wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 15

Trudno nie boleć, widząc, jak zamiera
To, z czym za młodu byliśmy związani…
Jak naszych uczuć, naszych dążeń sfera
Powoli w ciemnej nurza się otchłani.
Adam Asnyk


Nie ma to jak ramen w deszczowy dzień. Przyjemnie siedzi się w Ichiraku, kiedy wielkie krople bębnią o dach, nie ma kolejki, a wokół unoszą się opary z bulionu.
            Gdy już dostałem swoją miskę, złapałem za pałeczki i zacząłem jeść, opowiadając przy tym właścicielce jadłodajni o co ciekawszych plotkach. I gdzieś w połowie mojej drugiej porcji ukochanego dania do Ichiraku weszła młoda, piękna kobieta o długich, brązowych włosach, ubrana w czarny płaszcz. W dłoni trzymała złożony, biały parasol, na ramionach miała nieduży, biały plecak.
- Dzień dobry – powiedziała uprzejmie. Nie znałem jej, a że była piękną kobietą, uśmiechnąłem się do niej szeroko, podziwiając to zjawisko.
- Coś podać? – zapytała ją natychmiast właścicielka Ichiraku.
- Tak, bardzo proszę, ramen z jajkiem – odrzekła kobieta, stawiając parasol obok swojego taborka. Usiadła na nim i spojrzała na mnie z uśmiechem, na widok którego natychmiast zrobiło mi się cieplej. Tak pięknych dziewcząt nie było nawet w naszej wiosce.
- Przepraszam, mieszka pan może w tej wiosce? – zapytała, poważniejąc.
- Tak, mieszkam – potwierdziłem. Potwierdziłbym wszystko, byleby znów się uśmiechnęła. – Mogę w czymś pomóc?
- Tak się składa, że tak – odpowiedziała, sięgając do kieszeni. – Szukam kogoś. Moja siostra zaginęła siedem lat temu. Teraz jest już o wiele starsza, ma siedemnaście lat… niemal straciliśmy nadzieję na odnalezienie jej… aż całkiem niedawno usłyszeliśmy pogłoski, że mieszka w tej wiosce…
            Wyjęła z kieszeni starą, zniszczoną fotografię i podała mi ją. Ująłem zdjęcie i spojrzałem na nie. To było jak trafienie pioruna, jakbym oberwał porządnie prosto w głowę. Na chwilę odebrało mi mowę.
            Zdjęcie przedstawiało Mayę, ale nie taką, jaką znałem. Maya na zdjęciu ubrana była w białą sukieneczkę, patrzyła w obiektyw nieśmiało, uśmiechała się lekko. Na oko, miała jakieś dziewięć, może nawet dziesięć lat. Lewa połowa jej twarzy była pomarszczona i ciemna, ale nie przecinała jej żadna paskudna blizna. Włosy miała nieco dłuższe, a pasemko za jej prawym uchem, które nosiła nawet teraz, nie było zaplecione w warkoczyk, tylko pospinane kolorowymi spineczkami. Jej lewe oko było brązowe, tego samego koloru, co zdrowe oko. Siedziała w jakimś ogródku, na huśtawce, a za jej plecami stała inna dziewczynka, również ubrana na biało, brązowooka i brązowowłosa, troszeczkę od niej starsza. Była to młodsza wersja kobiety, która siedziała teraz przede mną, wciąż mówiąc:
- Ma na imię Ai. Szukamy jej od chwili j porwania, od siedmiu lat. Jeżeli widział ją pan kiedyś w tej wiosce…
- Ona tu mieszka – przerwałem jej nieco zachrypniętym głosem.
- Co? – zdumiała się, jakby nie zrozumiała. Odchrząknąłem.
- Mieszka tu, w tej wiosce – powtórzyłem. Dziewczyna wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi, zdumionymi oczami.
- Mieszka tu… – powtórzyła szeptem.
- Tak. Nazywamy ją Maya… straciła pamięć… nikt z nas nie wiedział, że ma rodzinę…
            Kobieta złapała mnie za dłonie i spojrzała mi w oczy. Jej prawe oko przybrało kolor soczystej zieleni, potwierdzając, że jest ona spokrewniona z moją uczennicą. Jej prawe oko było zupełnie identyczne jak lewe oko Mayeczki.
- Zaprowadzi mnie pan do niej? – poprosiła błagalnie.
- Oczywiście – odparłem.
            Wykrzyknęła coś niezrozumiale i rzuciła mi się na szyję, ściskając mocno i szlochając. Nie miałem pojęcia, co zrobić, wiec ostrożnie poklepałem ją po plecach.
- Już, spokojnie – powiedziałem, bo wciąż chlipała.
- Dziękuję panu, rany, jak ja panu dziękuję! Dziękuję! Tyle lat… już myślałam, że ona… że…
- A wiec chodźmy – zaproponowałem, a ona zerwała się natychmiast i spojrzała na mnie nagląco. Położyłem na ladzie pieniądze za swoją i jej porcję, po czym również wstałem. Wyszliśmy na deszcz. Dziewczyna rozłożyła parasol i ruszyliśmy w kierunku, który wskazałem.
- Mam na imię Asuka – przedstawiła się dziewczyna. – Nie mogę uwierzyć, że Ai w końcu się znalazła. Zna ją pan? Jaka ona jest? Zmieniła się? Wygląda inaczej, niż na zdjęciu? Jak się ma? Czuje się dobrze? Jak tu trafiła, to tak daleko od domu! Powie mi pan, jak ona…?
- Spokojnie – przerwałem jej ten słowotok. – Wszystkiego się dowiesz, kiedy się już z nią spotkasz – powiedziałem, a ona przytaknęła gorliwie. Jej prawe oko jednostajnie zmieniało kolor, pokazując, jak wiele emocji nią targało. W oczach wciąż miała łzy.
- Tak, jej, nie mogę w to uwierzyć! Ai, kochana Ai!
            Łzy spłynęły po jej policzkach, a ona otarła je szybko i uśmiechnęła się do mnie.
- Musisz coś wiedzieć, Asuko  –zacząłem, a ona przytaknęła.
- Co takiego? – zapytała, starając się zapanować nad łzami, które cały czas cisnęły jej się do oczu.
- Maya… Ai… jest chora…
- Chora?! – wykrzyknęła Asuka piskliwym głosem. Przytaknąłem.
- Tak, chora. Ale nie jest to nic, co mogłoby zagrażać jej życiu. Lekarze z naszej wioski uznali jej chorobę za rodzaj psychozy, bierze leki. Spotkanie z panią może wywołać u niej lekki wstrząs, a wtedy bywa niebezpieczna.
- Rozumiem – przytaknęła natychmiast Asuka. – Pan ją dobrze zna?
- Bardzo dobrze – odparłem, a ona spojrzała na mnie z uczuciem, jakbym już był jej rodziną.
- To cud, że na pana trafiłam! Po tylu latach! To cud, naprawdę!
            Radość i wzruszenie emanowały z niej każdym porem. Jej szeroki uśmiech rozświetlał ponure, zalewane deszczem ulice Konohy. W miarę jak szliśmy jej twarz bladła. W kółko poprawiała włosy i wygładzała ubrania. Denerwowała się. Najzupełniej ją rozumiałem. Po siedmiu latach szukania, w końcu odnalazła siostrę. Dowodem na pokrewieństwo było zdjęcie, które mi pokazała, jej prawe, zmieniające kolor oko oraz podobieństwo w wyglądzie, bo Asuka również była bardzo drobna, chuda i miała brązowe włosy i piwne lewe oko. Nie było żadnych wątpliwości. Maya nie była na świecie sama, miała rodzinę, która jej szukała przez całe siedem lat!
- Denerwuję się – odezwała się w końcu, gdy wspinaliśmy się po schodach do mieszkanka Mayi. Skinąłem głową i starłem łzę z jej policzka, po czym wyprowadziłem na korytarz i wskazałem drzwi do odpowiedniego mieszkania. Spojrzała na mnie, przełykając ślinę. Zbliżyliśmy się do wejścia. Asuka jeszcze raz na mnie zerknęła, tym razem z jakaś dziwną obawą w oczach. Rozumiałem, że była strasznie zdenerwowana, tak więc podniosłem rękę i zapukałem mocno. Po drugiej stronie drzwi rozległ się jakiś łomot.
- Chwileczkę! – krzyknęła Maya. Oczy Asuki natychmiast się we mnie wlepiły, więc przytaknąłem, potwierdzając, że to był głos jej siostry.
- Tak, to była ona – szepnąłem, a dziewczyna uśmiechnęła się i kolejne łzy spłynęły po jej twarzy. Jej oko zaczęło zmieniać kolory jeszcze szybciej.
            Drzwi otworzyły się, ale nie stanęła w nich Maya. Zamiast na nią, ja i Asuka wybałuszyliśmy oczy na mojego syna, który stanął przed nami bosy, z roztrzepanymi włosami, w koszulce założonej na lewą stronę. Miałem ochotę strzelić go po głowie. Asuka zmieszała się.
- Eeee… tak? – spytał Mintao, przyglądając jej się uważnie, z lekko zmarszczonym czołem.
- My do… – odezwałem się do syna, ale urwałem, bo w tym momencie ze swojej sypialni na korytarz wyszła Maya. Na szczęście była porządnie ubrana, choć oczy miała roziskrzone.
            Jej spojrzenie od razu padło na Asukę. Siostry patrzyły na siebie pełne dwadzieścia sekund, a ja i mój syn zamarliśmy na ten czas. A potem…
- AI! – wydarła się Asuka i z płaczem rzuciła na Mayeczkę. Złapała ją w ramiona i ściskając, rozpłakała się na całego. Maya spojrzała na nas ponad jej ramieniem.
- Kto to? – spytał mnie szeptem mój syn, gdy przekroczyłem próg. Zamknął za mną drzwi.
- Jej siostra – odszepnąłem. Mintao zdębiał, ale dostrzegłszy moją surową minę, zmarszczył czoło.
- Co się stało?
- Mam ochotę wytargać cię za uszy i po raz kolejny wygłosić ci kazanie o odpowiedzialności.
            Poczerwieniał, gdy zrozumiał, do czego piję.
- My nie… – zaczął, ale w tym momencie odezwała się Asuka, która, wyściskawszy siostrę, odezwała się do niej drżącym głosem.
- Ai, jak ty wyrosłaś! Jak ty się zmieniłaś! Ai, skarbie, to naprawdę ty! To ty!
- Eeee – odezwała się Maya, patrząc na twarz siostry. Dziewczyny były identycznego wzrostu i podobnej postury. – Kim pani jest?
            Jej siostra cofnęła się.
- To ja. Asuka – powiedziała, patrząc na Mayę w zdumieniu. – Twoja siostra.
            Teraz to Maya spojrzała na nią zdumiona, by po chwili przenieść pytający wzrok na mnie i na Mintao. Pobladła.
- Siostra? – powtórzyła, patrząc na Asukę.
- Nie pamiętasz mnie? Zupełnie mnie nie pamiętasz? Ai, to ja, Asuka! Spójrz na mnie, przyjrzyj się! Musisz mnie pamiętać!
            Maya zaczęła kręcić głową i cofać się. Na jej twarzy malowało się oszołomienie.
- Nie pamiętam niczego, co działo się wcześniej, niż pięć lat temu – powiedziała powoli.
- Kochanie… – szepnęła Asuka i zbliżyła się do niej, jakby chciała ją przytulić i pocieszyć. Maya jednak wyciągnęła rękę i nie pozwoliła się objąć.
- Myślę – odezwałem się do wpatrujących się w siebie sióstr – że najlepiej będzie udać się do kuchni i w spokoju porozmawiać.
            Obie skinęły głowami w taki sam sposób. Maya odwróciła się i poprowadziła nas do kuchni, w międzyczasie zaś Mintao ściągnął z siebie podkoszulek, przekręcił go na drugą stronę i na powrót na siebie założył. W kuchni dziewczyny usiadły przy stole, patrząc na siebie. Wyjąłem czajnik z szafki, napełniłem go wodą i nastawiłem na gazie. Mintao w tym czasie nasypał herbaty do czterech kubków. On, tak samo jak ja, nie miał zamiaru zostawiać Mayi samej. Nawet z siostrą.
- Proszę – odezwała się nagle Maya, a spojrzenie wszystkich spoczęło na niej. – Skoro jesteś moją siostrą, proszę, powiedz mi, dlaczego tak wyglądam? – wskazała na swój lewy policzek. Asuka posmutniała. Jej oczy, prawe i lewe, na powrót miały ten sam kolor.
- Wyglądasz tak od swojego siódmego roku życia – powiedziała cicho. – No, nie do końca. Kiedyś nie miałaś tej blizny – wskazała drżącym palcem bliznę przecinającą policzek Mayi, po czym opuściła rękę i wyciągnęła z kieszeni fotografię, którą pokazywała mi w Ichiraku. Podała ją Mayeczce. Maya wzięła ją w dłonie i spojrzała na młodszą siebie, otwierając szerzej oczy.
- A-ale… co mi się stało w twarz? – spytała Maya, palcem przesuwając po gładkim zdjęciu.
- Kiedy odkrywałaś swoją moc, miałaś wypadek. Przepraszam za to, co mówię, ale sama to sobie zrobiłaś.
- Ale… jak to sama?! – wykrzyknęła Maya. – Mój ogień mnie nie rusza!
            Jej siostra uśmiechnęła się smutno i wstała. Zaczęła rozpinać płaszcz, w który była ubrana.
- Na początku zawsze jest trudno. To ty sterujesz ogniem, a kiedyś zawsze się go bałaś, dlatego cię poparzył.
            Zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu krzesła. Pod spodem miała czarne, obcisłe spodnie i białą bluzkę na guziki. Spojrzenie mojego syna automatycznie powędrowało na jej tyłek, szczerze mówiąc, moje też.
            Dziewczyna rozpięła trzy górne guziki swojej bluzki i odsłoniła ramię. Miała tam dużą, okrągłą bliznę. Wszyscy się skrzywiliśmy.
- Zrobiłam to sobie sama, gdy miałam cztery lata – wyjaśniła. – Metalową rurką. Przebiła się na wylot.
- Au – szepnął Mintao, a ona skinęła głową i zapięła bluzkę.
- Metalową rurką? Jak to? – spytała Maya. Asuka zmarszczyła nos, rozejrzała się dookoła i wyciągnęła rękę w stronę kredensu. Leżący na nim widelec przeleciał przez kuchnię i wbił się w drzwiczki szafki naprzeciwko. Przez moje myśli przemknął tylko jeden wyraz: kolejna.
- Mam nad metalem taką samą władzę jak ty nad ogniem – wyjaśniła Asuka.
            W tym momencie rozgwizdał się czajnik. Rzuciłem się kuniemu, wyłączyłem gaz i zalałem nasze herbaty. Postawiłem cztery kubki na stole. Nikt po nie nie sięgnął.
- A jesteś tu… bo…? – spytała nieśmiało Maya. Asuka uśmiechnęła się do niej.
- Nie mogę uwierzyć, że cię odnalazłam! Szukamy cię od siedmiu lat! Nie mieliśmy pojęcia, że ten drań… ten bydlak… że on wywiózł cię za ocean!
- Ten bydlak? – spytał Mintao. – Masz na myśli Hiroetsu?
- Nie mieliśmy pojęcia, jak się nazywał – odparła Asuka, zerkając na niego. – Była noc. Miałaś dziesięć lat, Ai – zwróciła się ponownie do siostry. – A ja trzynaście. Wszyscy spali. Kilku shinobi wdarło się do naszego dworu. Rozgorzała walka, ojciec został ciężko ranny, a ty uprowadzona. Chodziło im o ciebie. Od tamtej pory nieustannie cię szukaliśmy, aż w końcu dotarły do nas wieści, że mieszkasz w wiosce o nazwie Konoha! I przybyłam tu! I jesteś! Rodzice tak się ucieszą! Niemal straciliśmy nadzieję! – zawołała.
- Rodzice… – powtórzyła Maya niczym echo.
- Tak, twoja matka ma na imię Oki, zaś ojciec Takeichi. Pochodzisz z klanu Sakai, jednego z najpotężniejszych klanów na naszym kontynencie – zaśmiała się. – Gdybym tylko pamiętała nasze drzewo genealogiczne, mogłabym ci o wszystkim opowiedzieć, ale nie potrafię nawet zliczyć wszystkich naszych kuzynów i kuzynek! Poznasz ich wszystkich, nie uwierzą, jak zabiorę cię do domu! Wszyscy wierzyli, że jednak żyjesz i nieustannie cię szukali! Kiedy ich spotkasz, zobaczysz, jak bardzo się o ciebie martwili!
- Jak to? – zapytała zdezorientowana Maya.
- To chyba jasne! Zabiorę cię do domu, do mamy i taty! Pokażę ci nasz dom, nasz kraj, naszą wioskę! I cały klan Sakai!
            Oczy Mayi zrobiły się duże jak spodki.
- Ale… – zaczęła i spanikowana, spojrzała na mnie i na Mintao. Asuka spostrzegła to spojrzenie.
- Nie na zawsze, o-oczywiście – powiedziała szybko, zrozumiawszy, o co Mayi chodzi. – Nie mam zamiaru cię stąd wywozić wbrew twej woli. Ale myślę, że… no, że chciałabyś zobaczyć rodziców? Poznać ich? Czekali na ciebie tyle czasu, mama tak bardzo tęskniła… A potem wrócisz. Rodzina będzie cię odwiedzać… chcemy, byś była szczęśliwa, Ai!
- Maya – poprawiła ją moja uczennica. – Proszę, mów mi Maya.
            Przez twarz Asuki przebiegł ledwo dostrzegalny cień bólu.
- O-oczywiście, jak sobie życzysz, A… znaczy, Mayu – powiedziała. – T-to jak? Zgodzisz się wrócić ze mną do domu? Do rodziców? – spytała z nadzieją. Maya przyjrzała jej się, a potem jeszcze raz spojrzała na mnie. Na koniec jej spojrzenie spoczęło na Mintao. Mój syn nie zareagował. Patrzył na nią twardo, zaciskając szczękę. Domyślałem się, że nie w smak mu było, by Maya opuszczała Konohę.
- Chyba… chyba… – Maya przeniosła spojrzenie na siostrę. – Chyba chciałabym…
            Asuka zaśmiała się i po raz drugi na nią rzuciła. Złapała ją w objęcia i przytuliła. Tym razem Maya jej nie powstrzymała, tylko delikatnie pogłaskała ją po włosach. Z oczu Asuki znów popłynęły łzy.
- Och, Ai! To znaczy, M-Mayu! Tak się cieszę! Rodzina nareszcie będzie w komplecie! Tak się baliśmy, że możesz nie żyć! Jeśli chcesz, możemy wyruszyć już jutro!
- Chwileczkę! – odezwał się nagle Mintao. Spojrzeliśmy na niego wszyscy. Mój syn przeszedł przez kuchnię i stanął za siedzącą przy stole Mayką. Położył dłonie na jej ramionach. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, uśmiechnął się. – Nie uważasz, droga Asuko, że to dla Mayi duży szok? Byliśmy pewni, że jest sierotą. No i twoi rodzice pewnie chcieliby się przygotować na przyjęcie zaginionej córki. Proponuję poczekać z tą wycieczką z kilka dni… Może do poniedziałku? Maya przygotuje się psychicznie, a ty, Asuko, będziesz miła czas, by powiadomić rodziców. Dostaliby wiadomość przed waszym przybyciem i mogliby się przygotować. Należy też uprzedzić ich o chorobie Mayi. Takie spotkanie po latach na pewno wywoła masę emocji. Należy zachować środki ostrożności.
            Maya położyła swoją dłoń na jego dłoni.
- Jak zwykle dokładny i jak zwykle masz rację – powiedziała z uśmiechem.
            Asuka przyjrzała się Mintao uważnie. Odwzajemniła ciepły uśmiech, który jej posłał.
- Moja siostra ma szczęście, że trafiła na kogoś takiego, jak ty – powiedziała słodko. Mintao skłonił głowę.
- Proponuję też, bym i ja z wami wyruszył. Nie godzi się, by dwie dziewczyny spacerowały sobie tak daleko.
- Och, to świetny pomysł! – ucieszyła się Asuka. – Zgodzę się nawet na większą eskortę niż jeden człowiek. Niebezpiecznie bywa na trakcie. Niestety jednak, ty nie możesz z nami iść, bardzo mi przykro. Ty i A… Maya, jesteście razem, prawda? Tradycja klanu nakazuje, aby najpierw spotkali się rodzice zakochanych, nim córka przedstawi chłopaka rodzicom.
            I skłoniła głowę w stronę Mintao. Mój syn i siostra Mayi patrzyli cały czas sobie prosto w oczy. Ta wymiana zdań robiła się już niebezpieczna. Choć oboje uśmiechali się ciepło, to spojrzenie mojego syna przyrównać można było do bryłki lodu, a spojrzenie Asuki do stali. Ta para nie polubiła się chyba od pierwszego wejrzenia.
- Niech więc tak będzie – rzekł Mintao. – Wyruszy z wami ktoś z naszych, standardowa ochrona – powiedział i zacisnął palce na ramionach Mayi. Zaniepokoiło mnie to bardziej niż ten jego chłodny ton i przesadnie grzeczne zachowanie. Mój syn był o Mayę strasznie zazdrosny!
- Myślę – odezwałem się, by rozładować napięcie. – Że chyba starczy tych wrażeń jak na dziś. Na mnie i Mintao już czas…
- Ja mam wolne – przerwał mi mój syn. – Z chęcią zostanę do wieczora i wysłucham opowieści Asuki o klanie Mayi – usiadł przy stole i wziął Mayeczkę za rękę. Ta wpatrywała się w niego uważnie. – No co? – spytał jej. – Ja też jestem ciekaw twojej rodziny.
            Patrzyłem na niego przez chwilę.
- Mintao, odprowadź mnie do drzwi – powiedziałem i ruszyłem do wyjścia. – Trzymajcie się, dziewczyny! – zawołałem, kiedy opuszczałem kuchnię, z synem, depczącym mi po piętach. Wyszliśmy razem na korytarz. – Co jest? – zapytałem go szeptem, kiedy zamknął za nami drzwi mieszkania Mayi. Czy mi się zdawało, cy one kiedyś nie miały innego koloru?
- Nie ufam jej – mruknął, a ja przekrzywiłem głowę. Jak można być zazdrosnym o rodzinę swojej dziewczyny? – Tu nie chodzi o zazdrość, tato! Nie słyszę jej myśli, żadnych, nic a nic – powiedział, a ja otworzyłem szerzej oczy.
- Nie słyszysz jej? – upewniłem się. – Nawet z bliska?
- Wcale. A jej wersja nie zgadza się z tym, czego dowiedziałeś się o Mayi od Hiroetsu.
- Ten jednak mógł kłamać, a ja nie widzę powodu, żeby Asuka miała nas oszukiwać. Widzisz podobieństwo, mają takie same oczy, podobne rysy, kolor włosów jest identyczny. To na pewno jej siostra!
- Temu nie przeczę, jednak… Dlaczego nie mogę jej przeczytać? Jakim cudem?
            Zastanowiłem się nad tym problemem.
- Być może umysły takich jak wy nadają na innych falach? – wyszeptałem, bardziej do siebie, niż do niego.
- Jak to, „na innych falach”?
- To już druga osoba z rzędu, której nie czytasz. A dodawszy do tego Junichiego, który zablokował przed tobą i Mei część swoich myśli, to trzecia. Być może coś z umysłami takich jak wy jest nie tak?
- Sugerujesz mi, że jesteśmy nienormalni?! – wydarł się na mnie, tak naprawdę wydarł, po raz pierwszy wżyciu. Zaczerwienił się przy tym lekko. Przekrzywiłem głowę. Czyżby go to gryzło?
- Nie, nadinterpretujesz moje słowa, Mintao – przyjrzałem mu się uważniej. – Nigdy nie powiedziałbym, nawet nie pomyślał, że coś jest z tobą nie tak.
            Syn zarumienił się jeszcze bardziej. Obejrzał się na drzwi mieszkania Mai, po czym znów na mnie spojrzał.
- My… nie jesteśmy normalni, prawda? – wyszeptał, zerkając mi w oczy. – Żadne z nas… Maya często o tym mówi, i Kaju też tak mówił o Kazuo… My wszyscy…
- Mintao – przerwałem mu i położyłem mu dłoń na ramieniu, zaglądając w oczy. – Wasze moce, owszem, są inne. Ale są to niezwykłe moce, wyjątkowe moce. Ty, Mei, Maya… jesteście niezwykli, każde na swój sposób. I nie wydaje mi się, by coś było z wami nie tak.
            Spojrzał na mnie ponuro.
- Rozumiem. Cóż… – cofnął się o krok i położył dłoń na klamce od drzwi do mieszkania. – Wracam do Mayi i Asuki, potem przyjdę do ciebie i wszystko opowiem. Na razie.
- Tak, na razie – skinąłem mu głową i odszedłem stamtąd, zastanawiając się nad wydarzeniami sprzed chwili. Maya miała rodzinę. Nie była sama na świecie, miała dom i bliskich, którzy szukali jej przez tyle lat. Pokręciłem głową. Jak dla mnie, było to zbyt wiele rewelacji jak na jeden dzień. Nigdy bym nie przypuszczał, że Maya mogłaby należeć do równie potężnego klanu, jak na przykład Hyuuga, czy niegdyś Uchiha. Ale tak było.
            Dotarłem do swojego gabinetu i przed jego drzwiami spotkałem czekającego na mnie Sasuke.
- Zastanawiałem się właśnie, gdzie ty się szlajasz w godzinach pracy? – powitał mnie wielce uprzejmie, wachlując się plikiem kartek. Wzniosłem oczy do nieba.
- A ciebie co, Rada wynajęła, byś mnie szpiegował? Załatwiam sprawy wioski – wyjaśniłem, szukając po kieszeniach kluczy do gabinetu. Dopiero po chwili przypomniało mi się, że przecież w ogóle go nie zamykałem. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je przed Uchihą, na co on westchnął ostentacyjnie i wkroczył do mojego gabinetu. Rozsiadł się na kanapie.
            Zamknąłem za nami drzwi, złapałem stojący na moim biurku talerz z ciastkami i postawiłem go na stoliczku przed Uchihą, po czym usiadłem naprzeciw niego.
- A jakież to ważne sprawy wioski ty załatwiasz? – zakpił, biorąc do ręki ciastko. Przyjrzał mu się nieufnie.
- No chyba na tym polega moja praca! – wykrzyknąłem, kiedy ugryzł ciastko, wciąż nieufnie, a potem przełknął kęs. Skrzywił się.
- Możemy już skończyć tę bezsensowną rozmowę? – zapytał.
- To nie ja ją zacząłem! – naburmuszyłem się, ale on zignorował mnie zupełnie. Rzucił mi na stolik przygotowane przez siebie papiery. Wziąłem je do ręki i obejrzałem. Na moją twarz wpełzł uśmiech.
- No proszę, postarałeś się – stwierdziłem, zerkając na niego. Udał, że mnie nie słyszał.
            Przejrzałem dokładnie wszystkie papiery i stwierdziłem, że tak jak przypuszczałem, Sasuke nie zrobił niczego na odpieprz. Położyłem je z powrotem na stoliku i odetchnąłem głęboko.
- Mamy w wiosce jeszcze jednego – mruknąłem.
- Kogo? – zapytał takim tonem, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
- Niezwykłego dzieciaka. Siostra Mayi…
- Ma-Mayi? – zapytał zdumiony, a ja pokiwałem głową i wstałem. Zacząłem krążyć po gabinecie, zacierając dłonie. Sasuke obserwował mnie uważnie.
- Wygląda na to, że nie dotyczy to tylko Konohy, ale całego świata. Wcześniej myślałem, że tylko moje dzieci są takie niezwykłe… no, z małym wyjątkiem, który stanowiła Maya, ale jak się okazuje, myliłem się…
- A więc po to ci tropiciel – bardziej stwierdził niż zapytał, a ja przystanąłem i skinąłem głową. – Chcesz ich odnaleźć.
- Ale póki co, cicho sza! Mintao i Mei nie mogą wiedzieć. Dzieciaki są w niebezpieczeństwie. Ten Takako… Twoja córka i jej oddział przeprowadzili mały zwiad w Krainie Ognia, jednak, jak się okazuje, nie tak łatwo jest odnaleźć te niezwykłe dzieciaki. Wiemy o jednej dziewczynie, którą już objąłem ochroną. Prócz niej Shar nie znalazła nikogo, dlatego potrzebuję super tropiciela. Na podstawie chakry bliźniaków i Mayi ustali on różnicę między ich chakrą a chakrą zwykłego shinobi i w ten sposób będziemy szukać. Skoro dla nas nie jest to łatwe, to dla Takako tym bardziej. W dodatku my mamy większe możliwości. Ale policz sobie, Mintao, Mei, Junichi, Maya, Takako, ten mały od Gaary, kolejny od Tsuchikage, na dwa listy jeszcze czekam, ta dziewczyna spod latarni, i teraz siostra Mayi…
- Spore stadko – mruknął, marszcząc lekko brwi. – Skąd tyś wytrzasnął siostrę Mayi? – zapytał nagle.
- Ja jej nie wytrzasnąłem, sama się wytrzasnęła – powiedziałem, nadal krążąc po gabinecie. Sasuke chrząknął, domagając się dalszych wyjaśnień. – Oj, bo okazało się, że Maya miała rodzinę, która jej szukała. Siedziałem w Ichiraku, kiedy mnie zaczepiła i pokazała zdjęcie. Mayi, z dzieciństwa. Zaczęła opowiadać historię zaginięcia Mayeczki… a podobna do niej jak dwie krople…
- A więc to w Ichiraku byłeś – syknął Sasuke oskarżycielsko. Westchnąłem.
- Tylko tyle zapamiętałeś z tej historii?! Ja ci tu mówię o ważnych sprawach, a ty…
- Dobra, dobra, nie bulwersuj się tak. Kiedy ten cały test? – zapytał, wstając. Wywróciłem oczyma. Kiedyś go zabiję, przysiągłem sobie w myślach.
- Jak najszybciej… jutro! Zorganizuj to jakoś…
- Ja?! – prawie wykrzyknął, ale w ostatniej chwili opanował się i zaledwie głośniej to powiedział, przez co wyszło nieco wyżej, niż z całą pewnością miał w zamiarze. Starałem się nie parsknąć śmiechem, ale i tak nie mogłem się powstrzymać od zwalenia na niego całej roboty, skoro tak mu się to nie podobało.
- Tak, ty wymyśliłeś, ty organizuj. W południe, tylko jakaś dobra lokaliz… wiem! U mnie przed domem będzie idealnie!
            Sasuke zamyślił się na chwilkę.
- No, chyba masz rację… – mruknął, coś tam sobie w myślach kalkulując. Wyszczerzyłem zęby.
- No widzisz! Ja zawsze mam…
- Ta, jasne – przerwał mi, machając zdawkowo dłonią, po czym wstał z kanapy i odłożywszy do połowy zjedzone ciastko, skierował się do drzwi. – Widzimy się jutro, mam nadzieję, że będziesz obecny podczas tego całego testu? – rzucił mi surowe spojrzenie, kładąc dłoń na klamce.
- Będę, będę.
            Sasuke wyszedł z gabinetu, a ja odetchnąłem, zjadłem nieskończone przez niego ciastko i zabrałem się za papiery. Chwilkę później przylazł Ban z nowymi raportami, nad którymi razem zasiedliśmy. Nie zrobiliśmy jednak wiele, gdyż po chwili do mojego gabinetu, oczywiście bez pukania, wpadła Mei, a razem z nią Shan.
- No do cholery, czy wy pukać nie potraficie?! – zdenerwowałem się, kiedy rzucili mi się do biurka, krzycząc jedno przez drugiego.
- Ty wiedziałeś, że w wiosce jest siostra Mayi?!… – darła się Mei, odpychając Shana, bym to na niej skupił swój wzrok.
- Ale to laska, a jaki ma tyłek!… – krzyczał Uchiha, próbując przestawić Mei w inne miejsce, bym to jego słuchał.
- I to jednak jest kekkei genkai, uwierzysz?! Kekkei genkai!!!
- I ma cycki! Maya nie ma, a ona ma!
- Chwila, chwila! – wydarłem się, uciszając ich obije. – Jakie cyck… znaczy, jakie kekkei genkai? – poprawiłem się, widząc surowe spojrzenie Mei.
- No Mayi! – zawołała Mei. – Ale ty nic nie wiesz. Właśnie biegliśmy tu znad jeziora, mieliśmy popływać, ale usłyszałam jak przyszliście do Mayki, ty i ta cała Asuka… i postanowiliśmy przyjść ją zobaczyć. No i ona teraz siedzi z Mintao i Mayką i opowiada im o tych dziwnych oczach klanu Sakai. To kekkei genkai. Nazywa się kichigan.
            Patrzyłem na Mei przez chwilę, a potem odchrząknąłem, biorąc się w garść. Głową wskazałem jej i Shanowi kanapę. Uchiha natychmiast tam usiadł, biorąc na kolana talerzyk z ciastkami. Mei usiadła obok niego, spoglądając na przyjaciela z mieszaniną rozbawienia i irytacji. Nakazałem Banowi, by zajął moje miejsce za biurkiem i uporał się z papierami sam, po czym skupiłem uwagę na córce i młodszym Uchiha.
- Co opowiada? – zapytałem, siadając na stoliku naprzeciw nich. Mei wyprostowała się.
- Że to najpotężniejsze dojutsu na ich kontynencie, że kolor oczu zmienia się, póki nie wytrenuje się jednego z nich. Że od koloru zależy, jaka jest moc kichigan. Że jak Maya wróci do domu, to klan pomoże jej w treningach, i że jak była młodsza, trenowała biały kolor oczu.
- Co to znaczy, że moc zależy od koloru? – zapytałem. Mei już miała odpowiedzieć, gdy nagle oczy stanęły jej w słup i wygięła się do tyłu, jakby w niemym krzyku. Zanim zdążyłem zareagować, z jej ust popłynął spokojny głos.
- Pozwoliłem sobie zaprosić Mayeczkę i Asukę na kolację dziś wieczorem i wtedy Asuka wszystko nam wyjaśni. Nie lubię jej, tato, dlatego nie mam zamiaru nocować dziś w domu… w dodat… PRZESTAŃ! – oczy Mei zmieniły się na normalne i wzdrygnęła się, potrząsając głową. – Nienawidzę, jak tak robisz, Mintao!
            Westchnąłem, zerkając na Shana, kiedy ta dwójka zaczęła kłócić się mentalnie. Shan rozpracował już wszystkie ciastka i teraz siedział zadowolony, szczerząc głupkowato zęby. Skinąłem na niego, a on zrobił poważną minę i odstawił talerzyk. Przeszliśmy na drugi koniec gabinetu.
- No? – zapytał Uchiha, opierając się o ścianę. Nachyliłem się ku niemu.
- Shan, Mintao od początku powtarza, że nie lubi tej całej Asuki, mam więc pewną prośbę. Zrobisz coś dla mnie?
- No nie wiem… – zawahał się teatralnie, patrząc na mnie przebiegle. Palnąłem go przez głowę.
- Jestem twoim Hokage!
- Wiem – odparł, masując obolałe miejsce. – To o co chodzi?
- Jutro w południe ja, twój ojciec i bliźniaki będziemy się czymś zajmować u mnie w domu – szepnąłem. – Mógłbyś przez ten czas zabawić tę całą Asukę?
- A co ja będę z tego miał? – zmrużył oczy.
- Randkę z fajną laską? –odparłem niepewnie.
- I…?
- Ramen?
- I…?
- Jak to „i”, czego jeszcze ty byś chciał?! – zdenerwowałem się.
            Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, ciągnę ile się da – odparł lekko, a ja zasłoniłem dłonią oczy w geście rezygnacji.
- Przestań pajacować, tylko zrób to, o co cię proszę – szepnąłem natarczywie. – Zresztą, po co ja cię w ogóle proszę, to rozkaz! Masz mi ją jutro przytrzymać jak najdalej od mojego domu, pokaż jej co chcesz, nie wiem…
- Moje łóżko…
- Może być, cokolwiek, byleb… chwila, co? – zaciąłem się i spojrzałem na niego z niezrozumieniem. Coś powiedział, ale nie dotarło to do mnie, zajęty byłem własnymi myślami.
- Nic, nic – powiedział ze zbyt niewinną minką jak na niego. Zmarszczyłem brwi, a on zaśmiał się głośno. – Naprawdę nic! Zajmę się nią… odpowiednio – dodał po namyśle.
- No mam nadzieję, i podejdź do tego odpowiedzialnie…
- W takich sprawach zawsze jestem odpowiedzialny.
-…żeby mi się nie plątała pod nogami…
- Nie będzie miała siły, tak ją zmęczę…
- Mam wrażenie, że nie mówimy o tym samym.
            Zaśmiał się. Pokręciłem głową.
- Żeby Sasuke był choć trochę taki jak ty, młodość mielibyśmy fajniejszą – mruknąłem, poklepałem go po plecach i we dwóch wróciliśmy do Mei, która, obrażona, siedziała na kanapie, patrząc na nas chmurnie. Musiała ostro pokłócić się z bratem.
- Ty i brat zostajecie jutro w domu… – zacząłem. Prychnęła.
- Wiem, wiem. I mam też pretensję, że nic nie powiedziałeś nam o wyścigu. Mintao to zrozumiał – dodała, kiedy uniosłem wysoko brwi. – W mieszkaniu Mayi pomyślałeś o „kolejnym”. Od razu to wyłapaliśmy. Było być uważnym – dodała, kiedy otworzyłem usta, by ich ochrzanić. Westchnąłem.
- Mei, to nie są żarty, jesteście w nieb… – zaciąłem się, gdy nagle zdałem sobie z czegoś sprawę. Mei zmarszczyła nos, patrząc na mnie. Wcale nie byli w niebezpieczeństwie. Przecież Takako dał im wybór, mogli opowiedzieć się po jednej ze stron wyścigu i to zrobili. A skoro tak…
- To tworzą nam się dwa fronty – szepnęła Mei.
- Musimy przyspieszyć – odszepnąłem. – Shan, zajmiesz się Asuką i pociągniesz ją za język. Jest kolejną z niezwykłych, może coś wie, coś słyszała o Takako, kto wie? Jest siostrą Mayi, w dodatku nie mieszkała na tym kontynencie, więc bądź łagodny i dyskretny…
-Wolałbym być ostry i dogłębny, ale skoro pan…
-Technika podejścia nie jest ważna – oświadczyłem – obyś tylko dostał to, na czym…
- No przestańcie! – wydarła się Mei, przerywając mi, a my spojrzeliśmy na nią i zaczęliśmy się śmiać. Córka prychnęła wyniośle, rzucając się wściekle do drzwi. – Zboczeńcy, wszystko powiem mamie!
            Huknęły drzwi i Mei opuściła gabinet. Chwilę wpatrywałem się w klamkę, a potem zerknąłem na Uchihę.
- A ją co ugryzło? – zapytałem. Mei nigdy się tak nie zachowywała, przecież przyjaźniła się z Shanem i znała jego dowcip od tylu lat! Tylko ona tak naprawdę rozumiała tego chłopaka. Shan wzruszył ramionami.
- Zazdrosna – odparł lekko. Przechyliłem głowę w bok.
- Akurat, moja córka o ciebie? Nie za wysoko mierzysz?
            Zachichotał.
- Nie pójdziesz za nią? – spytałem.
- Nie – odparł, siadając na stoliku i patrząc na mnie uważnie. Splotłem ręce na piersi. Gdybym go nie znał, pomyślałbym, że ma Mei gdzieś, ale wiedziałem, że to nie prawda. – To co z tą Asuką? – zmienił temat, rozglądając się po gabinecie. Pomachał Banowi, który zerknął na niego znad stosu raportów.
- Mintao jej nie czyta, Mei ci mówiła?
- Mówiła – skupił na mnie wzrok.
- A jest kolejną z niezwykłych. Dowiedz się od niej, czy zna innych takich, jak ona? Czy ktoś jej kiedyś coś proponował? – na jego usta mimowolnie wpełzł uśmieszek, ale mi już nie było wesoło. – Czy wie coś ponad to, co my wiemy?
- A co my wiemy?
- Że Takako zorganizował coś w rodzaju wyścigu, w którym trofea to niezwykłe dzieciaki – odrzekłem.
- Dwa fronty, co? – spytał.
- Nie wiem, o co chodzi, Shan, ale gra toczy się o dużą stawkę – usiadłem obok niego, opierając łokcie na kolanach. – Tu chodzi o życia tych dzieciaków. O moje dzieci… i o innych…
- Czego może chcieć… ten Takako? Jaki w tym cel?
- Moc – odparłem. – Moc tych dzieciaków, niemalże nieograniczona. Wystarczy spojrzeć, co wyprawia Junichi. Z bliźniakami było inaczej, to siedziało w ich głowach, nie uzewnętrzniało się tak bardzo… a mały… Zadziwia mnie każdego dnia, robi coraz dziwniejsze i coraz bardziej zaskakujące rzeczy i już dosłownie nie wiem, co z nim zrobić. Wyobraź sobie teraz jednego człowieka, władającego całą tą mocą… Dość, by dla niej zabijać. By dla niej łamać wszelkie zasady. Ta moc jest ogromna, zupełnie jak w przypadku Bijuu. Kiedyś polowano na mnie, nie pozwolę, by coś podobnego spotkało moje dzieci.
            Shan zamyślił się, pocierając się po podbródku.
- Czemu jednak chciał od nich deklaracji? – spytał, a ja wzruszyłem ramionami. Mózg mi się od tego wszystkiego odkształcał. – Czemu pytał ich o zdanie? I te głupawe teksty, że ich skóra jest zbyt cenna, by zadrapać… albo, że mają wybór, ta czy tamta strona? Jaki miałby w tym cel, Lordzie Hokage?
- Nie mam pojęcia, może czuł się zbyt pewnie? Może uważa, że koniec końców i tak dopnie swego? A może po prostu chodziło o ich zdolności? Może na dłuższą metę bariera w jego głowie by nie wytrzymała? Mintao i Mei złamaliby go wtedy w ciągu sekundy, nie pozostawiliby w nim jednej zdrowej myśli – mruknąłem cicho. Umiejętność moich dzieci może i wydawała się niezbyt efektowna, ale to nie była prawda. Potrafili zniszczyć umysł człowieka w kilka sekund, czasami pomagali podczas najgorszych przesłuchań. Z początku nie chciałem ich do tego angażować, ale czasem trafiały się takie sprawy, że pomoc bliźniaków była niezbędna. Potrafili złamać każde jutsu, jakie nakładało się na ludzkie umysły, by je zabezpieczyć. Potrafili dotrzeć do nawet najgłębiej skrywanych informacji i wydobyć je z przesłuchiwanego. Kiedy widziałem to pierwszy raz, przeraziłem się. Od strony obserwatora wyglądało to strasznie. Nie mogłem oderwać oczu od przesłuchiwanego, który siedział na krześle, jakoś dziwnie wygięty do tyłu, z szeroko otwartymi oczyma i ustami, na których zamarł krzyk agonii. I te jego białe oczy, bo tęczówki gdzieś mu uciekły, ta łza spływająca po jego śmiertelnie bladym policzku… Aż ścisnęło mnie wtedy w dołku, kiedy pęcherz przesłuchiwanego nie wytrzymał i poczułem smród moczu… To wyglądało tak, jakby żywcem wycinali mu mózg, kawałek po kawałku. I taka moc miałaby wpaść w ręce kogoś takiego jak Takako?
- Cała ta sprawa śmierdzi – podsumował Shan. – Po cholerę miałby ich puszczać, skoro miał przewagę? Ich nie ruszył, zaś tego dzieciaka od ciemności porwał bez pytania kogokolwiek o zgodę, no i nie był wtedy sam. Ktoś mu pomógł.
- Przypuszczałem, że nie jest sam. Z całą pewnością nie działa na własną rękę. Pytanie tylko, kto mu pomaga? Gdzie jest? Ilu ich jest? No i czego chcą, prócz dzieciaków, rzecz jasna?
- A Szalona? – spytał Shan. – Ona nic nie wyniuchała, w końcu jest taka świetna? – chyba nie mógł się powstrzymać, by nie być kąśliwym w stosunku do siostry. Potarłem się po karku.
- Na początek zabrali się za dochodzenie w sprawie Kuchinaby, potem jednak sprawa się wyjaśniła, zabił go Takako, jednak dlaczego był to akurat Kuchinaba pewnie dowiemy się od samego Takako, więc nieprędko. Zmieniłem więc instrukcje Sharony i wysłałem jej oddział na mały rekonesans. Chciałem, by utwierdzili mnie w przekonaniu, że nie tak łatwo jest odnaleźć kogoś z tych niezwykłych…
- I przekonali?
- Znaleźli jedną dziewczynę – odparłem. – O której wiedzieliśmy, jeśli mam być szczery. Została objęta ochroną.
- Co dalej? – zapytał. Odetchnąłem głęboko.
- Będziemy szukać. Poinformowałem wszystkich Kage o zaistniałej sytuacji, prosiłem, by w swoich wioskach i swoich krajach zadbali o bezpieczeństwo tych „szczególnych” dzieci. Problem dotyczy nie tylko Konohy, te dzieciaki rodzą się wszędzie. Shan, my nie możemy przegrać tego wyścigu – szepnąłem natarczywie. Skinął głową. Lubiłem z nim rozmawiać, ponieważ, po pierwsze, całkowicie mu ufałem i jak dotąd nigdy nie zawiódł mojego zaufania, a po drugie, to właśnie jego widziałem w przyszłości na moim miejscu. Po prostu już dawno obiecałem sobie, że to właśnie Shanowi przekażę moją Wolę Ognia. W jego rękach mógłbym zostawić Konohę i się o nią nie martwić. Jedyne, czego potrzebował Uchiha, to małego szkolenia o odpowiedzialności i obowiązkowości. Ale ku temu, jak miałem nadzieję, jeszcze nadarzy się jakaś okazja.
- Wygląda na to, że nie możemy – poparł mnie, przeciągając się i ziewając. Wstał. – Wracam do domu, prześpię się z tym i jutro zajmę dziewczyną. Wypytam o wszystko.
- Miej oko na Mei, dobra? – poprosiłem. Uśmiechnął się.
- Jasne, zawsze mam.
- I…
- Tak? – zapytał, już okręcając się w stronę drzwi.
- Jak tam relacje z ojcem? – zapytałem. Shan nie miał pojęcia o przepowiedni, nie powiedzieliśmy mu. Wiedziały o niej tylko moje dzieci, no i ja. Mei nie wierzyła, Mintao podobnie. Zgodnie stwierdzili, że to pomyłka, którą nie należy się przejmować, jednak mnie wciąż dręczyły słowa Starej Żaby i pilnie obserwowałem Shana, zważywszy na moje plany wobec niego. Nie zapowiadało się, by nagle miało mu coś odbić. A jednak… będzie on końcem swojego klanu… zapowiedzią ostatecznego i definitywnego końca ery shinobi… Brzmiało to tak, jakby Shan lada chwila miał oszaleć i zniszczyć świat. Nie mogłem w to uwierzyć i nie chciałem w to wierzyć.
            Uchiha zamarł z dłonią na klamce. Był taki podobny do Sasuke, gdy ten był w jego wieku. Miał tylko trochę inną fryzurę, łagodniejsze oczy, więcej się uśmiechał. Ale biła od niego ta aura klanu Uchiha, tak samo jak i krążyła nad nim ich klątwa.
- W porządku, ojciec od dawna ze mną nie rozmawia – powiedział. – Jak zwykle wszystko odbywa się na pokaz.
- Shan…
- Nie będę jego marionetką! I nigdy nie będę synem, jakiego by chciał! – zawołał chłopak, a potem zaśmiał się. – Nie będę taki. Nie dam się do samego końca. Jeszcze zobaczycie, już raz to panu tłumaczyłem…
- Sasuke nie podoba się to, jak wyrażasz się o Itachim! – zawołałem. – Nie znałeś go, nie wiesz, jaki był…
- Nie obchodzi mnie, jaki był ten cały Itachi, a jaki on nie był! – obrócił się ku mnie gwałtownie. – On nie żyje! Nie żyje, do jasnej cholery, a ja tu jestem, z krwi i kości i mam dość tego, jaki Itachi był! Nie obchodzi mnie to! – wyrzucił to z siebie, a potem zamilkł. Spojrzał na klamkę od drzwi, którą trzymał w dłoni. – Tyle razy mi mówił – szepnął – że hańbię nasze nazwisko i pamięć po Itachim, a ja mu wybaczałem, bo jest moim ojcem a w gniewie mówi się wiele rzeczy. Jednak on nigdy mi nie wybaczył jedynej prawdy, którą mu zarzuciłem. Bo Itachi wcale nie jest dla mnie ważny i nie powinien być ważny dla niego. Itachi nie żyje! A my dwaj… my dwaj żyjemy.
            A potem po prostu wyszedł.

1 komentarz: