niedziela, 16 grudnia 2012

Rozdział 13


„-Puchatku… ty zrozumiesz, prawda?”
                             A.A. Milne
                         ”Kubuś Puchatek”


Szykowałem śniadanie dla Mei i Mintao. Hinata była w pokoju młodego, bo Junichi marudził od rana. Dzieciaki nie odzywały się, co było trochę niepokojące. Nałożyłem im jedzenie na talerze i postawiłem je przed nimi. Spojrzeli na swoje śniadanie.
- Co to jest? – zapytali jednocześnie. Wziąłem to za zły znak.
- Ryż z warzywami? – powiedziałem niepewnie.
- Wow. Wygląda, jakby miało się zacząć ruszać – ponownie odezwali się w tym samym czasie, ale to Mei dźgnęła zielonkawą paciaję na swoim talerzu pałeczką.
- Nie jest takie złe…- mruknęli jednocześnie, ale to Mintao podniósł talerz na wysokość oczu.
- Czy zdajecie sobie sprawę, że mówicie jednocześnie? – zapytałem, bo wciąż nie byłem pewien, czy przypadkiem nie robią tego specjalnie.
- Tak? – zdziwili się oboje, a potem spojrzeli na siebie. Pokręciłem głową.
- Dziś musicie się znów wymienić, im jesteście starsi, tym częściej trzeba będzie to robić – powiedziałem. Skinęli głowami.
- Zrobimy to zaraz po śniadaniu – przemówili razem.
W tym momencie ktoś zapukał w nasze kuchenne okno. Spojrzałem tam i zobaczyłem twarz Sakury. Zdziwiłem się, gdyż ostatnio obraziła się na mnie. Czego chciała? Otworzyłem okno.
- Mamy drzwi – przypomniałem jej uprzejmie.
- Nie mamy czasu…- zawołała nagląco i złapała mnie za rękę. Wyskoczyłem przez okno i podążyłem za nią, ciekaw, o co chodzi? Oddaliliśmy się od domu i Sakura zatrzymała się. Spojrzała na mnie.
- Dowiedziałam się czegoś…- szepnęła z pasją. Oho, nie lubiłem, kiedy miała taką minę.
- Czego?
- Rozmawiałam z tą małą…
- Mayą!
- No tak… Wiesz, co mi odpowiedziała na pytanie, w jaki sposób potrafi posługiwać się ogniem?
- A powinienem?
- Tak, bo twoje dzieci powiedziały mi to samo, gdy zapytałam, jak czytają w myślach – szepnęła. Zamarłem.
- Ja jestem myślą… - powtórzyłem ich słowa, które dawno temu wypowiedzieli jednocześnie, zupełnie jakby byli jednym umysłem w dwóch ciałach. – Więc Maya powiedziała…
- Ja jestem ogniem – dokończyła za mnie Sakura. – Tak.
- Ugryzła mnie wtedy w szyję… piła moją krew i chakrę…- szepnąłem. – Nie używa żadnych pieczęci… Potrafi wysadzić ogromny obszar… Rany…
Obejrzałem się na kuchenne okno. Mei i Mintao próbowali pozbyć się śniadania, upychając je w zlewie. Rozmawiali między sobą, widziałem przez okno, jak synchronicznie poruszają wargami. Nadal nie zdawali sobie sprawy z tego, że mówią jednocześnie. Chyba nawet nie rozróżniali swoich myśli, ani nie odróżniali ich od słów. Przecież zawsze, między sobą, porozumiewali się tylko mentalnie.
- Myślisz, że to to samo? – zapytałem poważnie.
- Tak. Co wiemy o bliźniakach? – zapytała, a przecież wiedziała lepiej ode mnie. Moje wargi same zaczęły się poruszać, wciąż wpatrywałem się w moje dzieci.
- Zbierają w sobie chakrę i co jakiś czas się nią wymieniają. Gdy tak robią, są bezpieczni. Ich umysły pozostają w ich ciałach, obca chakra tych ciał nie opuszcza, mogą czytać sobie w myślach. Kidy jednak dość długo żadne z nich nie pochłonie chakry drugiego, ich własna chakra zaczyna wypływać… opuszczać ich ciała, wnika w świadomość innych i dzięki temu mogą czytać innym ludziom w myślach. Jest to jednak niebezpieczne, bo w im większej ilości umysłów czytają, tym bardziej ich świadomość przestaje istnieć. Może się tak zdarzyć, że ich świadomość rozpłynie się i już nie wrócą do swoich ciał. Teraz na przykład, mają już bardzo dużo swojej własnej chakry… zaczyna się ona rozchodzić… nie dostrzegają różnicy między swoimi myślami… mówią jednocześnie.
- Dopasujmy to teraz do tej twojej Mayi – powiedziała.- Tak jak bliźniaki, nie musi zawiązywać pieczęci. Tak jak oni umysłami, tak ona włada ogniem. Potrafi pochłaniać chakrę, co prawda w nieco inny sposób, ale potrafi. Jej własna chakra, prawdopodobnie jak u bliźniaków, opuszcza jej ciało, rozchodzi się po okolicy, a mała potrafi wysadzić w powietrze obszar, który obejmie. Wszystko się zgadza.
- Naukowe pieprzenie – warknąłem po chwili, przenosząc na nią spojrzenie. – Moje dzieci nie mają z Mayką nic wspólnego!
- Nie twierdzę, że są do niej podobne. Uważam jednak, że coś ich łączy. Ewolucja… cechy gatunkowe w kolejnych pokoleniach ulegają zmianie… zostają eliminowane poprzez dobór naturalny, a w nowych pokoleniach zostają wykształcone nowe, pożądane cechy… Zmienia się genotyp, a co za tym idzie i fenotyp danych osobników… to oznacza, że człowiek z każdym pokoleniem się zmienia. Wszystko, z kolejnym pokoleniem, ulega zmianie. Dostosowuje się do otoczenia w jak najlepszy sposób.
- Ale to przecież długotrwały proces – zauważyłem.
- I jest długotrwały – szepnęła, patrząc na Mei i Mintao. – Ale musi gdzieś mieć początek… pierwszych przedstawicieli posiadających pożądane cechy…
I ja spojrzałem na moje dzieci.
- Ale przecież to im szkodzi! – brnąłem dalej. – Nie panują nad tym! Im częściej się bawią w czytanie myśli, tym bardziej przestają być sobą.
- Być może twoje wnuki będą potrafiły nad tym panować. Ewolucja – powtórzyła uparcie.
Pokręciłem głową. Jak dla mnie, Sakura przekazała mi trochę za dużo informacji.
- A co z moim synem?
- Tak jak było w przypadku bliźniaków, jest za mały by coś stwierdzić. Nie wiem, czemu ma takie dziwne oczy. Czas pokaże. Może będzie potrafił to, co bliźniaki?
- Oby nie – powiedziałem.
Dlaczego nic nie mogło być normalne? Nasz świat zmieniał się, a ja nie wiedziałem, czy na lepsze. 

- I naprawdę mogę stąd wyjść? – zapytała. Uśmiechnąłem się do niej.
- Naprawdę – przytaknąłem, kiwając głową. Pospiesznie wygładziła białą bluzeczkę i spodenki, w które ubrała ją Sakura. Przeczesała palcami krótkie, brązowe włosy. Zdeformowaną połowę twarzy zasłoniła tak, jak wcześniej. Popatrzyła na mnie uradowana.
Wyszliśmy z sali, w której ją trzymaliśmy. W bunkrze nie było nikogo, prócz nas. Zaczęliśmy wspinać się po schodach, a potem wynurzyliśmy się na zewnątrz.
Maya uśmiechnęła się szeroko i głośno zaczerpnęła powietrza. Spojrzała na słońce, powoli zbliżające się do zachodu i na drzewa dookoła nas.
- Pięknie tu – wyszeptała. – Jak dobrze jest być na świeżym powietrzu.
- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa – powiedziałem ciepło. Podniosła rękę i odsłoniła swoje niezwykłe oko. Miało ono teraz kolor zieleni, delikatnie podchodzącej pod niebieski. Jakim cudem inni uważali ją za potwora? Nie mogłem tego pojąć. Taka śliczna… taka mała… Wskazałem jej ręką dróżkę, którą szło się w stronę Wioski.
- Zapraszam panią przodem – rzekłem. Parsknęła śmiechem i wyprzedziła mnie, ponownie zasłaniając oko.
- A gdzie będę spać? – chciała wiedzieć. Wiedziałem, że podjąłem ryzyko, ale nie miałem serca ponownie jej gdzieś zamykać.
- Dziś w nocy w moim domu, a jutro skończymy już mieszkanko, które dla ciebie szykujemy – wyjaśniłem. Spojrzała na mnie.
- W pana domu? – zdumiała się.
- Tak. Więc zanim tam dojdziemy, ustalimy zasady. Po pierwsze, nie wolno ci się denerwować. Po drugie, masz nie zbliżać się do ognia. Po trzecie, mam małego, nowonarodzonego synka, tak więc proszę, byś uważała. Nie wolno krzyczeć ani robić… żadnych dziwnych rzeczy. Zrozumiałaś?
- Tak.
- Biorę cię tam, byś zaznała odrobiny normalności. Moja rodzina jest naprawdę miła, więc i ty taka dla nich bądź, dobrze?
- Tak.
- Ale zanim pójdziemy do mojego domu, pokażę ci najważniejsze miejsce w całej Wiosce.
- Super! – ucieszyła się.
Kiedy wyszliśmy z lasu i przekroczyliśmy bramę Wioski, Mayka rozglądała się uważnie dookoła, zafascynowana. Ludzie, których mijaliśmy, patrzyli na nią raczej niechętnie. Plotka o tym, że to ona zabiła nasz oddział ANBU, szybko rozeszła się po ludziach. W końcu doszliśmy do miejsca, które chciałem jej pokazać.
- To tu! – zawołałem, wskazując ręką Ichiraku Ramen. Maya spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Budka z kluskami? – zapytała, jakby nie wierzyła własnym oczom. Ochoczo pokiwałem głową, złapałem ją za ramionka i popchnąłem w stronę lady.
- Dwa razy ramen! – zawołałem do właścicielki jadłodajni.
Ramen na szczęście smakował Mayce. Śmiała się ze mnie, patrząc, jak pochłaniam kolejne porcje. Sama zjadła tylko miskę i więcej nie chciała. To był dobry znak. Kiedy zabierałem na ramen moje dzieci, zawsze traciłem fortunę na dodatkowe porcje. A jak zabierałem na ramen moje dzieci razem z Shanem Uchihą… wtedy zawsze kończyło się to zupełnie pustym portfelem. W końcu się najadłem, zapłaciłem i odeszliśmy.
Z każdym krokiem Maya coraz bardziej się denerwowała. Przyglądałem jej się i widziałem, jak ukradkiem masuje się po brzuchu, albo rzuca mi wylęknione spojrzenia. Mogłem już dziś zaproponować jej to mieszkanie, ale chciałem pokazać jej jak jest w domu rodzinnym. Nie chciałem skazywać jej na samotność. Poza tym od dłuższego czasu niczego nie wysadziła. Byłem niemal stuprocentowo pewien, że i dziś niczego nie podpali.
Oczywiście, moi ludzie się ze mną nie zgodzili. Klan Uchiha stwierdził, że jestem wariatem. Nawet Sharona mnie nie poparła. Shikamaru orzekł, że upał mi zaszkodził i powoli wariuję. Miałem jednak ich zdanie gdzieś. Niech mówią, co chcą, ja swoje wiedziałem. Wiedziałem, że Maya chce być dobra. I to mi wystarczało.
Moi bliscy czekali na nas w kuchni. Gdy otworzyłem przed Mayą drzwi frontowe, dziewczynka zatrzymała się na progu i popatrzyła na mnie swoim brązowym, dużym okiem.
- Pana rodzina chce, bym tu nocowała? – spytała szeptem.
- Nie martw się. Zaakceptują cię tak, jak ja. No, wchodź.
Weszła do domu, a ja za nią. Skierowaliśmy się do kuchni. Zebrała się tam cała moja rodzina. Gdy weszliśmy, podnieśli się z krzeseł. Hinata trzymała malutkiego Junichiego na rękach. Mei i Mintao patrzyli na Maykę z obawą.
- Kochani, to Maya – przedstawiłem dziewczynkę. – Mayu, to moja żona Hinata, na jej rękach mój syn, Junichi, oraz bliźniaki, Mei i Mintao.
Maya skłoniła głowę. Moi bliscy nie zareagowali na to. Dziewczynka zrobiła nieśmiały kroczek do przodu, potem następny… Zbliżyła się do Hinaty i spojrzała na Junichiego.
- Jest…- szepnęła. Odsłoniła swoje szalone oko i przyjrzała się noworodkowi – Jest malutki…- mówiła takim tonem, jakby się tego nie spodziewała. – Jest… bardzo niezwykły, ojej… Widzę! Widzę w nim dużo światła, zupełnie jak w Naruto-sama!
Obejrzała się na mnie i uśmiechnęła szeroko. Odchrząknąłem.
- Tak… może… może pokażę ci, gdzie będziesz spać.
Wskazałem jej wyjście, a ona posłusznie opuściła kuchnię. Zastanawiałem się, co zobaczyła? Mnie też przecież na początku nazwała czerwonookim demonem. Nie ulegało wątpliwości, że swoim niezwykłym okiem widziała więcej niż normalni ludzie. Nie chciałem jednak poruszać teraz żadnych drażliwych tematów, co by było, gdyby na pytanie o swoją twarz zaczęła krzyczeć i podpaliła mi dom? Wiedziałem jednak, że w przyszłości trzeba będzie z nią o tym porozmawiać.
Poprowadziłem ją do pokoiku gościnnego. Mei przygotowała tam dla niej ubrania i wszystkie potrzebne rzeczy. Pokazałem jej też, gdzie my śpimy, oraz gdzie jest łazienka. Maya stwierdziła, że jest śpiąca i natychmiast się położyła. Wróciłem do moich bliskich.
- I co myślicie? – zapytałem z obawą. Hinata wzruszyła ramionami.
- Nie wydaje się taka straszna. Ani niebezpieczna.
- Wygląda zupełnie inaczej, niż wtedy…- szepnął Mintao. Mei spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Nie myśl o niej w ten sposób! – zawołała, odczytawszy z myśli brata więcej, niż powiedział. – Zapomniałeś, że o mało co nie spaliła nas żywcem?! Jak Daisuke!
- Ciszej, Mei – skarciłem córkę. Nabrała powietrza i odwróciła się do mnie plecami, obrażona. – Wracajcie do swoich pokoi i kładźcie się.
Rozeszliśmy się. Ja poszedłem od razu pod prysznic, Hinata uśpić Junichiego. Gdy już leżeliśmy w łóżku, żadne z nas się nie odzywało. Nasłuchiwaliśmy. Ciszy jednak nic nie mąciło i gdzieś kilka minut po północy zmorzył mnie sen.
Gdy się ocknąłem, Hinaty nie było obok mnie. Zerknąłem na zegarek. Była trzecia w nocy. Wstałem z łóżka i zajrzałem do pokoju Junichiego, ale nie było jej tam. Zaintrygowany wyszedłem z sypialni. Gdy skradałem się korytarzem usłyszałem głosy dochodzące z kuchni. Zbliżyłem się do drzwi, ale nie wszedłem do środka. Ostrożnie zajrzałem tam przez szparę w drzwiach i zobaczyłem Maykę i Hinatę, siedzące przy stole. W dłoniach ściskały parujące kubki. Piły herbatę…?
Cofnąłem się, opierając o ścianę. Do moich uszu dobiegł głos Hinaty.
- Naprawdę to widziałaś? – zapytała moja żona. Jej głos promieniował dumą i przejęciem. Zastanawiałem się, co ją tak poruszyło?
- Naprawdę. Czasem widzę… Naruto-san ma takie samo…
- Dziękuję ci – szepnęła Hinata. – To bardzo miłe słowa.
Usłyszałem cichy śmiech Mayki, a potem siorbanie. Napiła się trochę herbaty.
- Czasem… no nie, bo pamiętam tylko te kilka dni… ale patrząc na ludzi moim okiem zastanawiam się, co oni by widzieli, patrząc na mnie, gdyby też mieli takie oko…
- Na pewno coś pięknego – szepnęła Hinata.
- Tak pani myśli? – zapytała Mayka z nadzieją w głosie.
- Tak. Znam taką legendę… chcesz, to ci opowiem.
- Z przyjemnością! – zawołała Maya. Hinata zaśmiała się. Po chwili usłyszałem jej cichy, ciepły głos:
„W zamierzchłych czasach żył w naszej krainie pewien staruszek. Któregoś dnia, ścinając w lesie bambus, zwrócił uwagę na jeden z pędów, dziwnie świecący tuż nad korzeniem. Zaciekawiony ściął go i znalazł w środku prześliczną dziewczynkę, maleńką jak palec.
- Powiedz mi, kim jesteś i kto cię uwięził w tym wielkim bambusie? – spytał staruszek, ostrożnie niosąc dziewczynkę na dłoni.
- Ach, lepiej o to nie pytaj. Na razie nie mogę ci wyjawić mojej tajemnicy – szepnęło maleństwo. – Powiedz tylko, czy zgadzasz się, bym pozostała przez pewien czas u ciebie?
Staruszek bardzo kochał dzieci, ale sam ich nie miał, więc chętnie przystał na propozycję dziewczynki. Zaniósł ją do domu i wychował jak córkę, nazwawszy Kaguja-hime, czyli Świetlista Księżniczka.
Z czasem Świetlista wyrosła na dziewczynę tak piękną, że wielu rycerzy i książąt przyjeżdżało do niej w zaloty.
Ale Świetlista wcale nie myślała o zamążpójściu.
Pewnego razu staruszek zagadnął przybraną córkę:
- Powiedz mi, dziecko, czemu tak uporczywie wszystkim odmawiasz? Czy nie ma żadnego młodzieńca, który byłby godzien twojej ręki?
- Może i są tacy – odrzekła smutnie- ale nie wolno mi o tym nawet myśleć. Zresztą, nie pytaj mnie o to, ojcze. Czyż źle ci jest ze mną?
Staruszek umilkł i nigdy już nie mówił o tym z przybraną córką.
Każdemu ze swych zalotników Świetlista polecała spełnić jakieś życzenie.
Pewnemu rycerzowi kazała przywieźć z Indii kamienny puchar, z którego za życia pił Budda, innego znów prosiła o zdobycie futra z odpornych na ogień skórek szczurzych, trzeci miał odszukać roślinę o korzeniach ze srebra, pniu złotym, a liściach i owocach z drogocennych kamieni, strzeżonych przez demony na górze Horai.
Żaden z zalotników nie potrafił zdobyć tych darów. Rycerz, który miał odnaleźć cudowną roślinę, próbował podejść Świetlistą, ofiarowując jej specjalnie przygotowaną gałązkę. Ale i jemu nie udało się nakłonić serca przepięknej dziewczyny.
Pewnego dnia do domu staruszka zawitał sam cesarz i poprosił o rękę Świetlistej. I on jednak spotkał się z odmową.
Rozgniewany monarcha kazał swoim żołnierzom porwać dziewczynę. Ale wtedy, spowitą obłokami, promieniującą nieziemską piękność, uprowadzili ją do nieba bogowie.
Skończył się bowiem czas pokuty Świetlistej- boginki uwięzionej za swe winy w bambusie i skazanej na życie w postaci ludzkiej*”.
Hinata zamilkła i przez chwilę w kuchni panowała zupełna cisza. A potem usłyszałem…
- Ale Świetlista była piękna…- szepnęła Mayka.
- Tak, ale wszyscy mieli ją tylko za człowieka, a była boginką – odrzekła Hinata.
Uśmiechnąłem się w duchu i na palcach wróciłem do łóżka. Piętnaście minut później moja żona położyła się obok mnie.


*opowiadanie Kaguja-hime zostało, z minimalnymi zmianami, zaczerpnięte z książki Marii Juszkiewiczowej pod tytułem, Czarodziejski Imbryczek. Baśnie i legendy japońskie.

 w następnym rozdziale:

„…Po moich plecach przebiegł dreszcz, gdy nieznacznie się poruszyłem, aby zmniejszyć ból w kolanach. Zaszczękałem zębami.
Klęczałem przed domem, który jakiś czas temu był jeszcze mój. Klęczałem tak już jakieś dwadzieścia siedem godzin z hakiem…”

2 komentarze:

  1. Piękna historia :) Hinata jest taka opiekuńcza i cieszę się, że zaakceptowała Maye :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    no ciekawe co tak naprawdę mała zobaczyła, czy właśnie powiedziała o tym Hinacie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń