wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 16

 „Oknem wyglądało,
stawało przed bramą
wracało – zawsze samo…”
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


Do domu wracałem w parszywym humorze. Za dużo myślałem o tych wszystkich sprawach. Shan i jego problemy, Shan i przepowiednia o nim, Shan i Sasuke. W dodatku Takako i moje dzieci, w niebezpieczeństwie.
            Dom wcale nie bił swojskością i spokojem. Kiedy przekroczyłem próg kuchni, zapłakana Mei zerwała się od stołu i mijając mnie w drzwiach, uciekła do swojego pokoju. Zdumiony, spojrzałem na siedzącą przy stole, zamyśloną Hinatę. Moja żona trzymała w dłoniach kubek zielonej, parującej herbaty. Drugi, do połowy opróżniony, stała po drugiej stronie stołu.
- Co się stało? – zapytałem, wyglądając na korytarz, na zatrzaśnięte drzwi pokoju Mei. – To przeze mnie? Pogniewała się? My z Shanem tylko się wygłup…
- Nie bądź śmieszny, kochanie – mruknęła Hinata, klepiąc miejsce obok siebie. Zbliżyłem się i usiadłem, nic nie rozumiejąc.
- No to co jest nie tak?
- To… takie kobiece sprawy – mruknęła, a ja nagle załapałem. No tak, przecież każda kobieta raz w miesiącu miała takie dni, w których zachowywała się jak Sasuke na co dzień. Pokiwałem głową, jakbym cokolwiek rozumiał.
- To… eee… Mintao ci mówił, że wpadną na kolację razem z Mayą i jej…?
- Siostrą – skończyła, skinąwszy głową. – Mei mi powiedziała. Wszystko jest już gotowe.
- To ja idę się odświeżyć –szepnąłem, wstając ciężko od stołu. – Jestem wykończony dzisiejszym dniem.
            Uśmiechnęła się do mnie blado, kiedy opuszczałem kuchnię. Poszedłem do naszej sypialni, gdzie zastałem Junichiego, budującego sobie bazę z naszego nocnego stolika, narzuty na łóżko, dwóch krzeseł i kija od szczotki. Zawsze podziwiałem świat, w jakim żył Junichi. Jego głowa musiała być niezwykłym miejscem, w końcu Mintao wiele razy o tym mówił. Co mój najmłodszy syn tak naprawdę przeżywał? Jaki świat widział, co dla niego było rzeczywistością, a co fantazją? I jak mieliśmy go z Hinatą wychowywać, by już nigdy nie zrobił nikomu krzywdy? Ograniczać jego moc, tłamsić ją? A może wymyślić mu jakieś specjalne treningi? Najchętniej, to bym go w ogóle nie dopuszczał do żadnej broni, Junichi nie był dzieckiem, które grzecznie wysłuchałoby kazania na temat odpowiedzialności i przykazań o ostrożnym obchodzeniu się z niebezpiecznymi przedmiotami. Trochę się bałem, że nie tylko siebie, ale i innych mógłby skrzywdzić.
- Skarbie – odezwałem się ostrożnie. Rumiana mordka synka wyłoniła się zza fałd kapy na łóżko.
- Tak, tatusiu? – zapytał, patrząc na mnie pomarańczowymi oczkami.
- Co ty robisz? – spytałem, ściągając z siebie bluzę. Rzuciłem ją na fotel i kucnąłem przed „bazą” mojego syna.
- Buduję fortecę zeby zemścić się na Mei! – zawołał wściekły.
- A czemu chcesz zemścić się na siostrze?
            Schował się w fortecy.
- Bo fysuciła mnie z kuchni! Teraz mam fortecę, Mei tu fejdzie, a ja ją fysucę i to będzie zemsta!
- No, w sumie, to dość logiczne – powiedziałem, drapiąc się po głowie. – Tylko niczego nie zniszcz – dodając, wstając, po czym poszedłem do łazienki.
            Kąpiąc się rozmyślałem nad jutrzejszym testem dla tropicieli, w końcu wiele od niego zależało. Z doskonałym tropicielem będziemy mieć większe szanse, by odnaleźć wszystkie niezwykłe dzieciaki. A potem, kiedy już będziemy pewni, że są bezpieczne, zajmiemy się Takako.
            Spłukałem szampon z włosów, opierając się o kafelki w naszej kabinie prysznicowej. Przymknąłem oczy, czując, jak ciepła woda spływami po skórze. Naprawdę, ale to naprawdę bolała mnie głowa. Potrzebowałem odpoczynku, chwilowego oderwania się od problemów, czegokolwiek, by pozbyć się natrętnych myśli o tym wszystkim, co działo się dookoła. Bo przecież trzeba być prawdziwym świrem, by urządzić sobie polowanie na dzieciaki. By je porywać i namawiać do obrócenia się przeciw własnej wiosce, przeciw Hokage. Że też tak późno się zorientowałem! Powinienem od razu się domyślić, a ja, głupi, pozwoliłem, by Takako działał, podczas gdy sam stałem w miejscu! Nie mogłem sobie tego wybaczyć! Tego, że ktoś urządził sobie polowanie na moje dzieci, tak, jak kiedyś urządzono je na mnie!
            Wyszedłem spod prysznica, wytarłem się i ubrałem, po czym wróciłem do sypialni. Junichi wciąż bawił się w swojej fortecy, dobudował nawet wieżę z poduszek. Zostawiłem syna samemu sobie i polazłem do kuchni.
            Hinata właśnie rozstawiała talerze, pomagała jej Mei, której zły humor chyba już się poprawił.
- Wcale mi się nie poprawił – burknęła moja córka. – I nie przejmuj się tak tym wszystkim, tato. Wybraliśmy Konohę i Takako to uszanował. Skoro wyścig polega na zebraniu wszystkich niezwykłych, to ich odnajdziemy szybciej od niego i już. Mintao myśli tak samo.
            Chciałem jej odpowiedzieć, ale w tym samym czasie wszyscy usłyszeliśmy dźwięk otwieranych frontowych drzwi i trzy głosy – mojego syna, Mayi i Asuki. Po chwili weszli oni do kuchni, pogrążeni w wesołej rozmowie. Mój syn zachowywał się już całkiem normalnie, rozmawiał z Asuką swobodnie i naturalnie, nawet się śmiał. Chyba się dogadali, choć nie mogłem pozbyć się wrażenia, że i tak się nie lubią.
            Po krótkiej ceremonii powitalnej i zapoznaniu Asuki z Hinatą, zasiedliśmy do kolacji. Nawet Junichi łaskawie opuścił swoją fortecę na rzecz parującej zupy miso, ociekających słodkim sosem dango oraz najzwyklejszego sashimi. Mój najmłodszy syn zażądał specjalnego miejsca obok Asuki, którą nazwał swoją Nee-san. Bardzo rzadko zdarzało się, by mały polubił kogoś do tego stopnia, on jednak przyczepił się do niej i posyłając jej coraz szersze uśmiechy, opowiadał o swoim forcie. Dziewczyna śmiała się, przytakiwała mu i oczywiście, zachwycała się w odpowiednich momentach, co powodowało, że Junichi zjadł całą kolację bez szemrania, nawet nie myśląc o tym, że je prawdziwe jedzenie, a nie chłonie chakrę.
            Po kolacji przeszliśmy do salonu na kawę. Junichi nie odstępował Asuki nawet na krok, skakał wokół niej, pokazywał swoje zabawki i domagał się bezwzględnej uwagi. Musiałem przyznać, że miała ona podejście do dzieci. Koniec końców wpakował się dziewczynie na kolana i nie miał zamiaru zejść.
- Chyba przyszła pora na opowieść – odezwał się nagle Mintao, kiedy skończyliśmy dyskusję na temat najciekawszych miejsc w Konosze. On i Maya siedzieli na jednym fotelu, jedząc ciasto upieczone przez Hinatę z jednego talerzyka. Mei przycupnęła na podłodze obok nich, opierając się o ich fotel, i bawiąc się talią kart. Ja i Hinata siedzieliśmy razem na kanapie, naprzeciw Asuki, trzymającej na kolanach Junichiego, który oglądał bransoletkę, którą miała na ręce. Musiałem przyznać, że siostra Mayi od razu wpasowała się w gusta mojej rodziny. Hinata polubiła ją ze względu na Junichiego, który się chyba w niej zakochał. Mei co i raz dorzucała do rozmowy jakieś uprzejme zdanka, co było oznaką, że Asuka wywarła na niej raczej dobre wrażenie. Maya nie odrywała do siostry wzroku, tak wiec pozostał tylko nieugięty, zazdrosny Mintao, bo jeśli nawet sprawiał pozory szalenie miłego, to wciąż pozostawały one tylko i wyłącznie pozorami.
- Ach, no tak, opowieść – powiedziała Asuka, uśmiechając się promiennie do nas wszystkich. – Opowieść o klanie Sakai. Powiem szczerze, że drugi raz w życiu będę opowiadała tę historię, za pierwszym została ona potraktowana przeze mnie dość lapidarnie, a Maya zasługuje przecież na pełną, wielowątkową wersję tej historii – rzuciła siostrze wesoły, szczery uśmiech, a Maya natychmiast go odwzajemniła. – Więc… od czego by tu zacząć? Może… na każdym kontynencie istnieją opowieści, legendy, podania, tłumaczące, skąd wziął się pierwszy ninja, jak powstawały kolejne Ukryte Wioski, skąd wzięły się jutsu oraz kekkei genkaj, prawda? – było to pytanie czysto retoryczne, więc kiedy obrzuciła nas spojrzeniem, wciąż z szerokim uśmiechem, tylko uprzejmie pokiwaliśmy głowami.
- Plawda – poparł ją mój najmłodszy syn, a Hinata zaśmiała się cichutko. Przytuliłem żonę, opierając się policzkiem o jej głowę.
- U nas, na naszym kontynencie, wszystko zaczęło się właśnie od klanu Sakai. Oczywiście, to tylko legenda – zaśmiała się, przymykając powieki, jakby chciała nam dać do zrozumienia, że nie powinniśmy brać jej słów tak całkiem na poważnie. – Nie mam pojęcia, ile w tym wszystkim prawdy, a ile bajek, jednak… dawno, dawno temu – jej rozbawiony ton sprawił, że i my roześmialiśmy się cicho, tym bardziej, że puściła oczko w moją i Hinaty stronę – gdy w naszym kraju nie istniała jeszcze żadna Ukryta Wioska, a ludzie nie znali sztuk ninja, na świat przyszedł chłopiec, posiadający kolorowe oczy. Jego spojrzenie nazwano „szalonym”, gdyż tęczówki chłopca cały czas zmieniały kolor. Przez swą odmienność chłopiec nieustannie cierpiał, nieakceptowany przez otoczenie, nawet przez własną rodzinę. Był on samotny do tego stopnia, że postanowił opuścić rodzinny dom i odnaleźć szczęście w szerokim świecie. Opuścił więc rodzinę i odszedł.
- A daleko? – spytał Junichi, podnosząc na nią oczy. Asuka zaśmiała się.
- Daleko, zawędrował aż na koniec krainy, nad samo morze – wyjaśniła, głaszcząc go po główce. Uśmiechnął się do niej.
- A dlacego nad moze? – pytał dalej.
- Może to przeznaczenie go tam skierowało?
- A dlacego?
- Przekonasz się, słuchając opowieści – ponownie się do niego uśmiechnęła, a mój syn przytaknął i wrócił do zabawy jej bransoletką. Asuka spojrzała na mnie i Hinatę i nas również obdarzyła swoim uśmiechem. – Legendy mówią, że założyciel klanu Sakai udał się nad morze, ponieważ chciał zapomnieć o swoim kraju, chciał go opuścić i uciec aż za nie. Nie miał on jednak pieniędzy, więc by móc wybrać się w podróż, musiał na nią zarobić. Pierwszego dnia znalazł pracę u możnej kobiety, które chciała, by nakrył on niewiernego męża jej przyjaciółki na zdradzie i on to uczynił, jednak przez zrządzenie losu nie otrzymał zapłaty. Drugiego dnia pewien mężczyzna chciał, by chłopiec pomógł mu zanieść chorego wnuka do lekarza, mieszkającego daleko poza wioską. Sakai uczynił to bezinteresownie, gdyż mężczyzna ten był bardzo biedny, a jego wnuk bardzo chory. Trzeciego dnia spotkał on staruszka z młotem, który naprawiał ogrodzenie wokół domu swego pana. Był on jednak tak stary, że nie mógł unieść młota. Sakai pomógł mu, by starca nie spotkała chłosta. I tak przez kolejne dni aż do końca tygodnia Sakai pomagał różnym ludziom: rybakowi, którego spotkała tragedia, zakochanemu mędrcowi, którego odrzuciła ukochana, mnichowi i gromadce dzieci, a ostatniego dnia dotrzymał on towarzystwa umierającemu, samotnemu starcowi. Minęło całe siedem dni, a choć Sakai imał się różnych prac, nie otrzymał za nie żadnego wynagrodzenia. Już chciał opuścić wybrzeże, uznawszy, że szczęście mu tam nie sprzyja, gdy nad brzegiem morza ukazało mu się siedem postaci. Każda z osób, której pomógł Sakai, nie była zwykłą osobą, lecz bogiem. Podczas tych siedmiu dni chłopak bezinteresownie pomógł Shichi-fukujin, siedmiu bogom szczęścia, a oni, wzruszeni jego zachowaniem, postanowili mu się odwdzięczyć. Pobłogosławili więc oni jego niezwykłe oczy, dając im siedem szczególnych barw, shiro – oczy białe, które mogą przenikać poprzez dusze i intrygi, tak jak to zrobił Sakai, gdy odkrył zdradę niewiernego kochanka. Midori – oczy zielone, pozwalające nieść ulgę w cierpieniu chorych bliźnich. Aka – oczy czerwone, dające możliwość korzystania z siły innych, kiedy jest ona potrzebna, w zamian za to, że Sakai użyczył swej siły starcowi z młotem. Ao – oczy niebieskie, dysponujące mocą wody, w zamian za pomoc udzieloną rybakowi. Ki-iro – oczy żółte, dające moc jednania sobie ludzkich serc, doo – oczy brązowe, pieczętujące boską moc oraz ostatnie, kuro – oczy czarne, otwierające bramy poza nasz świat. Sakai otrzymał te dary w zamian za pomoc i czystość serca. Miał on ośmioro dzieci i stał się pierwszym shinobi na naszym kontynencie. Każde z jego dzieci zapoczątkowało istnienie jednego z najznamienitszych klanów naszej krainy. Ich nazwiska to kolejno: Ao, Aka, Doo,Ki-iro, Kuro oraz Midori. Każdy klan posługuje się innym kolorem kichigan, zaś tylko potomkowie ósmego dziecka, które odziedziczyło nazwisko i pełną moc ojca, mogą posługiwać się wszystkimi kolorami. I… oto historia klanu Sakai.
            Zaśmiała się, patrząc na zdumioną minę Mayeczki.
- Oczywiście, połowę z tego należy między bajki włożyć, ale akurat to, że kichigan jest pierwowzorem dla najstarszych kekkei genkai z naszego kontynentu, to prawda. Sprawa z naszym dojutsu też nie jest jednak taka prosta. Nie tak łatwo jest wytrenować kichihan, właściwie, jeszcze nikomu nie udało się opanować więcej, niż trzy kolory. Ty, Mayu, pewnie nawet nie potrafiłaś aktywować któregoś z kolorów, prawda?
- Tak – przytaknęła Maya, a Mintao objął ją bardziej i oparł brodę na jej ramieniu. Oboje przyglądali się Asuce z lekkimi uśmiechami na twarzach. – Wiele razy próbowałam, ale nic z tego nigdy nie wyszło. Kolory zmieniają się jak szalone, jednak żaden z nich nie chce utrzymać się na dłużej.
- Kolory są odbiciem twojego nastroju i jest ich całe mnóstwo, wcale się nie dziwie, że ci się nie udało – mruknęła Asuka. Jej prawe oko zabłysło na jasno pomarańczowo, a potem przybrało kolor krwi. Powiodła po nas wzrokiem. – To jest Aka Kichigan, który trenowałam odkąd skończyłam trzy lata. Pozwala mi on, jak mów legenda, czerpać siłę od innych ludzi. W rzeczywistości jest to dojutsu umożliwiające kopiowanie tej siły, ale tylko na czas kontaktu wzrokowego z przeciwnikiem. Ty, A… znaczy, Mayeczko… – poprawiła się szybko i uśmiechnęła przepraszająco do siostry – trenowałaś Shiro Kichigan, ale porwano cię przed nałożeniem pieczęci.
- Pieczęci? – zapytałem, zainteresowany. W końcu moja rodzina od strony matki zajmowała się właśnie pieczęciami i co nieco już o nich wiedziałem. Asuka zerknęła na mnie, po czym poprawiła nieco Junichiego, który zasnął jej na kolanach. Ułożyła wygodnie jego główkę na swojej piersi, a mi przez głowę przeleciało, że maluch ma jednak wżyciu niesłychane szczęście.
- Tak, chodzi o to, by oko tak nie szalało – wyjaśniła, wciąż spoglądając na nas czerwonym okiem, tak różnym jej drugiego, brązowego oka. – Dzięki tej pieczęci łatwiej utrzymać jest w ryzach jeden kolor. To trochę skomplikowane, przechodzi się najpierw mozolny trening, a potem pieczętuje oko. Ja przeszłam swoją ceremonię zapieczętowania gdy miałam jedenaście lat. Ai… Maya, nie zdążyła dokończyć treningu…
- Co… – zaczęła Maya, a my wszyscy skierowaliśmy na nią wzrok. Dziewczyna wpatrywała się w siostrę zupełnie tak, jakby chciała pochłonąć ją wzrokiem. – Co… co daje S-Shiro Kichigan? – spytała.
- Shiro jest najpotężniejszy ze wszystkich i najmniej znany, Mayu. Właściwie, ostatnim razem biały Kichigan aktywowany został w naszej rodzinie kilka pokoleń wstecz i mówią o nim tylko stare listy i pamiętnik jednego z naszych przodków. Klan Shiro wygasł kilka pokoleń wstecz. Wiem jednak, że białe oczy posiadają moc przenikania ludzkich dusz, ale co to oznacza… i jak wygląda w praktyce… tego nie wiem – powiedziała.
            Przez chwilę wszyscy milczeliśmy, zastanawiając się nad jej słowami, a ona przegarniała włosy na czole Junichiego, patrząc na małego z uśmiechem. Była bardzo do Mayi podobna, zarówno z wyglądu, jak i z usposobienia. Obie były spokojne i miały wielkie serca, pełne ciepła i miłości do całego świata.
- Czy to oko – odezwała się w końcu Maya, ponownie zwracając uwagę wszystkich – czasem cię boli?
- Odkąd zostało zapieczętowane, już nie. Kiedyś bolało, bo było niestabilne – odparła Asuka. – Teraz, po tak długim czasie, nie wiem, jak będzie z twoim treningiem. Zobaczymy, co powie tata, kiedy wrócimy do domu.
            Mayeczka zarumieniła się gwałtownie.
- Dom – zaśmiała się. – Jaki on jest? Nic nie wiem, nic nie pamiętam, ale kiedy tak opowiadasz… Chciałabym już tam być.
            Spojrzała na mnie z uśmiechem, który odwzajemniłem. Cieszyłem się jej szczęściem i tymi wszystkimi wyjaśnieniami. Maya na to zasłużyła, na duży dom, na wielką rodzinę, na tradycje jej klanu, na wszystko. Może, gdy w końcu znajdzie się u siebie, jej pamięć się odblokuje? Może przypomni sobie lata, kiedy mieszkała jeszcze w domu, czasy przed porwaniem? Może, kiedy po odwiedzinach u rodziców wróci do Konohy, będzie już pamiętała całą swoją przeszłość?
- Cóż, nie mam pojęcia, jak ci go opisać… posiadłość jest dość spora, otacza ją ogród… miałyśmy kiedyś huśtawkę, to na niej zrobiono nam tamto zdjęcie… a ty lubiłaś wspinać się po drzewach i kiedyś z jednego spadłaś i złamałaś rękę… mama była na ciebie taka zła – Asuka zaśmiała się do siebie, przywołując to wspomnienie. – I ogólnie byłaś dość psotna. Miałaś kota, nazywałaś go Kooun-kun. A przed snem… mama zawsze musiała zapalać ci lampkę, bo bałaś się ciemności.
- Nic z tego nie pamiętam – szepnęła Maya, a Asuka natychmiast spoważniała.
- Jestem pewna, że sobie przypomnisz – powiedziała dobitnie. – Nie zadręczaj się tym. Klan zrobi wszystko, wynajmiemy najlepszych medyków, bez obrazy, rzecz jasna – skłoniła się w moją stronę. – Jestem pewna, że zrobiliście tu wszystko, co było w waszej mocy, ale my też spróbujemy. Ojciec tego nie odpuści, przez te wszystkie lata nikt z nas nawet nie dopuścił do siebie myśli, że mogłabyś nie żyć. Szukaliśmy cię wytrwale, przez cały ten czas. Ojciec wynajmował różnych shinobi, szukali cię członkowie klanu, tata uruchomił wszystkie swoje kontakty. I mimo, że dalsza rodzina powtarzała już od dłuższego czasu, że powinniśmy się poddać, że już za późno, my wciąż byliśmy pewni, że cię znajdziemy. A teraz… teraz nie spoczniemy… – wstała ostrożnie, podała śpiącego Junichiego Hinacie i zbliżyła się do Mayi. Uklękła obok Mei, tuż przed siostrą i ujęła jej dłonie, patrząc jej w oczy. – Nie spoczniemy, póki nie odzyskamy twojej pamięci. Skoro wyruszymy za kilka dni, to pozwolę sobie poprosić – zerknęła na mnie – o akta dotyczące sprawy Mayeczki. O historię jej choroby i wszystko, co tylko mogłoby się przydać. Tata przyśle tu naszych ludzi, i choćby miało to zająć kolejne siedem lat to wiem, że się uda.
- A-Asuka – wyszeptała Maya. Mintao puścił ją, by mogła objąć siostrę, a ona natychmiast to zrobiła i rozpłakała się. Asuka przytuliła ją mocno, szepcząc jej coś do ucha cichym głosem, tak, byśmy nie słyszeli. Ale żadne z nas nie miało zamiaru podsłuchiwać. Mintao wyciągnął rękę i pogłaskał Mayeczkę po głowie, patrząc na nią ze współczuciem. Ledwo pogodziła się z tym, że nic nie pamięta i powinna iść dalej, zjawiła się Asuka. Oby tylko klan Sakai był w stanie dotrzymać obietnic dziewczyny, gdyż Maya, drugi raz straciwszy nadzieję na odzyskanie swoich wspomnień, pewnie by się załamała.
-Zaniosę go do łóżeczka – szepnęła Hinata, przytulając do siebie Junichiego i wstając z kanapy. Skinąłem jej głową i również wstałem.
- Pójdę z tobą – szepnąłem. –Niech sobie siostry w spokoju porozmawiają.
            Wyszliśmy, a zaraz za nami z salonu uciekła Mei. Moja córka oznajmiła nam, że idzie na spacer i wymknęła się z domu. W salonie zostały tylko siostry, składające sobie obietnice i zapewnienia, oraz Mintao, który chyba miał nadzieję zamienić się w cień swojej dziewczyny. Pomyślałem, że chyba jednak powinienem z nim porozmawiać na ten temat.

            Mei Uzumaki nienawidziła ckliwych scen. No dobra, rozumiała wszystko, porwali Mayę siedem lat temu, no to teraz, po odnalezieniu jej, Asuka powinna się trochę powzruszać, no ale, do cholery jasnej, bez przesady! Mei też była dziewczyną, no i nie zaprzeczała, zdarzało jej się uronić łzę z tego czy innego powodu, ale żeby zaraz urządzać takie przedstawienia?! Miała już tego dosyć, całe szczęście, że nadarzyła się okazja, by od tego uciec. Słuchanie tych wszystkich „ochów” i „achów” było ponad jej siły. W dodatku jeszcze te ich myśli, nie tylko Mayi i Mintao, ale i rodziców.
            Pokręciła głową, ruszając przed siebie ciemnymi uliczkami Konohy. Miała zamiar iść na skałę z wyrytymi twarzami Hokage i chwilkę posiedzieć na głowie dziadka Minato. Miała dość zaangażowania swojego brata w całą tę szopkę. Mintao siedział teraz i tulił do siebie Mayę, która wciąż ryczała, słuchając na wpół radosnych, na wpół smutnych opowieści o przeszłości, której nie pamiętała. Mei nie lubiła Mayi, i nie chodziło wcale o to, że była ona dziewczyną jej brata. Wiedziała, że i tak nie lubiłaby każdej, z którą ten zacząłby chodzić z powodu jego myśli, ale akurat Mayi nie lubiła już wcześniej. A wszystko przez popieprzone myśli dziewczyny. Maya była po prostu tak cholernie zakompleksiona, że słuchanie jej doprowadzało Mei do białej gorączki. A odkąd Mintao zaczął z nią chodzić, Szalonooka już całkowicie działała jej na nerwy. Ile w jej myślach było wzdychać „och, jaka ja jestem brzydka”, „och, jaka ja jestem uszkodzona”, „och, jaka ja jestem nieszczęśliwa, och!” Irytujące. A teraz do tego wszystkiego dochodziły jeszcze myśli brata. „Och, przecież ona jest taka piękna, ktoś ją po prostu skrzywdził”, „och, jakie ona ma dobre serduszko, jest taka ciepła i kochana i och, och”.
            Mogłabyś to skończyć? Zapytał Mintao, co jeszcze bardziej ją rozzłościło. WYNOŚ SIĘ Z MOJEJ GŁOWY! Wrzasnęła, przepędzając go jak najdalej mogła. Nie miał prawa się wtrącać, tak jak ona siedziała cicho, gdy miział się z tą swoją głupią Nami. Z Mayą na szczęście jeszcze nie mógł się tak obleśnie ślinić, i dzięki niebiosom.
            Wcale nie chodziło o to, że była zazdrosna. Była po prostu zła. Zła na wszystko dookoła, a najbardziej na samą siebie. Ostatnio jej się nie układało i tylko patrzyła, jak wszyscy dookoła są szczęśliwi. A wszystko przez tę jej przeklętą zdolność!
            Dotarła na miejsce i usiadła sobie na jakimś kamieniu, patrząc z góry na rozświetloną Konohę. Uwielbiała ten widok niemal tak bardzo, jak tata. Bo jej ojciec kochał wioskę tak szczerze i tak oddanie, że nie sposób było nie podziwiać go za to. Hokage oddałby wszystko, co ma, za szczęście i pokój dla Konohy, dlatego właśnie tak martwił się całą tą sytuacją i tak zadręczał wszystkimi problemami.
            Westchnęła, próbując uspokoić głowę i oddalić od siebie głosy, które słyszała. W tym miejscu była na tyle daleko od ludzi, że mogła ignorować ich myśli. Wyraźnie słyszała tylko Mintao, ale w tej chwili najmniej obchodziła ją opowieść Asuki o tym, jak piękna jest jej i Mayi mama.
            Mintao miał łatwiej, bo był facetem. Maya nie myślała za bardzo o jego wyglądzie, jego ciele, bardziej interesował ją jego charakter, jego mentalna strona. Była w końcu dziewczyną, najważniejsze dla niej było, by ją kochał, szanował i opiekował się nią. A Maya nie słyszała, w jaki sposób myślał na przykład o jej łydkach czy niewielkich piersiach. I wszystko było okej. Ale Mei tak nie miała. Chłopcy z Konohy jej unikali, w końcu jaki chłopak chciałby mieć dziewczynę, która nieustannie siedziałaby mu w głowie? Wiedziała o każdej cycatej dziewczynie, za którą się obejrzy, o każdej, o której choćby zwyczajnie pomyśli? Wiedziałaby o każdych przekrętach, kłamstewkach, matactwach. A nawet jeśli byłby on najuczciwszym człowiekiem na ziemi, to przecież byłby facetem, który czasem myślałby o niej jako o kobiecie, która ma nogi, piersi… której ciało mu się podoba.
            Właśnie dlatego Mei nie układało się w związkach i właśnie dlatego ostatnio była na wszystko i wszystkich taka zła. Chyba… chyba jednak zazdrościła bratu. Bo… bo w jego związku to był plus, miał wgląd w te wszystkie powalone fanaberie swojej dziewczyny, mógł dzięki temu jakoś wpłynąć na jej kompleksy, podnieść jej samoocenę. A u Mei wszystko działało odwrotnie i przez to jej związki się rozpadały, na przykład związek z Kaju. Czerwonowłosy był fajny, był taki przystojny i podobał jej się, naprawdę. Ale i tak to się rozpadło, i to przez nią. Bo wiedziała za dużo. Bo to słyszała. Bo nawet, jak się starała, to i tak powstrzymanie jej zdolności nie było możliwe, kiedy byli tak blisko.
            Nagle poczuła czyjąś myśl, więc obróciła się szybko. W jej kierunku, schodząc po skale, zmierzał jeden z patrolujących wioskę strażników. Zmarszczyła nos. Facet szedł sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku i pogonić ją do domu, bo było już późno i ciemno. Zupełnie, jakby była małą dziewczynką! Mogłaby mu skopać dupsko, nawet nie zdążyłby zauważyć, w końcu była córką Hokage!
- Dobry wieczór, Mei-chan! – zawołał facet, gdy tylko stanął na głowie jej dziadka. – Co ty tu robisz?
            Słysząc to całe „chan” miała ochotę wgnieść mu nos w czaszkę.
- Dobry wieczór – odparła z rezerwą. Facet zastanawiał się właśnie, czy ona słyszy jego myśli i czy wobec tego nie będzie musiał jej tłumaczyć, że ma sobie pójść. Co za idiota. – Słyszę – warknęła. – Nigdzie nie idę.
- Owszem, idziesz – odparł, patrząc na nią groźnie. – Jeszcze tego brakowało, by ci się coś stało na mojej warcie! Lord Hokage obdarłby mnie żywcem ze skóry! Jest ciemno, odprowadzę cię do domu! – oświadczył z całą stanowczością. Popatrzyła na niego zdumiona. Był może ze trzy, cztery lata starszy od niej, jounin, długie, ciemne włosy związane miał z tyłu. Kojarzyła go z widzenia, ale nie pamiętała jego imienia, a grzebanie mu po głowie tylko po to, by się dowiedzieć, jak chłopak ma na imię, było dla niej w tej chwili zbyt kłopotliwe. W każdym razie myślał o tym, że zaciągnie ją do domu choćby i siłą, byleby tylko nie pałętała się o tej porze po wiosce podczas jego zmiany. Wyobrażał sobie, że ktoś ją napada, ona doznaje jakiegoś uszczerbku na zdrowiu, a potem on dostaje burę od Hokage.
- No dobra, niech ci będzie, czubku – westchnęła, wstając. – Jak ty w ogóle się nazywasz?
            Chłopak drgnął i spojrzał na nią zdumiony. Teraz pomyślał, że nagada na niego swojemu ojcu. Co za kretyn, skwitowała.
- Tylko pytam, nic nikomu nie będę mówić – powiedziała, otrzepując spodnie.
- Hayashi – odparł chłopak, ukłoniwszy się jej. – Hayashi Itsu. Czy mogę cię już odprowadzić i wrócić do patrolowania wioski? – zapytał. – Zostawiłem na warcie klona, proszę się nie martwić, że zostawiłem stanowisko!
- O nic się nie martwię, co z tobą, koleś? – prychnęła. – No chodźże, idziemy? – wyminęła go, kierując się w stronę schodów na dół. Dogonił ją i ruszyli ramię w ramię. Chłopak cały czas się o coś martwił, a to, że gdyby jej nie spostrzegł, Lord Hokage miąłby do niego pretensję, a to, że przecież taka „mała dziewczynka” nie powinna chodzić po ciemku po wiosce, a to, że to na jego zmianie, a to, że zostawił klona na warcie, czego robić nie powinien, ale z drugiej strony ona była równie ważna co wioska, bo była córką Hokage, ale jeśli coś się stanie, to to będzie jego wina, bo opuścił stanowisko…
- Człowieku! – wykrzyknęła w końcu, kiedy byli w połowie drogi do jej domu. – Weź ty się w końcu zamknij, w promieniu dziesięciu kilometrów dookoła nas nie ma ani jednej niecnej myśli, z wyjątkiem moich, bo mam ochotę cię zamordować!
- A-ale, ja nic nie mówię, Mei-chan! – wykrzyknął.
- Jeszcze raz dodasz „chan” do mojego imienia, a zrealizuję plany! Czubek!
            Wyprzedziła go, ale zaraz ją dogonił.
- Ja przepraszam, Mei-san! Proszę, nie gniewaj się na mnie!
- Z jakiej choinki tyś się urwał, człowieku? – zapytała, kiedy zastąpił jej drogę. Znów się bał, że nagadana niego ojcu. – Idź się leczyć i daj mi spokój!
            Zaśmiał się.
- Jesteś nawet zabawna – wypalił, ku jej zdumieniu szczerze. Spojrzała mu w oczy, wściekła. Co miało znaczyć to NAWET?! Ona BYŁA zabawna! – Może masz jakiś problem, Mei-chan? – spytał, ignorując fakt, iż poczerwieniała ze złości, słysząc kolejne „chan”. – Na takie samotne spacery nie wychodzi się bez powodu. Możesz mi się zwierzyć – miał szczere, ale jakże wkurzające ją intencje.
- A niby to dlaczego?! – zaperzyła się. – Wybacz, ale od tego to ja mam przyjaciół, a nie obcych! Już ci powiedziałam, idź się leczyć!
            Uśmiechnął się wrednie.
- Może to nie ja potrzebuję leczenia – odparł. Zaniemówiła, bo zabrakło jej riposty. Chwilę mu się przyglądała, po czym wyminęła go i czym prędzej ruszyła w stronę domu, a on za nią. Kretyn!
Dzwonek od drzwi zmusił mnie,bym oderwał się od ust żony i westchnął. Junichi spał, a my chcieliśmy choć odrobinkę skorzystać z faktu, że wszyscy wynieśli nam się z domu, nawet Mintao.
-Kogo niesie o tej porze, do jasnej cholery? – zapytałem retorycznie, podnosząc się z łóżka. Hinata zachichotała, okrywając się kołdrą. Wciągnąłem na siebie leżącą w nogach łóżka bluzkę i mamrocząc pod nosem przekleństwa, wyszedłem na korytarz i ruszyłem w stronę drzwi. Dotarłem do nich, złapałem za klamkę i otworzyłem. Na schodach stał Hayashi, jeden z wartowników, a obok niego wściekła, czerwona na twarzy Mei.
- A… eee… coś się stało? – zapytałem.
- Ten czubek uparł się, że mnie przyprowadzi – warknęła Mei i czym prędzej przekroczyła próg, potrącając mnie przy tym.
- Dobranoc, Mei-chan! – zawołał za nią chłopak.
- Nie nazywaj mnie tak! – krzyknęła, będąc już przy drzwiach swojego pokoju, które sekundę potem huknęły z taka siłą, że aż szczęknąłem zębami. Spojrzałem na Hayashiego.
- Coś ty jej zrobił? – spytałem podejrzliwie. Chłopak uśmiechnął się nonszalancko.
- Chyba nie lubi, jak nazywa się ją Mei-chan, Hokage-sama – powiedział, nadal uśmiechnięty. Przyjrzałem mu się, bo coś w jego wyglądzie, a może w zachowaniu, kompletnie mi się nie spodobało.
- Coś się stało? – spytałem.
- Skąd, Hokage-sama! – zaprzeczył.
- Ale… – przyjrzałem mu się uważniej, po czym wyciągnąłem rękę i złapałem go za podbródek. Zamarł, a ja obejrzałem jego oczy, po czym aktywowałem tryb mędrca. Zamiary miał najczystsze z najczystszych, chakra również się zgadzała. Przeczesałem jeszcze całą okolicę, po czym odwołałem senjutsu i puściłem chłopaka. Roztarł szczękę i spojrzał mi w oczy.
- Coś nie tak, Hokage-sama? – zapytał.
- Miałem takie… dziwne wrażenie – szepnąłem, bardziej do siebie, niż do niego.
- Mam zgłosić to straży, sprawdzić okolicę? Coś pan wyczuł? – zaniepokoił się chłopak.
- Nie, nie… wszystko już sprawdziłem. Wracaj na posterunek, bo chyba zostawiłeś tam klona, prawda? – przytaknął. – Dziękuję, że przyprowadziłeś tu Mei.
- Cała przyjemność po mojej stronie, Hokage-sama – chłopak ukłonił mi się nisko, po czym odwrócił i odszedł. Zamknąłem drzwi i jeszcze raz aktywowałem tryb mędrca, ale ponownie nic nie wyczułem, chłopak wracał na posterunek, szczerze oddany wiosce. Hinata chyba miała rację, byłem stanowczo zbyt podejrzliwy wobec każdego chłopca, z którym miała do czynienia Mei. Ale nie mogłem na to nic poradzić! Była moją córeczką!
            Wróciłem do sypialni i rozebrałem się, po czym ponownie położyłem obok Hinaty. Żona natychmiast do mnie przylgnęła, obejmując mnie w pasie.
- To była Mei, prawda? – spytała.
- Tak. Co ją ostatnio gryzie? – zaciekawiłem się. W końcu przerwałem dziś jej i Hinaty rozmowę. No i Mei płakała. Wiedziałem, że cokolwiek się działo, Hinata na pewno jej pomoże, była taką wspaniałą matką i osobą. Jednak ja również chciałem być dobrym rodzicem. Byłem tez boleśnie świadom, że spędzam ze swoimi dziećmi bardzo mało czasu.
- Mei ma… takie małe problemy, jak każda nastolatka – mruknęła Hinata, łaskocząc oddechem moją szyję. – Mam nadzieję, że niebawem wszystko sobie poukłada. Nie martw się, Mei wszystko mi opowiedziała.
- Aha – szepnąłem elokwentnie. Hinata mruknęła coś cicho i przekręciła się plecami do mnie. Objąłem ją i wtuliłem się w jej miękkie ciało, przymykając oczy. – Jutro na naszym podwórku będę przeprowadzał pewien test – mruknąłem sennie.
- Test?
- Muhum – przytaknąłem – zobaczysz jutro.
            Nie wiem, czy coś mi odpowiedziała, moje powieki po prostu opadły i zasnąłem.

W następnym rozdziale:

„…- Ta… bąbelki to bąbelki…”

2 komentarze:

  1. fajnie ^^ Mei może się w nim zakocha?
    Ja tam trzymam stronę Mintao jeżeli chodzi o tą całą siostrę Mayeczki ona jest dziwna. Może i jest jej rodziną, ale na pewno nie jest taka za jaką każdy ją uważa. Moim zdaniem ;]

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem czemu, ale mam nieodparte wrażenie, że Asuka to Takako tylko, że pod Henge no jutsu czy coś podobnego ;]. Ja lecę czytać dalej ^^
    ~NekonoNeechan

    OdpowiedzUsuń