poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 18

Erotyk 

Twoje oczy
dwie filiżanki czarnej, gorącej, wschodniej kawy.
W ich aromacie
błąkają się moje wargi.
Maria Kursi
przeł. S.Skrowski


Kichnąłem. Sharona spojrzała na mnie i zaśmiała się, patrząc na mnie ciepło.
- Oho, ktoś pana wspomniał! - zawołała. Pokręciłem głową.
- Oby, bo jak nie, to się może okazać, że jutro wstanę ze smarczącym nosem - powiedziałem. Sharona i jej ludzie zaśmiali się. W tym momencie do mojego gabinetu wpadła Mei, oczywiście nie zapukała, a za nią jej drużyna oraz Kaju ze swoimi ludźmi. Zdenerwowałem się.
- A zapukać to nie łaska?! – wydarłem się na córkę. Spojrzała na mnie krzywo, unosząc jedną brew. Splotła ręce na piersi.
- I tak siedzą tu tylko ci z ANBU – wskazała oddział Sharony, siedzący pod oknem na kanapie i grzebiący w kartonach z papierami. Trzej chłopcy z ANBU pomachali jej wesoło, a ona im odmachała.
- Dobra, dobra… - podniosłem ręce w obronnym geście. – Co robią ci z Wioski Słońca?
- Kompletnie nic – powiedziała moja córka, zanim ktokolwiek inny zdołał się odezwać. – Oni są tak nudni, jak flaki z olejem! Spodziewałam się czegoś, no nie wiem, ale skoro kazałeś ich śledzić, to spodziewałam się tajnych spisków, jakichś burd, a tymczasem oni se zwiedzają naszą wioskę, żrą co niemiara i gadają o totalnych bzdurach!
Pokiwałem głową. Tego się spodziewałem po Hiroetsu, choć jakaś cząstka mnie liczyła, że dzieciaki dowiedzą się czegoś pożytecznego. Oddział ANBU siedzący na kanapie wyszczerzył do mnie zęby w geście pocieszenia. Kichnąłem ponownie. Cholera, czyżby brało mnie jakieś choróbsko?
- Ktoś o panu intensywnie rozmyśla! – zawołała Sharona, a dzieciaki zachichotały.
- To pewnie żona… - wyszczerzył zęby Shan.
- Pan wybaczy, Hokage-sama, ale myślę, że zachowanie tych z Wioski Słońca jest tylko pozornie takie grzeczne. Chcą uśpić pańską czujność – powiedział Kaju. Mój syn, który stał od niego tak daleko, jak to tylko było możliwe w tym dość niewielkim pomieszczeniu, pokiwał głową z aprobatą. Shan położył mi na biurku napisany przez nich szczegółowy raport, o który prosiłem. Kątem oka zarejestrowałem, że zwinął mi przy okazji z biurka paczkę spinaczy do papieru.
- Tak, wiem. Ale chyba nie ma sensu zabierać wam czasu, skoro śledzenie ich i tak nam nic nie da. Odwołuję misję, ale miejcie ich na oku… tak na wszelki wypadek, i tak przecież pomagacie przy egzaminie. Shan, oddaj to, coś zwinął.
Pokiwali głowami. Shan skrzywił się i odłożył na miejsce spinacze, które miał zamiar zarąbać. Nie chciałem nawet myśleć, do czego mogłyby mu się przydać. Znając tego chłopaka, dostałby potem dożywotni zakaz choćby patrzenia na spinacze. Przetarłem oczy i machnięciem reki odprawiłem ich. Gdy wychodzili, w drzwiach minęli się z Shikamaru, który dźwigał kolejny karton. Rzucił go przed oddziałem ANBU.
- Proszę. Tu też może być wzmianka o Yoshio – ziewnął szeroko i przeciągnął się. Nie miałem pojęcia, jakim cudem on w ogóle wychodził z domu i dochodził do pracy nie zasypiając po drodze ze trzy razy. – Idę do domu.
- Chwila! Miałem ci opowiedzieć o Mayi!
- Już wiem wszystko, co powinienem. Kiedy trenowaliście sobie w lasku, ja gadałem z Sasuke. Na razie.
- Ale…! - zaprotestowałem, ale było za późno. Wyszedł, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Chyba potrzebował spokoju, by to wszystko jeszcze raz dokładnie sobie przemyśleć.
Potem pracowaliśmy już tylko w milczeniu, a godziny mijały stanowczo zbyt szybko. Wszyscy rozmyślaliśmy o tym, czego dowiedzieliśmy się po przesłuchaniu bliskich niedawno zabitego szpiega oraz o tym, co mogłoby go łączyć z Hiroetsu. Jak na razie, nasze śledztwo nie dawało większych efektów.
- Wie pan, nie jestem pewny, ale wydaje mi się, że coś tu nie gra - odezwał się w końcu Toei, podnosząc głowę znad raportów pisanych przez Yoshio. Skupiłem na nim wzrok. Chłopak wstał z kanapy i podszedł do okna. Jego spojrzenie było twarde, coś tam kalkulował sobie w myślach. Sharona obserwowała go uważnie, tak samo jak Makoto i Kaoru.
- Co ci nie gra? – zapytał Kaoru. – Yoshio nas zdradził. Był szpiegiem.
- Nie mógł być nim od zawsze. Przecież Hiroetsu pojawił się na naszym kontynencie zaledwie kilka lat temu. Yoshido też przecież nie dostałby się do ANBU, gdyby nie był czysty, gdyby w jego przeszłości było coś, co stawiałoby go w nieciekawym świetle. Ale ma nieskazitelną biografię. Urodził się w Wiosce, dobrze się uczył, został chuuninem w wieku dziesięciu lat, później trafił do ANBU, zawsze oddany, choć trochę zamknięty w sobie… Sharono, ty przesłuchałaś jego rodzinę i przyjaciół, co ci mówili?
- Że nie mają pojęcia, dlaczego nas zdradził. Jego była dziewczyna napomknęła, że czasem czuł się niezrozumiany, zerwali ze sobą jakieś półtora roku temu…
- No właśnie, dokładnie w czasie, kiedy odszedł również od nas, od naszego oddziału… - mruknął Toei.
- Do czego zmierzasz? – zapytałem go.
- Myślę, że on zaczął pracować dla Hiroetsu kiedy dołączył do naszego oddziału. Wyruszył z nami na kilka misji, musiał go spotkać… i na jego rozkaz odszedł od nas, by szpiegować w wiosce, bo po co miałby zdawać raporty z naszych obserwacji, Hiroetsu chciał mieć wgląd w Wioskę…
- Chwila! – zawołała Sharona. - Niby kiedy miałby spotkać Hiroetsu, będąc z nami? Nie przypominam sobie chwili, kiedy nie byliśmy razem, a przynajmniej nie było takiej, kiedy jedno z nas się oddzieliło! Nie było momentu, w którym Yoshio działałby sam!
- Sharono, pomyśl, co powiedziałaś - poprosił Toei. – Nie przypominasz sobie chwili… Ja też nie przypominam sobie takiej chwili… Nie przypominam… Ale to nie oznacza, że taki moment nie miał miejsca.
- Co sugerujesz? – warknął na niego Makoto. – Że niby co? Złapano nas, wykasowano nam pamięć, wszczepiono fałszywe wspomnienia, Hiroetsu przeciągną wtedy Yoshio na swoją stronę?
- To bardzo prawdopodobne – rzekł Toei cicho. Wszyscy spojrzeli na mnie. Poczułem się uwięziony w jednym miejscu. Ich spojrzenia były jak grube liny, oplatające moje ciało. Wszyscy czuliśmy wyraźnie, że Toei ma rację. Ale wciąż nie do końca.
- Dlaczego wybrał Yoshio? – szepnął w końcu Kaoru, zadając pytanie, które wszystkim nam cisnęło się na języki. – Przecież każdy z nas byłby dużo lepszy, a już najlepsza byłaby Sharona… Ma ona wgląd w cały pana świat… nawet rodzinny.
Teraz to na Sharonę spojrzeli wszyscy. Dziewczyna zmieszała się.
- Posłuchajcie… jak zginęła Chiyo? - zapytałem.
- Zabiła ją ta mała… - odpowiedziała natychmiast Uchiha.
- Nie, zabiła ją czarna trucizna. Chyio wymieniła imię Hiroetsu i to coś zżarło ją, spaliło… Maya, gdy ją znalazłem, coś sobie pomyślała i wystarczyła sekunda, by to czarne coś ją zaatakowało… Yoshio też coś sobie pomyślał, wiedząc, że go zabiję i zginął spalony przez truciznę. Wystarczy myśl, by to coś zabiło… myśl… Tylko co oni sobie myślą? Może wybrał Yoshio z powodu jego myśli… Nie wiem… Jeżeli twoja teoria jest słuszna, Toei, to musi istnieć coś, co sprawia, że nie każdy nadaje się na sługę Hiroetsu, że istnieje coś, co chroni umysły innych przed opętaniem… i wy to macie, a Yoshio nie miał. Nie mają tego też porywani przez niego ludzie, na przykład ten gruby chłopak, co tu był.
Przełknęli ślinę, wszyscy czworo. Uśmiechnąłem się, by dodać im otuchy. Ale potem nagle spoważniałem.
- A może wy też jesteście szpiegami?! - zawołałem. Parsknęli śmiechem.
- Ta, jasne. Nareszcie wszystko o sobie wiemy. A skoro Lord Hokage już wie, to ja idę pisać raport dla Hiroetsu – zakpiła Sharona, pokazując mi język.
- No, to ja też. Jak to miło, że sobie ufamy – podchwycił Toei. Złapałem przycisk do papieru, który leżał na moim biurku i cisnąłem nim w chłopaka. Złapał go i obejrzał. Przycisk był w kształcie żaby.
- Skończcie te żarty, bo mnie coś zaraz trafi! Mówimy o poważnych sprawach!
- Jak można mówić o poważnych sprawach o tej porze? – zapytała Sharona. – O tej porze się śpi.
- Albo jest na randce – zauważył nieśmiało Toei, odstawiając przycisk na biurko. Makoto parsknął śmiechem, nachylił się do Kaoru i szepnął mu coś na ucho. Tamten zaśmiał się, a Sharona, która najwyraźniej usłyszała to, co powiedział Makoto, zaczerwieniła się i strzeliła kolegę w łeb.
- Ała – poskarżył się tamten. Sharona zgromiła go wzrokiem.
- Dzieci… - pokręciłem głową, a oni wybuchli śmiechem.
- Bo uwierzę, że był pan kiedyś taki jak teraz! – znowu zakpiła Sharona. - Mój ojciec i matka opowiadali mi tyle razy, jak to z panem było!
- Nie ważne, jak było ze mną! Mam was dość, spadajcie!
Śmiejąc się ze mnie, opuścili mój gabinet. Uprzątnąłem go trochę i również wyszedłem. Noc była ponura. Nad Konohą ponownie zbierały się deszczowe chmury. I dobrze, od tak dawna nie padało, wczoraj w nocy zaledwie pokropiło… Deszcz był potrzebny tej ziemi jak mi długi urlop.
A w domu? Zastałem Hinatę wściekłą na mnie jak nigdy. Gdy chciałem wejść do sypialni, zatrzasnęła mi drzwi przed nosem i zamknęła się w niej. Poszedłem do pokoiku Junichiego i długo siedziałem, patrząc na śpiącego synka. Był taki malutki i drobniutki, taki śliczny. Jak bliźniaki, kiedy były takie małe, tyle, że nie robił tyle hałasu. Był nadspodziewanie spokojny, jak nie noworodek. Zupełnie jak nie noworodek. Wciąż pamiętałem synchroniczny płacz Mei i Mintao. To Mei zawsze narobiła rabanu, a Mintao, czując jej myśli, płakał razem z nią. Pamiętałem, jak nas wtedy niepokoiło ich identyczne zachowanie…
Drzwi do sypialni otworzyły się. Hinata stanęła na progu. Nie widziałem jej bo siedziałem tyłem do drzwi, ale czułem wyraźnie, w którym miejscu stanęła.
- Masz zamiar siedzieć tu całą noc? – zapytała.
- Tak. Skoro mam zakaz wstępu do własnego łóżka…
- Chyba wiesz, dlaczego masz zakaz wstępu…- powiedziała zimno. - Ale dla własnego dobra powinieneś się położyć.
Chyba nie była w stanie nie martwić się o mnie.
- Śpię albo z tobą albo wcale - powiedziałem twardo. Nie widziałem jej miny, mogłem tylko wyobrazić sobie, jak marszczy nos z wściekłości.
- Zapominasz o nas - wytknęła mi. Miałem ochotę się odwrócić, ale nie zrobiłem tego.
- Wiesz, że to nie prawda.
- Praca zrobiła się dla ciebie ważniejsza niż rodzina.
- To też nie jest prawdą.
Odkręciłem się i spojrzałem na nią. W ciemnościach ledwo widziałem jej twarz, ale byłem pewien, że ten nieuchwytny jasny punkcik na jej policzku to łza. Zabolało mnie serce.
- Hinata… Zapomnieć? O tobie? O dzieciach? Przecież jesteście moją rodziną! Po prostu…
- Priorytetem jest praca – skończyła za mnie. Wstałem i podszedłem do niej. Położyłem jej dłonie na ramionach i spojrzałem w oczy. Minę miała złą, nadąsaną, spojrzenie nieustępliwe…
- Po prostu Wioska ma kłopoty, a ja muszę im zaradzić. Ale masz rację, zapominam się. Jutro nie pójdę do pracy, dobrze? Zrobię sobie dzień wolnego, spędzimy go razem, od rana do wieczora, zgoda?
- Obiecujesz?
- Przysięgam na wszystkich byłych Hokage. – Podniosłem dwa palce prawej ręki, a potem kciukiem otarłem spływającą po jej policzku, samotną łzę. Pocałowałem to miejsce.
- No dobrze…- szepnęła. Wyszczerzyłem zęby, przykucnąłem i jednym ruchem przerzuciłem ją sobie przez ramię jak worek kartofli. Pisnęła i zaczęła machać nogami, waląc mnie pięściami po plecach. Podniosłem ją.
- Naruto, natychmiast postaw mnie na ziemi! – zażądała. Zmarszczyłem brwi.
- A niby to czemu?
- Bo nadal jestem na ciebie zła! I jestem ciężka!
- Aha, straaasznie ciężka… - zakpiłem i podrzuciłem ją lekko, a potem klepnąłem w tyłek. Oburzona, wstrzymała oddech ze złości i walnęła mnie ponownie w plecy. Ruszyłem do sypialni.
- Postaw mnie na ziemi!
- Jak pani sobie życzy. – Bezceremonialnie rzuciłem ją na łóżko. Upadła na plecy, z rozwianymi włosami, czerwona na twarzy ze złości. Stanąłem nad nią, unosząc brwi.
- Jestem na ciebie wściekła! – powiedziała. To chyba przebywanie ze mną sprawiło, że tak się zmieniła. No, w każdym razie nie zemdlała już od dobrych kilkunastu lat. Przytaknąłem i wdrapałem się na nią. Pocałowałem ją w usta.
- Aha - potwierdziłem.
- Jestem strasznie wściekła, oburzona i gniewam się na ciebie –  mówiła, a ja całowałem ją w szyję.
- Tak, wiem.
- Nie mam zamiaru z tobą spać! – protestowała.
- A kto tu mówi o spaniu, kochanie? – Położyłem rękę na jej udzie i powędrowałem nią ku górze.
- Tylko nie kochanie, draniu podły! Nie ma cię całe dnie, wracasz późno w nocy i oczekujesz, że nie będę się złościć!
- A złość się ile chcesz, proszę, mów, cały czas cię słucham… - powiedziałem, wędrując wargami po jej dekolcie. Moje ręce złapały za skraj jej halki, podwijając ją.
Jej dłonie, do tej pory spoczywające na prześcieradle, podniosły się i objęły moją szyję. Palce wplotły mi się we włosy. Pocałowała mnie namiętnie.
-To rano wypomnę ci wszystko… - sapnęła.
- Dobra – zgodziłem się i pozbyłem się halki w dość brutalny sposób. Hinata wbiła mi paznokcie w kark.
- Jak będziesz je rwał, to niedługo nie będę miała w czym spać! – zauważyła.
- Ale to takie fajne… - mruknąłem jak obrażone dziecko. – Poza tym jakoś dziwnie nie martwi mnie to, że nie będziesz miała w czym spać…
Posłałem jej szelmowski uśmiech.
- Nie gadaj tyle – skarciła mnie.
- Tak, kochanie…
No i zaczęliśmy się godzić.

Obudziłem się sam w łóżku. Przetarłem oczy, wygrzebałem się z pościeli, przeciągnąłem, a potem odszukałem spojrzeniem zegarek. Dochodziło południe. Opadłem na poduszkę z westchnieniem. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio spałem tak długo. Zaburczało mi w brzuchu. Zebrałem się z łóżka, poszedłem do łazienki, a po kąpieli ubrałem się i wyszedłem z sypialni.
Hinata była w kuchni, coś tam pichciła. Junichi leżał we wstawionym tam łóżeczku, znowu spał. Podszedłem do żony i pocałowałem ją w policzek.
-Cześć – szepnąłem, uśmiechając się szeroko.
- Byli tu po ciebie – powiedziała.
- Kto? – zapytałem, wyciągając czajnik z szafki. Nalałem do niego wody i nastawiłem na gazie.
- Shikamaru i Sakura. Powiedziałam, że dziś cię nie będzie w pracy i że Shikamaru ma cię zastąpić. Nie protestowali, a Shikamaru to nawet odetchnął z ulgą.
- Doprawdy? – zapytałem ze śmiechem, nasypując do kubka dwie łyżeczki kawy. Zachichotała.
- Oni też uważają, że od czasu do czasu ci się należy. Zaleję ci tę kawę, a ty idź do sklepu i kup przyprawę do ryb, bo się skończyła.
Skinąłem głową, wyciągnąłem z szafki słoik z drobnymi i wygrzebałem potrzebne pieniądze, a potem polazłem do sklepu. Kupiłem przyprawę i wracając, natknąłem się na Sharonę.
- O, a ja właśnie do pana! – zawołała uradowana.
- Czego? Mam dziś wolne, bo Hinata mnie oskalpuje.
- A mnie tam nic do pana wolnego, mistrzu. Ja w sprawie Mayi, no bo nie może tak długo bez powodu zajmować miejsca w szpitalu.
- Umieśćcie ją z powrotem w moim starym mieszkanku. U mnie też nie powinna spędzać za wiele czasu, Junichi…
- Och, no właśnie! Mogę odwiedzić tego największego shinobi w Konosze? – zapytała, a oczy jej rozbłysły.
- A proszę cię bardzo! Z resztą, widziałaś go przecież jak był jeszcze w szpitalu.
- Ale małe dzieci są takie słodkie! – zagruchała, trzepocząc rzęsami.
-To poproś rodziców o takiego – powiedziałem, szczerząc zęby. Wypięła język.
- Poproś rodziców, ta, jasne… Ostatnio to się w kółko kłócą.
- Powiedz mi coś nowego, oni od zawsze się kłócili…
Weszliśmy na podwórko, a potem do mojego domu. Hinata nadal była w kuchni. Na widok Sharony zmarszczyła gniewnie brwi, ale gdy młoda Uchiha wyjaśniła, że przyszła zobaczyć Junichiego, zaraz się rozpromieniła i obie kobiety zaczęły się rozpływać nad maluchem. Patrzyłem, jak pochylają się nad łóżeczkiem i zawzięcie dyskutują o moim synu, ale myślami byłem daleko stąd, przy pewnym wspomnieniu, które przywołała Sharona…

Szedłem ulicą Konohy, pogwizdując sobie wesoło. Dzień był piękny, słoneczny, choć trochę duszny. Doszedłem do mostu i nagle się zatrzymałem. Usłyszałem wyraźny, choć szybko stłumiony szloch. Podszedłem do barierki i wychyliłem się. W błękitnej toni odbijała się czyjaś postać. Ktoś siedział pod mostem, na kamieniach przy brzegu rzeki i najwyraźniej płakał. Ten ktoś miał różowe włosy. Zeskoczyłem na dół.
- Sakura?
Sakura spojrzała na mnie czerwonymi oczami. Chlipnęła i zaczęła szybko wycierać załzawione oczy dłonią. Zdziwił mnie ten widok. Ostatnio była taka szczęśliwa. Choć nie chodziła z Sasuke, to chyba wszystko chyliło się ku temu, że w przyszłości będą razem. Nawet raz, cudem, widziałem jak się całowali! Więc czemu teraz chowała się przed wszystkimi? Podszedłem i usiadłem obok niej.
- Sakura, wszystko w porządku? - zapytałem. Sakura spojrzała na mnie czerwonymi, zapuchniętymi oczami.
- Nie…- bąknęła i z płaczem wtuliła się w moje ramię. Dawno nie widziałem jej tak podłamanej. Pozwoliłem jej się wypłakać na swoim ramieniu. Siedzieliśmy tak jakiś czas, ona, płacząc coraz głośniej, ja, obejmując ją po bratersku i delikatnie głaszcząc po głowie.
- Powiesz mi, co się stało? – zapytałem po kilkunastu minutach, kiedy Sakura wypłakała już wszystkie możliwe łzy.
Chlipnęła potakująco i odsunęła się ode mnie. Wyciągnęła chusteczkę i wysmarkała hałaśliwie nos. Potem podciągnęła kolana pod brodę i objęła je ramionami. Położyła na nich brodę i popatrzyła w wodę.
- Jestem w ciąży – wyszeptała. Zatkało mnie. Wyłączyłem się na chwilę, by przetrawić tę informację, a potem zwróciłem się do niej.
- Ale… z Sasuke?
Spojrzała na mnie jak na ostatniego kretyna. Od razu spłonąłem rumieńcem. Przecież to było oczywiste, że z Sasuke.
- Więc…- odezwałem się po chwili. – Więc ty mu już powiedziałaś?
Zagryzła wargi i pokręciła głową.
- Więc czego ryczysz?
- Bo on mnie nie kooooocha! – wyrzuciła z siebie i rozpłakała się na dobre. Następne dziesięć minut spędziłem na uspokajaniu jej i pocieszaniu. Gdy już wreszcie wzięła się w garść, dostała czkawki. Z westchnieniem pokręciłem głową.
- Dziewczyno, ty mnie czasem rozbrajasz.
Zaśmiała się przez łzy i ponownie wysmarkała nos. Złapałem ją za ramiona i zmusiłem, by na mnie spojrzała.
- Sasuke to kretyn… - przemówiłem, a jej oczy ponownie zaszkliły się łzami. Uśmiechnąłem się i otarłem te łzy. – Ale nawet on nie jest na tyle głupi, by zostawić cię samą w tej sytuacji. Zamiast siedzieć tu i ryczeć bez sensu, idź do niego i mu powiedz. Znasz go tyle lat i wiesz, że on niczego nie robi pochopnie. To nie jest przypadek. Może odpowiedzialność za wasze dziecko uświadomi mu wreszcie, co do ciebie czuje? Bo jestem pewien, że nie jesteś mu obojętna.
- Ale… ale on mnie nigdy nie kochał…
- A kto tam może wiedzieć, kogo on kiedyś kochał, a kogo nie? Liczy się tu i teraz. Mieliśmy zapomnieć o przeszłości, co? No… głowa do góry!
Złapałem ją pod brodę i zmusiłem, by podniosła głowę. Sakura uśmiechnęła się do mnie blado. Wstałem i pomogłem jej się podnieść, a potem razem wyszliśmy na most. Ruszyliśmy w stronę dzielnicy, w której mieszkał Sasuke i już po chwili znajdowaliśmy się pod jego domem. Przytuliłem Sakurę i ucałowałem ją w czoło.
- Jesteś dla mnie jak brat - powiedziała cicho. – Kocham cię.
- Miło mi to słyszeć - uśmiechnąłem się. – No, idź do niego…
     Popchnąłem ja w stronę budynku. Ruszyła, a gdy zobaczyłem, że puka do drzwi, odwróciłem się i odszedłem. Miałem nadzieję, że od tego momentu w jej życiu wszystko się już poukłada.

Niemal prychnąłem, przypomniawszy sobie moją dziecinną naiwność. Ale tak, wtedy tak właśnie myślałem, że będzie szczęśliwe zakończenie, ślub i będą sobie mieć bobaska. W tej chwili, patrząc na Sharonę i wspominając koszmar, jaki czekał Sakurę po naszej rozmowie, i potem… w tej chwili rozumiałem, jaki naiwny byłem kiedyś. Ach, po życiu to się można spodziewać jednego: na pewno nas zaskoczy. Dobrze pamiętałem burzę, jaką rozpętaliśmy wtedy w Konosze. Od plotek huczało jak w ulu, a ja, młody wtedy Hokage, zupełnie zielony, ale z dobrymi zamiarami, bawiłem się w swata, by pogodzić skłóconą parę. Sasuke zaakceptował fakt, że będą mieć dziecko, ale o ślubie nie chciał słyszeć. Sakura natomiast nie chciała słyszeć o życiu na kocią łapę. I tak się zaczęło, a po wielu kłótniach, po setkach rozbitych talerzy, po moim złamanym nosie (ała), w końcu Sasuke jej się oświadczył. A potem na świat przyszła Sharona, stojąca teraz przy łóżeczku Junichiegio i przyglądająca się, jak Hinata zmienia małemu pieluszkę. Zmarszczyłem nos, gdy dotarł do mnie nieprzyjemny zapach. Nieprzyjemny… tak, nieprzyjemnie było i później, gdy okazało się, że Sharona jest rzadkim przypadkiem geniusza. Jej sharingan rozwijał się w przerażającym tempie i gdyby nadal tak było, gdyby nie dostała zakazu na używanie go, pewnie już od dawna byłaby po prostu ślepa. Gdy młoda Uchiha miała jakieś trzy lata, Sakura wpadła na pomysł przeszczepu miedzy rodzeństwem, zwykłej wymiany oczu. Sasuke nie chciał mieć drugiego dziecka, bo się bał, że powtórzy się historia ich klanu, że rodzeństwo w końcu stanie ze sobą do walki. I tak zaczęły się nowe kłótnie, a moja interwencja skończyła się tym, że ja i Sasuke wylądowaliśmy w szpitalu. Ale udało mi się go przekonać.
A potem, kiedy już wydawało się, że teraz już wszystko będzie dobrze, waśnie zostały zażegnane, kłótnie skończone… życie ponownie spłatało im figla, jakby los uwziął się na klan Uchiha i nie miała zamiaru odpuścić im aż do ostatniego potomka. Sakura za nic nie mogła zajść w ciążę. I wszystko zaczęło się od początku, kłótnie, talerze… ale nie dałem drugi raz złamać sobie nosa. Nigdy w życiu nie widziałem dwoje ludzi tak bardzo do siebie niepasujących, jak Sakura i Sasuke. Ale też nigdy nie widziałem, by między dwójką ludzi było tak wiele namiętności. Pomijając kupę stresu, wieczne draki „czyja to wina” oraz „kto tu nie chciał dziecka”, to chyba w tamtym okresie przeżywali też najlepsze chwile swojego małżeństwa. Niemal co noc starali się o rodzeństwo dla Sharony. A potem, gdy już myśleli, że nic z tego i dali sobie na spokój, że po prostu będzie trzeba znaleźć inny sposób… gdy sobie darowali cały ten stres związany z przymusem posiadania następnego dziecka… Sakura zaszła w ciążę jakby nigdy nic. Westchnąłem. Czasem tak jest, że im bardziej się o coś staramy, tym gorzej nam wychodzi. Jak z szukaniem zaginionych przedmiotów. Możesz szukać i przewalać wszystkie szafki, a szukanego przedmiotu nie ma. A potem, gdy już zapomnisz o tym przedmiocie, on sam wpada ci w ręce. Tak więc od narodzin Shana małżeństwo Sakury i Sasuke było raczej spokojne, w każdym razie nie wywołali już nigdy żadnej większej burzy plotek, choć cały czas w Konosze się o nich mówiło. Głównie z powodu Sharony, genialnej dziewczynki, oszałamiającej wszystkich swoimi zdolnościami. A potem z powodu Shana, rzekomo najsłabszego potomka Uchiha w historii, którego siła charakteru przewyższyła oczekiwania wszystkich. Różnica między rodzeństwem była diametralna i trzeba było zrobić wszystko, by Shan zaczął doganiać Sharonę, by jak najszybciej doszło do przeszczepu. Do tej pory to się nie udało, ale jak się okazało, Shan w cale nie jest nieudacznikiem. Nie jest po prostu tak zdolny, jak Sharona, ale posiada coś zupełnie innego. Ich treningi, nazywane w wiosce „dniem sharingan” odbywają się regularnie co kilka dni i trójka Uchiha, tata i dzieci, trenują razem, by Shan dogonił siostrę.
Zbliżyłem się do łóżeczka Junichiego i ponad ramieniem Hinaty spojrzałem na synka.
- I jak, Shar, podoba ci się mój syn? – zapytałem młodą Uchihę.
- Tylko nie Shar, brrrr. Toei tak mówi! – zaśmiała się, udając, że ma dreszcze. Młody właśnie się obudził. Jego niesamowite oczy, wyglądające zupełnie jak oczy mamy, tyle że pomarańczowe, spojrzały wprost na mnie. A potem zaczął płakać, tak głośno, jakby któreś z nas go uszczypnęło.
- Co jest? - zapytałem przestraszony. Hinata nie odpowiedziała.
- No już, ciiiiii…- próbowała uspokoić naszego synka, biorąc go na ręce. Przytuliła go do piersi.
- Co mu się stało? – zapytała Sharona, przyglądając się, jak Hinata uspokaja płaczącego wciąż Junichiego.
- Nie mam pojęcia…- szepnąłem, sięgając po kubek kawy, którą zalała dla mnie moja żona. –  Kiedy mnie widzi, zachowuje się tak, jakby dostał kolki.
- Nie dziwie mu się, jak ja pana widzę, to też wszystko zaczyna mnie boleć - zauważyła młoda Uchiha i parsknęła śmiechem. Wykrzywiłem się.
- Tata nauczył cię być taką dowcipną, czy w waszym klanie to rodzinne? – zapytałem złośliwie.
- Bądźcie ciszej! – skarciła nas Hinata i oboje zamilkliśmy. Sharona skłoniła się przed nami i wyszła, mówiąc, że musi iść do szpitala po Mayę. Pijąc kawę, patrzyłem na moją żonę, uspokajającą naszego syna. Po jakimś czasie Junichi zasnął, a Hinata z powrotem położyła go w łóżeczku. Obróciła się przodem w moją stronę.
- Zachowuje się tak, jakby się mnie bał - powiedziałem znad kubka kawy.
- Bzdura! - zwołała.
- Acha. To dlaczego płacze za każdym razem, gdy mnie zobaczy?
- Małe dzieci w kółko płaczą. Zmieni mu się to.
- A jak nie?
- Naruto…- zbliżyła się do mnie i objęła mnie za szyję. – Bać się, ciebie? Niby czego? Tych złotych włosów? Albo tych oczu, niebieskich jak najweselsze niebo…?
- Ty mnie tu nie urabiaj na słodkie słówka, co?
Zmarszczyła gniewnie czoło.
- No to czego miałby się bać?
- Demona… - szepnąłem z przestrachem. Pokręciła głową.
- Niemożliwe. To dziecko… niby jak miałby...?
- Nie wiem. Ale coś jest nie tak - drążyłem uparcie.
- Jest, ale się zmieni.
Wtuliła się w mój tors, zamykając oczy. Pociągnąłem nosem, by powąchać jej włosy, ale cudowny zapach jej szamponu stłumiła inna woń.
-Eeee… Hinata?
-Mmmm? – mruknęła.
- Chyba coś się przypala, czujesz?
Otworzyła gwałtownie oczy.
- Obiad! – wykrzyknęła i rzuciła się do kuchenki.


w następnym rozdziale:

"...- Walka na pięści?! – ucieszył się Shan, zacierając ręce. – Stawiam pięć na Mei!
Zakląłem w duchu. Właśnie miałem zamiar powiedzieć to samo..."


2 komentarze:

  1. Teraz napisze coś dziwnego. Sasuke i Sakura przypominają mi moich znajomych. Tak. Tyle, że oni nie są jeszcze pełnoletni xd. Kurcze, teraz jak o tym pomyślałam to się aż przestraszyłam. Jeżeli będzie tak jak we wspomnieniach Naruto to coś mi się wydaję, że to ja będę tą nieszczęsną która ich swata od nowa -,-
    Co do małego to wydaje mi się, że ta odmiana Bakugana widzi Naruto jak demona. Widzie jego złowrogą czakre, która w nim drzemie i to go przeraża. Oby z tego wyrósł, bo Naruto się załamie xd
    Cieszę się, że Hinata nareszcie zrobiła mu tą wanturę! Należało mu się ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. podejrzenia mają dość słuszne, to godzenie piękne, Hinata bardzo się zmieniła, dlaczego mały tak reaguje na Naruto, i co dokładnie Maiya zobaczyła w jego oczach...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń