wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 17

 „Nieskończenie długi czas,
czas przestrzeni nieskończonych
rozgranicza, dzieli nas,
na prawdziwych i wyśnionych”.
Z. Stefański


Ranek nadszedł… późno. Podniosłem się do pozycji siedzącej, przecierając oczy i rozejrzałem dookoła. W nogach łóżka siedział Junichi, bawiąc się jakimiś małymi misiami. Spojrzałem na okno, przez które wpadały jasne promienie słońca, a potem ponownie na syna.
- Cześć Junichi – powiedziałem. Podniósł głowę i spojrzał na mnie.
- Dlacego wsyscy mają bąbelki, aja nie mam? – zapytał, nie odpowiadając na moje powitanie.
- Eee… jakie bąbelki? – zdziwiłem się. Syn zmarszczył nosek.
- Wsyscy mają bąbelki, to nie fel. Ty tes mas bąbelka.
- Mam bąbelka? – zapytałem, drapiąc się po głowie. – A mama ma bąbelka?
- Mama… – mruknął, spoglądając w sufit, a potem uśmiechnął się. – Plawda! Mama nie ma bąbelka!
            Zaśmiał się sam do siebie i zajął swoimi zabawkami. Przyglądałem mu się chwilę, zastanawiając się, co miał na myśli? Nie miałem pojęcia, czym są owe bąbelki oraz co to znaczy, że wszyscy je mają.
- Junichi – odezwałem się, a syn po raz drugi podniósł głowę i spojrzał na mnie. – Czym są bąbelki? – spytałem.
- Bąbelki to bąbelki – uświadomił mnie. W sumie, to tego właśnie mogłem się spodziewać. Mój syn miał swój świat i już nie po raz pierwszy tłumaczył mi coś w ten swój pokrętny sposób. Pokręciłem głową z rezygnacją i zwlokłem się z łóżka, przeciągając. Wziąłem do ręki budzik, by wyłączyć alarm i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że… że jest już po dziewiątej!
            Zdumiony i przerażony późną porą ubrałem się w piętnaście sekund i popędziłem do kuchni. Zastałem tam Hinatę, czyszczącą zlew.
- Czemu mnie nie obudziłaś?! – wykrzyknąłem z pretensją w głosie, a ona wyprostowała się i spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się.
- Ban był tu z samego rana – powiedziała, wróciwszy do pracy. – Razem z Sasuke. Powiedział, że możesz sobie pospać, gdyż ma wszystko ogarnięte. Uparli się, że przygotują coś w ogródku, wiec im pozwoliłam, a twój budzik wyłączyłam, byś mógł się wyspać.
            Potrzebowałem chwili, by wszystko załapać, ponieważ to było takie dziwne, jak dla mnie, spać tak długo i wyspać się. W końcu jednak wzruszyłem ramionami i przeciągając się ponownie, podszedłem do Hinaty i objąłem ją w pasie.
- Dzięki – wymruczałem, przytulając twarz do jej włosów. Hinata przestała szorować zlew i uniosła lekko głowę, by zerknąć mi w oczy.
- Kocham cię – szepnęła nagle. Uśmiechnąłem się i przytuliłem ją mocniej.
- Ja ciebie też – odmruknąłem. Już jakiś czas minął, odkąd po raz ostatni mówiłem jej te słowa. Kiedyś miałem to w odruchu, zapewniać ją o swojej miłości, z biegiem lat robiłem to jednak coraz rzadziej. Wydawało mi się to oczywiste i niepotrzebne po tylu latach. –Hinata, czy ty wiesz, co to są bąbelki?
            Zachichotała.
- Nie mam pojęcia, mówi o nich już od jakiegoś czasu. Ciebie też o to męczył?
- Ta… bąbelki to bąbelki. Tyle się dowiedziałem.
            Puściłem ją i zabrałem się za szykowanie sobie śniadania. W domu byliśmy tylko my dwoje i Junichi, zaś po naszym ogrodzie kręcili się Sasuke i Ban. Jednak tymi dwoma czubkami zupełnie się nie przejmowałem. Cokolwiek robili w moim ogródku, miałem zamiar nie interesować się tym, póki nie nadejdzie godzina dwunasta, czyli czas na wymyślony przez Sasuke test. Miałem też nadzieję, że Mintao i Mayeczka uwolnią się od Asuki, ponieważ nie chciałem wciągać w sprawy wioski kogoś obcego, w dodatku pochodzącego z zupełnie innego kontynentu.
            Usiadłem sobie przy stole, popijając kawę i wcinając wygrzebaną z lodówki sałatkę z kurczakiem. Hinata chyba uparła się, że posprząta dziś całą kuchnię, gdyż po wyszorowaniu zlewu zabrała się za blaty. Zastanawiałem się zawsze, czy ona nie tęskni za byciem shinobi? Oczywiście, cały czas coś tam trenowała ze swoją drużyną, ale teraz, kiedy byli oni chuuninami, nie chadzała z nimi na misje. Ostatnio Hinata poświęciła się cała dzieciom i domowym obowiązkom, a nic a nic nie przygasła, wręcz przeciwnie.
            Skończyłem śniadanie i włożyłem naczynia do zlewu, a po chwili zastanowienia pozmywałem je po sobie, wytarłem i schowałem do szafki.
- Zjedzą mnie, jak pójdę do ogródka? – spytałem Hinatę, czyszczącą wnętrze jednaj z dolnych szafek.
- Tak – odparła. – Idź kochanie do Junichiego – powiedziała. – Pobaw się z nim albo zajmij go czymś, żeby nic nie zmącił. A ja skończę ogarniać i zaraz tam pójdę.
- Nie musisz się spieszyć – mruknąłem. W końcu była to świetna okazja, bym mógł spędzić z Junichim trochę czasu. Co prawda po tym, jak opuściłem szpital i jeszcze przez jakiś czas byłem na (przymusowym) zwolnieniu chorobowym, to ja się nim zajmowałem i z nim bawiłem, jednak po powrocie do starych obowiązków czas wolny mi się skończył. Praca Hokage była bowiem bardzo wymagająca, a sprawy wioski zajmowały ogrom czasu. Czasami łapałem się na zastanawianiu, czy aby na pewno dobrze znam własne dzieci? Czy za wiele nie tracę, czy przypadkiem nie przegapiam czegoś istotnego? Na przykład niedawny płacz Mei… Dlaczego moja córka płakała, zwierzając się matce? Czy nie mogłaby przyjść ze swoimi problemami… nie, w końcu były to kobiece problemy, o których pewnie nie miałem pojęcia. Hinata mi to wyjaśniła.
            Dotarłem do sypialni, w której Junichi właśnie ściągał pościel z łóżka i zwijał ją na podłodze.
- Junichi, co ty znowu robisz? –spytałem cierpliwie.
- Tamę – odparł.
- Po co ci tama, synu?
            Syn spojrzał na mnie jak na kretyna.
- Do zabafy – odparł, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. No jasne, tamy, bąbelki i „ciemy”… jak ja miałem za tym wszystkim nadążyć?
            Usiadłem obok niego na podłodze i zacząłem wypytywać o tamę i bąbelki. Niczego się nie dowiedziałem, syn wcisnął mi w dłonie zabawkowy statek i kazał pływać po zbudowanej przez siebie tamie. I tak się bawiliśmy, dużo się śmiejąc, póki…
- No proszę, jaki uroczy… rodzinny obrazek – usłyszałem zgryźliwy głos. Podniosłem głowę.
            Ja i syn bawiliśmy się właśnie w „konika”. Junichi siedział mi na plecach, a ja, na czworaka, człapałem po sypialni, wygłupiając się. Zmarszczyłem nos, niezadowolony z tonu, jakiego użył stojący w drzwiach na taras Sasuke.
- Co jest? – zapytałem.
            Uchiha oparł się o futrynę od drzwi i przekrzywił głowę.
- Już prawie dwunasta, zamiast się bawić, przyjdź zobaczyć ten konkurs.
- Już idę, idę – odparłem, wzdychając. – Junichi, zejdź ze mnie.
            Zsunął się z moich pleców, a ja wstałem. Junichi złapał mnie za nogawki spodni.
- T-tatusiu, a mogę iść z tobą?– zapytał, wlepiając we mnie swoje urocze ślepka. Uśmiechnąłem się do niego.
- Jasne, tata będzie tylko oglądał – odpowiedziałem. Zaśmiał się i wyciągnął rączki, bym wziął go na ręce. Podniosłem go z podłogi i obaj zwróciliśmy się ku Sasuke, który ostentacyjnie wpatrywał się w niebo.
            Zignorowałem go jednak, tylko roztrzepałem Junichiemu grzywkę. Syn zaśmiał się głośno i swoim zwyczajem złapał mnie za nos, chłonąc niewielką ilość chakry.
            Wyszliśmy przed dom, gdzie zebranych zostało około dwudziestu tropicieli z wioski. Oczywiście wiedziałem o tych ludziach, jednak nie przejmowałem się nimi, pochłonięty zabawą z synem. Sasuke zebrał w naszym ogrodzie wszystkich najlepszych tropicieli z Konohy. Stali oni tu teraz, zbici w małe grupki, rozmawiając między sobą. Niedaleko, przy siatce, zauważyłem Mei, Mintao, Mayeczkę oraz oddział Sharony, gawędzących ze sobą. Mei siedziała na trawie, podpierając się dłońmi, a Maya stała naprzeciw niej, obejmowana od tyłu przez Mintao. Ekipa ANBU stała niedaleko nich, śmiejąc się z czegoś. Nowy członek ich drużyny chyba nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić. Wszyscy byli ubrani po cywilnemu i pomyślałem, że ten niepozorny chłopaczek w ogóle nie psuje do organizacji ANBU, skojarzył mi się raczej z przestraszoną myszą, a nie elitarnym shinobi.
- Dobra, zbierzcie się przed nami wszyscy! – wykrzyknął Sasuke, gdy stanęliśmy rasem na najniższym stopniu schodów prowadzących na nasz taras. Posadziłem sobie syna na ramionach, a on złapał mnie za uszy, kładąc mi brodę na głowie. Mayeczka zachichotała i pomachała mu, podchodząc do nas, a mój syn puścił moje ucho i jej odmachał. – Kandydaci niech ustawią się w dwuszeregu!
            Zrobili, jak Sasuke chciał, wpatrując się to w niego, to we mnie. Nie odzywałem się, ciekaw, jak to się odbędzie. Coś tam wiedziałem z papierów, które pokazał mi Sasuke, ale, jeśli miałem być szczery, nie czytałem ich. Sam „prowadzący” konkurs zdawał się ignorować moją obecność. Skinął na stojącego niedaleko nas Bana, który trzymał w dłoniach jakieś pudełko. Chłopak podskoczył do niego, a Sasuke złapało za kołnierz i wypchnął przed wszystkich.
- Witam wszystkich zebranych – powiedział dość nieprzyjemnym tonem. Kilka osób skrzywiło się. Cóż, Sasuke nie należał do osób szczególnie w naszej wiosce lubianych. Kiedyś wszyscy mieli na jego punkcie hopla, jednak po jego zdradzie to się zmieniło. Obecnie Sasuke był lubiany tylko przez wąskie grono naszych znajomych, a przez pozostałych mieszkańców był raczej tolerowany, głównie ze względu na mnie. Nikt jednak nie miał śmiałości sprzeciwić się komuś, kto mógł mierzyć się z Hokage, więc niemożna mu było odmówić autorytetu. Sam Sasuke zdawał się mieć głęboko w poważaniu to, co myślą o nim inni. – Teraz pokrótce opowiem, na czym będzie polegał konkurs, mający na celu, na prośbę… szanownego… ekm, Hokage, wyłonienie spośród grona najlepszych w naszej wiosce tropicieli tego o wyróżniających się zdolnościach. Przedstawiam wam grupę ośmiu osób – Sasuke wskazał zebranie opodal dzieciaki. – Są to: Mintao, Mei, Maya – kiedy wymieniał czyjeś imię, ta osoba podnosiła rękę. – Sharona, Toei, Kaoru, Makoto oraz Doi. Za chwilę – zwrócił się do tropicieli – otrzymacie mapę Konohy oraz trzy flamastry – poklepał po ramieniu trzymającego pudełko z wymienionymi artykułami Bana – czerwony, zielony i niebieski. Wymienione przeze mnie osoby rozproszą się po osadzie i o godzinie dwunastej dziesięć staną w wyznaczonych pozycjach. Zaznaczycie te pozycje na mapie, kolorem czerwonym i oznaczycie imionami. Następnie te osoby zmienią wyznaczone położenie, a wy drugą pozycję oznaczycie na zielono. Trzecią na niebiesko. O zmianie pozycji nie zostaniecie poinformowani. Czas zmiany pozycji każdej osoby jest inny. Pierwsza część konkursu zakończy się o trzynastej dziesięć i wtedy zaczniemy drugi etap. Mamy – zerknął na zegarek. – Dwunastą dwie. Bana proszę o rozdanie map i flamastrów, a ósemkę pomocników o rozproszenie się i zajęcie pozycji. Start.
            Śmignęło i naszych kochanych pociech już nie było. Westchnąłem i opadłem na stopnie werandy, pomagając Junichiemu zejść z moich ramion. Sasuke usiadł obok mnie.
- A to zabafa? – spytał mój syn, wlepiając swoje niezwykłe oczka w Sasuke. Siedział na moich kolanach, wbijając mi łokcie w uda. – Fujku Sasuke, to zabafa?
- Nie – odparł Sasuke cierpliwym tonem. – To nie zabawa, tylko praca. Kiedy będziesz dorosły, też będziesz pracował.
- Jak mój tatuś? – pytał dalej Junichi, a ja zachichotałem.
- Jak każdy – odparł czarnowłosy, już trochę niecierpliwie. Mój syn zmarszczył brwi.
- A dlacego?
- Dlatego, że tak już jest zbudowany świat – odparł Uchiha. – Najpierw się jest dzieckiem, i spędza się czas na zabawie, a potem jest się dorosłym, i się pracuje. W międzyczasie jeszcze, człowiek się wszystkiego uczy.
- A cego się ucy?
- W szkole nauczą cię pisać i czytać, nauczą cię jak posługiwać się bronią i jak wygląda trening shinobi. Poznasz podstawowe jutsu i proste techniki. A życie nauczy cię cierpienia i bólu.
- A dlacego akulat cielpienia i bólu?
            Na czole Sasuke wystąpiła żyła. Siłą tłumiłem śmiech, ale przecież sam się w to wplątał. Mój syn nie odrywał od niego spojrzenia.
- Bo takie jest życie – odparł twardo Uchiha.
- A dlacego takie jest?
Sasuke wziął głęboki wdech i wstał z miejsca.
- Zapytaj tatę, on ci wszystko wyjaśni – rzekł.
- Hej! – wykrzyknąłem, kiedy ruszył w stronę Bana. No ładnie. Pomarańczowe oczy mojego syna przeniosły się na mnie i Junichi spojrzał błagalnie.
- Dlacego, tatusiu? – zapytał.
Przez następne kilka minut musiałem głowić się nad odpowiedziami na jego niekończące się pytania. Radziłem sobie z tym jednak o wiele lepiej niż Sasuke, a w każdym razie pokazałem mojemu synowi nieco lepszy obraz świata.
O dwunastej dziesięć rozpoczął się konkurs. Bawiłem się z Junichim w koci-łapci, patrząc, jak dwudziestu tropicieli zaznacza coś na mapkach. Sasuke przechadzał się między nimi niczym nauczyciel podczas kartkówki. Zaglądał im w kartki, kiwał albo kręcił głową, mamrotał coś do siebie, a wtedy Junichi szarpał mnie za rękaw i chichotał. Miałem cały czas załączony tryb mędrca, dlatego doskonale wiedziałem, gdzie kto się znajduje i kiedy zmienia pozycję.
Po jakimś czasie do Sasuke dołączył również Junichi, drepcząc za nim i zadając mu pytania. Uchiha odpowiadał na nie zwięźle, co nie bardzo podobało się mojemu młodszemu synowi.
- A dlacego oni wsyscy sukają Mintao, Mei, Majecki, Salony i… i lesty? – zapytał w pewnym momencie, wyliczając na paluszkach.
- Już mówiłem, że to ich zadanie – odparł Sasuke, zatrzymując się i obracając ku Junichiemu. Mój mały synek zadarł główkę, by spojrzeć na twarz swojego „fujka”. – Junichi…
- A to jak zabafa w chofanego?
- Tak, to zabawa w chowanego. Naruto, zabierz go, ja naprawdę nie mam ochoty odpowiadać na te wszystkie pytania! – zwrócił się do mnie. Zaśmiałem się i skinąłem na synka ręką.
- Chodź, Junichi, nie przeszkadzaj wujkowi!
Synek zaśmiał się rozkosznie i podbiegł do mnie. Złapałem go, gdy rzucił mi się w ramiona i przytulił.
- A cemu my się nie bafimy w chofanego ze wszystkimi? – spytał.
- Wujek Sasuke już ci tłumaczył, że to nie zabawa, tylko zadanie – wyjaśniłem mu, sadzając go sobie na kolanach.
- I dlatego masz taką śmieszną tfasz, tatusiu? Tes sukas wsystkich?
- Tak, ja też ich szukam – odparłem, uśmiechając się. „Śmieszną twarzą” mój syn nazywał mój wygląd w trybie mędrca, zaś gdy przybierałem tryb lisiej chakry, synek śmiał się, że wyglądam jak pochodnia. Natomiast nigdy bym sobie nie pozwolił, by mój syn widział mnie w pełnym trybie bijuu.
- A ja tes mogę?– zapytał, zerkając na mnie. Zaśmiałem się głośno.
- Oczywiście, że możesz! A umiesz?
- Jasne! – wykrzyknął. – Ale… – zawahał się, po czym spojrzał na mnie. – Ja nie wiem, jak pokasać to na mapce, tatusiu – szepnął. Pogłaskałem go po głowie.
- A możesz mi pokazać? Nie potrzebna nam mapa, zrobimy sobie wycieczkę, co?
- Tak! – krzyknął i zaśmiał się. – Fujku Sasuke, fujku Sasuke! Idziesz z nami na fycieczkę?!– krzyknął.
Sasuke obejrzał się na nas i machnął ręką, dając znać, byśmy mu nie przeszkadzali. Wziąłem syna na barana, zawołałem do Sasuke, że idziemy na spacer i opuściłem posesję.
Synek cały czas paplał wesoło, obaj mieliśmy dziś wyjątkowo dobre nastroje. Szliśmy przez wioskę, a on opowiadał mi o tym, co widzi swoimi niesamowitymi oczkami i o tym,co czuje. Ponieważ cały czas nie wychodziłem z trybu mędrca, czułem promieniującą od niego chakrę, jakby był małym grzejnikiem, siedzącym na moich plecach. Jego chakra nieustannie zmieniała swoje właściwości, przechodząc z jednych w drugie, jej natężenie również było różne. Czasem zdawało mi się, jakby wcale nie należała do mojego syna, tylko do kogoś innego, dobrze mi znanego i musiałem się wczuć, by rozpoznać, czyja to chakra. Rejestrowałem też energię, z którą nigdy w życiu nie miałem styczności, obcą energię i nie miałem pojęcia, skąd Junichi ją pochłonął.
- Junichi –odezwałem się w końcu, a synek mruknął pytająco, przytulając się do mojej głowy. – To kogo szukamy?
- Hmm… a kogo chces posukać, tatusiu? – zapytał, skubiąc moje włosy.
- Mei.
- Mei! Supel! – zawołał, klaszcząc w dłonie.
- No, to gdzie jest Mei? – zapytałem, a on zamyślił się, po czym wskazał ręką.
- Tam! – zawołał.
Oczywiście, miał rację, czułem córkę trochę więcej niż kilometr przed nami, mój malutki był bezbłędny. Ruszyłem we wskazanym przez niego kierunku, słuchając jego instrukcji.
- Jaka jest chakra Mei? – miałem zamiar pociągnąć go trochę za język, nim dotrzemy na miejsce.
- Jak buza – szepnął, chichocząc. – Jak dużo, dużo buzowych chmulek… jak tsaska piolun, to one mają złote obwódki… widziałeś, tatusiu?
- Widziałem – odparłem. – A chakra Mintao?
- Jak… hmmm… jakfale… jak zachodzi słonecko, to fale tez mają obwódki…
- Chakra Mei i Mintao ma obwódki? – drążyłem, a synek przytaknął gorliwie.
- Złote! Złoteo bwódki! Czasem one się dotykają… i wyglądają jak pajęcyna! – zachichotał ponownie i pomachał grupce mijających nas shinobi. Tamci odmachali mu, kłaniając mi się na powitanie. Pochyliłem głowę i znów skupiłem uwagę na synku.
- A jaka jest chakra tatusia? – wypytywałem go dalej. Zastanowił się.
- Jak tysiąc świecek! – odparł pewnie. – Jest bardzo, bardzo ciepła, bo jest cerfona. Nikt takiej nie ma… tata też jest złoty, jak jej uzywa… wies, tatusiu? Ty jesteś cały złoooooty! Kocham cię!
Przytulił się do mnie, zadowolony. Pogłaskałem go po nóżce.
- A jaki jest Shan?
- Niebieski, jak mamusia – odpowiedział natychmiast.
- A wujek Sasuke?
- Tez jest niebieski.
- A śliczna Asuka? Jaka jest śliczna Asuka?
- Mogę powiedzieć mamie, że Asuka-neechan jest ślicna? – zapytał rezolutnie. Zaśmiałem się.
- Nie, nie mów tego mamie – poprosiłem i teraz on się zaśmiał.
- Asuka jest rózowa – wyszeptał. – Ma rózowe kulecki, wiesz, tatusiu, że ona je nosi w pasku?
              Uniosłem głowę, by na niego spojrzeć. To była rewelacja godna uwagi, tym bardziej, że kompletnie nic nie rozumiałem.
- Jak to, w pasku?
- Ma je w pasku – zachichotał. – Wpusca je pses palec do kulecek w pasku. One są strasnie, strasnie rózowe i jedną z nich dotykałem, kiedy siedziałem u niej na kolanach. I teraz ja tes mam rózową kuleckę – powiedział, wyciągając rączkę. – Widzis?
Nic nie widziałem, ale czułem energię, którą na chwilę skumulował nad swoją dłonią. Utrzymywał ją, mocno skondensowaną, przez kilka sekund, lecz potem ją wypuścił, a ona rozpłynęła się w atmosferze. Część wróciła do ciała mojego synka i zniknęła gdzieś w nieskończonych pokładach jego chakry, a część uleciała na zawsze.
- I chakra Asuki jest różowa?
- Tak!
- Ale tatuś tego nie widzi…
- Nie? – zdziwił się jak najbardziej szczerze.
- Nie. Skarbie, ile jest „niebieskich” osób w wiosce?
- Duzo! – odparł natychmiast, pokazując wszystkie paluszki i wyciągając stopki, jakby chciał pokazać, że mam policzyć także palce u nóg. Takiej właśnie odpowiedzi się spodziewałem.
- A kto jeszcze nie jest niebieski?
- Maya… -odpowiedział po chwili zastanowienia. – Maya jest biała, wies? Cała biała!
No i znalazłem to, czego mi było trzeba. Nim jednak zdążyłem się ucieszyć, na horyzoncie pojawiła się Mei.
              Moja córka siedziała nad brzegiem rzeki płynącej przez Konohę, mocząc stopy w wodzie. Ubrana była tak jak zawsze, w szerokie, wojskowe spodnie, tym razem rybaczki, jasną koszulkę, odsłaniającą jej brzuch i pomarańczową kamizelkę z kapturem. Obejrzała się na mnie i brata, machając nam. Zbliżyliśmy się do niej.
- No wiecie co, zostawiliście tam sensei Sasuke samego? – zaśmiała się, jednak bacznie obserwowała moje oczy. Zdjąłem Junichiego z ramion i postawiłem na ziemi.
- Pobiegaj sobie, skarbie. Patrz, tam leci motylek!
- Gdzie?! – podłapał natychmiast Junichi. Dostrzegł motylka i pobiegł za nim, a ja ponownie skupiłem wzrok na Mei.
- Mama nie będzie zadowolona – powiedziała moja córka, wyjmując stopy z wody. Pomachała nimi w powietrzu, by je wysuszyć, po czym założyła buty i podniosła się z ziemi. Otrzepała spodnie.
- Nic na to nie poradzę – odpowiedziałem. – Potrzebuję Junichiego, jego zdolność… jest niezwykła! Nawet ja tego nie potrafię!
Oboje spojrzeliśmy na maluszka, ganiającego za latającym w kółko, kolorowym motylkiem. Mój syn był niesamowicie uroczym dzieckiem, do tego obdarzonym niezwykłymi zdolnościami. Wszystkie moje dzieci były wspaniałe, a ja byłem z nich nieprawdopodobnie dumny…
- Och, jacy my jesteśmy cudooooowni – zakpiła Mei, a ja zaśmiałem się. Znów podsłuchiwała.
- Zawsze to robimy – odparła na moją myśl. – Za dużo rzeczy przed nami ukrywasz – pogroziła mi palcem, a potem nagle drgnęła, jakby coś jej się przypomniało. – Zresztą znam sekrety połowy ludzi z naszej wioski…
- A drugiej połowy zna Mintao?
- Jakbyś zgadł – zaśmiała się. Zerknęła na zegarek. – Nie ważne, muszę zmienić pozycję, inaczej sensei Sasuke zakopie mnie żywcem. Serio, on tak czasem sobie myśli… i nawet nie chcesz wiedzieć, co myśli o tobie…
- A co myśli? – zaciekawiłem się.
- Nie chcesz wiedzieć, tato, naprawdę nie chcesz – zaśmiała się. – Pa! Pa, Junichi!
- Pa, pa, Mei! – odkrzyknął mały, a Mei skinęła mi jeszcze głową i odbiegła. Patrzyłem przez chwilę, jak mały goni za motylkiem, a potem go zawołałem i razem, trzymając się za ręce, wróciliśmy do domu.
Test jeszcze się nie skończył. Kiedy wróciliśmy, Sasuke siedział na schodach, tam gdzie wcześniej ja i obserwował zaznaczających ostatnie pozycje tropicieli. Zostało im wszystkim już tylko kilka minut, po czym miała rozpocząć się druga część. Co prawda, nie byli mi oni już do niczego potrzebni, jednak wypadałoby doprowadzić konkurs do końca.
Pochyliłem się nad synkiem, gdy zbliżyliśmy się do Sasuke.
- Kochanie, pobiegnij do mamusi – poprosiłem go. Wykrzywił się.
- Ale cemu? – zapytał.
- Bo jestem pewien, że mamusia strasznie za tobą tęskni – odparłem, a jego oczka zrobiły się większe.
- Ja tes za nią tęsknię! – zawołał, wspiął się na palce, dał mi ciumka i odbiegł. Wyprostowałem się, przeciągnąłem, po czym przysiadłem na schodach obok Uchihy.
- I co się tak krzywisz? – spytałem, widząc jego minę.
- Rozpieszczasz go – wytknął mi, marszcząc brwi. – Wyrośnie z niego taki sam nieudacznik, jak z ciebie.
- Uważasz, że jestem nieudacznikiem? – zapytałem, unosząc obie brwi w geście zdumienia. Nie, żebym się pysznił, jednak z mojego punktu widzenia wcale nieudacznikiem nie byłem, wręcz przeciwnie, świetnie mi się powodziło. Miałem cudowną, dobrze płatną pracę, o której zawsze marzyłem, byłem szanowany, a moja pozycja dawała mi status najsilniejszego ninja w tej wiosce, miałem kochającą żonę z naprawdę seksownym tyłkiem i charakterem niczego sobie, a dzieci wyjątkowo mi się udały, w dodatku trenowałem naprawdę zdolną uczennicę. Sasuke wywrócił oczami.
- W szkole byłeś – powiedział.
- Nie uważasz, że to było tak dawno, że powinieneś już o tym zapomnieć?
- Nie, lubię cito wypominać – odparł, uśmiechając się półgębkiem. Wszyscy ci, którzy nam się przyglądali, natychmiast odwrócili wzrok, jakby się bali, że uśmiechnięty Sasuke to niemalże sytuacja intymna.
- Hmmm, może powinieneś się zastanowić nad rozpieszczeniem swoich dzieci, na przykład Shana– zauważyłem od niechcenia, patrząc na swoje palce. Sasuke prychnął.
- On i tak zachowuje się jak rozwydrzony – powiedział, wstając. – Koniec części pierwszej!– krzyknął na cały głos, schodząc ze schodów. – Proszę złożyć mapy do pudełka, które trzyma Ban i ustawić się w dwuszeregu, zaczniemy część drugą testu!
              Tak właściwie, to przestałem ich słuchać. Sasuke przepytywał zebranych o różnice we właściwościach chakry biorących udział w teście dzieciaków, jednak mało mnie już obchodziły odpowiedzi testowanych. Odnalazłem sobie bezbłędnego, genialnego tropiciela, którego trzeba było tylko trochę podszkolić i tego czy owego nauczyć. Stwierdziłem więc, że o to właśnie nadszedł najwyższy czas, by mój najmłodszy syn dowiedział się tego i owego o świecie shinobi i poznał przynajmniej podstawowe techniki oraz pojęcia.
Siedziałem tak, wpatrując się w przyjaciela i myśląc o najmłodszym synu aż do zakończenia testu. Później, jako Hokage pożegnałem wszystkich uczestników, zleciłem Banowi przyniesienie mu od Shikamaru sprawozdania z tego, co działo się dziś w biurze i gdy się wszyscy już rozeszli, podszedłem do Sasuke.
- Teraz będziesz musiał wymyślić, po co w ogóle był ten cały test – powiedziałem, a on spojrzał na mnie z niezrozumieniem.
- Co proszę? – zapytał.
- Znalazłem już tropiciela – odparłem, a on zmarszczył czoło.
- Przecież nawet nie uważałeś! I nie sprawdziliśmy jeszcze map!
Zachichotałem.
- To nie żaden z nich, Sasuke… tym tropicielem jest mój własny syn.
Przez chwilę na mnie patrzył.
- Junichi – szepnął. – Heh… więc po co tyle zachodu i mój zmarnowany cza…
- Heeej, jesteśmy! – rozległ się nagle wesoły głos, więc we dwóch przenieśliśmy spojrzenia na wejście do mojego ogrodu. W naszą stronę zmierzała moja córka, a za nią, trzymając się za ręce, szli Mintao i Maya. Uśmiechnąłem się do nich i wzniosłem rękę, aby im pomachać.
- Potem ci wszystko opowiem – szepnąłem do Sasuke, wychodząc moim dzieciom naprzeciw.


W następnym rozdziale:

„…- Konoha jest piękna – powiedziała, zatrzymując się. Stanął obok niej.
- To prawda. Wieczorem wygląda jeszcze lepiej – szepnął, przywołując w pamięci obraz Konohy w pomarańczowej łunie, biorącej swą siłę od tysięcy świateł z lamp i domów. Konoha wieczorem zapierała dech.
- Jesteśmy tu bo…?…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz