poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 29

"Książki są bramą, przez którą wychodzimy na ulicę. Dzięki nim uczysz się, mądrzejesz, podróżujesz, marzysz, wyobrażasz sobie, przeżywasz losy innych, swoje życie mnożysz razy tysiąc. Ciekawe, czy ktoś da ci więcej za tak niewiele. Pomagają też odpędzić różne złe rzeczy - samotność, upiory i tym podobne gówna. Czasem się zastanawiam, jak możecie znieść to wszystko wy, którzy nie czytacie."
Arturo Perez-Reverte


Stukałem palcami w blat biurka, wyglądając przez okno. Czas wlókł się niemiłosiernie, a wskazówki zegara zdawały się przesuwać dwa, a może nawet i trzy razy wolniej niż normalnie. Niecierpliwiłem się, w końcu o północy miałem poznać tajemnicę Hiroetsu. Usłyszałem kaszlnięcie. Spojrzałem na Bana, który stał pośrodku mojego gabinetu. Zupełnie zapomniałem, że tu był.
- Co jest, mówiłem ci piętnaście minut temu, żebyś poszedł do domu się wyspać.
- Co się dzieje, Lordzie Hokage? - zapytał bez ogródek. Westchnąłem. Znał mnie o wiele lepiej, niż mi się wydawało. W końcu był moim pomocnikiem odkąd tylko zacząłem być Hokage. Nie było lepszego od niego na to stanowisko, tylko on był w stanie ze mną wytrzymać tak długo. Przypomniałem sobie jego pierwszy dzień w pracy…

            Przez uchylone okno do gabinetu wlewało się bystre, letnie słońce oraz wpadał pachnący kwiatami wiatr. Ja jednak nie mogłem rozkoszować się pięknem pogody. Stojąca naprzeciw mnie Tsunade poirytowanym głosem tłumaczyła mi, za co teraz odpowiadam.
-…i całą Wioskę Liścia, Naruto! Nie możesz zapominać, każdy mieszkaniec jest ważny, a praca Hokage to nie tylko zaszczyt, to również ogromna odpowiedzialność! Od tej pory musisz zapomnieć o swoich dziecięcych wybrykach i skupić się na pracy!To od ciebie będzie teraz wszystko zależało, często będziesz stawał przed niebywale trudnymi wyborami, stawiając na szali różne, czasem równe sobie wartości!
- Wiem! - powiedziałem głośno, zakładając sobie ręce za głowę. Podniosłem nogi i położyłem je na biurku, wyciągając się w fotelu. - Ale czadzior, patrzeć na świat z tej perspektywy…
- Naruto! - wrzasnęła na mnie, a ja uśmiechnąłem się.
- Wyluzuj, babciu. Wiem, co mam robić…
            W tym momencie ktoś przerwał mi pukaniem do gabinetu.
- Proszę! - zawołałem. Drzwi tworzyły się i wszedł Shikamaru, prowadząc ze sobą jakiegoś chudego dzieciaka o przerażonym wyrazie twarzy.
- Naruto, to jest Ban - powiedział Shikamaru, wypychając chłopaka na środek gabinetu. - To on pół roku temu zdał egzamin na chuunina.
- I… naprawdę chcesz, by ten dzieciak był twoim zastępcą? - spytałem mojego przyjaciela, unosząc jedną brew. Shikamaru skinął głową.
- Tak. Jestem pewien, że się spisze. A teraz przepraszam…
            Shikamaru skłonił się i wyszedł. Spojrzałem na Tsunade, a ona pokręciła głową i również opuściła mój gabinet. Zerknąłem na dzieciaka, który nadal stał w bezruchu pośrodku gabinetu, patrząc na mnie w niemym zachwycie.
- Miło mi cię poznać, Ban - powiedziałem. Dzieciak drgnął i ukłonił się nisko.
- To dla mnie zaszczyt, Hokage-sama! - wykrzyknął.
- Eeee, ta, dobra. Podejdź tu, pokażę ci co i jak…
            Zbliżył się, a ja przez kilkanaście minut tłumaczyłem mu, na czym polegają codzienne obowiązki Hokage. Pojął w migi już po chwili mogłem go wysłać po raporty do bramy głównej. Nie było go niecałe piętnaście minut. Gdy wrócił i pozwoliłem mu wejść, wpadł do gabinetu  zziajany.
- Oto raport o który pan prosił, Hokage-sama!- ponownie wykrzyknął, po czym zgiął się w ukłonie. Spojrzałem na niego zdumiony.
- Wyluzuj, dzieciaku - mruknąłem, biorąc od niego teczkę z papierami. - Nie musiałeś się tak spieszyć.
- Tak jest! - zawołał i stanął z boku. Pochyliłem się nad raportem, ale nie mogłem się nad nim skupić. Chłopak stał pod ścianą, patrząc w przestrzeń pustym wzrokiem, a sztywny był, jakby połknął kij od szczotki. Rozdrażniony podniosłem głowę.
- Ban?
- Tak jest!
- Może byś sobie klapnął? - zapytałem. Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- Usiadł, Ban. Obok siebie masz kanapę. Taki mebel, na którym się zazwyczaj siada.
- Nie śmiałbym - odrzekł szybko. Westchnąłem.
- Dobra, przerwa - powiedziałem głośno i wstałem zza biurka. Przeciągnąłem się. Dzieciak zerknął na mnie zdumiony.
- A-ale…- wyjąkał.
- Tak, słucham? - zapytałem.
- Ale pan… Hokage-sama, czy pan nie miał…
- Coś ci nie pasuje, Ban? - zapytałem uprzejmie. Chłopak zaczerwienił się.
- N-nie, o-oczywiście, że nie, Hokage-sama!
- Świetnie! A więc chodź ze mną.
            Wyszedłem z gabinetu, a on za mną. Gdy tylko znaleźliśmy się na zewnątrz, ściągnąłem z głowy czerwono-białą czapkę oraz biały płaszcz i wcisnąłem to w ręce pierwszego lepszego strażnika przy drzwiach. Przeczesałem włosy palcami i ruszyłem w stronę wioski, a Ban za mną.
- L-lordzie Hokage, uważam, że powinniśmy…- zaczął, ale przerwał, bo najwyraźniej nie miał śmiałości, by dokończyć.
- Co powinniśmy? - zapytałem. - Jestem Hokage, mogę robić, co chcę. Nie uważam, żebym cokolwiek teraz powinien. Mam ochotę na ramen.
            Dotarliśmy do Ichiraku. Zamówiłem porcję dla siebie i dla niego, po czym zacząłem jeść, nie zwracając uwagi na Bana, który najwyraźniej nie wiedział, jak się zachować. W końcu również pochylił się nad swoją miską. Gdy skończyliśmy, zapłaciłem za posiłek i wyszliśmy z jadłodajni.
- Czy teraz już wracamy? - zapytał Ban. Prychnąłem.
- Skąd! Mam ochotę spotkać się z Iruką i zobaczyć, co ciekawego dzieje się w Akademii.
            Więc poszliśmy do Akademii. Ban był coraz bardziej naburmuszony, ale nic nie mówił. Nie miał śmiałości przerwać mi rozmowy z Iruką ani powstrzymać mnie przed łażeniem po klasach i wygłupianiem się z dzieciakami. W końcu wyszliśmy i ze szkoły.
- Czy teraz wracamy? - zapytał Ban.
- Nie. Chciałbym zobaczyć się z Hinatą…
- Lordzie Hokage! - zawołał Ban. Spojrzałem na niego zdumiony, a on spłonął rumieńcem i cofnął się o krok.
- Co?!
- N-Nic - wyjąkał.
- Chciałeś coś powiedzieć - warknąłem na niego, a on drgnął.- No to mów!
- Nie… to nic ważnego…
- Nalegam…
- Ale…
- To rozkaz, Ban! Mów, ale to już!
- No bo jest pan taki nieodpowiedzialny! - wykrzyknął zrozpaczony. - Cały dzień zmarnował pan na chodzenie po wiosce i jedzenie! Powinien pan teraz czytać raporty, które przyniosłem, Hokage-sama!
            Zacząłem się śmiać. Dzieciak spojrzał na mnie zdumiony, a ja wyciągnąłem rękę i rozczochrałem mu włosy, wciąż się śmiejąc. Ban przypatrywał mi się dość długo.
- Masz rację - przytaknąłem mu. - Shikamaru miał rację, nadajesz się.
            Ruszyłem w stronę budynków administracyjnych, a on za mną. Gdy znaleźliśmy się w moim gabinecie, usiadłem za biurkiem, a on stanął przed nim, nieco zmieszany. Przyjrzałem mu się uważnie.
- Jesteś sztywniacki i nieśmiały - powiedziałem w końcu, a on otworzył szerzej oczy. - Ale cholernie odpowiedzialny i leży ci na sercu dobro wioski. Zawsze mów mi to co myślisz, ok? Nawet jeśli miałbyś mnie opieprzyć, tak jak przed chwilą. Z drugiej strony… wymagam od ciebie posłuszeństwa, a nie bezwarunkowego oddania. Chodzi mi o to…
            W tym momencie drzwi mojego gabinetu otworzyły się z rozmachem i do środka wpadł wściekły Shikamaru.
- Gdzieś ty był przez cały dzień, do jasnej Anielki?! - wykrzyknął. Wyprostowałem się w fotelu, słuchając przez następne piętnaście minut jego reprymendy. Gdy się już na mnie wyżył, rzucił mi na biurko przyniesione przez siebie papiery, po czym wyszedł wściekły, trzaskając drzwiami. Ban patrzył na tę scenę szeroko otwartymi oczami.
- To  co, kumple? - zapytałem uśmiechając się. Ban odwzajemnił uśmiech.
- Jest pan niemożliwy, Lordzie Hokage. Kumple - odpowiedział i rozsiadł się na kanapie, a ja zabrałem się za robotę.

- Nic się nie dzieje, Ban. Idźże człowiecze do domu i nie denerwuj.
- Zawsze, jak jest pan zdenerwowany, robi się pan opryskliwy - rzekł, ale ruszył w stronę drzwi. - Udanej nocy, Lordzie Hokage, cokolwiek pan planuje.
- Taaa. Dzięki.
            Wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi, a ja zabrałem się za podsumowywanie tego, co już wiedziałem o Hroetsu. Po pierwsze: założył drugą w Krainie Ognia wioskę shinobi, którą nazwał Wioską Ukrytą w Promieniach. Udało mu się to dzięki spadkowi, który dostał po swoim pracodawcy. Po założeniu wioski udało mu się ściągnąć do niej także garstkę shinobi, którzy stali się jego podwładnymi i rozpocząć działalność w naszej krainie, z poparciem Lorda Feudalnego. Po drugie: wiadomo mi także, że zanim założył wioskę, przeprowadzał jakieś tajemnicze badania z zakresu botaniki albo alchemii, uważając się za naukowca. W dodatku, coś tam podobno wynalazł. Po trzecie: cała jego wioska była tylko przykrywką dla jakiejś nielegalnej działalności, o której nie miałem pojęcia. Wiadome mi było tylko, że Hiroetsu porywa ludzi z okolic swojej wioski, a po kilku dniach ich wypuszcza, a porwani przez niego cywile po jakimś czasie przenoszą się do Wioski Słońca. Prawdopodobnie jest to spowodowane jutsu, które na nich nakłada. Jutsu to sprawia, że są oni w nim tak jakby zakochani, a każda zdrada przynosi natychmiastową śmierć spowodowaną przez czarny kwas wszczepiony w ciało.
            Spojrzałem na zegarek. Pół godziny do północy. Wstałem i wyszedłem z gabinetu.
            Polana, na której zwykle spotykałem się z Shimamurą, dziś wydawała mi się radośniejsza, niż zwykle. Moje żyły pulsowały, a ja sam nie mogłem się uspokoić. Mogłem tylko powtarzać „nareszcie, nareszcie”, krążąc po polanie w tę i z powrotem. Nagle usłyszałem szelest, a gdy odwróciłem się, Shimamura stał za mną, dysząc ciężko.
- Spóźniłeś się! - ofuknąłem go. Uśmiechnął się.
- To nie takie proste… przybyć tu… w kilka godzin… ech.
            Poczekałem, aż złapie oddech. Szpieg oparł dłonie na kolanach, pochylając głowę. W końcu opadł na tyłek, dysząc.
- Ja pierdzielę, do chrzanu z Hiroetsu i jego bandą świrów. Jestem wykończony…
            Zbliżyłem się i siłą tłumiąc buzujące we mnie emocje,usiadłem naprzeciw niego. Patrzyłem, jak po woli wraca do normalnego stanu,trzymając się za serce.
- No mów! - nie wytrzymałem w końcu. Spojrzał na mnie i zaczął się śmiać, a ja zazgrzytałem zębami ze złością. - Shimamura!
- No dobrze, już dobrze, po prostu jest pan strasznie niecierpliwy, Lordzie Hokage. No więc dobrze…- usiadł prosto i odetchnął głęboko po raz ostatni. - Odnalazłem Saia. Albo raczej mój współpracownik, Cash, odnalazł.
- I co? - zapytałem napastliwie.
- Żyje. Jest w kiepskim stanie, ale żyje.
- Co znaczy „w kiepskim stanie”?
- Wdaje mi się, że Hiroetsu chciał przeciągnąć go na swoja stronę, ale Sai się nie dał. Jest teraz jego więźniem, a Hiroetsu próbuje na nim swoich sztuczek, by w końcu dowiedzieć się,jak przełamać jego obronę. Musimy się spieszyć, żeby go stamtąd wydostać, bo obawiam się, że długo nie pociągnie.
- Więc Sai nie dał się złamać tak jak tamten szpieg, Yoshio?
- Nie - Shimamura pokręcił głową. Wstałem, zacząłem krążyć po polanie, masując skronie. Trochę mnie to przerosło, nie spodziewałem się, że Sai będzie przez Hiroetsu torturowany. Gdybym tylko wiedział… gdybym się choć domyślił… gdybym…
- Mam plan co do przedostania się do Wioski Słońca - odezwał się Shimamura, przerywając moje nerwowe dreptanie. Spojrzałem na niego.
- Mów - rozkazałem.
- Za cztery dni dwóch wyławiaczy, bo tak tam nazywani są shinobi, którzy dla Hiroetsu wyłapują ludzi, opuści Wioskę Słońca. Będą wracać tego samego dnia. Ale plan wymaga pańskiego w nim udziału, Hokage-sama. To nie przelewki, oni tam naprawdę są silni. Zabierze pan ze sobą jakiegoś shinobi i się podszyje pod tych dwóch wyławiaczy. Cash zadba, abyście nie zostali odkryci.
- Cash… jak to zrobi?
- To jego sprawa - mruknął Shimamura. - Ten chłopak to złoto. Cokolwiek się wydarzy, może pan być pewien, że chłopak będzie was krył. W tej dziedzinie jest nieoceniony. Mówię więc, cokolwiek się stanie, wystarczy zaufać.
- Dobrze - skinąłem głową. - Ufam, więc mnie nie zawiedźcie. Teraz opowiedz mi wszystko, co wiesz o podziemiach jego wioski.
- To sieć tuneli, jasnych, dobrze oświetlonych. Przypominają szpital. Od wejścia, które wam pokażę, do sali w której przetrzymują Saia będzie całkiem blisko. Będą to siedemnaste drzwi po prawej stronie. Co dalej będzie pan tam robił, to pana sprawa. Poza tym znajduje się tam duże laboratorium, kostnica i miejsce, do którego nie ma wstępu nikt, prócz Hiroetsu. W podziemia mogą wchodzić dokładnie dwadzieścia dwie osoby. Nie wolno tam wnosić broni.
- Rozumiem. Wiesz coś na temat jego jutsu? - zapytałem.
- Niestety nie - odpowiedział. - To coś więcej niż tajemnica. Ciężko jest się tam czegokolwiek dowiedzieć, ci ludzie nie rozmawiają na jego temat. Na własne oczy widziałem, jak dwóch gości zeżarło takie czarne coś, kiedy niebyli posłuszni. Nie bardzo wiem, co się wydarzy, kiedy już pana tam wprowadzimy…
- A więc posłuchaj, jaki ja mam plan…

            Zamknąłem oczy i wystawiłem twarz na działanie chłodnego, przyjemnego wietrzyku. Lekko mżyło, tak więc od razu zrobiła się wilgotna. Oddychałem spokojnie, czując, jak powoli zlewam się z otaczającym mnie światem. Naturalna energia przepływała wokół mnie, czułem ją wszędzie, w każdym powiewie, w zapachu ziemi, we wszystkich roślinach, które mnie otaczały… I to wszystko rozmyło się nagle, gdy stanąłem przed gigantyczną klatką. Wrota do niej stały otworem, a w ciemnościach widać było zarys gigantycznej bestii przykutej do kamiennej kuli. Moje najgłębsze ja. To, co miałem w sobie. Najczarniejszy, najbardziej złowieszczy, najplugawszy fragment mojej świadomości. Zanurzony po kostki w wodzie zrobiłem krok do przodu.
- Nie mylę się - wyszeptałem, ale mój głos i tak został porwany przez echo i zwielokrotniony. Czerwone oko rozchyliło się nieznacznie. W ciemnościach jarzyło się jak ogień. Gardłowy warkot nie przestraszył mnie i nie zmusił do cofnięcia się. Ja. Moje ciało -moja wola.
- Nie mylisz - powiedział demon, a jego warkot zamienił się w śmiech. Zadzwoniły łańcuchy uformowane z mojej chakry. - W końcu wziąłeś pod uwagę wszystkie ewentualności. Rozważyłeś wszystko co wiesz, wysnułeś wnioski i opracowałeś plan. Zastanawiam się więc, czego ode mnie chcesz?
- Potwierdzenia, że potrafimy.
- Potrafimy wszystko - odparła bestia, białe kły zabłysły złowieszczo. - Czy jeszcze się nie przekonałeś, jak wiele możemy? Naruto?
- HOKAGE-SAMA! - głos wybił mnie ze stanu medytacji. Wszystko rozmyło się i po chwili znów znajdowałem się na dachu. Wściekły, obejrzałem się za siebie. Ban stał przy wejściu na dach, w dłoniach trzymał kilkanaście papierowych teczek. Patrzył na mnie nieprzychylnie, unosząc lekko jedną brew.
- Czego chcesz, Ban? Zdaje mi się, że jest dopiero szósta czterdzieści pięć, a więc mam jeszcze piętnaście minut - powiedziałem, nie poruszając się. Stałem sobie na dużym palcu prawej nogi, na metalowej rurce o średnicy pół centymetra i długości około metra,którą postawiłem na blance otaczającej dach budynku administracyjnego.
- Pan jak zwykle, tylko by się lenił, Lordzie Hokage.
- Ja się nie lenię, Ban. Ja trenuję…
- Jak dla mnie, to pan jak zawsze gapi się na wioskę i głośno wzdycha. A papiery same się nie podpiszą, nie podstemplują, drużyny same nie wyruszą na misje, odbudowa szpitala sama się nie zakończy, raporty spod bramy się same nie przeczytają… no i ma pan dziś to spotkanie…
- Ban…- odezwałem się, przykładając dłoń do skroni. - Czy ty musisz mnie dołować z samego rana. Codziennie grzebię się przez te papiery, wiem doskonale, co należy zrobić.
- Ja tylko panu przypominam, w końcu chciał pan dziś mieć wieczór wolny… Dziś jest dzień sharingan…
            Mówiąc to odwrócił się a potem odszedł. Tak, chciałem mieć dzisiejsze popołudnie wolne, w końcu nie co dzień ma się okazje popatrzeć na trenującą Sharonę… no i na jej brata.
            Zeskoczyłem z rurki, a potem wróciłem do swojego gabinetu, aby jak najszybciej skończyć pracę. Spodziewałem się ujrzeć Sharonę dopiero wieczorem, ale się przeliczyłem. Przyszła do mnie koło południa, niosąc papiery dotyczące szpitala od Sakury. Jak zwykle w dni sharingan, tak i dziś, oczy miała zasłonięte białą przepaską, nie przeszkadzało jej to jednak w poruszaniu się po wiosce, ba, potrafiła nawet z zawiązanymi oczami stawić czoło swojemu ojcu. Sasuke zawsze wychwalał ją przez to pod niebiosa, dodatkowo najeżdżając przy tym na Shana, który nawet z aktywnym sharinganem nie był wstanie walczyć z nim choćby z pięć minut. Nie mówiąc już o tym, że w najbliższym nawet czasie nie było szans, by chłopak aktywował Mangekyo Sharingan.
- Znowu ślepy trening? - zapytałem. - Wymyśliłabyś coś lepszego…
- Shan miałby większy problem, gdybym widziała…- zaśmiała się, przeczesując rozpuszczone włosy palcami. – Na razie jednak trenuje z ojcem, a ja będę walczyć za chwilę z Toeim, obiecał mi pomóc przy treningu.
- Czyli randka! - zawołałem uradowany, bo jakiś czas temu Makoto założył się ze mną, że się drugi raz nie umówią. Sharona poczerwieniała.
- Żadna randka! - zawołała zła, poprawiając opaskę na oczach, bo ta jej się przekrzywiła.- Będziemy walczyć!
-  A co mnie obchodzi, co wyrobicie na randkach…- mruknąłem, zaglądając w papiery od Sakury. - To idź już, bo się chłopak zaczeka…
- To nie randka! - wydarła się, ale ponieważ jej nie odpowiedziałem, wyszła, trzaskając drzwiami.  Zaśmiałem się do siebie, zastanawiając się, co by było, gdyby się Shimamura dowiedział, że Sharona spotyka się z Toeim? Chociaż… czy Toei był jakąś konkurencją dla Shimamury?
            Szybko ogarnąłem się z papierami,  a potem poszedłem sprawdzić, jak idzie odbudowa szpitala. Musiałem wyrobić się ze wszystkim, a miałem przecież w planach spotkanie, na które, bądź co bądź, czekałem od rozmowy z Shimamurą.
            Oczywiście, musiałem się przebrać, bo jakżeby inaczej. Czerwono-białe ciuchy jak zwykle mnie wkurzały, i cały czas się o nie potykałem, idąc do sali, w której miałem za chwilę stoczyć prawdziwą batalię. Oddychałem głęboko, próbując się uspokoić i wmówić sobie, że pójdzie mi jak z płatka, ale tak naprawdę wiedziałem, że wcale nie pójdzie i najpierw się nasłucham, zanim cokolwiek osiągnę.
            Zbliżyłem się do drzwi Sali Obrad i otworzyłem je. Wewnątrz, przy dużym, okrągłym stole, siedziały dwie bardzo dobrze znane mi osoby.
            Tsunade popijała herbatkę, czytając gazetę. Blond włosy opadały jej na twarz, brązowe oczy w skupieniu śledziły tekst. Wyglądała jak zawsze pięknie, na nie więcej niż czterdzieści pięć lat, i to takie zadbane czterdzieści pięć. Obok niej siedział Shikaku Nara, beznamiętnie patrząc w okno.
- Witam - powiedziałem grzecznie, zamykając za sobą drzwi.
- Naruto - powiedziała Tsunade, podnosząc oczy znad gazety. - Dlaczego marnujesz mój czas?
            Wykrzywiłem się. Odkąd przestała być Hokage, niewiele rzeczy ją obchodziło. Została wybrana na radną, dostawała raporty o tym, co działo się w wiosce, kiedy była potrzebna, zawsze pomagała, a na co dzień mieszkała sobie na skraju wioski razem z Shizune i chyba była szczęśliwa. Moje dzieciaki często ją odwiedzały, na początku razem z Shanem, ale potem Shan zrobił się starszy, zapałał uwielbieniem do jej obfitego biustu i zabroniła mu się odwiedzać po tym, jak próbował podejrzeć ją podczas kąpieli. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy Tsunade opowiadała mi o tym zdarzeniu, wcale nie była aż tak oburzona, jak powinna być, a na koniec stwierdziła, że dzieciak przypomina jej Jiraiyę.
- To naprawdę bardzo ważne. Jesteście dwójką ludzi, która codziennie jest informowana o wynikach mojego śledztwa w sprawie Hiroetsu. Nikt nie wie tyle, co wy. Teraz chciałbym was poprosić o zezwolenie na opuszczenie wioski. Chciałbym włamać się do Wioski Słońca.
            Spojrzeli na mnie w zdumieniu. Tsunade nawet odstawiła swoją filiżaneczkę z herbatą. Shikaku podrapał się po brodzie.
- Włamać do Wioski Słońca? - powtórzył. - A w jakim celu?
- Mój szpieg odnalazł Saia. Wiem jak dostać się do ich wioski, włamać w podziemia i zabić Hiroetsu. Mam też plan, jak dowiedzieć się, jak można ocalić wszystkich ludzi, których on naznaczył swoim jutsu. Muszę tylko…
- Nie - przerwała mi Tsunade. Spojrzałem na nią zdumiony, a czerwono-biała czapka spadła mi z głowy. Pochyliłem się, by ją podnieść.
- Ale… babciu Tsunade…
- Nie i już - warknęła, ze złością zamykając  swoją gazetę. - Czyś ty postradał rozum?! Jesteś Hokage! Z głowy sobie wybij opuszczanie wioski! Co będzie, jak zginiesz?! Jak coś ci się stanie?
- Ale… babciu Tsu…
- Naruto! Jesteś dorosły, a nadal z tobą jak dzieckiem! Nie wolno ci opuszczać wioski i się narażać! To jeden z podstawowych środków ostro…
- Oj, dajcie spokój! - zawołałem, siadając naprzeciw niech. Splotłem dłonie na stoliku i wychyliłem się w kierunku Tsunade. - Nikt nie może tego zrobić oprócz mnie i doskonale o tym wiecie. Sharona Uchiha poniosła tam klęskę razem ze swoim oddziałem, a kto jak kto, ale ona to akurat jest najlepsza…
- Pozostają jeszcze Sasuke Uchiha i Sakura Uchiha - odezwał się Shikaku. - Następcy sanninów…
- Skuteczni tylko w komplecie - warknąłem. - Chcę tam iść razem z Sasuke, podczas gdy Sakura będzie stanowić ochronę dla wioski.
- Nie - powiedziała Tsunade.
- Nie - poparł ją Shikaku.
- No weźcie! - zawołałem, uderzając czołem w blat stołu. - Czy ja muszę się z wami kłócić?!
- Z jakiej to racji mamy pozwolić, by nasz Lord Hokage opuścił wioskę? - zapytała Tsunade. - Twoje miejsce jest tutaj…
- Posłuchajcie mnie uważnie - przerwałem jej, po czym wstałem i zabrałem się za opowiadanie mojego planu tak, jak go wcześniej opowiedziałem Shiamurze. Słuchali mnie ze zdumieniem.


w następnym rozdziale:

"...- Wiem! - krzyknął. - Wiem! Ale wiem też, że wtedy to byłby koniec tej nienawiści! Tego fatum, które krąży nad Uchiha! Pan to czuje, prawda? To nadal nad nami wisi, a kiedy klan się w pełni odrodzi, będzie przyczyną nieszczęścia. To jak zamknięty krąg..."

1 komentarz:

  1. Hej,
    mam nadzieję, że wszysko się uda, a Tsunade i Shikaku jako rada bosko...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń