wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 3

„Bezpowrotnie minął czas niemowlęcego hedonizmu
Jedyny zmysł
Jaki pozostał to ten co teraz.”
Paweł Barański


- Co to będzie? – zapytała Mei, patrząc na nagą ścianę, przed którą stali, obładowani farbami. Jej brat, Mintao, przebywał właśnie w szpitalu, szykując się do pomocy przy jakiejś ważnej operacji. Za chwilę miał zerwać połączenie, by móc w spokoju operować. Był już pełnoprawnym medic-ninja, jednym z najlepszych w wiosce i wszyscy tylko czekali, kiedy w końcu sensei Sakura uczyni go swoim oficjalnym zastępcą. Zazdrościła mu tego. A najgorsze było to, że nie mogła tego przed nim ukryć.
Shan uśmiechnął się i rzucił na ziemię swój sprzęt.
- Twój ojciec… – odparł, nadal szczerząc zęby. – Mam wspaniałą wizję!
- Nie miałeś przypadkiem iść na randkę z Kimiko? – zapytała, rozstawiając puszki farby i butelki ze sprayem. Shan zerknął na nią i podrapał się po głowie.
- Miałem? Serio? A to nie jutro?
            Zmoczył pędzel w zielonej farbie i zaczął malować ścianę. Mei wywróciła oczami, siadając na chodniku i przyglądając mu się uważnie. Zawsze lubiła patrzeć, jak malował, nie był w tym najlepszy, ale bardzo się starał, żeby jego graffiti zdenerwowało jak największą liczbę osób. Nawet brał lekcje u sensei Saia, by jego „arcydzieła” wyglądały tak, jak chciał. Mintao właśnie zerwał połączenie. Wiedziała, że kiedy znów je nawiąże, czeka ją koszmarny ból głowy. Ale życie tamtego chłopca było ważniejsze, niż jej samopoczucie i głowa. Brat musiał mieć w tej chwili spokój, choć nawet po zerwaniu połączenia czuła jego zdenerwowanie i miała wrażenie, że dłonie jej drżą. Gdy przestały zrozumiała, że operacja się rozpoczęła. Zawsze tak było. Mintao na początku był zdenerwowany, a potem stawał na wysokości zadania.
- Wydaje mi się, że dziś – powiedziała, obejmując kolana ramionami. Shan miał zbyt olewcze podejście do swoich dziewczyn, nie mówiąc już o tym, że w kółko je zmieniał, a kilka razy miał więcej niż jedną na raz. Jako jego przyjaciółka nie krytykowała jego postępowania, zresztą, to było jego życie. Shan zaśmiał się.
- Przeproszę ją kiedyś tam za to, że nie przyszedłem. Wybaczy mi. Każda mi wybacza.
- Wow, cóż za szlachetny czyn! Nawet przeprosisz! – zakpiła z niego. Shan znowu parsknął śmiechem.
- Prawda? Za dobry jestem, powinienem być złym gościem, jak mój ojczulek…
            Teraz to ona zaczęła się śmiać. Spędziła w domu Uchiha całą noc, głównie na dokuczaniu Sharonie i pomaganiu Shanowi w doprowadzaniu jego ojca do skrajności. Sensei Sasuke tak śmiesznie się denerwował i tak pociesznie wtedy wyglądał, podobnie jak jego córka.
- Dlaczego malujesz mojego ojca?– zapytała, kiedy skończył malować zielone tło.
- Twój ojciec jest zajebisty… zasługuje na to, bym go uwiecznił. Pójdziemy potem popływać?
- Może… – odpowiedziała. Shan miał dwie pasje. Po pierwsze, to durne malowanie graffiti. A po drugie, właśnie pływanie. Normalnie, nigdy nie pchała się, by czytać ludzkie myśli. Z bratem potrafili to już kontrolować i mogli zaglądać do umysłów innych tylko wtedy, kiedy tego pragnęli. Było to o wiele trudniejsze niż kontrola chakry i zajęło im aż cztery lata. Aż w końcu im się udało. Oczywiście, wszystko dzięki Mintao. To on nalegał na treningi, czasem niemal zmuszając ją, by godzinami zaglądała do cudzych umysłów, próbując potem się wycofać, albo czytać tylko wybrane umysły, ignorując inne. Był to mozolny i bolesny trening, podczas którego nauczyła się żyć z bólem głowy i nieustannym wahaniem nastroju. Ciężko było bowiem zignorować obcy ból, smutek, a nawet obcą radość. Wielokrotnie zdarzało się tak, że wybuchała śmiechem lub płaczem tylko dlatego, że ktoś w okolicy płakał lub się śmiał. Mintao miał jeszcze gorzej, bo był dziwnym trafem bardziej wrażliwy. Wyłapywał nawet te najgłębiej ukryte w ludziach uczucia. Podczas treningu były też takie momenty, kiedy czuła, że wariuje. Chaos w jej głowie osiągał wtedy apogeum, i nie wiedziała już, kim jest, sobą, swoim bratem, płaczącym chłopcem czy matką karmiącą synka. Wszystko to, co działo się dookoła niej, nagle zlewało się w jedną bezsensowną plątaninę uczuć i myśli, nie mającą sensu.
            Ale kiedy Shan pływał… jego umysł był jak oaza. Był spokojny, wyciszony, pełen pozytywnych myśli i najśmielszych marzeń. Uwielbiała wsłuchiwać się w ten spokojny strumień, który koił i pomagał w uspokojeniu siebie. A potem Shan wyłaził z wody i na powrót zaczynał myśleć o kobiecych cyckach… Faceci…
           
            Maya siedziała w swoim mieszkaniu, a naprzeciw niej stała świeczka z płonącym knotem. Maya patrzyła na nią jak zahipnotyzowana, skupiając się na płomieniu. Skinęła palcem, płomyk zgasł. Ponownie nim skinęła, zapłonął.
            Kontrola nad płomieniem musiała stać się jej drugą naturą, tak więc codziennie ćwiczyła na świeczce, by nie wyjść z wprawy. Była w tym już naprawdę dobra. Potrafiła stworzyć mały płomień, zgasić go i na powrót zapalić. Im mniejszy płomień, tym trudniej było go utrzymać. Do niedawna w ogóle nie trenowała tego w mieszkaniu, bo mogłaby je podpalić. Ale teraz była już absolutnie pewna swoich umiejętności. Potrafiła to. Nauczyła się.
Zgasiła po raz ostatni świeczkę i wstała od stołu. Czuła się trochę znudzona, nie miała nic ciekawego do roboty. Naruto-sama był teraz w pracy i lepiej było mu nie przeszkadzać. Do pani Hinaty nie miała ochoty iść, Mei na pewno robiła coś teraz z Shanem, ciężko było znaleźć moment, kiedy nie byli razem. Zresztą, nie za bardzo lubiła spędzać czas z córką swojego mistrza. Ziewnęła i poszła do sypialni. Od jakiegoś czasu, za każdym razem, kiedy przechodziła obok swojej szafy z lustrzanymi drzwiami, nie mogła się powstrzymać i zatrzymywała się, patrząc na twoją twarz. Bo na niej nic nie uległo zmianie. Prawa połowa jej twarzy była gładka, zdobiło ją duże, brązowe oko, otoczone grubymi rzęsami. Łuk ciemnych brwi, zarysowana kość policzkowa, wąskie, różowe usta. Ale nie była piękna, ponieważ lewa połowa jej twarzy wciąż była ciemna i pomarszczona, rozcięta wzdłuż paskudną, szarpaną blizną.
            Uśmiechnęła się słabo do siebie, ale jej uśmiech nigdy nie był taki, jak chciała. Nie potrafiła się uśmiechać, ponieważ lewy kącik jej ust był zdeformowany przez kilka nakładających się na siebie blizn, tak, że nie mógł się unieść ku górze. Ale to nie było wszystko… blizny jakoś dało się przeżyć, choć były okropne. Najgorsze w jej twarzy było lewo oko, jej Szalone Oko, które nieustannie zmieniało swój kolor, jakby nie mogło się zdecydować na jeden. Nienawidziła tego oka. Często ją bolało, a kiedy tak się działo, widziała rzeczy, których nie chciała widzieć. Jasne poświaty wokół ludzi, jakieś cienie… czuła się przez to jeszcze dziwniejsza. Jeszcze bardziej… nienormalna.
            Westchnęła, stając bokiem do lustra. Pogłaskała się po brzuchu. Była taka chuda, płaska niczym deska, z każdej strony. Niemal nie miała krągłości.
            Zrezygnowana, cofnęła się i padła na łóżko, twarz ukrywając w poduszce.

            Mintao wyszedł z sali operacyjnej, a dłonie ponownie zaczęły mu drżeć. Tym razem jednak nie ze zdenerwowania. To stres, który powoli opuszczał jego ciało, był tego przyczyną. Zawsze tak było. Podczas operacji był skupiony, ale kiedy wyszedł, ledwo stał na nogach. W końcu to od niego zależało życie tych osób, które leżały na stole operacyjnym. Nie wybaczyłby sobie, gdyby ktoś mu umarł.
            Przywrócił połączenie z siostrą i nagle nadleciała fala bólu. Aż przymknął powieki. Kiedy je rozchylił, dotknął ostrożnie skroni i ruszył korytarzem przed siebie. Mei nadal przebywała razem z Shanem, który właśnie malował na ścianie jakiegoś budynku twarz Hokage. Przez chwilę Mintao zastanawiał się, czemu jego ojciec ma diabelskie rogi, ale potem skręcił i jego oczom ukazało się kilka osób z rodziny chłopca, którego właśnie operował. Matka rzuciła się ku niemu i spojrzała na Mintao oczyma pełnymi łez. Uśmiechnął się do niej.
- Na razie jest jeszcze nieprzytomny – powiedział. – Ale wszystko poszło dobrze. Za kilka godzin się obudzi i wszystko powinno być dobrze.
- Dzięki Bogu! – wyrzuciła z siebie kobieta i rozpłakała się. Starsza siostra chłopca objęła ją i uśmiechnęła się do niego, a on skinął jej głową i wyminął cieszącą się rodzinę, zostawiając ich samych. Idąc dalej, dostrzegł swoją mistrzynię, opartą o ścianę.
- Dobra robota – pochwaliła go. Skłonił przed nią głowę.
- Sensei.
- Musisz być taki sztywny i oficjalny, Mintao? – zapytała, ruszając w stronę swojego gabinetu, a on za nią. – Naprawdę, aż trudno uwierzyć, że jesteś synem swojego ojca. Ale teraz wiem, że szpital zostanie w dobrych rękach, kiedy już przejdę na emeryturę.
- Jesteś wciąż młoda, sensei – powiedział, a ona zaśmiała się. Podniosła ręce i związała swoje różowe włosy w koński ogon.
- Rzeczywiście, w ogóle nie zachowujesz się jak syn Naruto! On nigdy nie potrafił komplementować kobietom!
            Zbliżyła się do drzwi swojego gabinetu i otworzyła je. Weszli do środka, sensei Sakura usiadła na krześle przy biurku, a on stanął przed nią, zastanawiając się, czego może chcieć? Nie śmiał zajrzeć do jej głowy.

            Siedziałem w swoim gabinecie, popijając zieloną herbatę, którą podsunął mi Ban. Mój pomocnik siedział w kącie i rozgrywał partyjkę shogi sam ze sobą. Czytałem właśnie raport od jednego z oddziałów ANBU, dziwny raport, który sprawił, że coś mnie ściskało w dołku. Odłożyłem go i podrapałem się po podbródku, biorąc do ręki czarną, błyszczącą kulkę leżącą na stercie kartek. Była to pamiątka po Hiroetsu, z którym walczyłem pięć lat temu. Od tamtej pory służyła mi jako przycisk do papieru. Lubiłem się nią bawić, była gładka i chłodna, ciężkawa i twarda. Nie dało jej się rozłupać, ba, nawet zarysować! Sakura zabrała ja do swojego laboratorium na kilka tygodni, a kiedy mi ją oddała, twierdziła, że nie ma pojęcia co to jest i jak zmienić postać owej kulki. Położyłem ją wtedy sobie na biurku i tak już zostało. Pamiątka po Hiroetsu stała się elementem wyposażenia mojego gabinetu.
            Zerknąłem po raz kolejny na raport od ANBU, a potem na Bana.
- Ban?
            Chłopak podniósł głowę i spojrzał na mnie zza swoich okularów.
- Tak? – zapytał nieprzytomnie. Przewróciłem oczami.
- Zawołaj mi tu Sharonę, dobra? Może by jej oddział zbadał, o co chodzi w sprawie tego raportu…
- Tego od krateru, tak? – zapytał Ban, wstając z kanapy i przeciągając się. – Myśli pan, że to coś poważnego? ANBU nic przecież nie znaleźli…
- Po prostu zawołaj Shar i tyle. Przecież nie zaszkodzi, kiedy i oni się tam wybiorą i przyniosą mi wieści od stacjonującego tam oddziału. Zmykaj…
- Dodrze, dobrze. Już idę – wyszedł z gabinetu, a ja po raz kolejny przeczytałem dziwny raport. Jeden z moich oddziałów doniósł mi w nim, że niedaleko granicy z Ukrytą Trawą znaleziono gigantycznych rozmiarów krater. Najdziwniejsze było to, iż… zupełnie nie wiadomo, kiedy i jak powstał, mimo, iż ubiegłego dnia w tamtym miejscu znajdował się całkiem spory pagórek. Dowódca tamtego oddziału napisał w raporcie, że wygląda to tak, jakby ktoś ów pagórek wyrwał. Co ważniejsze, nie znaleziono tam zupełnie żadnych śladów wskazujących na jakiekolwiek ludzkie działania. Żadnych śladowych ilości chakry, jak po wykonaniu jutsu, czy choćby nawet zwykłych odcisków stóp. I ten wyrwany pagórek… Coś mi to przypominało, ale za cholerę nie wiedziałem co!
            Pół godziny później wrócił Ban, prowadząc oddział Sharony. Cała czwórka była po cywilnemu, Shar ubrana w jasną sukienkę, proste włosy sięgały jej zaledwie do podbródka. Jeszcze przed przeszczepem oczu przeszła prawdziwe załamanie i ścięła włosy tuż przy skórze. Leczyła się, na pół roku zrezygnowała z ANBU. Wznowiła trening dopiero, kiedy po przeszczepie oczu od Shana, odzyskała sharingana. Na szczęście potem jej życie uległo dużej zmianie, gdy jej dłoń ozdobił zaręczynowy pierścionek.
            Przeniosłem spojrzenie na Toeiego, który obejmował ramiona swojej narzeczonej, a potem na stojących za szczęśliwą parą Makoto i Kaoru. Te czubki nie zmieniły się ani trochę.
- Co pan wymyślił, mistrzu? – zapytała niezadowolona Sharona, kiedy Ban zamknął za nimi drzwi. – Mieliśmy mieć wolne do poniedziałku! Właśnie wybieraliśmy z Toeim kanapę!
- Do salonu? Bo do sypialni to wy sobie kupcie porządne łóżko, polecałem kiedyś twojemu ojcu stolarza…
- To nie pana sprawa! – oburzyła się Shar, nabierając powietrza w usta. Zaśmiałem się i rzuciłem jej czytany wcześniej raport. Złapała go i cała czwórka pochyliła się nad papierem. Czekałem, aż go przeczytają, bawiąc się czarną kulką po Hiroetsu. W końcu podnieśli głowy.
- No i co? – zapytał Makoto, ziewając. – Ściągnęliście mnie tu tylko po to, żebym se raport przeczytał? Obiad jadłem…
- Ja pieliłem ogródek babci… babcia ma sto jedenaście lat, ale laską potrafi uderzyć… – poskarżył się Kaoru.
- Nie narzekajcie! – zawołałem, zgrzytając zębami. – Tylko byście się lenili! Już od tygodnia macie ten urlop, ja w ogóle nie mam takiego luksusu! Chciałbym, byście jutro się tam wybrali i to sprawdzili, bo mi wydaje się to podejrzane. I nie róbcie takich min, to rozkaz! – krzyknąłem, kiedy zaczęli wznosić oczy do nieba i kręcić głowami.
- Stary pierdzielnik! – zawołała Shar, odrzucając mi raport i ciągnąć Toeiego w stronę drzwi. – Tyran!
- Drań! – poparł ją Kaoru.
- Zupełnie bez serca! – rzekł Makoto, i cała czwórka opuściła gabinet. Zerknąłem na chichoczącego Bana, a on natychmiast zamilkł. Podrapałem się po brodzie.
- Nie kojarzy ci się z czymś ten raport? – zapytałem. – Znikający pagórek. Wyrwany pagórek… Pagórek… wyrwany… – mruczałem, obracając czarną kulkę w dłoniach.
- Wiem! – wykrzyknął nagle Ban, zrywając się z miejsca. Ponownie na niego spojrzałem. Uśmiechnął się. – Wiem, Lordzie Hokage, sprawa sprzed roku, ta spod latarni!
- Racja! – zawołałem, a on strzelił palcami i wybiegł z gabinetu, by pognać do archiwum po raport z tamtej paskudnej sprawy. Odłożyłem czarną kulkę, podszedłem do okna i wyjrzałem na wioskę. Nie miałem ochoty czytać jeszcze raz tamtego okropnego raportu, tym bardziej, że nie odnaleźliśmy drania, który zaatakował i poważnie skrzywdził tamtą dziewczynę. A przecież takie bydlaki nie powinny chodzić po tej ziemi.
            Kiedy Ban wrócił, od razu przeczytałem raport, żeby mieć to już za sobą. Potem porównałem opisy wyglądu „pola walki” w obu przypadkach. Ban czytał je ponad moim ramieniem, również popijając zieloną herbatę. Moja już wystygła, a ja nie lubiłem zimnej.
- Podobne… – odezwał się w końcu Ban, a ja skinąłem głową.
- No, nawet bardzo. Różnicą jest tylko wielkość. Szkoda, że ta dziewczyna nie była w stanie zeznawać.  Zobaczymy, co Sharona nam podrzuci – powiedziałem, spinając oba raporty razem i wkładając je do szuflady z najpilniejszymi papierami. – Pamiętasz, co tamten oddział mówił o tym kolesiu, który ją zgwałcił?
- Tyle tylko, że był użytkownikiem elementu ziemi… – Ban wrócił na swoją kanapę, odstawiając filiżankę z herbatą na stolik. – Wszystko jest w raporcie.
- Mi chodzi raczej o to, że… jak to ujął Shigeru…? „Mieliśmy wrażenie, że pościg go bawi. Nie dostrzegłem żadnego jego ruchu, a mimo to pociski nieustannie uderzały w nasz oddział. A potem ziemia się pod nami rozstąpiła, a on zniknął…” – zacytowałem fragment raportu. – „Nie dostrzegłem żadnego jego ruchu”, tu chodzi o to, że nie wykonywał pieczęci. Niepokoi mnie to.
- Kolejny…? – zapytał cicho Ban, a ja skinąłem głową.
- Wygląda na to, że tak. No dobra, poczekamy, co nam oddział Sharony jeszcze powie. Teraz dawaj te pomiary geodezyjne… i zawołaj mi Shikamaru… może w końcu wystawiłby to pozwolenie na budowę, bo mnie ten cały Hasgawa zamorduje…
            Zajęliśmy się pracą, choć wciąż dręczyły mnie słowa z raportu. Nie podobało mi się, że tamten mężczyzna nie został schwytany po tym, co zrobił. Moi ludzie szukali go, jednak facet zapadł się pod ziemię i nie miał zamiaru wyjść. Poza tym w raporcie widniała też poważna luka. Dziewczyna, która została skrzywdzona, powiedziała tylko, że jej oprawca nie był sam. Była jednak zbyt poturbowana, by powiedzieć cokolwiek więcej. A potem przestała się w ogóle odzywać. Dowiedzieliśmy się więc niewielu rzeczy. O oprawcy i kimś, kto mu towarzyszył. Moi ludzie jednak nikogo nie widzieli. No i fakt, że poszukiwany nie używał pieczęci, według mnie również był niepokojący. Mogła to być sztuczka, ale niekoniecznie.
            Kiedy Shikamaru raczył w końcu przyjść, zajęliśmy się robotą na poważnie. Dałem mu do przeczytania oba raporty, ten o kraterze, i ten o sprawie spod latarni. Pokiwał głową, pocmokał, ale w sumie to nic mi nie powiedział. Zgodził się tylko co do podobieństwa krateru z pierwszego raportu i śladów wyrw w ziemi z tego drugiego. Reszta dnia minęła mi szybko, a kiedy wróciłem do domu, jak zwykle czekała tam na mnie moja szczęśliwa rodzina.


Następnym rozdziale:

„…To, co ujrzeli, przerosło ich oczekiwania. Sharona poczuła, że żołądek jej się ściska, a żółć podchodzi jej do gardła. Zignorowała jednak mdłości, zakryła tylko ręką nos i usta, bo uderzył ich okropny smród. Drugą ręką zaczęła przeganiać stada much…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz