niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 10


„Tam, gdzie nie ma dzieci, brakuje nieba.”
Algeron Charles Swinburne
 

Siedzieliśmy sobie na łóżku w naszej sypialni, całując się namiętnie. Byliśmy w domu tylko my dwoje, więc jak można było nie skorzystać z takiej okazji? Oczywiście, nie było mowy o kochaniu się, nie teraz, kiedy Hinata ma ten wielki brzuch i nie może się przemęczać. Ale mogliśmy sobie pozwolić, korzystając z samotności, na trochę pieszczot. Cisza, przerywana tylko szeptem naszych warg, ciągnęła się już dość długo. He, he, jak ja lubiłem momenty, których nikt mi nie przerywał.
Hinata odsunęła się ode mnie po chwili i popatrzyła mi w oczy.
- Wiesz, na co mam ochotę? – zapytała szeptem.
- Nie mam pojęcia – przyznałem, musnąwszy płatek jej ucha swoimi wargami. – Może na to..?
- Nie… choć było to całkiem fajne…- zarumieniła się. – Mam ochotę na coś słodkiego. – wyznała. Zachichotałem.
- Dla ciebie wszystko.
Zlazłem z łóżka i udałem się do kuchni. Przeszukując szafki natknąłem się na ciastka, a po spróbowaniu jednego uznałem, że nadają się do jedzenia. Myślałem sobie właśnie, czy dzieciaki zjadły te lody, które jakiś czas temu widziałem w lodówce, gdy nagle do moich uszu dotarł głos Hinaty.
- N-Naruto!
Pobiegłem tam czym prędzej. Hinata stała obok łóżka, trzymając się za brzuch. Spojrzała na mnie przerażona.
- To już…- powiedziała.
- Co już? – zapytałem zdezorientowany. Hinata skrzywiła się i osunęła nieco w dół.
- Rodzę!!! – ryknęła na cały regulator, przywracając mnie do przytomności. Spanikowałem.
- Aaaaaaa! Ty rodzisz! Ojej, dziecko się rodzi!
- No przecież to mówię! – zawołała kpiąco, zaciskając jednocześnie zęby. Podbiegłem do niej i złapałem ją pod łokcie.
- Rodzisz, cholera, Hinata, ty rodzisz! – zawołałem jeszcze bardziej przerażony, patrząc na jej brzuch.
- Naruto – wymówiła moje imię bardzo dobitnie. – Wody mi odeszły. Muszę… jak najszybciej… dostać się do szpitala.
- Szpital, no jasne. Migiem…
Szybko zawiązałem pieczęć i złapałem ją na ręce. Poczułem, że moje stopy odrywają się od podłogi, a gdy z nów o nią uderzyły, byliśmy już w zupełnie innym miejscu. Biały dym rozwiał się i ujrzałem szpitalny korytarz.
- Moja żona rodzi! – ryknąłem na głos.
Połowa ludzi w korytarzu zaczęła gwizdać i wiwatować, druga połowa rzuciła się w poszukiwaniu czegoś, na czym można by przewieść Hinatę na salę porodową. Pojawiła się też Sakura i to ona zabrała Hinatę. Idąc koło łóżka, na którym ją wieziono, cały czas ściskałem rękę mojej żony, dodając jej otuchy, choć sam czułem się słabo.
Przy drzwiach na porodówkę Sakura zmusiła mnie bym puścił rękę Hinaty i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Zajrzałem do środka przez małe okienko w drzwiach, ale zobaczyłem tylko parawan. Obejrzałem się na pustą poczekalnię, a potem zacząłem po niej krążyć. Zza drzwi porodówki dochodziły do moich uszu przerażające dźwięki.
Dwadzieścia minut później do poczekalni wpadły dzieciaki. Mei była tak podekscytowana, że aż się zarumieniła. Mintao, oczywiście, chłodno oceniał sytuację i jako lekarz raczej się nie denerwował. Ja za to byłem strzępkiem nerwów.
- Mama rodzi! – zawołała Mei już od progu.
- Tak – szepnąłem słabo.
- Spokojnie, tato, przecież pamiętasz jak my się rodziliśmy… - pocieszył mnie syn.
Wróciłem myślami do tamtych chwil. Co pamiętałem? Nie było tego za wiele. Przede wszystkim pamiętałem białą szmatkę, którą ściskałem w lewej dłoni i którą ocierałem spoconą twarz Hinaty. Pamiętałem jak krzyczała i jak ściskałem ją za rękę. Poród był długi i meczący. A potem Sakura krzyknęła „widzę główkę!”, a ja poczułem jak lecę w dół i film mi się urwał. Zemdlałem. I tyle po moim pamiętaniu, przegapiłem najlepszy moment. Potem, gdy już mnie ocucili, śmiejąc się wyjaśnili mi, że jestem tatusiem bliźniaków. Też mi wspomnienia. Wróciłem do rzeczywistości i spojrzałem bezradnie na Mintao.
- Aaaaaaa! – dobiegł mnie zza drzwi głos Hinaty.
- Aaaaaaa! – zawtórowałem jej, rzucając się do drzwi i zaglądając do środka przez szybkę. – Co się tam dzieje?!
- Spokojnie, tato… - zaśmiał się Mintao. – Tak to się odbywa… mamę przecież to boli.
- Wiem – jęknąłem słabo, czując, że robi mi się niedobrze.
Kilkadziesiąt następnych minut minęło mi na dreptaniu w tę i z powrotem. Obawiałem się, że jak potrwa to jeszcze trochę dłużej, to w końcu wydepczę dziurę w podłodze. Mintao i Mei siedzieli na ławeczce, oparci o swoje plecy. Obserwowanie ich nie przynosiło mi ulgi, wręcz przeciwnie, ich spokój mnie dobijał.
A potem, po kolejnych kilkunastu, a może nawet i kilkudziesięciu minutach, nie liczyłem czasu bo robiło mi się jeszcze bardziej słabo, Sakura otworzyła drzwi i wyjrzała.
- Gratuluję – przemówiła do mnie z uśmiechem. – Masz synka.
Oczywiście, żadne z jej słów do mnie nie dotarło, ale skoro otworzyła drzwi, to zrozumiałem, że mogę wejść.
Hinata leżała na łóżku, trzymając na rękach coś małego, czerwonego i wrzeszczącego w niebogłosy. Zbliżyłem się.
- Junichi…- szepnęła Hinata. Była zarumieniona z wysiłku, spocona i wyraźnie umęczona, ale szczęśliwa. Spojrzałem na małego człowieczka, którego mi pokazywała.
- O rany, ale fajny – wyrwało mi się. Hinata parsknęła śmiechem.
- Tak, fajny…- powtórzyła, przedrzeźniając mnie. – Weź go na ręce.
- Ja? Ojej… no, chodź, młody…
Wziąłem mojego nowonarodzonego synka na ręce i spojrzałem na jego twarzyczkę. Junichi wrzeszczał strasznie, zaciskają oczka i piąstki. Był taki malutki, jeszcze nie wymyty, zawinięty w biały kocyczek…
- O rany… - rozczuliłem się. Hinata zaśmiała się znużona, ale tę rozkoszną scenę przerwała Sakura, zabierając mi synka z rąk.
- Dobra, dobra, ty się tak nie rozpływaj, tylko przydaj się na coś… nie wiem, czekoladę żonie kup. Małego trzeba wymyć, zbadać, zważyć, zmierzyć…
- Eee… Sakura…? – ośmieliłem się odezwać, patrząc z góry na twarzyczkę synka.
- Tak?
- Czemu Junichi ma pomarańczowe oczy?- spytałem.
- Co?!- zawołały obie kobiety.

- Eeee… nie rozumiem, co znaczy, że to odmiana byakugan? Jaka w ogóle odmiana? To byakugan ma jakieś odmiany?
Neji podrapał się po czuprynie i zerknął na mnie, a potem na Sakurę.
- Pomóż mi – poprosił ją z rezygnacją w głosie. Sakura odchrząknęła.
- Posłuchaj uważnie, Naruto, wszystko wskazuje na to, że mały odziedziczył byakugan po Hinacie, ale z domieszką twojej lisiej mocy.
- Jak to lisiej mocy?! – przeraziłem się. Moja dłoń automatycznie powędrowała do pępka.
- No właśnie nie wiadomo – warknęła Sakura, chyba z dziesiąty raz dzisiaj.
Siedzieliśmy u mnie w kuchni, żłopiąc herbatkę. Ostatnie trzy dni przeleciały obok mnie jakby we śnie. Byłem taki szczęśliwy! A oni mi wszystko psuli, przyłażąc tu i trując o rzeczach, o których nie miałem pojęcia.
Ziewnąłem. Sakura skarciła mnie spojrzeniem.
- Co się tak gapisz? – zapytałem. – Latam jak głupi między domem a szpitalem, między swoim gabinetem a bunkrem, do Wioski nam się złażą genini na egzamin, a mój syn prawdopodobnie jest skażony tym przeklętym demonem! Mam prawo być zmęczony!
- W takim razie pójdziemy sobie – warknęła obrażona, wstała od stołu i wyszła. Neji dopił herbatę, klepnął mnie po ramieniu i zostawił samego. Dowlokłem się do sypialni i padłem na łóżko. Był dzień, ale zasnąłem natychmiast.
Ocknąłem się z niejasnym poczuciem bycia obserwowanym. I gdy tylko otworzyłem oczy, zobaczyłem czerwoną ropuchę wpatrującą się we mnie z odległości dziesięciu centymetrów. Usiadłem gwałtownie, zrzucając ją z siebie.
- Gamabachi, co ty, do cholery jasnej wyprawiasz? – zapytałem półprzytomnie. A potem przypomniałem sobie, gdzie i po co ją wysłałem. – Znalazłaś go?
- Ba, oczywiście, że znalazłam – powiedziała Gamabachi, nieco obrażonym tonem. – Choć muszę przyznać, że było to o wiele trudniejsze niż myślałam. Dobry jest, skurczybyk.
Prychnąłem.
- Zgodził się? – zapytałem napastliwie. – No mówże wreszcie!
- Zgodził. Macie się spotkać dziś o północy w miejscu, w którym widzieliście się po raz ostatni. Masz być bez broni. Jeżeli zauważy jakieś ślady pułapki, nie spotka się z tobą. I masz zabrać Sharonę.
Poczułem nagle, że chyba pomyliłem się co do świetności mego planu. Wylazłem z łóżka i spojrzałem w lusterko na toaletce Hinaty. Wyglądałem jak nieszczęście, czyli tak jak zawsze.
Sharonę znalazłem trenującą na polu treningowym numer sześć. Chwilę przyglądałem się jej popisom, gdy swoim mieczykiem przecinała na pół poustawiane w różnych miejscach snopki siana. Gdy ostatni wyimaginowany wróg poległ od jej ostrza, gwizdnąłem. Dziewczyna spojrzała na mnie.
- Chce się pan przyłączyć, mistrzu?! – zawołała, ocierając pot z czoła.
- A chcesz wylądować w szpitalu? – zapytałem, przełażąc przez ogrodzenie. Zbliżyłem się do niej. – Pokaż to cacko.
Podała mi swoją katanę, a ja zważyłem ja w dłoni. Zaiste, posługiwała się wspaniałą bronią. Mieczyk był lekki, idealnie wyważony, rękojeść wpasowywała się w dłoń, była zarazem mocna i stabilna, będąc jednocześnie wygodną. Głowicę zdobił malutki, czerwony jak jej sharingan rubin, zaś jelec ozdobiony był roślinnym ornamentem. Uniosłem ją w górę, a potem opuściłem, ze świstem przecinając powietrze.
- Może jednak się pan skusi? – zapytała. – Mały pojedynek na ostrza?
- A masz tu jakiś miecz?
- Ha, oczywiście, że mam – sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła mały zwój. Rozwinęła go, zawiązując pieczęć, a potem podała mi ostrze, które się pojawiło. Przyjrzałem się darowanej mi katanie. Ta również zachwycała kunsztem wykonania.
- Ile takich masz? – zapytałem, przybierając bojową pozycję.
- Trzy – odrzekła, stając naprzeciw mnie w lekkim rozkroku.
- Całkiem ładne – pochwaliłem.
- I całkiem ostre – zawołała i zaatakowała z wrzaskiem. Jak zwykle.
Sparowałem jej cięcie i wyprowadziłem całkiem ładny sztych jak na kogoś, kto rzadko walczy takim sprzętem. Oczywiście, moja przeciwniczka odbiła moją klingę z taką siłą, że poczułem wibracje w palcach.
- Niech się pan postara! – zawołała, parskając śmiechem i zaatakowała taką serią cięć, że z trudem nadążałem z blokowaniem ich. Cholera, zasługiwała na swoje miano mistrzyni miecza. Aby się ratować, musiałem wyskoczyć w górę. Spojrzała na mnie niechętnie, gdy robiłem salto nad jej głową, a gdy moje stopy uderzyły o ziemię, warknęła.
- Nie staje się tyłem do przeciwnika! – zawołała, a ja poczułem ból u nasady karku, gdy przyłożyła mi rękojeścią katany. Zaryłem zębami w ziemię, po czym przeturlałem się na plecy i w ostatniej chwili sparowałem cięcie, które mogłoby pozbawić mnie głowy.
- Dobrze! – pochwaliła Sharona.
- I ty też…- odrzekłem i kopniakiem posłałem ją w powietrze. Zatrzymała się na pobliskim drzewie i z jękiem osunęła po jego pniu. – Już koniec? – zakpiłem, wstając.
- Chciałby pan – odrzekła, zbierając się z ziemi. – Co to miało być? Miał pan zamiar mnie szturchnąć, czy uderzyć? Bardziej by zabolało, gdyby dźgnął mnie pan ołówkiem.
- No to dawaj…- uśmiechnąłem się, dobrze wiedząc, że pożałuję zuchwałości. Nawet nie zauważyłem momentu, w którym zawiązała pieczęć. Jej dłonie śmignęły po prostu, a jej głos oznajmił donośnie:
- Katon! Housenka! – w moją stronę wystrzeliło kilka shuriken ukrytych w płomieniach.
Ponieważ znałem ten atak doskonale, powstrzymanie ukrytych w ogniu zabawek Sharony to był pryszcz. Rzuciłem kilkoma kunai, a drażniący zgrzyt stali oznajmił mi, że atak został pomyślnie zatrzymany. Niestety, panna Uchiha nie miała zamiaru mi odpuścić, zdecydowanie bardziej wolała konfrontację, tak więc rzuciła się na mnie i przez następne kilkanaście niebezpiecznych sekund byłem zmuszony cofać się pod jej naporem. Cięła na zmianę, to z góry, to z dołu, skutecznie uniemożliwiając mi jakąkolwiek ripostę. Potem jednak się zmęczyła, i widząc, że nie przebije się przez moją obronę, cofnęła się nieco. Zaatakowałem cięciem z góry, ale był to tylko blef. Miałem zamiar wyprowadzić sztych z dołu, kapnęła się jednak co zamierzam i nasze klingi skrzyżowały się między nami, wzniecając snop iskier.
- Mam do ciebie sprawę – powiedziałem przez zaciśnięte zęby.
- Jaką? – zapytała i odepchnęła mnie. Na chwilę straciłem równowagę, żeby ją złapać obróciłem się i ciąłem z boku. Sparowała ten cios niemal bez wysiłku.
- Mówiłem ci o tym szpiegu, pamiętasz..?
Uchyliłem się przed wysokim cięciem z lewej strony. Dlaczego tak się uwzięła na moją biedną głowę?
- No i co z nim? – zapytała, cofając się przed serią pchnięć, które wyprowadziłem.
- Mam z nim dziś spotkanie, dziś o północy. Chciał, byś mi towarzyszyła.
- Chwila, on chciał? – zdumiała się, tnąc z dołu. Musiałem odskoczyć, nie sparowałbym takiego cięcia.
- No tak… mam się spotkać… z Shimamurą.
Zamarła. I ja zastygłem w bezruchu, patrząc na jej twarz.
- Z Shimamurą? – powtórzyła z takim akcentem, jakby coś ją zabolało.


w następnym rozdziale:

„…- Sharono…- mruknąłem, kręcąc głową. – Idziemy tam prosić go o pomoc.
- Z takimi mendami się nie współpracuje! Jak pan w ogóle wpadł na ten porąbany pomysł?! Shimamura okantuje pana i tyle!
- Sharono, po raz ostatni proszę, uspokój się. Miej serce.
Zagryzła wargę.
- Serce dla kogoś, kto nie ma serca? – zapytała poważnie…”

4 komentarze:

  1. -To już…
    -Co już?
    -Rodzę!!!.
    -Aaaaaaa! Ty rodzisz! Ojej, dziecko się rodzi!
    -No przecież to mówię!
    -Rodzisz, cholera, Hinata, ty rodzisz!
    [...]
    -Eeee… nie rozumiem, co znaczy, że to odmiana byakugan? Jaka w ogóle odmiana? To byakugan ma jakieś odmiany?
    HAHAA... Te teksty zasługują na miano NOBLA xd kurczę myślałam, że tam pęknę ze śmiechu ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    Naruto ma synka z bakuganem i domieszką jego lisiej mocy, choć ciekawi mnie jakie ma stosunki z samym Kyuubim i kim jest ten szpieg? walka wspaniała...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    rozdział jest świetny, Naruto urodził się synek z bakuganem i domieszką jego lisiej mocy, ale ciekawi mnie kwestia jakie Naruto ma stosunki z samym Kyuubim i kim jest ten szpieg? a walka wyszła wspaniała...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    wspaniały rozdział, Naruto urodził się synek z domieszką jego lisiej mocy i bakugana, ciekawi mnie jednak kwestia jakie Naruto ma stosunki z samym Kyuubim i kim jest ten szpieg? a walka och wspaniała...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń