wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 21

 „Jedyny sposób, by odkryć granice możliwości, to przekroczyć je i sięgnąć po niemożliwe.”
Arthur C. Clarke


Mintao i Mei przybiegli niemal natychmiast po moim wezwaniu. Było już dość późno, chciałem jak najszybciej wrócić do domu i porozmawiać z Hinatą, a jak na złość, cały czas byłem potrzebny gdzie indziej.
- Cieszę się, że jesteście tak szybko – powiedziałem do dzieciaków. – Mamy jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
- Wiemy – odpowiedzieli jednocześnie, wpatrując się w drzwi budynku, przed którym staliśmy.
              Znajdowaliśmy się poza murami wioski, przy jednym z budynków należących do organizacji ANBU, który służył do przeprowadzania przesłuchań. Wewnątrz znajdował się nasz nukenin, pilnowany przez kilku shinobi.
- Brudna robota na koniec dnia – westchnął Mintao.
- Słyszycie go? –zapytałem, a oni skinęli głowami.
- Śpiewa w myślach, podejrzewa, że go podsłuchujemy. Ale będzie współpracował – powiedział Mintao, przeciągając się. – Nie ma złych zamiarów.
- Jest tu przez Sharonę, mam rację? – spytałem, a Mei uśmiechnęła się pod nosem.
- Nie jestem romantyczna i ja to bym go spławiła, ale to dość urocze…
- Że przybiegł, jak wierny pies? – zapytał z niesmakiem Mintao.
- Bo ty za Mayą nie biegasz – zakpiła Mei, a Mintao warknął w jej stronę.
- Ej, ej! Spokojnie – poprosiłem, wskazując im drzwi wejściowe. – Za mną.
              Weszliśmy do środka i ruszyliśmy korytarzem w stronę sali przesłuchań.
              Przy dwuskrzydłowych drzwiach stało dwóch skrytobójców z ANBU. Na mój widok skłonili się i otworzyli drzwi, aja i moje dzieci wkroczyliśmy do środka.
              Shimamura siedział na żelaznym, przytwierdzonym do podłogi krześle pośrodku pomieszczenia, idealnie w centrum namalowanej na podłodze, blokującej przepływ chakry pieczęci. Na sobie miał czarny kaftan bezpieczeństwa, na ustach knebel. Gdy weszliśmy podniósł głowę, a łańcuchy, którymi był przypięty do krzesła, zadzwoniły cicho. Jeden z ANBU zatrzasnął za nami drzwi. Nikt nie lubił słuchać, jak przesłuchiwany wrzeszczy, gdy Mintao i Mei biorą go w obroty.
              Zbliżyłem się do blondyna i ściągnąłem mu knebel z ust.
- Cześć, Shimamura – powiedziałem, a on podniósł na mnie jasnoniebieskie tęczówki. Na policzkach i brodzie miał kilkudniowy zarost.
- Witam, Lordzie Hokage – odpowiedział, po czym spojrzał na stojące za mną dzieciaki. – Mei, jak zwykle oszałamiająco piękna. Mintao, wyrosłeś.
              Dzieciaki jednak nie zaszczyciły go żadną odpowiedzią.
- Co ty tutaj robisz? – zapytałem prosto z mostu, a on uśmiechnął się.
-Słyszeliście już o tych z Cho-No-Ryoku-Sha?
              Obejrzałem się na dzieciaki i zauważyłem, że oboje już zupełnie nie kontaktowali, skupieni na umyśle przesłuchiwanego. Zerknąłem mu w oczy, rozejrzałem się po sali, po czym podszedłem do stojącego w kącie drewnianego krzesła i przyciągnąłem je przed siedzenie Shimamury. Usiadłem na nim okrakiem, ręce kładąc na oparciu.
- Słyszeliśmy – powiedziałem. – I co w związku z tym?
- Chciałbym coś panu zaproponować – szepnął natarczywie, a ja uśmiechnąłem się.
- Niech zgadnę, informacje za możliwość widywania się z Sharoną, tak? Już wyniuchałeś, że jej narzeczony zginął, tak? Pocieszysz ją, a potem odejdziesz. – Chciał coś powiedzieć, ale nie dałem mu dojść do słowa. – Ale powiem ci coś, mój drogi. Janie muszę iść z tobą na żadne układy, ponieważ mogę wyciągnąć z twojej głowy co tylko chcę, a ty nie masz nic do gadania – kciukiem wskazałem moje dzieci, nieruchomo stojące za mną. Shimamura zerknął na nie, a potem ponownie na mnie spojrzał.
- To może moje nieocenione zdolności? – zapytał.
- Shimamura, w co ty grasz?
              Przełknął ślinę.
- W nic nie gram, Lordzie Hokage, chcę tylko z nią być – szepnął, a intensywność jego oczu niemal nie zdziwiła. Tylko raz w życiu widziałem u niego taki płomień w oczach, a było to wtedy, gdy rozmawiałem z nim po pogrzebie Daisuke.
- Uhum. Akurat. Ty tu jesteś, a pewnie ten twój pomagier właśnie w tej chwili infiltruję mi wioskę na zlecenie jakiegoś świra. Przestań kłamać, Shimamura. Po coś naprawdę przylazł i gdzie jest Cash?
              Chłopak skrzywił się na dźwięk tego pseudonimu.
- Cash nie żyje – powiedział. Zaśmiałem się.
- Nie kłam.
- Nie kłamię.
- Dzieciaki.
              Shimamurę wgniotło w krzesło, gdy bliźniaki zaatakowały jego umysł. Jęknął i odchylił głowę, napinając mięśnie. Oczy wyszły mu na wierzch, a po policzkach spłynęły mimowolne łzy. Nie wrzeszczał, tylko z całych sił zaciskał zęby. Łańcuchy, które opinały jego kostki, dzwoniły, ponieważ nie mógł opanować dygoczących nóg.
              Trwało to dłuższą chwilę. Shimamura cały czas był napięty jak struna i w ogóle nie oddychał. Gdy zrobił się czerwony i już myślałem, że za chwilę się udusi, dzieciaki zostawiły go w spokoju. Blondyn opadł na krzesło, łapiąc oddech jak człowiek, który mało co się nie utopił. Odkaszlnął.
- Wow – sapnął, dysząc głośno. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w swoje kolana, blond włosy opadały mu na zroszone potem czoło.
- Nie kłamie – powiedzieli Mei i Mintao jednocześnie. Obejrzałem się na nich, a potem spojrzałem na dochodzącego do siebie Shimamurę.
- Cash nie żyje?
- Na wszystkich bogów, oni żywcem wydłubują człowiekowi mózg…
- Shimamura, skup się na odpowiedziach! Cash nie żyje?
              Chłopak przytaknął, wciąż lekko dysząc.
- Jak to się stało? – zapytałem. Chłopak odkaszlnął po raz ostatni i zerknął na mnie. Wziął głęboki, uspokajający oddech.
- Pewnie pan się domyślił, że on był taki, jak oni. – Chłopak ruchem głowy wskazał moje dzieci. – Miał skomplikowaną moc, nawet ja nie wiem, czy ją dobrze pojąłem. Można nawet powiedzieć, że nie istniał do końca.
- Co masz namyśli?
- Jego… duch… jaźń… dusza… nie mam pojęcia, jak to nazwać… nie trzymało się konkretnego ciała, właściwie, to nie miało konkretnego kształtu. Był czymś w rodzaju dymu, mógł przybierać dowolną formę. Łączył to z różnymi jutsu, w dodatku potrafił dzielić swoją duszę na części, potrafił być w kilku miejscach naraz. Był szpiegiem idealnym.
- Nie czytaliśmy mu w myślach – zauważył Mintao.
- Przez jego niematerialność – szepnął Shimamura. – Mówił mi, że to przez to, że jest taki „rozmyty”. Nie wiem, jak to działało. Nie mówił mi też wszystkiego.
- Jak zginął? – spytałem.
- Zdybali nas ci z Cho-No-Ryoku-Sha – powiedział chłopak. – Niewiele ponad rok temu. Chcieli go zwerbować, ale przecież my się w nic nie mieszamy, jesteśmy tylko najemnikami… wiec się nie zgodził, a ich nie było stać, by nas wynająć. Nie uszanowali jednak jego decyzji, musieliśmy się przed nimi ukrywać, a w ich szeregach jest taki, co potrafił przełamać jego moc. Niecałe sześć miesięcy temu dorwali nas w pewnej dziurze. Cash walczył do końca. Na mnie im nie zależało, wylizałem się.
              Znów zerknąłem na dzieciaki, a tamci przytaknęli. Chwilę później salę wypełnił krzyk Shimamury, gdy bliźniaki sprawdzały, czy to, co powiedział, nie jest kłamstwem. Proces ten wymagał dłuższego przebadania umysłu chłopaka, dzieciaki musiały sprawdzić wspomnienie po wspomnieniu, aby upewnić się, że jego opowieść jest prawdziwa. Przeczesywanie pamięci w ich wykonaniu nigdy nie było przyjemne, podejrzewałem też, że w tym wypadku nawet nie starają się być delikatni, w końcu Shimamura był nukeninem. Gdy dali mu spokój, chłopak o wiele dłużej dochodził do siebie, drżąc i kaszląc.
- Przecież nie kłamię! – zawołał, gdy ponownie normalnie oddychał.
- Nie mówisz też wszystkiego! – zawołał Mintao. – „Zdybali nas!” – zakpił i spojrzał na mnie. –Tak naprawdę, to Cash infiltrował Cho-No-Ryoku-Sha i tak go odkryli. Shimamura nie zna dokładnej lokalizacji miejsca ich kryjówki, ale to na wschód, gdzieś na morzu…
- Kurwa mać – zakląłem, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że Mei słyszy. – Przepraszam.
- Rok temu było ich zaledwie czworo – kontynuował Mintao. – Hikari, władający światłem, Asuka metalem, Takako ziemią oraz dziewczyna, o której jeszcze nie słyszeliśmy, Mizune, władająca wodą jak Mayeczka ogniem. Z całą pewnością jest ich teraz więcej.
-W dodatku to ten cały Hikari jakimś cudem znalazł sposób na przełamanie mocy Casha – dodała Mei.
- Na czyje zlecenie infiltrowaliście Cho-No-Ryoku-Sha? – spytałem. Shimamura pokręcił głową.
- Na niczyje – odparł. – Uznaliśmy, że za informacje o nich każdy nam zapłaci, gdy tylko zaczną działać, więc po prostu zbieraliśmy dane. Ale oni mają moce, o jakie ichnie podejrzewaliśmy. Cash się przeliczył, był dla tego Hikariego wykrywalny, podobnie jak dla tego dzieciaka z Wioski Piasku, co go niedawno porwali.
- Wiesz o tym? – zapytałem napastliwie, a on pokiwał głową.
- Mam wiele wtyczek, nie tylko Cash dla mnie pracował. Ale Cash miał styczność z tym dzieciakiem. Dłuższy czas temu miał coś wynieść z gabinetu Kazekage. Przy okazji sprawdził plotki o jakimś niezwykłym smarkaczu w ich wiosce i okazało się, że dzieciak go czuje. Chodzi o to, że ten od światła i ciemności wykrywali go w przestrzeni, nawet jak nie miał ciała i nie było go widać.
- Dlaczego cię puścili? – spytałem. – Masz cenne informacje o ich grupie, powinni cię zabić.
- Mają ludzi za nic – odrzekł Shimamura. – Traktują nas jak pchły, które w każdej chwili mogą zgnieść, nie obchodzi ich, co wiem, wierzą, że dopną swego niezależnie, czy Konoha będzie coś wiedzieć, czy nie.
- A czego chcą?
- Nie wiem.
              Znów go wygięło, nawet nie poprosiłem dzieciaków. Patrzyłem, jak się wije w więzach, wrzeszcząc do sufitu ,a ślina ścieka mu po brodzie. Wiedziałem jednak, że nie ma innego wyjścia, by go przebadać i sprawdzić, czy nie kłamie.
- To prawda – oznajmili w końcu, gdy Shimamura po raz trzeci odprężył się i nauczył ponownie oddychać.
- Nie musicie tego robić… albo zróbcie to raz, a dobrze… – sapnął. – To cholernie boli!
- Raz a dobrze zrobiłoby ci z mózgu wodę, a z ciała warzywo – powiedział mój syn. Shimamura zerknął na niego szybko i mimowolnie zadrżał. Uśmiechnąłem się pod nosem i pstryknąłem mu palcami przed twarzą, by znów się na mnie skupił.
- To wszystko, co wiesz, czy jeszcze czegoś nam nie przekazałeś? – zapytałem.
- Oni podróżują po świecie i szukają podobnych sobie – rzekł, a ja skinąłem głową. To wiedziałem. – Zbierają ekipę, a szczególnie ważni są dla nich tacy, którzy panują nad żywiołami. Ten cały Takako… ma u nich najwięcej do powiedzenia, więcej nawet od Asuki. Z jakiegoś powodu nigdy nie planowali, by porwać któreś z nich. – Wskazał głową moje dzieci. – A nawet Mayę. Wiedzieli przecież od dawna, że ma ją Hiroetsu, mogli mu ją wykraść. Asuka przyłączyła się do Hikariego niedługo po tym, jak siostry się rozstały, oni wiedzieli, gdzie Maya jest, od samego początku.
- Takako powiedział nam coś w stylu, że nadszedł czas, by nasza krew doszła do głosu – powiedziała Mei, a Shimamura przytaknął.
- Nie widzicie? – zapytał retorycznie. – Takich jak wy jest coraz więcej, świat shinobi się zmienia. Ale wy nie jesteście tacy, jak oni.
- Co masz namyśli? Co znaczy ta poduszka?! – naskoczył na niego Mintao. Bliźniaki chwilę milczeli, wpatrując się w Shimamurę, a ten wpatrywał się w nich. – Nie masz racji – warknął mój syn.
- O co chodzi? – zapytałem.
- Nie ważne – powiedziała Mei. – To nic ważnego.
- Ale…
- Nic ważnego – powtórzył Mintao. – Zostaliśmy obrażeni.
- Zobaczysz, że miałem rację! – zawołał Shimamura, jednak dzieciaki już się od niego odwróciły.
- On nic więcej nie wie – przemówili jednocześnie. – Przyszedł tu dla Sharony, tyle że ona go nie chce.
              Patrzyłem, jak wychodzą, a potem zerknąłem na Shimamurę.
- Co sobie pomyślałeś, że tak się wkurzyli?
              Chłopak pokręcił głową.
- Prawdę, której nie widzą – odparł. – Ale to mądre dzieciaki, Lordzie Hokage. To… co teraz zemną będzie? – zapytał, patrząc na mnie z nadzieją. Westchnąłem i wstałem.
- Zastanowię się – powiedziałem, kierując się do drzwi.
- Mogę pomóc! – zawołał za mną. – Kiedy odejdziecie, przyda się każda siła do obrony Konohy!
              Obróciłem się ku niemu gwałtownie.
- Skąd o tym wiesz?!
- Ja wiem wszystko – zaśmiał się, jak zwykle zabójczo pewny siebie. – Między innymi to, że Shar i tak będzie moja, nawet jeśli teraz myśli inaczej.
              Pokręciłem głową.
- Dobra, dobra – powiedziałem z rezygnacją. – Zobaczysz się z nią. Jutro już mnie tu nie będzie, Shikamaru i Shan się tobą zajmą.
- Muszę pogratulować Shanowi awansu, nawet jeśli odmówił! – krzyknął za mną, a ja zakląłem pod nosem. Skąd ten drań wiedział o takich rzeczach?
- Słyszeliście go?! Skąd on wie o Shanie?! – zapytałem bliźniaków, gdy tylko wydostałem się z budynku, a oni westchnęli. Siedzieli sobie pod jednym z drzew, odpoczywając.
- To krętacz i oszust – powiedział Mintao, przecierając dłońmi zmęczoną twarz. – Ma jednak niebywałe zdolności w wyciąganiu informacji od ludzi, doskonale też odczytuje i interpretuje wszystkie znaki, pogłoski, plotki i doniesienia, czasem nawet przewiduje niektóre posunięcia z dużym wyprzedzeniem. Szczerze mówiąc, ja bym go dopuścił jak najbliżej, przynajmniej przez chwilę, przydałby się w dziale analiz i zrobił przy okazji coś dobrego.
- Mogę go pilnować. – Mei wzruszyła ramionami. – A on jest gotowy współpracować, jeśli dopuścimy go do Sharony. Przynajmniej to jedno jest w nim prawdziwe i szczere.Kocha ją.
              Odetchnąłem głęboko.
- Zajmiesz się nim jutro z samego rana, co? – zwróciłem się do córki. Pokiwała głową.
- Shana uziemiłeś, więc ja też muszę mieć co robić – powiedziała. – Mogę się nim zająć. Wszystkie informację będę przekazywać na bieżąco.
- Świetnie. To co, wracamy do domu? – zapytałem wesoło, a im miny zrzedły.
- Ja idę do Mayi – oświadczył Mintao, podnosząc się z miejsca.
- A ja do Shana, rozpacza, że będzie musiał pracować. – Podniosłą ręce w obronnym geście, gdy spojrzałem na nią gniewnie. – Przyjaciół należy wspierać!
              Tylko pokręciłem głową, nie rozumiejąc ich zachowania. I nagle, kiedy już odbiegli zdałem sobie sprawę, że przecież w domu czekała na mnie jeszcze moja wściekła żona.

              Światło paliło się tylko w kuchni, co oznaczało, że właśnie tam jest moja żona. Druga osoba, której chakrę czułem, to był mój pięcioletni synek, śpiący grzecznie w swoim pokoju. Zacząłem się skradać w stronę domu, zastanawiając się, czy dzięki swojemu byakugan moja żona mnie widzi, czy raczej uznała, że nie jestem godzien, by na mnie wyglądać.
              Wszedłem do domu.
- Naruto! – zawołała moja żona, gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi.
- Tak, to ja, kochanie! – zawołałem.
- Przyjdź do mnie.
              Westchnąłem, ściągnąłem buty i ciskając je w kąt, odwiesiłem moją pomarańczową kurtkę na wieszak i powlokłem się do kuchni jak na ścięcie.
              Hinatę zastałem opartą o kredens, stała z rękami splecionymi na piersiach. Gdy tylko przekroczyłem próg, rzuciła mi gniewne spojrzenie.
- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?! – zapytała wściekła, a ja skrzywiłem się.
- Hinatko…
- Kiedy?! – prawie krzyknęła. Rzadko podnosiła głos, a już w szczególności na mnie. Jednak, kiedy chodziło o dzieci, zawsze gotowa była zrobić wszystko.
- Od razu, skarbie, od razu po podjęciu decyzji, jednak sytuacja z Mayą pokomplikowała mi wszystko. Chciałem ci powiedzieć wtedy, w gabinecie, zanim pobiegłem za Mintao. Po to cię wtedy wezwałem.
- Junichi ma pięć lat! – zawołała. Zbliżyłem się i chciałem ją ująć za ramiona, jednak odtrąciła moje dłonie i wyminęła mnie. – A ty chcesz go zabrać na niebezpieczną i ryzykowną misję!
- Hinatko, przecież on będzie ze mną i z Sasuke! – zawołałem, podnosząc nieco głos. – Nie pozwolimy, by ktokolwiek go tknął!
- On nie nadaje się na żadną misję! – krzyknęła, ku mojemu zdumieniu, jeszcze bardziej wściekła. – Jest za mały, roztrzepany, nie da sobie rady!
- Nawet przez chwilę nie spuszczę go z oka! Przecież to również mój syn, gdybym nie miał wyboru, nie zrobiłbym tego! Jednak sytuacja bardzo poważna!
- No właśnie! – wydarła się moja żona. – A jak mu się coś stanie!? Jak będziesz zbyt zajęty walką, by go pilnować?! Jak ktoś go skrzywdzi?!
-Nikt go nie skrzywdzi! – zawołałem, robiąc krok w jej stronę. – Będę tam ja, Sasuke i Mintao. Mintao wykryje niecne myśli jeszcze zanim cokolwiek się wydarzy! Nie spuszczę Junichiego z oczu nawet na chwilę!
- Ale przecież nie wiesz, co cię tam spotka! Jeśli przeciwnik będzie zbyt silny…?
- Ode mnie i od Sasuke razem!? – zakpiłem. – Nikt nie będzie na tyle silny, bym nie miał czasu odesłać naszych synów!
- Przecież to moce, z jakimi do tej pory nie miałeś do czynienia! Nie możesz wiedzieć, co się wydarzy!
- Jednak wiem, do czego ja i Sasuke jesteśmy zdolni! I wiem, że nie pozwolę, by mój syn w jakikolwiek sposób ucierpiał! Wiesz, że o nic nie dbam tak, jak o własne dzieci!
- Wiem, ale misja to misja! To nie dom, gdzie Junichi jest zawsze bezpieczny, a wszyscy go pilnują! Gdzie w ogródku może sobie biegać i łapać motylki! To nie Konoha, gdzie wszyscy go znają i tolerują jego niezwykłość! On nie będzie chciał spać w lesie, nie zrozumie, że to misja i musi coś zrobić!
- Hinata! – krzyknąłem, uderzając dłońmi w stół. – Nie możemy go całe życie rozpieszczać, bo w końcu zacznie wykorzystywać swe moce do niewłaściwych rzeczy! Musi poznać co to niebezpieczeństwo, i to, że nie wszyscy i nie zawsze będą go rozpieszczać!
- Ale dlaczego w taki sposób!? – zapytała z wyrzutem. – Rzucasz go od razu na głęboką wodę, on nigdy nie trenował!
- Już teraz jest niebezpieczny i potrafi powalić każdego, kto go dotknie z pomocą swej mocy! Przypomnij sobie, jak sama trenowałaś! Ile miałaś lat, jak zaczęłaś?! Trzy?! Cztery?!
-To co innego! – krzyknęła. – Ja musiałam trenować, jak wszyscy w klanie!
-I on również musi zacząć, zanim będzie za późno! To, że jest niezwykły, niczego nie zmienia, wręcz przeciwnie! Musi nauczyć się, jak wykorzystywać swoje moce zanim wyrośnie z niego książątko!
- Nie wychowuję naszego syna na książątko! – krzyknęła piskliwym głosem, machnąwszy ręką.
- I ja też nie! Chcę go w końcu trenować, chcę, by był silny! Nic go nie zahartuje tak, jak ta misja! Pozna podobnych sobie, zobaczy, jak wygląda świat, może wyjdzie w tego fantastycznego kokonu, w którym tkwi!
- A jeżeli ci „podobni jemu” będą niebezpieczni?! Jeżeli ktoś go porwie, jak tego chłopca z Wioski Piasku?!
- Myślisz, że pozwoliłbym uprowadzić własne dziecko? Hinata, do cholery, to mój syn! Będę go pilnował jak oka w głowie! Nigdy nie pozwolę go tknąć!
- Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy! – jęknęła płaczliwie, zupełnie zmieniając ton. Chyba była bliska płaczu i nie miała już zamiaru wydzierać się na mnie. – On ma tylko pięć lat!
- Hinatko… – Zbliżyłem się do niej i ująłem jej twarz w obie dłonie, żeby zacząć ją pocieszać. Nie chciałem rozstać się z nią w gniewie, w końcu misja znalezienia psychotroników mogła rozciągnąć się nawet na kilka miesięcy, nie chciałem zostawiać jej załamanej lub wściekłej. – Hinatko, kochanie, myślisz, że pozwoliłbym, by coś mu się stało? Spójrz mi w oczy. – Podniosła na mnie swoje jasne tęczówki, w tej chwili pełne obawy. – Nigdy, przenigdy bym na to nie pozwolił. Przecież mnie znasz.
- Ale on ma pięć lat! – jęknęła ponownie, tym razem błagająco. – Przecież to dla niego zbyt niebezpieczne!
- Obiecuję ci, że się nawet nie pobrudzi – szepnąłem czule. – Przyprowadzę go z powrotem całego i zdrowego, Hinatko.
- Zabierasz mi dwójkę dzieci… – Zacisnęła palce na przedzie mojej koszulki i spojrzała mi w oczy. Przyparłem ją do ściany za nią. – I sam odchodzisz.
- Ale wrócę i to szybciej, niż myślisz. Przyprowadzę ze sobą parę nowych zagubionych owieczek i dopiero będzie się działo – zaśmiałem się, a ona zmarszczyła brwi i odsunęła mnie nieco od siebie.
- Zachowujesz się tak, jakbyś nie mógł się doczekać! – zarzuciła mi. Westchnąłem, zrezygnowany. W tej chwili myślałem już tylko o jednym, ale dla Hinaty rozmowa najwyraźniej jeszcze się nie skończyła.
- Ponieważ po części nie mogę – powiedziałem, ponownie przyciągając ją do siebie. – Wiesz dobrze, że nienawidzę siedzieć w miejscu. Mam już dość Konohy!
- Czy ty nie traktujesz tej misji zbyt lekko?! – Znów mnie odepchnęła, tym razem zagniewana. Wpatrywałem się w jej usteczka, czekając, aż w końcu się zamknie i pozwoli pocałować. – Zabierasz na nią nasze pięcioletnie dziecko, a zachowujesz się, jakbyś szedł na urlop!
- Ale nie myślę o tym jak o urlopie. Junichi będzie bezpieczny. Poza tym, idzie z nami Mintao.
- Chociaż on – mruknęła, kiedy się nad nią pochyliłem, a ja, zamiast ją w końcu pocałować, wyprostowałem się jak struna.
- A co to ma znaczyć?! – zapytałem.
- Przynajmniej on jest odpowiedzialny – wyjaśniła i teraz to ja zmarszczyłem czoło. – Będę przynajmniej pewna, że Junichi zje trzy posiłki dziennie i będzie czysty.
- Czyli że co? – zapytałem zły. – Ja niby nie wiem, jak zajmować się naszym synem?!
- Naruto – powiedziała łagodnie i dotknęła mojego policzka. – Oczywiście, że wiesz, jednak czasem jesteś zbyt zajęty, by pamiętać…
- Wiesz co, Hinata… – Cofnąłem się, puszczając ją. Machnąłem ręką. – Idę pod prysznic.
              Ruszyłem w stronę wyjścia, jednak pobiegła za mną i złapała mnie za łokieć.
- I co?! – fuknęła. – Teraz wyjdziesz obrażony, a jutro pójdziesz sobie na tę misję i mnie tak zostawisz?!
- To ty się uparłaś, by się kłócić! – zawołałem. – No to masz, czego chciałaś!
- Wcale nie uparłam się, by się kłócić! – krzyknęła. – To ty nic mi nigdy nie mówisz! Myślisz, że jak się poczułam, gdy się dowiedziałam, że chcesz zabrać Junichiego, a ja nic o tym nie wiedziałam?! Po prostu się o niego boję!
- TO SIĘ NIE BÓJ! – wrzasnąłem. – Nie jestem skończonym kretynem, potrafię zająć się jednym dzieciakiem!
- Ale to nie jest jakiś tam „jeden dzieciak”, tylko twój syn, Naruto! I tak się składa, że jest… jest…
- CO?! – ryknąłem. – Jest nienormalny?! To chcesz powiedzieć?!
- Nie! – zaprotestowała gwałtownie, a w jej oczach stanęły łzy. Chwilę patrzyła na mnie, a potem odwróciła się tyłem i zakrywając twarz, rozpłakała.
              Chwilę przyglądałem się jej drżącym plecom, a potem odetchnąłem głęboko i podszedłem do niej. Objąłem ją od tyłu.
- Hinatka…
- Nie dotykaj mnie, Naruto! – wybuchła, szarpiąc się, ale oczywiście, byłem silniejszy i nie pozwoliłem jej się wyrwać. – Zostaw mnie, ty podły… ty!
              Obróciłem ją ku sobie, choć wciąż się szarpała i po prostu przytuliłem. Łkała w moje ramię, już się nie wyrywając, a ja gładziłem ją po włosach.
- No już… już, kochanie, wystarczy… – szeptałem.
- A-ale… a-ale to prawda – załkała, zanosząc się szlochem. – O-on n-nie jest… j-jak inne d-dzieci! J-jest i-i-inny!
- Jest niezwykły – poprawiłem ją delikatnie, przytulając mocniej. – Nie inny, Hinatko. Jest niezwykły. Nie martw się o niego, wyrośnie na wspaniałego mężczyznę, zobaczysz.
              Pochyliłem się, podciąłem ją i gdy krzyknęła zdumiona, podniosłem.
- Chodź, nie będziemy marnować czasu na płacze – powiedziałem, a ona zachichotała przez łzy.
- J-jak długo cię nie będzie? – zapytała, obejmując moją szyję, gdy wyniosłem ją na korytarz i ruszyłem do naszej sypialni.
- Nie mam pojęcia – powiedziałem, otwierając nogą drzwi. – Mam nadzieję, że nie potrwa to długo. Wiem już o jednej dziewczynce, więc szybko ją znajdę. Junichi będzie nas kierował, czując chakrę tych dzieciaków. Mam nadzieję, że to usprawni poszukiwania.
              Rzuciłem ją zamaszyście i mało delikatnie na łóżko, a ona pisnęła cicho, zaskoczona.
- Nie rób tak! – zawołała, gdy tylko udało jej się wypluć włosy.
- Strasznie dużo narzekasz – zaśmiałem się, wdrapując na nią. – Pomyśl sobie, że teraz będziemy się żegnać. A jak wrócę, to będziemy się witać.
              Zaśmiała się, objęła moją szyję i przyciągnęła mnie do siebie.
- Może być – wymruczała w moje usta.


w następnym rozdziale:

„… - Nie, skarbie –powiedziała i pogłaskała Junichiego po policzku. – Ja zostaję.
- To idzie tatuś, fujek Sasuke i Mintao? – zapytał mały, patrząc po wszystkich.
- Tak –przytaknąłem. – To będzie męska wyprawa!…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz