niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 5



„…i cóż posiadałem? kwiat z niebieskich pól-
cichy, bezkresny – niepojęty ból.”
                               T. Miciński

-Jest! – zawołałem dumnie, wznosząc w górę zdjęcie grubawego bruneta. – Wiedziałem, że gdzieś cię widziałem!
Chłopak popatrzył na mnie rozkojarzonymi oczyma z powierzchni zdjęcia. Wyglądał zupełnie tak samo, jak na żywo.
Był wieczór, większość moich ludzi rozeszła się do domów, Ban spał na kanapie pod oknem i pochrapywał. Mi też oczy się kleiły, ale byłem z siebie dumny. Nareszcie znalazłem tego chłopaka, który wydał mi się znajomy! Widziałem go na zdjęciu dołączonym do listu od jego rodziców. Listu zawiadamiającym nas o jego zniknięciu i proszącym o pomoc w odnalezieniu!
Zerwałem się zza biurka i podszedłem do Bana. Chłopak spał w najlepsze, aż zrobiło mi się go żal. Chyba powinienem dać mu wolne, albo coś? Widać, że młody ciężko pracuje. Albo powinien dostać jakiś awans? Postanowiłem pomyśleć o tym w przyszłości.
- Halo, kolego, pobudka! – zawołałem.
- Co..? – zapytał rozkojarzony.
- Wstawaj i idź do domu się wyspać.
-Ach! – zarwał się natychmiast. – Lordzie Hokage, najmocniej przepraszam…!
- Spoko, nic się nie stało. Idź do domu, do zobaczenia jutro.
Chłopak wyszedł posłusznie, a ja sprzątnąłem na biurku i również wyszedłem. Nie ruszyłem jednak w stronę mojego domu, tylko do dzielnicy Uchiha, by spotkać się z Sharoną. Musiałem pokazać jej to zdjęcie.
Dom Uchiha wydał mi się pusty. Zwykle wieczorem drzwi mieli otwarte, Sharona kłóciła się z Shanem, Sasuke trenował w ogródku albo coś, a Sakura krzątała się po domu, narzekając na bałagan.
Zbliżyłem się do drzwi i zapukałem. Cisza.
- Nie ma ich? – zdziwiłem się i zakradłem pod jedno z okien. Zajrzałem do środka domu przez szparę między firankami po czym natychmiast się cofnąłem.
To, co zobaczyłem, było z całą pewnością kobiecym, dość kuszącym i nagim udkiem. Sakura. A to drugie coś, co pełzło po woli w poszukiwaniu pośladków którymi kończyło się to udko, to z całą pewnością była dłoń Sasuke. Tylko co te elementy ich ciał robiły na wysokości okna?
Nim zdążyłem się nad tym zastanowić, nawet nim zdążyłem stamtąd odejść, usłyszałem donośny trzask łamanego drewna, dochodzący z wnętrza domu, a po nim głuche łupnięcie dwóch ciał i śmiechy. Miałem ochotę zobaczyć, co zniszczyli, albo co się pod nimi zarwało, ale uznałem, że takie zachowanie nie przystoi Hokage i polazłem sobie stamtąd. Skoro nie ma ich dzieci w domu, to niech się bawią.
Wróciłem do siebie, twierdząc, ze nie ma sensu szukać Sharony. Jutro sama do mnie przyjdzie.
Rodzinkę zastałem w kuchni. Nie zdziwiło mnie to za specjalnie. Zdziwiła mnie natomiast obecność pewnego osobnika, siedzącego przy moim stole.
- Co Uchiha tu robi? – zapytałem, patrząc na Shana. Mei wywróciła oczami.
- Zaprosiłam go na kolację.
- Ach tak. No dobrze, ale jeżeli w tym domu coś zginie, zostanie zniszczone, zostanie przemalowane na inny kolor lub w jakiś inny sposób zmieni swoją postać…
- Rozumiemy, tato – powiedziała dobitnie Mei. Mintao zachichotał. Usiadłem obok syna i przyjąłem wdzięcznie talerz domowego ramen od Hinaty.
- Jak tam trening?- zapytałem chłopaka. Shan spojrzał na mnie znad swojej miski klusków.
- Jako tako – przyznał. – A właściwie, to beznadziejnie. Chyba nigdy w życiu nie dogonię Sharony.
- Nie obwiniaj się tak – mruknęła do niego Hinata, siedząca naprzeciwko mnie.- Jestem pewna, że dasz radę.
- A jeżeli nie? To będzie oznaczało, że mama nie zrobi tej operacji… a potem my… Sharona i ja…
Urwał, ale wiedzieliśmy, o co mu chodzi. Jemu i siostrze groziła ślepota i jedyną nadzieją na uratowanie ich oczu był przeszczep. Oczy Sharony dla Shana i odwrotnie. Ale sharingan młodszego Uchihy nie był jeszcze tak dobrze wykształcony jak sharingan Sharony. I tu tkwił problem. Czy Shan zdąży nim siostra oślepnie?
- Będzie dobrze, nie martw się. Idzie ci z sharingan dużo lepiej niż szło twojemu ojcu – pocieszyłem chłopaka.
Tylko skinął głową, ale nic nie odpowiedział.
Jakiś czas później Shan stwierdził, że musi wracać, a Mei poszła go odprowadzić. Ja i Mintao, ponieważ rzadko mieliśmy okazję pogadać, usiedliśmy sobie na tarasie, patrząc w gwiazdy, a Hinata dała nam chwilkę prywatności na tak zwaną „męską rozmowę”. Tyle, że ja i Mintao, zamiast gadać, po prostu leżeliśmy, ciesząc się ciszą.
- Tato…- mruknął mój syn po jakimś czasie.
- Mmm? – mruknąłem.
- Sensei Sakura rozmawiała ze mną na twój temat – powiedział.
- Ach, no i co ci powiedziała? – zaciekawiłem się.
- Że powinieneś mieć ucznia, któremu mógłbyś przekazać swoją wiedzę i swoje jutsu. Tak się zastanawialiśmy nad zbliżającym się egzaminem i wiesz, może powinieneś się rozejrzeć między geninami, a nuż znajdziesz kogoś?
Westchnąłem, ale nic nie powiedziałem.
- Widzisz, mi i Mei jest przykro, że żadne z nas nie zdecydowało się u ciebie trenować, ale jeżeli chciałbyś, to ja…
- Nie, Mintao – przerwałem mu.- Ty chcesz być medykiem, nie chcę ci tego psuć, nie mogę zabierać ci czasu, szkolisz się u Sakury. A nie wykorzystać talentu Mei jeżeli chodzi o byakugan, to też byłoby nie w porządku. Przynajmniej jedno z was powinno kontynuować tradycje klanu matki.
- Rozumiem – mruknął mój syn. A potem drgnął.
- Mei wraca – powiedział. – I niesie coś dla ciebie.
- Coś dla mnie? – zdziwiłem się.
- Tak, jakiś kawałek drewna czy coś… nie wiem, w tej chwili myśli już o czymś innym.
Wstał i spojrzał na mnie z góry.
-Idę się wymyć zanim Mei zajmie łazienkę.
I poszedł, a ja usiadłem, czekając na córkę przed domem. 
Pojawiła się po kilku minutach, niosąc w ręku jakiś drewniany pałąg nieco grubszy od nadgarstka.
- Co to? – zapytałem.
- Kawał kija. Nie wiem, sensei Sasuke dał mi to i kazał przekazać pozdrowienia tacie… dziwak.
Podała mi kawał drewna i weszła do domu. Przyjrzałem się pałągowi. ‘
- Stół – powiedziałem w nagłym olśnieniu, odkrywszy, od jakiego mebla pochodzi dany mi w prezencie kawałek drewna. Noga od stołu.
- Co tam masz, kochanie?
Odwróciłem się. Stała za mną Hinata, z zaciekawieniem patrząc na kawałek drewna wciąż trzymany przeze mnie w dłoni. Wyrzuciłem szczątek biednego stołu za siebie. Usłyszałem, jak upada gdzieś w ogródku.
- Jakiś śmieć należący do Uchiha, dzieci znoszą różne rzeczy. Chodź do domu, chłodno…

- Poznajesz? – zapytałem Sharonę, ale po jej minie poznałem, że poznała.
- To ten chłopak – powiedziała.- Ten trzeci członek drużyny Słońca. Ale… jak?
Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczyma, jakbym znał odpowiedź. Ale ja jej nie znałem.
- Nie mam pojęcia, jak w pół roku grubawy synalek właścicielki sklepu mięsnego został ninja, jeżeli o to ci chodzi – powiedziałem.
- To mi nieładnie pachnie – mruknęła. – Bardzo nieładnie. Trzeba powiadomić Lorda Kazekage, by uważał na swoich ludzi.
- Już to zrobiłem, wczoraj. Wysłałem Rocka Lee z listem.
- A co z sensei Saiem?
- Nadal żadnych wiadomości, ale o niego to się akurat nie martwię. Jest za daleko, by go wyśledzili nawet najlepsi shinobi Słońca. Nikt nie pomyśli, że go tam wysłałem.
- Jedno z głowy… Cholera, to się pan zawziął! – zawołała nagle, szczerząc zęby. Parsknąłem śmiechem.
- Gdyby nie Chiyo…- szepnąłem.- Byłbym tak samo ślepy jak cała reszta… Kiedy się na to wszystko patrzy z daleka… Kiedy się specjalnie nie obserwuje… Wszystko wydaje się normalne. Ale gdy się temu przyjrzeć… Wtedy każdy gest Hiroetsu zamienia się w truciznę…
- Tak, moi rodzice nie widzą w Hiroetsu nic złego – przytaknęła.- Myślą, że masz do niego pretensję, bo stworzył drugą wioskę ninja w Krainie Ognia.
- I niech myślą tak dalej. Hiroetsu na pewno ma tu swoich szpiegów. No dobra, koniec tego knucia, muszę zająć się misjami do sklasyfikowania.
Sharona skinęła głową i podeszła do drzwi. Położyła rękę na klamce.
- Nie da się pan wyciągnąć na ramen?
Ta propozycja niemal zabolała. Siłą zmusiłem się do pokręcenia głową. Pracuj Naruto, pracuj! Bo inaczej Hiroetsu ci się wymknie!
Sharona wyszła, śmiejąc się cicho.

Dobra, nigdy nie byłeś zbyt uczciwy, tłumaczyłem sobie, idąc w stronę Ichiraku Ramen. Nic się nie stało, że wyszedłeś z pracy nie zostawiwszy nikomu żadnej wiadomości, poradzą sobie bez ciebie, nic nie szkodzi, że to twoje klony znowu roznoszą po Wiosce zlecenia nowych misji, wszyscy się do tego przyzwyczaili… Tak, Naruto, pokiwałem sobie głową z uznaniem, zasłużyłeś na porządny obiad…
Doszedłem do Ichiraku i nagle wszystkie wyrzuty sumienia znikły.
- Cześć!- zawołałem do dziewczyny, obecnej właścicielki, która przejęła interes po ojcu.
- Dzień dobry, Lordzie Hokage! To co zwykle?
- Tak jest!
Wcinając ramen myślałem o tym, że nareszcie wszystko jest tak, jak powinno. Stary Naruto i stare dobre ramen. Niektóre rzeczy nie powinny się zmieniać. Niestety, los szykował naszej Wiosce duże zmiany. Nadciągała w naszą stronę ognista burza.

Ból. Ale przecież mistrz mówił, że nie będzie bolało…
Ból. Ale przecież mistrz mówił, że nie będzie…
- Nie jęcz! – ten wrzask… Ten wrzask ją bolał. Tak bardzo bolał. I głowa tak bardzo bolała… I te oko tak bardzo bolało, czemu ono wciąż boli, czemu zmuszają ją, bym żyła, czemu nie przestaną, czemu jej nie zabiją? Ale przecież wcale nie chciała umierać. Wtedy zostawiłaby swojego Pana…
- Panie!!!- zawołała.- Panie, błagam!!!
Przyszedł. Stanął nad nią. Chciała go dotknąć, ale się odsunął.
- Panie!!!
- Zamilcz, Ai. Nie mam czasu dla ciebie.
- Panie, ja cię kocham!!! Panie, nie zostawiaj mnie!!!
- Odejdź.
- Zapadam się…
- Zapadnij głęboko…
- Tak… już odchodzę, jak sobie życzysz, panie…
- Tak chcę.
- Żegnaj, mój panie…
Odeszła, tak jak jej kazał… Ale przecież nie powinna go słyszeć, nie powinna słyszeć jak mówi…
- Pozbądźcie się jej…
Panie, kocham cię, pomyślała.

Sasuke zbliżał się do mnie z przeciwnej strony. Chwilę zastanawiałem się, gdzie idzie, ale potem stanęliśmy naprzeciw siebie i nie miałem czasu na myślenie.
- Dzień dobry – przywitałem się uprzejmie.
- Zależy dla kogo – odpowiedział. – A ty co się szwendasz? Nie powinieneś być gdzieś indziej?
O ty skurczybyku, pomyślałem, ja ci tu dam.
- No wiesz, miałem bardzo ważną sprawę do załatwienia. Powinieneś się ucieszyć! Sprowadziłem do Konohy bardzo dobrego stolarza, takiego co robi wyjątkowo wytrzymałe stoły.- I pokiwałem głową z przekonaniem o zdolnościach wyimaginowanego stolarza. Sasuke poczerwieniał ze złości.
- Naruto…
- No co, wam chyba potrzebny stół, moja córka przyniosła mi do domu jakiś szczątek waszego starego…
- No tak, potrzeba – rzekł złośliwie.- Jeżeli zakład tego stolarza będzie czynny, to daj znać. Sprawdzę jego umiejętności, a potem wytrzymałość stołu – powiedział, jakby znał się na stołach lepiej od stolarza.
- Nie ma sprawy, może choć jeden stół nada się dla was…
- Będę najczęstszym klientem…- warknął.
Parsknąłem i wyminąłem go.
- Na razie, Sasuke.
Gdy już go minąłem, obejrzałem się, by zobaczyć, czy ruszył się z miejsca. Stał, mamrocząc coś o łamaniu szczęk. Marzyciel!
Oczywiście w moim gabinecie czekał na mnie Shikamaru, zły jak cholera. Wielkie mi halo, Lord Hokage im zaginął, katastrofa! Chyba czas nauczyć ich samodzielności.
Usiadłem za biurkiem, zmęczonymi oczami patrząc na mojego podwładnego, który dawał mi reprymendę o odpowiedzialnym zachowaniu. Gdy już skończył, ziewnąłem.
-Dobra, Shikamaru, rozumiem. Dziękuję ci za przypomnienie mi o obowiązkach. I wiesz co, mam świetny pomysł. Mam taaaki nawał pracy, to dlatego się urywam by odpocząć. Wiesz co? Od tej pory egzaminem na chuunina będziesz się zajmował tylko ty! Ja będę wpadać sobie popatrzeć. O, wcale nie musisz mi dziękować!- zawołałem, gdy otworzył usta, by zaprotestować. Szybko wyciągnąłem z szuflady w biurku pęk zwojów i podałem mu je, nim zdążył zwiać. – Oto listy kandydatów! Powodzenia!
I wywaliłem go z gabinetu. Chwilę potem wpadł Ban.
- Co się stało sensei Shikamaru? – zapytał. – Gdy go minąłem na korytarzu to gadał do siebie, że jest pan „upierdliwy, ale to tak bardzo upierdliwy…” Ale to jego słowa, nie moje.
- Nic mu się nie stało. Ban, od dziś jesteś moją prawą ręką!
- Ja? 
- No ty, Ban, widzisz tu kogoś innego?
- Nie! Tak jest! Dziękuję!
- Nie ma sprawy, a tera zwiń mi ten zielony dywanik sprzed biurka, wynieś i wypierz. ANBU mi go zadeptali…
Chłopak westchnął, zwinął dywanik i odszedł z nim smętnie. Rozejrzałem się w poszukiwaniu natchnienia do pracy, gdy usłyszałem wołający mnie zza okna głos. Wyjrzałem i ku wielkiemu mojemu zdumieniu zobaczyłem moje dzieci, razem, stojące na drodze i patrzące na mnie z dołu.
- A wy czego?
- Idziemy do lasu, nazbierać jakiegoś zielska dla sensei Sakury! – zawołała Mei.
- Ziół! – poprawił ją Mintao. – To są zioła!
- Idźcie! – zawołałem. Przynajmniej jeden kłopot z głowy.
Albo jeden kłopot więcej, jak się okazało już wieczorem.

w następnym rozdziale:

„… - Dobij mnie…- szepnęła upiornym głosem.- Dobij mnie, czerwonooki demonie, po to tu przyszedłeś… Dobij mnie!!!
Zamarłem. Nie spodziewałem się, że to coś będzie prosić o śmierć. Przełknąłem ślinę.
- Czym… Kim jesteś? – zapytałem zamiast tego…”


4 komentarze:

  1. HAHA... Sasuke i Sakura powinni kupić na zapas więcej mebli xd Nie wiedziałam, że z Naruto taki zboczeniec! Niech się tylko Hinata dowie xd
    Szkoda, że tak mało o niej jest. Myślałam, że będzie więcej fontkó z nią związanych no ale trudno się mówi :) Masz prawdziwy talent do pisania ^^

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    więc Sasuke wiedział o obecności Naruto, czyli co Sasuke i Sakura nie widza nic podejrzanego w Hirotym...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    więc Sasuke wiedział jednak o obecności Naruto, czyli co? Sasuke i Sakura nie widzą nic podejrzanego w Hirotou...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    haha więc Sasuke wiedział o obecności Naruto, w tamtymmomencie, czyli co? Sasuke i Sakura nie widza nic podejrzanego w zachowaniu tego całego Hirotyego...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń