poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 25

"Nie, panie, nie: mam serce, ale chowam je na lepszą okazję. Kto zbyt hojnie szafuje tym bogactwem, tyle go roztrwoni wówczas, gdy trzeba było oszczędzać, że mu go zabraknie w porze, gdy trzeba być rozrzutnym."
Denis Diderot "Kubuś Fatalista i jego pan"    


Westchnąłem. Nie, żebym się nudził, ale patrzenie na eliminacje do ostatniego etapu egzaminu na chuunina w tym roku były jakieś takie… nudne? Nie mogłem znaleźć lepszego słowa. Biało-czerwone ciuchy, w które musiałem się ubrać, były strasznie denerwujące. Metka na plecach mnie gryzła i żałowałem, że nie poprosiłem Hinaty, by ją wycięła. W sali było strasznie gorąco. Zdjąłem z głowy czapkę i zacząłem się nią wachlować, opierając się o barierkę.
- Zjadłbym ramen… - szepnąłem do stojącej obok mnie Anko.
- Ja też… - przytaknęła mi, ziewając. Cofnęliśmy się oboje, gdy pomiędzy nami przeleciało kilka shuriken wycelowanych w chłopaka, który wyskoczył w górę, by uniknąć wcześniejszego ataku dziewczyny, z którą walczył. Shuriken wbiły się w ścianę za nami.
- Dobrze! – zawołałem do walczącej parki, by dodać dzieciakom pewności siebie. Spojrzałem z uśmiechem na trójkę shinobi z Wioski Mgły, którzy akurat stali obok mnie, a tamci popatrzyli na mnie ze zdumieniem.
- Jak nastroje? – zagadnąłem uprzejmie. Lubiłem gadać z dzieciakami.
- Eeee… chyba dobrze, Lordzie Hokage… - powiedział jasnowłosy chłopak, uśmiechając się niepewnie.
- Ja podczas swojego pierwszego egzaminu nie mogłem się doczekać swojej walki! Ach, to były czasy!
            Dzieciaki podskoczyły, słysząc huk i wszyscy razem wychyliliśmy się, by zobaczyć, jak wielka chmura pyły unosi się ku nam, a z niej wypada, kaszląc, wspomniany już wcześniej chłopak. Po chwili dym opadł i zobaczyliśmy leżącą na potrzaskanej podłodze, nieprzytomną dziewczynę. Shikamaru, którego zagoniłem do sędziowania, oznajmił leniwym głosem wygraną chłopaka z Wioski Słońca.
            Na ekranie nad nami wyświetliły się kolejne dwa nazwiska, a chłopak, który ze mną gadał, drgnął nagle. Jego przyjaciele poklepali go po plecach.
- Dasz radę… - szepnęła mu koleżanka z drużyny.
- No jasne, to będzie pryszcz… - powiedział do niego kolega.
Patrzyłem, jak chłopak schodzi na dół, ale myślami byłem daleko. Powodem braku mojej ekscytacji nie było wcale to, że te pojedynki były mało efektowne. Nudziłem się, bo nie znałem tych dzieciaków. Nic mnie z nimi nie łączyło. Dlatego, obserwując te pojedynki, wspominałem sobie walki moich dzieci podczas ich egzaminu. Tak, tamte pojedynki były ekscytujące. Pierwsza walczyła Mei, z kunoichi z Wioski Piasku. Poradziła sobie świetnie, byłem z niej dumny. Dwie walki później walczył Mintao, i oczywiście zwyciężył. Ale gwiazdą tamtego egzaminu, oczywiście, był Shan Uchiha. Nie, wcale nie dlatego, że jego walka była taka niezwykła. Chłopak wygrał bez problemu, po kilku minutach. A potem stanął pośrodku areny i oznajmił, że dla niego, jako członka klanu Uchiha hańbą jest wygrać z tak słabym przeciwnikiem i że ma zamiar się utopić. Oczywiście, wszyscy zaczęli się śmiać, bo uznali to za dowcip. Ja też… zamknąłem oczy, w których zebrały się wesołe łezki, ale już po chwili pożałowałem nieuwagi, gdyż poczułem, że tonę. Tak, Shan nie miał zamiaru tracić czasu na szukanie jeziora, by się utopić. Zrobił sobie z areny akwarium. Tamten egzamin przeszedł oczywiście do historii. Shan został zdyskwalifikowany i trzeba było przerwać eliminacje, by pozbyć się wody, bo Shan zalał całą salę po same brzegi. Młody Uchiha zdawał pół roku później, ale wcale się tym nie przejął. Stwierdził wesoło, że o jego umiejętnościach wcale nie świadczy jakiś tam egzamin. Natomiast Sasuke wściekł się, co łatwo było przewidzieć. Na szczęście pół roku później Shan zdał i Sasuke się uspokoił.
            Ziewnąłem po raz kolejny i spojrzałem w dół. Walka rozkręciła się na dobre, a my wszyscy mogliśmy być świadkami starcia dwóch żywiołów, bo chłopak z Wioski Mgły posługiwał się wodnymi technikami, a koleś z Wioski Słońca, z którym walczył, ognistymi. Rozejrzałem się dookoła i spostrzegłem Mintao, który stał sobie w kącie sali, przyglądając się pojedynkom. Syn zerknął na mnie, a ja skinąłem na niego ręką, by do mnie podszedł.
- Co tam, tato? - zapytał, zbliżywszy się do mnie.
- A ty co się przypatrujesz? Nie powinieneś być gdzie indziej wraz z innymi medykami? – spytałem, gdy oparł się o barierkę obok mnie, zerkając na dwójkę dzieciaków z Wioski Mgły.
- Chciałem popatrzeć, to nie jest fajne siedzieć tam, bo jestem najmłodszy – wyjaśnił mi.
- A zauważyłeś coś ciekawego? - spytałem z czystej ciekawości. Syn uśmiechnął się.
- Połowa zdających to ludzie z Wioski Słońca.
- Tak, ale nie do końca o to mi chodziło. Jest coś jeszcze. Zauważyłeś?
            Zastanowił się chwilkę.
- Ich styl walki… - mruknął po chwili, obserwując uważnie walczących.
- Bingo! – powiedziałem, szczerząc zęby i rozczochrałem mu włosy.- Dawaj dalej…
- Bo im brak… brak im finezji… walczą tak… topornie… przewidywalnie, choć dysponują dużą siłą. Ale… kiedy patrzyłem na pierwszą walkę… pomyślałem sobie… ich walka jest taka szorstka… jakby to przyrównać… styl walki do pieszczot, to w tym wypadku… łomem by lepiej popieścił…
            Parsknąłem śmiechem.
- Dokładnie. Jak myślisz, dlaczego tak walczą? – drążyłem, chcąc zobaczyć, czy mój syn jest tak bystry, za jakiego go mam.
- Bo… bo oni… oni znają techniki… ale… - zamyślił się chwilę. – Ale jest tak, jakby ich dobrze nie przetrenowali… jakby ich dopiero po raz pierwszy albo drugi używali… jakby nigdy nie mieli okazji walczyć… nie, to nie to… jakby nigdy nie musieli wysilać mózgownicy, by zaskoczyć przeciwnika… walczą totalnie bez finezji.
- Dokładnie – szepnąłem, nachylając się. Oparłem się łokciami o barierkę, wpatrując się w chłopaka z Wioski Słońca, który właśnie wygrał. – Spójrz uważnie na ich ruchy. Potrafiłbyś z nimi wygrać?
- Nie wiem - odszepnął.- Nie mam pojęcia. Nie spodziewałbym się pewnie, że walczą tak schematycznie. To zaskakujące, no wiesz… wszyscy się spodziewamy, że przeciwnik nas zaskoczy… a oni. Oni walczą tak… tak książkowo. Teraz, kiedy to już wiem, pewnie nie miałbym problemu… ale gdybym nie wiedział… zaskoczyliby mnie swoją prostotą.
- Dokładnie – przytaknąłem mu. – I jak myślisz, co to oznacza?
- Że są niewyszkoleni? – zapytał.
- Nie… są wyszkoleni… Ale ich szkolenie polegało na tym, że zostali zmuszeni do nauczenia się tych technik. Żadna technika nie jest dobrana odpowiednio do shinobi. Żadne z nich nie wykonuje technik z sercem… z zamiłowania… Oni… oni nie chcą walczyć.
- Po co zgłaszać się na egzamin, kiedy nie chce się walczyć? - zapytał mnie szeptem syn.
- Żebyśmy się mieli nad czym zastanawiać? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
            Tak, w tej chwili moje myśli pędziły z zawrotną prędkością. Jakim cudem Hiroetsu sprawił, że te dzieciaki walczyły tak dobrze, skoro żadne z nich nie chciało być shinobi? Bo to aż biło po oczach! Ani jedno dziecko z Wioski Słońca nie walczyło z zamiłowania… z sercem… z pasją… Oni po prostu się bili, bo im kazano! I co gorsza: oni wygrywali.

            Wracaliśmy do domu po skończonym egzaminie. Mintao paplał wesoło, co było do niego strasznie niepodobne. Chyba starał się za wszelką cenę zagłuszyć myśli siostry, bo co i raz krzywił się bez powodu i dotykał palcami skroni.
            Weszliśmy na podwórko, i w tym momencie obaj drgnąłem zaskoczony.
- Ciasto…- mruknąłem do syna,pociągając nosem.
- Aha - przytaknął mi, bo na pewno wiedział o tej niespodziance wcześniej ode mnie. Mei była przecież w domu. – Z wiśniami!
- Kto ostatni, ten dostaje mniejszy kawałek! – zawołałem i puściłem się biegiem w stronę domu.
- Hej, to niesprawiedliwe, tato! - zawołał mój syn, biegnąc za mną co sił w nogach.
            Wpadliśmy do domu, przepychając się i tarmosząc.
- Pierwszy! - krzyknęliśmy jednocześnie, wpadając do kuchni. Mintao ściskał moją szyję, próbując mnie udusić. Ja trzymałem go w pasie, próbując go z siebie ściągnąć. Obaj zanosiliśmy się śmiechem. Trzy kobiety obecne w kuchni spojrzały na nas jak na ostatnich kretynów.
- Oooo, przyszły darmozjady – powiedziała Sharona, szczerząc zęby.
- Hej!- zawołaliśmy, nadal się tarmosząc.
- Uspokójcie się! – zawołała do nas Hinata. – Przestraszyliście Maykę!
            Zamarliśmy we dwóch i spojrzeliśmy na Mayeczkę, która czaiła się koło stołu, patrząc na nas swoim brązowym okiem. Mała miała dłonie upaprane mąką, a przed nią, na stole, znajdowała się grudka ciasta, którą zagniatała. Na sobie miała fartuch, którego bardzo często używała Mei. Moja żona stała obok niej, w swoim fartuchu, z dużą, drewnianą łyżką w ręku, na widok której natychmiast się uspokoiliśmy.
- Przepraszam - ponownie odezwaliśmy się jednocześnie, na co obaj parsknęliśmy śmiechem. Nawet Maya się uśmiechnęła.
- Siadajcie i czekajcie – nakazała nam Hinata. – Pierwsze ciasto dopiero się piecze, a drugie jeszcze niegotowe.
- Mmmm… - zaciągnąłem się wspaniałym zapachem rozchodzącym się po kuchni. - A z jakiej okazji te wypieki? – zapytałem. Przeszliśmy z synem przez kuchnię i grzecznie usiedliśmy obok Sharony, która w przygotowywaniu wypieków nie brała udziału. Panna Uchiha pilnowała Mayeczki.
- Bez okazji…- powiedziała Hinata, zabierając się za zagniatanie leżącego na stole ciasta. Gestem zachęciła Maykę, by ta zrobiła to samo ze swoim kawałkiem.
- To ja zrobię herbaty! – zaoferowałem się, podrywając się z krzesła. – Kto chce?
            Oczywiście, chcieli wszyscy. Zabrałem się za szykowanie szklanek i nastawianie wody. Piętnaście minut później, kiedy wszyscy piliśmy herbatę, gadając wesoło, do kuchni przyszła Mei, trzymając na rękach młodszego brata. Junichi przyglądał się wszystkiemu wielkimi oczami, a Mei cały czas mu coś opowiadała, robiąc przy tym śmieszne miny. Nudziła się strasznie bez Shana, który nadal miał szlaban i nie mógł wychodzić z domu. Pomyślałem, że Sharona mogłaby się za nim wstawić i postanowiłem ją o to poprosić… a w zasadzie, to jej rozkazać, bo prośby niewiele by tu pomogły.
            Siedzieliśmy w tej kuchni dość długo. Nikt nie miał zamiaru wyjść, póki upieczone przez Hinatę i Mayę ciasta nie będą dobre. W końcu ostygły i każdy z nas mógł ich spróbować. Ja i Mintao wtranżoliliśmy pół blachy tego z wiśniami i jedną trzecią szarlotki. Potem rozwaliliśmy się na krzesłach, wzdychając co chwila z zadowolenia. Dzień chylił się ku zachodowi i zapowiadała się piękna noc.

            Wiele kilometrów od kuchni w domu Naruto, pewien blondwłosy, młody mężczyzna siedział sobie na szczycie budynku w którym tymczasowo mieszkał i z góry obserwował szykującą się do snu Wioskę Słońca. Myślał sobie o dziewczynie, którą kochał i o przyjacielu, którego stracił. Myślał o swoim starym domu i o Lordzie Hokage, który jako jedyny nadal mu w pewnym sensie ufał. On za wszelką cenę nie chciał stracić tego zaufania.
- O czym pan myśli, szefie? - odezwał się nagle głos za jego plecami. Blondyn podskoczył i rozejrzał się. Tuż za nim stał obcy mu, szarowłosy chłopczyk na oko w wieku siedmiu lat.
- Ach, to ty - mruknął Shimamura.
- Tak, ja - przytaknął chłopiec. - Spodziewał się pan kogoś innego?
- Szczerze mówiąc, to tak. Myślałem, że będziesz dziś starszy.
- A ja myślałem o kobiecie, ale nie mógłby się pan skupić - zachichotał chłopczyk. Shimamura uśmiechnął się.
- A więc dotarłeś? Jak ci się podobała Wioska Liścia?
- Ujdzie - mruknął chłopak, siadając obok Shimamury.- Śledziłem tego Uchihę, jak chciałeś szefie, ale on jest strasznie nudny… W każdym razie nie zazdroszczę panu takiego teścia. Czytałem też notatnik… albo raczej pamiętnik… tej pana laski… potem mogę opowiedzieć, co o panu wypisuje…
- Doskonale! - ucieszył się Shimamura. - Szkoda tylko, że jej ojciec jest taki, a nie inny.- po czym westchnął.
- Dobrze… a co ja robię w tej wiosce? - zapytał chłopczyk, z zaciekawieniem rozglądając się dookoła.
- Hmmm… tak myślę, że mógłbyś przez pewien czas pośledzić… tamtego faceta - Shimamura wskazał palcem idącego drogą, smukłego, wysokiego bruneta. Brunet zatrzymał się, podniósł głowę i spojrzał w ich kierunku. Zamrugał, ale przecież nic nie zobaczył, tak więc potrząsnął głową i ruszył dalej. Chłopiec zachichotał.
- Jak ja lubię robić z nich idiotów…- szepnął do siebie. - Mogę go pośledzić. A potem co?
- Zabić i się pod niego podszyć. Facet może włazić w podziemia.
- Rozumiem. A potem?
- Sprawdzić, czy niejaki Sai żyje i dowiedzieć się wszystkiego, co możliwe, o Hiroetsu i niejakiej Ai. - wyjaśnił Shimamura, podając chłopcu dwa zdjęcia. Ten wziął je do ręki i spojrzał na nie.
- Czemu tak późno i czemu ja anie pan? - zapytał, chowając zdjęcia do kieszeni.
- Późno, bo przecież miałeś co robić. Nie ja, bo Hiroetsu ma przy sobie tę całą Kocicę, a ona nie jest głupia. Nie da rady jej tak po prostu oszukać.
- A więc trzeba tu prawdziwego oszusta - wyszczerzył zęby chłopaczek, zacierając ręce.- Spokojnie, nie ma problemu. Ale mam nadzieję, że dobrze pan na tym zarobi, skoro odciąga pan mnie od moich zwykłych zajęć?
- Eeee… tak szczerze, to zarobimy tylko dwadzieścia tysięcy.
- Dlaczego?! - oburzył się chłopak.
- Po znajomości… Wiesz, to zlecenie Lorda Hokage….
- Widziałem go…- wtrącił się nieśmiało szarowłosy. - Fajny facet. Wesoły…
- Taaa…- mruknął Shimamura i zerknął w niebo. – Kiedyś zamieszkamy w jego wiosce. Już niedługo.
- Czyli ile lat? - zapytał chłopiec od razu. Shimamura zaśmiał się.
- Jak ty mnie dobrze znasz,Cash.
- Się wie – rzekł Cash, wstając. Przeczesał palcami swoje szare włosy. – A więc tamten brunet? Spoko.
            Ruszył w stronę schodów znajdujących się za Shimamurą, które prowadziły na dół. Blondyn nie patrzył na niego, ale w pewnym momencie coś sobie przypomniał.
- A, Cash! - zawołał i obejrzał się, jednak nikogo za sobą nie zobaczył.
- Tak? - odezwał się z nicości głos chłopca.
- Znajdź sobie też młodszą twarz, ale kogoś bliskiego Hiroetsu. Będzie nam potrzebny ktoś na egzamin na chuunina, do eskorty. Ktoś taki, kto by mógł wtopić się w tłum dzieciaków.
- Taaa…- mruknął głos niewidzialnego chłopaka. - To tak na wszelki wypadek?
- Dokładnie - przytaknął Shimamura.

            Leżała w łóżku, wtulając głowę w poduszkę. Obok niej spoczywał niebieski zwój, zapisany równiutko ładnym, wąskim pismem Shimamury. Zwój, w którym przyjaciel prosił ją, by opuściła wioskę. Dla niego…
            Złapała niebieski papier i zaczęła go drzeć na kawałki. Po jej policzkach spływały łzy i już po chwili zaczęła się nimi dławić. Nie chciała głośno płakać. Nie chciała, by ktoś wiedział, co się z nią dzieje. Z powrotem opadła na poduszkę, wgryzając się w nią. Dlaczego? Dlaczego ją zostawili? Dlaczego jej to zrobili? No za co? Za co?
            Po jakimś czasie się uspokoiła. Usiadła ponownie i otarła twarz. Nie pamiętała, kiedy ostatnio płakała. Choć nie… płakała przy Shimamurze.
            Potrząsnęła głową. Myślenie o nim nie było czymś dobrym. Odetchnęła głęboko, by się uspokoić, a potem zerknęła na swoje biurko.
            Obok sterty zwojów stało zdjęcie. Uśmiechnęła się do siebie i wyciągnęła rękę. Wzięła do ręki fotografię i przyjrzała jej się.
            Na pierwszym planie znajdowała się ona sama, młodsza, szeroko uśmiechnięta… miała kwiatka we włosach. Kwiatka od Daisuke…
            Jej ukochany stał po lewej stronie. Ciemnobrązowe włosy miał schludnie uczesane, swój policzek przyciskał do jej skroni. Jedno oko miała zamknięte, drugie, miodowego koloru, miał otwarte i wpatrywał się nim śmiało w obiektyw aparatu. Jedną ręką obejmował jej ramiona, zęby szczerzył w szerokim uśmiechu.
            Z drugiej strony stykała się policzkiem z policzkiem blondwłosego Shimamury. Przyjaciel również się uśmiechał. Jedną rękę wzniósł i dwoma palcami dorobił „rogi” Daisuke.
            Za nimi stał Kakashi-sensei. Czytał swoją książkę i w ogóle nie zwracał na nich uwagi.
            Zamknęła oczy, wspominając tamte dni. Wspólne treningi… próby ujrzenia twarzy Kakashiego… Misje i to, jak dobrze sobie na nich radzili. Przyjaźnili się przecież od zawsze. To specjalnie dla nich Lord Hokage przymknął oko na różnicę wieku i stworzył z nich drużynę. Bo przecież nie mogło być inaczej. Zbyt dobrze się dogadywali, zbyt byli efektywni razem, by nie pozwolić im być drużyną.
            Ale była głupia. Wieczne narzekania Shimamury traktowała jako żart, nie brała na serio jego marzeń o podróżach, sławie, pieniądzach i przede wszystkim o tym, że chce opuścić Konohę. Aż w końcu odszedł. Zabrał wszystko co miał i zostawił ich. Zostawił ją, zostawił Daisuke… i opuścił wioskę. Odszedł. Jak ona go za to znienawidziła! Jak bardzo chciała go zabić za to, co zrobił… ale z drugiej strony… wiedziała, że nie miałaby odwagi tego zrobić. Że nie zabiłaby przyjaciela.
            A potem przypomniał jej się tamten dzień. Wiadomość, którą otrzymał Lord Hokage. Wiadomość od jednego z członków ANBU… że walczą, że potrzebne im wsparcie. I wtedy wyruszyli, rozdzielili się, by ich poszukać… biegła wraz ze swoim ojcem… potem pojawił się sensei Kiba… że znaleźli miejsce starcia… pobiegli tam…
             I wtedy ujrzała to pobojowisko jak z koszmaru… Lorda Hokage klęczącego pośrodku wypalonego kręgu, razem z nim byli już i inni shinobi… rozejrzała się… nigdzie nie było Daisuke. Nie było Chiyo, ani nikogo z oddziału, który z nimi wyruszył. Podbiegła do Lorda Hokage. Zapytała, gdzie jest Daisuke… jej mistrz spojrzał na nią i pokręcił głową.
            Zerwała się wtedy na nogi. Nikt jej nie przeszkadzał, gdy zaczęła w panice przeszukiwać plac.  W którymś momencie padła na kolana, zaczęła rękami rozkopywać ziemię… ojciec do niej podszedł i położył jej dłoń na ramieniu. Mruknął coś, że już za późno…
            Pamiętała wyraźnie wrzask, jaki wyrwał się z jej gardła mimo jej woli.
            Potem już nic nigdy nie było takie samo.
            Nie było Shimamury i jego uśmiechu, jego żartów, jego wesołych, jasnych oczu.
            Nie był też już Daisuke, który zawsze miał radę na wszystko, który się nią opiekował, pomagał jej, wspierał ją we wszystkim, którego spojrzenie i dotyk wywoływały u niej dreszcze i motylki w brzuchu. Który ją kiedyś pocałował.
            Została sama, zupełnie sama, bez nikogo…
            Pukanie do drzwi wyrwało ją z zamyślenia. Szybko otarła twarz i odstawiła zdjęcie na miejsce.
- Proszę! - zawołała, udając pogodny ton.
            Wszedł Shan. Lekko przekrzywił głowę, widząc, że siedzi na łóżku w piżamach. Obrzucił też spojrzeniem szczątki niebieskiego pergaminu, który walał się wszędzie. Zupełnie o nich zapomniała. Na koniec spojrzał jej w oczy.
- Czego tu szukasz? - zapytała. Shan przeszedł przez jej pokój i usiadł na krześle przy stoliku naprzeciw niej.
- Starzy odwołali mi ten szlaban. Dzięki, że się za mną wstawiłaś - rzekł.
- Nie dziękuj mi – powiedziała, wzruszając ramionami.- Mistrz Hokage mnie o to poprosił.
- Mimo to… mogłaś się nie zgodzić. Dzięki - powtórzył.
- Ja…- zaczęła, ale zamilkła. Nie miała pojęcia, co mu powiedzieć. Ostatnio nie była zbyt miła. Nigdy niebyła dla niego miła. A bynajmniej nie od śmierci Daisuke. Pomiatała nim. Krzyczała na niego. Cały czas miała do niego pretensję… za jego zachowanie, za te głupie pomysły… ale najbardziej zła była na niego za to, że był szczęśliwy… Że się cieszył życiem, podczas gdy ona czuła się martwa już od tylu lat…
- Wiem - odezwał się,uśmiechając się ciepło. - Ja ciebie też kocham.
            Prychnęła i odwróciła od niego spojrzenie. Nie cierpiała,kiedy to on wyciągał rękę na zgodę i kiedy to on zawsze okazywał się tą mądrzejszą, lepszą, bardziej pokojowo nastawioną stroną. Nie cierpiała po prostu jego szlachetności. Chciała, by choć raz pokazał te swoje prawdziwe rogi… by wrzasnął komuś w twarz, że go nienawidzi… ale nie, Shan nie potrafił nienawidzić, nawet jej…
- Sharona… - odezwał się. Nie patrzyła na niego. Poczuła, że wstał. Bezszelestnie zbliżył się do niej i usiadł obok.
- Słuchaj, ja się naprawdę na ciebie nie gniewam - powiedział wesoło. - Nawet nie bolało. Z resztą, ja też mógłbym skopać ci tyłek! Nie jestem bezbronnym dzieckiem!
- Wiem – warknęła. – Spadaj! Po co w ogóle tu przyszedłeś?!
- Chciałem podziękować – rzekł, wzruszając ramionami.
- I podziękowałeś – powiedziała zła. – A teraz zostaw mnie. Muszę pomyśleć.
             Wstał z łóżka, ale nie ruszył w stronę drzwi. Popatrzył na nią, ale ona nadal na niego nie patrzyła.
- Myślenie o nich nic ci nie da – powiedział, a ona drgnęła. – Twoje rany się nie goją, bo nie leczysz ich niczym. Zamykasz się i gorzkniejesz w samotności, a nie leczysz się.
- Zamknij się, nie wiesz, o czym mówisz… - zaczęła, ale prychnął głośno, przerywając jej.
- Doskonale wiem – powiedział, na powrót obok niej siadając. Złapał ją obiema dłońmi za twarz, by na niego patrzyła. I znowu to on był tym mądrzejszym, silniejszym, tą stroną, która wiedziała lepiej i potrafiła zaradzić. Nie rozumiała tego. Jak on, taki głupi… taki dziecinny… taki bezradny jeżeli chodziło o prawdziwą walkę… jak on mógł być teraz tą doroślejszą stroną? – Życie przeszłością zamyka przed tobą przyszłość. Czy ty nie widzisz, jak niszczysz samą siebie? A Daisuke cierpi teraz przez ciebie. Bo widzisz… zmarli patrzą na nas i kiedy my płaczemy, to płaczą razem z nami. Nie możesz otrzeć ich łez. Ale możesz zacząć się śmiać, wtedy i oni zaczną się uśmiechać. Rozumiesz? On tu jest… z tobą… patrzy i łka tak jak ty. Więc przestań…
- Nie mogę… - jęknęła. Shan puścił jej twarz i objął ją mocno. Skąd wiedział, że w tej sekundzie poczuła się lepiej, tak, jak za dawnych czasów? Skąd wiedział, że chciała, by ktoś to w końcu zrobił? Skąd wiedział, że chciała wypłakać się w czyjeś ramię?
            Pozwolił jej na wszystko. Ściskając ją w swoich małych ramionach pozwolił jej płakać aż do kresu sił. Nie czuła się tą silniejszą… mądrzejszą… tą genialną. Czuła się słaba, bo nie potrafiła się otrząsnąć i pozbyć się tej beznadziejnej pustki, która nocami dławiła ją w gardle. Nie potrafiła sobie sama poradzić z tym, co ją spotkało. A Shan… on rozumiał jej złość… jej nienawiść… jej frustrację… jej bezradność… rozumiał wszystkie jej wady, jakby były jego własnymi…
            Po jakimś czasie się uspokoiła. Przestała się trząść i płakać. Shan ją puścił, a ona wyprostowała się i otarła twarz i usta.
- Ja…- zaczęła, ale Shan pokręcił głową.
- Nic nie mów – powiedział, wstając. – Kładź się spać. Dobranoc.
            I wyszedł, zostawiając ją samą, spokojną… w pewnym sensie wolną.


w następnym rozdziale:

  "...Wstałem i wyjrzałem. Pod oknem stał Shan Uchiha, podrzucając w dłoni kamień. Otworzyłem okno, ciesząc się, że celował we framugę i go nie wybił.
- Czego chcesz?! - zawołałem, wychylając się.
            - Mintao i Kaju będą walczyć! Chce pan popatrzeć?..."
 

1 komentarz:

  1. Hej,
    Shan tak on więcej widzi, ciekawi mnie bardzo ten dzieciak i jego umiejętności...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń