niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 9

Dzieci
Najpierw chcą być dorosłymi przymierzają
ich ubrania kapelusze portfele buty do konnej jazdy
rewolwery „bach! bach!” strzelają ustami
potem zajmują ich miejsca w fabryce w domu
przy stole przy telewizorze w kolejce
ojcowie i matki cicho ich opuszczają
a kiedy dzieci stwierdzają
że zajęli cały stan posiadania rodziców
są już samotni i wtedy
płaczą cicho
nocą
Roman Gorzelski


- Co znaczy, że to będzie trudne? – zapytałem, wyprowadzony z równowagi. Byłem w swoim gabinecie, ściskając w dłoni opaskę naszej Wioski, którą jakiś czas temu podarował mi pewien nieoceniony w swej sztuce szpieg i morderca. Gamabachi, mała ropucha czerwonego koloru, którą przywołałem raptem drugi raz w swoim życiu, spojrzała na mnie jak na nierozgarniętego.
- No normalnie, skąd mam wiedzieć, gdzie on jest? – warknęła.
- Znajdź go po zapachu, jesteś żabą tropiącą! – zawołałem oburzony.
- Pokaż jeszcze raz tę opaskę – zarządziła Gamabachi, a ja podetknąłem jej opaskę pod nos. Powąchała ją, a potem przeniosła spojrzenie na mnie.
- Postaram się go znaleźć – powiedziała i znikła.
Opadłem na swój fotel. Jeszcze dzień się dobrze nie zaczął, a ja już miałem dosyć. Potrzebny mi był szpieg, i to zaraz, natychmiast, a tu wredne żabsko stroi mi fochy! Ale z drugiej strony wcale nie byłem pewny, czy chcę, aby Gamabachi znalazła owego szpiega. Gdzieś w głębi duszy wiedziałem, że podejmuję ryzyko, zapraszając go.
Piętnaście minut później zajrzał do mnie Ban.
- Czego chcesz? – zapytałem go, gdy wszedł do gabinetu.
- Sharona wróciła – oznajmił, a ja odetchnąłem z ulgą. Chociaż jedno zmartwienie z głowy. Gdyby oddział Sharony wpadł w łapska Hiroetsu, szczęśliwie by się to dla nas wszystkich nie skończyło. A przede wszystkim dla mnie, bo Sasuke urwałby mi głowę i przyczepił ją u siebie na drzwiach.
- O, nareszcie. Ma coś dla mnie?- spytałem, przecierając oczy dłonią.
- Prosili przekazać, że są cali i zdrowi i wpadną z raportem – rzekł chłopak. – Ta mała…
- Maya – wtrąciłem. Dlaczego nikt nie mówił o niej, używając jej imienia?
- Tak, ona… nie chce nic jeść. Jest z nią problem. Wcześniej zajrzała tu sensei Sakura… Kazała pana sprowadzić. I sensei Lee powrócił, ale Lord Kazekage nie odpisał.
Zazgrzytałem zębami. A co ja jestem, dobra wróżka, że mam wszędzie latać i wszystkim pomagać? Ale przejść się do Sakury to nie był wcale taki głupi pomysł. Przecież to ona nadzoruje badania nad tą małą, może w końcu uda się coś ustalić. Na przykład coś na temat tego jej przedziwnego oka, które wciąż zmieniało kolor. No i jeszcze nie dostałem wyników analizy obszaru, który sfajczyła mała. Może faktycznie nic tam nie było, prócz popiołów leśnych zwierząt i roślin? Miałem zbyt dużo na głowie. Całe szczęście, że odpadł mi egzamin na chuunina, bo inaczej byłoby kiepsko. Zajmować się dodatkowo bandą geninów.
Kręcąc głową, wstałem od biurka i wyszedłem.
Jak się domyślałem, w naszym ślicznym bunkierku atmosfera była radosna niczym w wojennych okopach. Sakura siedziała przy stoliku, na którym wcześniej grali Sasuke i Shikamaru i jadła kanapkę. Obdarzyła mnie nieprzychylnym spojrzeniem, gdy tylko wszedłem. Przysiadłem się do niej.
- I jak tam badania? Ustaliliście już coś?- postanowiłem nie zwracać uwagi na jej minę.
- Tyle tylko, że to oko jest jej własne. Wiemy to już na sto procent. Ta szrama… Chyba kiedyś ktoś, prawdopodobnie podczas walki, próbował jej je wyciąć, ale okazało się to dużo trudniejsze, niż przypuszczał. Z całą pewnością też mała jest psychicznie chora. To rodzaj psychozy, dziewczynka panicznie boi się bólu, zareagowała histerią, gdy badałam jej odruchy i chciałam uderzyć ją młoteczkiem w kolano. Nie posiada również podstawowej wiedzy na temat życia, jakby nigdy nie doświadczyła niektórych zjawisk. A te czarne żyłki o których opowiadałeś, to chyba jakieś jutsu, ale nie jestem w stanie wykryć jakie. Wiem też jeszcze jedno… bardzo cię polubiła.
- Mnie? – zdziwiłem się.
- Tak. Proponuję, żebyś do niej poszedł i z nią porozmawiał. Może zdołasz nakłonić ją do jedzenia – powiedziała Sakura zachęcająco i wskazała mi drzwi do sali. Przełknąłem ślinę. Anie trochę mi się to nie uśmiechało.
- Spróbuję – powiedziałem i wstałem.
Przeszedłem do drzwi celi, w której ją trzymaliśmy i zajrzałem. Siedziała nieruchomo na łóżku. Wpatrywała się w ścianę, zaciskając dłonie na kolanach. Choć starałem się usilnie przekonać wszystkich, że wcale nie mamy do czynienia z potworem, to jej zachowanie mówiło samo przez się. Była zwariowana, a w każdym razie z całą pewnością mocno chora na głowę. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Spojrzała na mnie zdrowym okiem. Miałem szczerą nadzieję, że tym razem nie będę musiał uciekać stamtąd przed falą ognia. Jak ona to robiła? Przecież ani razu nie użyła żadnej pieczęci!
- Witaj – powitałem ją uprzejmie. Chlipnęła cicho. – Płaczesz?
- Jest mi źle… - załkała. – Tęskniłam za panem.
- Ale łzy są tu niepotrzebne…
- Właśnie, że są. Łzy to taka alergia na smutek… - poskarżyła się.
Uśmiechnąłem się. Była całkiem bystra. Usiadłem obok niej na łóżku i sięgnąłem po jedną z kanapek leżących na talerzu na jej stoliku.
- Mogę się poczęstować, co nie? – zapytałem. Skinęła główką, a ja wgryzłem się w kanapkę. – Ostatnio kiepsko nam poszło. Wkurzyłaś się i musiałem wiać. Gdybym nie zwiał, nadawał bym się już tylko na grilla.
- Jest pan zły? – spytała cicho. Wargi jej drżały, a twarz mokra od łez przybrała przerażony, pełen niepokoju wyraz. Pokręciłem głową.
- Byłbym zły patrząc na ciebie z białej chmurki. Ale ponieważ nie wysłałaś mnie do nieba, myślę, że się dogadamy. Chciałbym poprosić cię, abyś najpierw coś zjadła, a potem sobie porozmawiamy… spokojnie porozmawiamy – dodałem, tak na wszelki wypadek.
Skinęła główką i sięgnęła po kanapkę. Patrzyłem, jak pochłania jedną za drugą, aż oczyściła cały talerz. Musiała być bardzo głodna. Potem spojrzała na mnie jakby z obawą i powiedziała cichutko:
- Możemy porozmawiać, ale to nic nie da. Nic nie pamiętam. Tylko to jak mnie gonili… oni… nie wiem, kim byli. Chcieli mnie skrzywdzić. A potem te blond dzieci… i ogień… wszędzie… i potem pan.
Po jej niezasłoniętym policzku znów spłynęły łzy. Otarłem je wierzchem dłoni i uśmiechnąłem się do niej ciepło. Była taka bezbronna, taka zagubiona, nie rozumiałem, dlaczego inni uważają ją za potwora? Nie rozumiałem taż, jak można było skrzywdzić kogoś takiego jak ona? Co za bydle się nad nią znęcało i co zrobiło z jej, niegdyś na pewno, piękną twarzyczką? A potem przypomniał mi się mój sen. Padający na ziemię, krzyczący z bólu ludzie. Zapach mięsa… kompletny brak uczuć ze strony istoty, która za pomocą ognia pozbawiała życia tylu ludzi na raz. Czy mogłem wierzyć w mój sen? No i Chiyo… Chiyo szepcząca do mnie w agonii. Miałem ochotę się wzdrygnąć. Teraz już zupełnie nie miałem pojęcia, czy to Maya, czy my potrzebowaliśmy pomocy?
- Posłuchaj, musisz nauczyć się panować nad tym ogniem…- szepnąłem. Miałem zamiar zrobić z niej człowieka, za wszelką cenę. – My tu w Wiosce nie wiemy, kim jesteś i skąd pochodzisz, nie wiemy, jak cię powstrzymać, kiedy się denerwujesz. Dopóki nie zapanujesz nad sobą, nie będę mógł cię stąd wypuścić, ponieważ stanowisz zagrożenie.
- Będę tu już zawsze?
- Oczywiście, że nie! Do czasu, aż się nie nauczysz zatrzymywać ogień. Albo nie wkurzać się na wszystko.
Zachichotała. Po raz pierwszy zobaczyłem, jak się uśmiecha. Ten uśmiech rozświetlił całą jej twarz i wydobył z niej ukryte piękno. Piękno, które widziałem tylko ja.
- Te blond dzieci… to były pana dzieci, mówił mi pan… - stwierdziła znienacka.
- Tak – przytaknąłem.
- Jest pan ich tatą… mają też mamę… to znaczy, że ja też gdzieś mam rodziców, tak?
- Raczej tak – przytaknąłem ponownie.
- To czemu mnie nie szukają? – zapytała niespodziewanie wrogo. – Pan myślał o swoich dzieciach! Martwił się! Czemu o mnie nikt się nie martwi, nie szuka mnie, nie biegnie po mnie?!
Zdenerwowała się. Poczułem ciepło i mrowienie na policzku. Wstałem i odsunąłem się na bezpieczną odległość, w stronę drzwi.
- Uspokój się, Mayu – powiedziałem głośno i wyraźnie. – Nie denerwuj się. Uspokój.
    Opanowała się z wyraźnym trudem. Zerknęła na mnie brązowym okiem.
- Kim ja jestem? – spytała.
- Nie wiem, Mayu, ale przysięgam ci, dowiem się.

Minoru był dość słabym ninja, nigdy nie został jouninem, mimo to jego marne popisy w walce nie przeszkadzały mu być jednym z najlepszych analityków w Konosze. Patrzyłem spod półprzymkniętych powiek jak tłumaczy mi, co znaleźli na spustoszonym przez Mayę polu oraz co z tego wynika, ale niewiele do mnie docierało. Gadał po prostu zbyt naukowo. Siedzący na kanapie pod oknem Ban wsłuchiwał się w jego słowa uważnie i pomyślałem, że on najprawdopodobniej rozumie o wiele więcej, niż ja.
- Czyli… - wtrąciłem się nieśmiało. – Czyli tam jednak byli ludzie?
- Tak – przytaknął. – Dokładnie dwoje ludzi. Niestety, ich stan nie pozwolił nam ustalić ich tożsamości. Znaleźliśmy tylko szczątki metalu, prawdopodobnie z ich wyposażenia.
- Wcale się nie dziwię. Zostało z nich coś więcej, niż garść popiołu? – zapytałem uprzejmie.
- No, niestety nie – przyznał cicho i wzdrygnął się.
- Dziękuję ci, możesz odejść. I ty, Ban, też.
A więc zabiła dwóch ludzi, przeleciało mi przez głowę, gdy Minoru i Ban opuścili mój gabinet. No nieźle, ciekawe kogo? Pewnie tych, którzy ją gonili. Westchnąłem. Zaczynało robić się coraz bardziej ciekawie. A ja nie miałem pojęcia, co robić ani co myśleć? Przeklęty Hiroetsu i przeklęta jego Wioska! W duchu modliłem się, by Gamabachi szybko wykonała moja prośbę.
Ktoś zapukał do drzwi, przerywając mi rozmyślanie.
- Wejść! – zawołałem.
Przyszła Sharona, ubrana w codzienny, czarny strój składający się z golfu na krótki rękaw i rybaczek. W ręku trzymała papierową teczkę.
- Mam raport dla pana! – zawołała. – Ale nie ma w nim nic ponad to, co pan już wie.
- To przez to, że nie poszłaś z chłopakami? – zaśmiałem się.
- Proszę mnie nie przeceniać – rzuciła mi raport na biurko. – Powiem panu jedno, jeżeli nie włamiemy się do jego Wioski, to będzie klapa. Z takich obserwacji to najwyżej mogę panu powiedzieć z ilu cegieł składa się ich mur.
- Spokojnie, zadbałem o to. Już niedługo będziemy mieli w środku człowieka – powiedziałem chytrze i mrugnąłem do niej jednym okiem.
- I mam przez ten zagadkowy ton domyślić się, że na razie nie powie mi pan kogo?
- Tak.
Pokręciła głową. Na jej ustach pojawił się cwaniacki uśmieszek. Nie wierzyła, że potrafiłbym utrzymać coś w tajemnicy przed nią.
- Niech panu będzie, mistrzu Hokage. Ale ja i tak się dowiem – powiedziała, pewna siebie jak zawsze
Zaśmiałem się.
- Oczywiście, sam ci powiem… we właściwym czasie.
Uśmiechnęła się do mnie szeroko.


w następnym rozdziale:

„…Zaryłem zębami w ziemię, po czym przeturlałem się na plecy i w ostatniej chwili sparowałem cięcie, które mogłoby pozbawić mnie głowy.
- Dobrze! – pochwaliła Sharona.
- I ty też… - odrzekłem i kopniakiem posłałem ją w powietrze…”

4 komentarze:

  1. Cieszę się, że Naruto chcę aby Maya była normalnym dzieckiem. Szkoda tylko, że reszta osób tego nie popiera... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam,
    mała tęskni za Naruto, i to bardzo, polubiła go, moze w końcu uds się jej opanowac te wybuchy...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej,
    cudownie, mała bardzo tęskni za Naruto, polubiła go bardzo, mam nadzieję że uda jej się opanować te wybuchy...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej,
    cudowny rozdział, nasza Mayeczka bardzo tęskni za Naruto, polubiła go bardzo, mam nadzieję że uda jej się też opanować te wybuchy...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń