał na nią, zadowolony, że udało mu się ją rozśmieszyć. – Nieee. Nawet dla Nami nie zostawiłbym cię samej – powiedział, po czym usiadł przy niej. Wziął ją za rękę.
- Kocham cię, Mei – powiedział, przytulając jej dłoń do swojej klatki piersiowej, a ona ponownie wybuchła śmiechem.
- Też chcesz dostać w mordę? – zapytała przez łzy.
- Ale epicko… wiesz, z rozmachem i w ogóle… dramatycznie…
- Mintao mówi, byśmy się przestali z niego nabijać – cudem udało jej się to powiedzieć, bo usilnie próbowała powstrzymać chichot. Shan machnął ręką i wrócił do swojego biurka. Pochylił się nad raportem, który pisali dla sensei Shikamaru. Ich dwójka oraz Maya dostali ostatnio kilka prostych misji, z których musieli teraz zdać raporty. A że Shan był w tym najlepszy, dziewczyny zbuntowały się i zwaliły na niego papierkową robotę.
- A o co im w ogóle poszło? – zapytał Shan, drapiąc się po głowie. Kiedy coś pisał, zawsze wszystko go swędziało, jakby nagle dostawał wszawicy.
- O to, o co zawsze chodzi Nami – powiedziała, ziewając. – Strzeliła focha, bo to ona musi być w centrum zainteresowania. I mamy o tym nie gadać.
- No co? Interesuję się kolejną moją wielką zdobyczą – Shan wyszczerzył zęby, a Mei się zaśmiała. Spoważniała jednak niemal natychmiast.
- Mówi, byś nawet nie ważył się zbliżyć do niej choćby na kilometr. I co ja jestem, telefon?! – zdenerwowała się. Shan zachichotał, po czym wrócił do raportu.
- O to nie musi się martwić, mam ładniejsze dziewczyny do towarzystwa – i puścił do niej oczko. Cisnęła w niego poduszką i to wystarczyło, by zaczęli się okładać czym popadnie.

            Maya wspinała się po schodach na górę, do pokoju, w którym leżał jej nauczyciel, Naruto-sama. Potem miała iść do Mintao i odebrać nową receptę, jednak to akurat jej się nie podobało. Powodem była kłótnia przyjaciela z jego dziewczyną, którą ona niechcący podsłuchała. Wcale nie miała takiego zamiaru, po prostu przez przypadek się na nich natknęła, kiedy szła do szpitala. Oni jej nie zauważyli. Mintao musiał być tak zaabsorbowany Nami, że nawetnie usłyszał  jej myśli. Było jej trochę głupio, że to widziała. Wydawało jej się, że zobaczyła coś, czego nie powinna, zwłaszcza ten policzek, który Nami wymierzyła Mintao. Maya skrzywiła się. Nie słyszała, co dokładnie chłopak powiedział, ale sądząc po minie blondynki, musiał jej nieźle dopiec. No i Maya nie wiedziała, po czyjej stronie stanąć. Nie wiedziała, czy Mintao faktycznie zasłużył, czy nie?
            Zbliżyła się do sali, w której leżał Naruto-sama i zastukała. Ktoś otworzył jej drzwi.
- Maya! – wrzasnął Junichi, po czym rzucił się na nią, a że zupełnie się tego nie spodziewała, najmłodszy syn jej mistrza zwalił ją z nóg. Usiadł na niej, zdzierając z jej twarzy ochraniacz, którym zasłaniała oko odkąd stała się pełnoprawnym shinobi Konohy.  – Pokas je, pokas!
            Wołał przy tym. Złapała go pod pachy i podniosła się z ziemi, trzymając z daleka od swojej twarzy.
- Słonko, ostrożnie – powiedziała, stawiając go na podłodze. Podniosła ręce i rozwiązała ochraniacz. Zdjęła go, po czym zamrugała w stronę Junichego, a on rozdziawił mordkę.
- Jaaaaa, ale ono jest piękne – powiedział, wyciągając raczki. – Mogę dotknąć?! Chcę dotknąć! Chcę…
- Junichi! – huknął na niego jej mistrz, a ona przeniosła spojrzenie z małego na Naruto-sama, który leżał na łóżku w białej pościeli. Obok niego siedziała Hinata-san, a dalej, w głębi pomieszczenia, na parapecie okna, Sasuke-sensei. – Zostaw Mayę!
- Och, nic się nie dzieje, Naruto-sama! – zawołała, biorąc małego na ręce. Maluszek od razu położył rączki na jej lewym policzku, prawie zachłannie czerpiąc z niej chakrę.
- To oko jest supel! Supel! Supel!
- Już, już, wszyscy to wiemy, kochanie! Zostaw Mayeczkę, bo zasłabnie – powiedziała Hinata-san, odbierając od niej maluszka. Junichi zrobił zawiedzioną minkę, ale zaraz się uśmiechnął, wyrwał matce i pobiegł dręczyć Sasuke-sensei.
- Słyszałem, że ostatnio jesteś coraz bardziej zajęta – zauważył Naruto-sama, kiedy skłoniła się w jego stronę. Wyprostowała się i uśmiechnęła.
- Tak, Naruto-sama. Ostatnio też sporo trenuję. Kiedy pan już wyzdrowieje, pokażę panu, jakie postępy w kontroli płomienia zrobiłam.
- A jak tam pamięć?
            Posmutniała. W tym wypadku było o wiele gorzej, ponieważ nic nie uległo zmianie. Jej przeszłość nie istniała, nawet w głębinach jej umysłu i chyba powinna się z tym pogodzić. I tak miała wiele na głowie. Nieczuła się też jeszcze w pełni zdrowa psychicznie. Dlatego wciąż musiała brać leki. Wciąż dręczyły ją nagłe, niespodziewane napady strachu i złości. Ogień jej wtedy zupełnie nie słuchał. Buntował się. Niszczył…
- Nic się nie zmieniło, mistrzu. Myślę… – zacięła się, ale w końcu odetchnęła i wyprostowała się. Musiała w końcu podjąć tę decyzję. Choć bardzo chciała wiedzieć, kim jest i skąd pochodziła, musiała z tego zrezygnować i w końcu dorosnąć – że powinniśmy dać sobie z tym spokój. Ten czas można by wykorzystać na treningi.
            Naruto-sama przyglądał jej się chwilę.
- Jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał, a ona skinęła głową.
- Już dawno powinnam o tym zapomnieć i żyć teraźniejszością. Jestem teraz kunoichi Liścia…
- A więc dobrze, potem idź do Sakury i poinformuj ją o tym – pokiwała głową, siadając w nogach łóżka swojego nauczyciela.
- A jak pan się czuje?
- Ja to ja, zobaczysz, z kilka dni będę w formie jak zwykle! Umówimy się na ramen…
- O nie! – zawołała nagle Hinata-san, przerywając mu. – Żadnego ramen, Sakura wyraźnie powiedziała. Ścisła dieta, przynajmniej przez pewien czas!
- Hinata, no co ty?! Ty też przeciwko mnie? Ramen to samo zdrowie!
- Naruto, o zdrowie należy dbać…
- Mama ma rację! – okręcili się całą trójką w stronę drzwi i ujrzeli Mintao, jak zwykle w białym kitlu. – Przepraszam, że wam przeszkadzam, ale usłyszałem myśl Mayki. Zapraszam do mojego gabinetu, jeśli już można cię porwać…
- Można, można – powiedziała, wstając, po czym ukłoniła się w stronę Naruto-sama i jego żony.
            Obróciła się z powrotem w stronę drzwi, ale Mintao już nie było. Ukłoniła się jeszcze raz, po czym pobiegła za chłopakiem. Dogoniła go w połowie drogi do jego gabinetu. Szedł szybko, witany przez wszystkich, a już w szczególności przez pielęgniarki, wdzięczące się do niego i rzucające mu zalotne spojrzenia. Mintao jednak zachowywał się tak, jakby tego nie dostrzegał.
            Dotarli na miejsce. Chłopak otworzył przed nią drzwi i wpuścił ją do środka. Gabinet Mintao był malutkim, zagraconym pomieszczeniem, w którym chłopak trzymał tony zwojów i książek, słoje pełne suszonych ziół, sprzęt do malowania pieczęci, broń oraz tonę innych rzeczy, których przeznaczenia nie potrafiła nawet odgadnąć. Wszystko to jednak było poukładane, tak, że gabinet sprawiał wrażenie wręcz sterylnie czystego.
- Siadaj – powiedział, a ona przycupnęła na brzegu krzesełka przed jego biurkiem. Chłopak spojrzał na nią. – Słyszałaś, prawda? – zapytał, a ona drgnęła, ale pokiwała głową.
- Tak, słyszałam – powiedziała, a on parsknął śmiechem, po czym osunął się na swój fotel.
- Jeeeeny, gdybym cię nie znał, to bym pomyślał, że to ty puściłaś tę plotkę… ale wiem, że tak nie jest. Nie zmienia to jednak faktu, że cały szpital mówi już tylko o tym, że Nami dała mi w twarz! Ludzie…
            Pokręcił głową, jakby zabrakło mu słów i nachylił się ku niej. Zrobiła to samo.
- Teraz właśnie jedna z pielęgniarek opowiada o tym mojemu ojcu. Śmieją się, jakbym był dzieckiem – mruknął niezadowolony, a ona zachichotała.
- No wiesz… jesteś całkiem dobrą partią, więc pewnie stąd zainteresowanie wszystkich pielęgniarek – powiedziała zjadliwie, a on wykrzywił się do niej.
- Powinnaś założyć wraz z Shanem klub „Dręczymy Mintao” – próbował jej dogryźć, ale tylko się uśmiechnęła. Wstał z za biurka. – Jak się czujesz?
- Dobrze – odparła, kiedy przyklęknął naprzeciw niej, zakładając stetoskop. Osłuchał jej klatkę piersiową. – Nie jestem przeziębiona.
- Lubię kobiece klatki piersiowe – odparł, rzucając jej szelmowski uśmiech, ale zmrużyła oczy. Zaśmiał się. – No dobra, to działka Shana, przyznaję. Chodzi o to, że ty zawsze chodzisz taka roznegliżowana, a ostatnio bardzo wiele osób w wiosce choruje na grypę. Wiec tak profilaktycznie cię obejrzę, bo szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jakie zmiany choroba mogłaby wywołać w twoim organizmie i przez to, zachwiania w twojej mocy.
- Rozumiem – skinęła głową.
- Tabletki łykasz codziennie?
- Tak.
- Zmniejszyłem ci dawkę – mruknął, wracając do biurka. Zaczął grzebać w szufladzie. – Sensei Sakura była temu przeciwna, ale udało mi się ją przekonać. Przygotowałem tabletki według swojego przepisu. Nieco zmieniłem mieszankę ziół, no i według mnie te będą zdrowsze… znaczy… nie będziesz musiała w kółko pamiętać o piciu wody… ale i tak pij, bo się odwodnisz! Jeszcze tego brakowało… – wymamrotał na koniec, ale jakby do samego siebie. – Ty wiesz, że te czubki chcą znowu iść do sensei Konohamaru?! Jak się ojciec dowie! Mei… Mei, powiedz Shanowi… Mei! Nie słucha mnie! Własnego brata! – wykrzyknął, podając jej buteleczkę tabletek. Wzięła ją do ręki i przyjrzała się małym kapsułkom. Mintao zaczął szukać jakiejś kartki, a potem długopisu. W końcu je znalazł. Zaczął coś zapisywać, pismem nie do rozczytania. Zerknął na nią.
- Dobrze, napiszę ładniej – mruknął, po czym wyrwał kartkę z notesu, w którym pisał i wyrzucił ją do kosza. Zaczął jeszcze raz. – Jedna dziennie, po jedzeniu, popijając jedną pełną szklanką wody. Jasne? Jak zauważysz jakieś zmiany, będziesz się czuła dziwnie… coś… wysadzisz – mówiąc to słowo zakręcił dłońmi w powietrzu, śmiesznie wydymając usta – od razu do mnie przychodzisz i przywracamy stare leki, okej?
- Tak – przytaknęła. Wyrwał karteczkę z notesu i podał jej. Przeczytała jeszcze raz instrukcje, po czym skinęła poważnie głową, chowając karteczkę do kieszeni białych szortów. Wstała z krzesła.
- Dobra – Mintao włożył swój długopis do kieszeni na piersi i rozejrzał się, jakby był w tłumie ludzi. – Słyszę, że sensei Sakura mnie szuka… a na dole mój pacjent chyba dostał gorączki… kurde, chyba Konohę czeka epidemia… do ojca nie idź, się kłóci z sensei Sasuke… jeszcze draki brak w szpitalu… idę, już idę… pa, Maya!
            Cmoknął ją w policzek jak zawsze i prawie wybiegł z gabinetu. Wywróciła oczyma. Zawsze był taki zaganiany i wtedy wyłaziło, jak bardzo był roztrzepany. W dodatku, chyba wraz z własnym gabinetem przybyło mu też i obowiązków.
            Kręcąc głową, ruszyła korytarzem do wyjścia ze szpitala.


W następnym rozdziale:

„…- Przyniósł do pana list od Kazekage – powiedział Ban, a potem wstał i wygrzebał ów list ze stosu papierów w naszej magicznej szafeczce. Podał mi go.
Rozwinąłem ciasno związany zwój i spojrzałem na staranne pismo Gaary…”

3 komentarze: