poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 16

dlaczego nie pozwolisz mi
na rozwinięcie skrzydeł
przecież wiesz że
nie dotknę słońca
(zbyt dobrze znam
biografię Ikara)
                  Almie Redafas


            Na brak czasu cierpiałem również rano, biegnąc z tostem od Sakury w zębach do swojej własnej siedziby. Mayę odstawiłem już do szpitala i zajęła się nią Sakura, która tak łaskawie podzieliła się ze mną własnym śniadaniem. Dziewczynka zachowywała się jeszcze dziwniej niż normalnie, była jakaś przygaszona, na pytania odpowiadała krótko i cichutko i wciąż pytała, czy ten strażnik, który ją zabrał, był ważniejszy od niej. Nikt nie rozumiał, o co jej chodziło. Chyba naprawdę była zwariowana. Po drodze musiałem jeszcze zahaczyć o dom Shikamaru i nie byłem z tego zadowolony. Co jak co, ale odwiedzin u niego raczej nie lubiłem.
Wpadłem na podwórko niedużego, parterowego domu, należącego do mojej prawej ręki i już powoli zbliżyłem się do drzwi. Zapukałem grzecznie.
- Czego?! – warknął kobiecy głos dobywający się z wnętrza domu.
- To ja – odezwałem się. - Eee, mogę wejść?
- Nie, mój mąż śpi, spadaj Naruto!
- Eee… ale twój mąż jest mi potrzebny. Temari, kochanie, no weź…
Drzwi otworzyły się raptownie i stanęła w nich jasnowłosa, piękna kobieta o gniewnym spojrzeniu. Cofnąłem się o krok. Dla mnie była ona straszna, z resztą, dla Shikamaru też.
- Czego ty znowu chcesz? - zapytała, unosząc wysoko brwi. Próbowałem się uśmiechnąć, ale mi nie wyszło.
- Twojego męża. Ale nie martw się, odstawie go wieczorem całego i zdrowego.
- Aha. Obiecanki-cacanki. Kto mi obiecuje od dłuższego czasu, że da mu wolne, hę? Wiesz, ile już czasu nie byłam w rodzinnej wiosce? - I szturchnęła mnie boleśnie palcem w pierś. Skrzywiłem się. Nie rozumiałem, dlaczego na widok tej całkiem urodziwej, niższej ode mnie istoty pocą mi się dłonie i mam ochotę uciekać. Wzniosła dłoń, a ja pobladłem.
- Temari, promyczku słońca… na razie nie mogę dać mu wolnego. Poczekaj, egzamin się skończy i się wybierzecie. Na razie jednak…
Zrobiła krok do przodu, a ja ponownie się cofnąłem. W tym momencie do naszych uszu doszedł jakiś gderliwy głos, który uskarżał się na upierdliwość porozrzucanych na podłodze zabawek i po chwili moim oczom ukazał się Shikamaru, w spodniach od piżamy, roztrzepany i najwyraźniej nie w sosie, skaczący na jednej nodze.
- Cholera, ile razy mówiłem, żeby zbierała te przeklęte graty… wlazłem na coś, nie wiem na co, ale się rozleciało… o! – zdziwił się na mój widok.
- Cześć - jęknąłem słabo, bo jego żona wciąż stała nade mną ze wzniesioną dłonią.
- Czego chcesz? – Jego mina zmieniła się z ponurej na jeszcze bardziej ponurą.
- Próbuję wytłumaczyć twojej pięknej żonie dlaczego w tej chwili nie możesz dostać wolnego, oraz próbuję nakłonić ją, by wpuściła mnie do środka. Jesteś mi potrzebny, widzisz, wczoraj…
- Wiem. Sasuke tu wpadł. Później przyjdę.
Podszedł do Temari, objął ją w pasie i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Jak ja kochałem tych ludzi! Normalnie ubóstwiałem, kiedy każde z nich miało w nosie to, co mówi do nich ich Lord Hokage!
- Jak ja mam zarządzać tą wioską, skoro nikt nigdy mnie nie słucha?! – wydarłem się na całe gardło. Oczywiście, nikt mi nie odpowiedział, bo nikogo nie było w pobliżu.
Wylazłem na drogę, gderając sobie pod nosem, a tam spotkałem Kaju, który szedł w tym samym kierunku, co ja. Ruszyliśmy razem, ciesząc się pogodą. Wszędzie było pełno kałuż, bo nad ranem padał deszcz. Mieszkańcy wioski wylegli na ulice, gospodynie cieszyły się, że po suszy, ich kwiaty i warzywa znowu zaczną rosnąć. Wszystko pachniało świeżością, aż miło było iść.
- Dziś wieczorem wpadniecie do mnie i złożycie mi pierwszy raport – poinformowałem piaskowego shinobi. – Mówiłem już o tym moim dzieciom.
- Słyszałem, że pańska żona już urodziła. Gratuluję, Lordzie Hokage.
- Dziękuję ci, Kaju. O patrz, właśnie nadciąga twoja ekipa!
Zza najbliższego zakrętu wyłonili się Mei, Mintao i Shan. Mei uśmiechnęła się na widok Kaju, a Mintao wykrzywił. Zbliżyliśmy się do nich. Dzieciaki od razu ruszyły dalej, zgarnąwszy piaskowego shinobi, a zostawiwszy na jego miejscu Mintao.
- A ty nie idziesz z nimi? - spytałem syna.
- Jeszcze czego! Tam gdzie Kaju? Musiałbym zwariować! - zawołał zniesmaczony, oglądając się za ekipą.
- Nie jest taki zły, to bardzo miły chłopiec - wyraziłem swoje zdanie. Mój syn prychnął.
- Miły chłopiec! - zakpił. - Masz o nim niewłaściwe wyobrażenie! W życiu nie widziałem większego podrywacza! Mei jest głupia, że za nim lata! Nie mam zamiaru przebywać blisko niego. Wsłuchiwanie się wtedy w myśli siostry jest koszmarem! A tamten też, zamiast wreszcie się na coś zdecydować, to nie, robi jej wodę z mózgu…
Zaśmiałem się, widząc jego oburzenie. Syn spojrzał na mnie krzywo.
- Chyba przesadzasz. Niby w kogo Kaju miałby się wdać? Gaara to Gaara, on nigdy nie był duszą towarzystwa, a jego żona… cóż, ona też jest dość zamknięta w sobie. Coś mi się zdaje, że jesteś po prostu trochę zazdrosny.
- Niby o co? - spytał beznamiętnie, czym zbił mnie z tropu.
- No… o jego… hę… popularność?
- Tato, jestem synem Lorda Hokage, czy naprawdę myślisz, że doskwiera mi samotność? W dodatku mam siostrę, która nieustannie grzebie mi w głowie. A ja siedzę w jej głowie! I muszę wysłuchiwać, jak o nim myśli…
Wzdrygnął się i przyłożył palce do skroni. Szliśmy teraz główną, najbardziej gwarną ulicą Konohy. Liczni ludzie kłaniali mi się, więc tylko połowicznie skupiałem uwagę na synu, starając się odwzajemniać powitalne gesty. Kiedyś ci sami ludzie nawet by mnie nie zauważyli. Nie chciałem o tym myśleć.
- No więc chodzi tylko o to, że on podoba się Mei? - zapytałem.
- Tylko?! - niemal zawołał. – Aż! Gdybyś cały czas słyszał myśli, dajmy na to, sensei Sakury, jej myśli, kiedy ona i jej mąż…
- Wystarczy! - zawołałem, wiedząc, o co mu chodzi. – Rozumiem do czego zmierzasz.
- Mam nadzieję - rzekł posępnie, nadal masując skronie.
- I nie możesz tego wyłączyć? Odciąć się. Kiedyś tak chyba robiliście…
- Nadal robimy, kiedy musimy… na przykład kiedy jedno z nas się kąpie… ale to powoduje spory ból głowy, zupełnie, jakby ktoś wyrzynał pół mózgu…
- Jak to jest dzielić z kimś myśli? – zapytałem. Ogromnie ciekawiło mnie wszystko, co czyniło z moich dzieci wyjątkowe. Ich dar fascynował mnie odkąd go odkryliśmy, ale wciąż ciężko mi było zrozumieć skomplikowany mechanizm tej zależności. Nawet bliźniaki tego do końca nie rozumiały, wciąż odkrywały nowe możliwości swoich umysłów, taki jak ostatnio, gdy jakieś trzy miesiące temu okazało się, że potrafią wyczuć, kiedy ktoś kłamie, a kiedy mówi prawdę. Uznałem to za szalenie pomocną umiejętność.
- Nie wiem, jak ich nie dzielić – odpowiedział Mintao. – Idę sobie teraz główną ulicą Konohy. Czuje zapach smażonych ryb z baru po drugiej stronie ulicy… widzę wysokie budynki administracyjne, do których się zbliżamy… czuje się dobrze, choć jestem trochę zdenerwowany… to jest wyraźne. A Mei idzie wąską uliczką już prawie półtora kilometra od nas, mówi teraz do Kaju, patrzy się na jego twarz, kątem oka widzi Shana i mijane drzewa, czuje ich zapach… myśli sobie, że jest pięknie i cicho… jest szczęśliwa, pobudzona, śmieje się, słysząc to, co teraz mówię… i to jest tylko odrobinę mniej wyraźne od tego, co jest tu… to jest tak, jakby moja świadomość dzieliła się na dwie równoległe płaszczyzny, tę pierwszą, wyraźną, i tę drugą, trochę mniej wyraźną, ale równie prawdziwą. A z tego co wiem, ty tato, odbierasz tylko tę pierwszą płaszczyznę.
- A w momentach, kiedy czytacie myśli innych?
- To tak, jakby te równoległe płaszczyzny przecinała z ukosa trzecia płaszczyzna, niewyraźna i chaotyczna, bardzo zamglona, już nie tak wyrazista. I bardzo kusząca. Inne umysły wciągają, hipnotyzują… im częściej je czytamy, tym ciężej nam jest pozostawać tylko przy dwóch płaszczyznach…
- Rozumiem. A bynajmniej się staram. Wiesz, Sakura wysnuła pewną teorię dotyczącą Mayi…
- Tak, wiem – przerwał mi. Doszliśmy już pod budynek administracyjny i zatrzymaliśmy się przy wejściu. - No cóż, jeżeli to prawda, to być może Maya będzie mogła zapanować nad ogniem. Dobrze, ja idę do szpitala, organizujemy się w oddziały medyczne na egzamin, Mei i ekipa właśnie spotkali się z Anko, będą jej pomagać przygotować jakieś zwoje do pierwszego testu… to przecież już za cztery dni. A co do naszej misji, to Sayoko i Roppa mają ich na oku. Wieczorem wszystko ci opowiemy.
- A będzie co? – zapytałem. Wzruszył ramionami i odszedł w stronę szpitala. Wszedłem na górę.
W moim ślicznym gabineciku czekała na mnie kolejna niespodzianka. Rozejrzałem się dookoła, a potem zbliżyłem do biurka. Na blacie leżał zwój niebieskiego pergaminu, zapieczętowany czerwonym lakiem. Przyjrzałem się znakowi na pieczęci i ujrzałem rybkę. Piranię.
- Ban! – wydarłem się. Po chwili chłopak wpadł do gabinetu.
- Stało się coś? - zapytał zadyszany.
- Jak znalazł się tutaj ten zwój?
- Jaki zwój? – zdumiał się.
- No ten, niebieski, kto go przyniósł? – wskazałem ręką pergamin. Ban spojrzał na niego zmieszany.
- Pierwszy raz na oczy go widzę – przyznał. Zamrugałem i przyjrzałem się niewinnemu liścikowi. – Jeżeli pan sobie życzy, to zaraz sprowadzę kogoś, kto…
- Nie ma takiej potrzeby – przerwałem mu. – Możesz odejść.
- Ale, Lordzie Hokage, skoro pan nie wie, co to za zwój, to radzę go nie otwierać…
- Wiem, od kogo jest ten zwój. Spadaj, Ban!
Chłopak skinął głową i wyszedł. Sięgnąłem po pergamin i złamałem lakową pieczęć. Zwój zawierał krótki liścik:

Jestem w Wiosce Słońca. Na razie jest w porządku. Ludzie są dziwni, jakby pod wpływem jakiegoś jutsu, choć zachowują się prawie normalnie. Są tylko, jak mówiłem, bezgranicznie zakochani w Hiroetsu. Nic więcej na razie nie udało mi się ustalić. Będę pana informował na bieżąco. Proszę spalić ten zwój.
Uszanowanie
Pirania.

- Konkretny chłopak – szepnąłem do siebie, sięgnąłem po zapałki, które miałem w szufladzie przy biurku i podpaliłem zwój. Płonącego, wrzuciłem go do pustego wazonu stojącego na parapecie. Bezgranicznie zakochani w Hiroetsu, tak? To już wiedziałem i bez niego. Czyżby miął zamiar mówić mi to, co już wiem?
Pukanie do drzwi wyrwało mnie z zamyślenia. Do gabinetu weszła Sharona. Zdziwiła mnie jej ponura mina. Faktycznie, Sakura miała rację, z Sharoną coś było nie tak.
- Co jest? - zapytałem. Spojrzała na mnie smutnymi oczkami i usiadła na kanapie pod oknem.
- Pan na serio ma zamiar ją tu trzymać? – zapytała.
- Kogo?
- No a kogo?! – oburzyła się. – Tę postrzeloną podpalaczkę! Jak pan może? To przecież ona zabiła Daisuke!
- Sharono, a co ty byś zrobiła na moim miejscu? Zabiła ją? Przecież nie mogę tego zrobić. Ona jest chora. Chora - powtórzyłem. – Nawet nie wiesz, jak ciężko przekonywać mi w kółko i w kółko wszystkich dookoła, że ona zasługuje na druga szansę!
- Niby czym? - spytała. - Żeby zasługiwać na drugą szansę trzeba wykazywać poprawę! A ona… ona jest nienormalna! Mówię panu, przez nią będą tylko kłopoty.
- A więc to cię gryzie? – zapytałem. – Czy może raczej chodzi o Shimamurę?
- Za to też jeszcze panu nie skopałam tyłka! Jak pan mógł mi nie powiedzieć, że ten drań był na pogrzebie?!
Zaśmiałem się. Jak mogłem nie powiedzieć? Bardzo prosto. Chciałem, by żył.
- Przecież gdybyś go wtedy dorwała… Twoje rany były zbyt świeże. Nie pozwoliłabyś mu żyć, wiedząc, że woli pieniądze, a nie waszą przyjaźń. Teraz też nie jesteś pewna, czy dobrze zrobiłaś, nie zabijając go, prawda?
Spojrzała na mnie ponuro, odsłaniając zęby. Wyszczerzyłem swoje w szerokim uśmiechu, a ona pokręciła głową. A potem nagle drgnęła, jakby sobie coś przypomniała.
- Zapomniałabym, że przyszłam tu do pana w pewnej sprawie. Chodzi mi o tę historię ze wczoraj. Zabił pan Yoshio…
- On sam się zabił, moja droga – wtrąciłem. – Ale miałem zamiar go zabić.
- No tak… jak pan myśli, mistrzu, czy był szpiegiem od początku, już wtedy, kiedy dołączył do mojego oddziału?
- Nie wiem, i nie wiem, co myśleć. W twoim oddziale nie utrzymał się nawet przez miesiąc, nie pasował do was, nie dał rady zastąpić Daisuke…
- Nikt nie mógłby zastąpić Daiskuke! – zawołała oburzona. Uniosłem rękę.
- Wiem. Po prostu Yoshio nie zintegrował się z wami. Ale mieszkał w wiosce od dziecka, nie wiem, co go łączyło z Hiroetsu… Bo chyba możemy już przyjąć, że to sprawka Hiroetsu. Czy nadal masz zamiar się upierać? Widziałem go w swoim śnie.
- Ten pana sen… Sai nadal nie daje znaku życia? – zapytała.
- Przyzwyczajam się do myśli, że już go nie da – powiedziałem z ciężkim sercem, miałem ochotę wrzasnąć z bezsilności. Sharona spuściła na chwilę głowę. Nie miałem pojęcia, gdzie jest myślami. Tak rzadko miewała taką ponurą minę.
W pewnym momencie wstała. Spojrzała na mnie jakoś tak dziwnie, a potem oświadczyła:
- Jeżeli pan faktycznie chce tej małej pomóc, to ja panu pomogę. Ale jeżeli ona nie wykaże żadnej poprawy, zabiję ją i pomszczę śmierć Daisuke – powiedziała hardo.
- Niech tak będzie – rzekłem, wyciągając rękę. Uścisnęła ją silnie, „po męsku”.
- Idę do szpitala, mama mnie z nią zapozna – szepnęła i podeszła do drzwi. 


w następnym rozdziale:

 "...Słońce lało się na żwirowe, szerokie ulice Wioski Słońca. Niski, łysiejący i szpetny z twarzy mężczyzna z nadwagą szedł jedną z takich dróg, co chwila ocierając czoło jedwabną chustką białego koloru. W dłoni ściskał skórzaną teczkę w której spoczywały bardzo ważne dokumenty..."

1 komentarz:

  1. Witam,
    ciekawe jak udało mu się dostarczyć ten zwój Hokage, że nikt nic nie widział... a Temari jest straszna...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń