poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 32

"Nie wierz
w moją obojętność,
w moją nieobecność doskonałą,
w moją zimną krew."
J. Szymiak


Sasuke Uchiha rozchylił powieki, a potem zamrugał. Dostrzegł przed sobą brązowe włosy jakiegoś mężczyzny, który bandażował mu brzuch. Siedział pod ścianą, czując niemiłosierny ból brzucha, który całkiem niedawno został przeszyty na wylot kataną tamtej dziewuchy. Że też on, Sasuke Uchiha, musiał się tak poświęcać dla durnego Naruto!
- Faza druga…? – zapytał szeptem, a mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na niego z uśmiechem.
- …zakończona – powiedział, a Sasuke prychnął.
- Ten plan od samego początku był dla mnie wariactwem – zauważył, dotykając swojego brzucha. – Jak Naruto w ogóle zdołał to zaplanować? Nie znał cię przecież, skąd mógł wiedzieć, co potrafisz?
- Nie wiedział… - odrzekł Cash, uśmiechając się jeszcze szerzej. Sasuke zauważy, że znów jego zachowanie uległo subtelnej zmianie. Ale Naruto się mylił… tu nie chodziło o zmianę charakteru, ale o dostosowanie się do sytuacji. Kiedy był dzieckiem, zachowywał się jak dziecko. Kiedy kobietą, jak kobieta. Teraz był dorosłym mężczyzną i tak się zachowywał. Grał, niczym aktor, ale nic więcej. Co za skomplikowany człowiek. – Mówił po kolei, co ma na myśli, a szef modyfikował jego plan, naginając go pod nasze umiejętności. W zasadzie, to Lord Hokage działa w ciemno.
- Czyli, to szło…
- Lord Hokage powiedział, „chcę tam wejść”, a szef, „zrobi się”. „Chcę udać, że nas pokonał”, „da się zrobić”. I tak dalej. No, oczywiście omówili w ten sposób każdy szczegół.
- Kiedy mi to opowiadał, brzmiało lepiej… - Sasuke skrzywił się, słysząc te żartobliwe słowa i przypominając sobie plan Naruto. Uzumaki przedstawił go z najdrobniejszymi szczegółami, nawet powiedział, że Sasuke ma pozwolić się zranić i że nic mu się nie stanie. No i faktycznie, tylko stracił przytomność, choć rana wydawała się śmiertelna. Dotknął swojego obandażowanego brzucha. Rana bolała, jakby wciąż była otwarta, ale nie krwawiła.
- Jesteś medycznym ninja? – zapytał, a Cash pokręcił głową, wstając.
- Nie, ale bardzo dobrze go udaję. Kiedy wróci pan do wioski, ktoś będzie musiał się panem zająć, bo ja nie potrafię tego uleczyć, ja ją tylko… unieszkodliwiłem… nie będzie krwawić, ale będzie boleć.
- Czuję – przytaknął Sasuke, wstając ostrożnie. Cash podał mu jego katanę, a on schował ją do pochwy. Rozejrzał się. Znajdowali się w niewielkim pomieszczeniu o białych ścianach. – Gdzie Shimamura?
- Szef działa na zapleczu, on na was doniósł, bo ja nie wyrobiłbym się w czasie. Wbrew waszym podejrzeniom, wcale nie znikam i nie przemieszczam się między wymiarami.
- Podsłuchiwałeś?! – oburzył się Sasuke.
- Szedłem za wami, nie moja wina, że jesteście mało spostrzegawczy…
- Kłamiesz – warknął Sasuke, i nagle coś sobie przypomniał. – Kiedy mówiłeś o tych pieniądzach, to…
- Jakieś czterdzieści procent to była prawda. Na serio nie zabiję nikogo, za kogo nie dostanę kasy. Ale nie jestem bezuczuciowy. Chodziło przecież tylko o plan. Mieliśmy zostać podsłuchani…
- Ale nie zostaliśmy i to Shimamura musiał na nas donieść.
- Mimo wszystko, lepiej było dmuchać na zimne. Gdyby ktoś mnie usłyszał, doniósłby o tym, że odszedłem i was zostawiłem. I tak, czy siak, mógłbym teraz pomóc panu, kiedy udawał pan martwego.
            Sasuke skinął głową, zbliżając się do drzwi. Delikatnieje uchylił i wyjrzał na biały korytarz, ten jednak był pusty. Choć wszystkie korytarze w tym miejscu wyglądały identycznie, zorientował się, że znaleźli się w zupełnie innej części podziemi. Nie było tu śladów walki.
- Czysto. Gdzie jest trzymany Sai?
- W lewo, trzy korytarze dalej i potem trzecie drzwi, również po lewej stronie. Jesteśmy po drugiej stronie bunkra.
- Dzie… - zaczął, Sasuke, oglądając się, ale Casha już nie było. Uchiha westchnął i, trzymając dłoń na rękojeści katany, wysunął się z pomieszczenia na korytarz. Przeszedł jeden z nich, nikogo nie spotykając. Przemierzył drugi i również nic. W końcu dotarł do trzeciego.
            Był to korytarz, w którym walczyli. W dalekim końcu majaczyły zniszczenia, których byli sprawką. Ostrożnie zbliżył się do drzwi, które wskazał mu Cash i położył dłoń na klamce. Nacisnął, ale drzwi były zamknięte, tak więc aktywował Mangekyou Sharingana i spojrzał jednym okiem na zamek, a po jego policzku spłynęła krew. Miejsce przy klamce zaczęło się palić, a czarny płomień w szybkim tempie wyżarł w nich dziurę. Sasuke powstrzymał Amaterasu, zamknął oczy, dezaktywował Mangekyou i pchnął drzwi, a one otworzyły się gładko.
            Sai klęczał pod ścianą, z dłońmi skutymi nad głową. Ubrany był tylko w białe bokserki, głowę miał opuszczoną. Lewa połowa jego bladego ciała pokryta była czarnymi żyłkami pulsującymi w rytm uderzeń jego serca. Sasuke podszedł do niego i uklęknął.
- Sai? Sai!
            Więzień podniósł głowę i spojrzał na niego błędnym wzrokiem. Twarz miał opuchniętą, Sasuke dostrzegł też kilka paskudnych sińców winnych miejscach. Głowa Saia kiwała się, gdy z całej siły starał się utrzymać ją prosto.
- Uchiha…? – wyszeptał zachrypniętym głosem, a Sasuke skinął głową.
-Ja i Naruto po ciebie przyszliśmy… - nigdy nie lubił Saia. Nigdy nawet nie chciał go polubić. Artysta wydawał mu się zawsze jeszcze gorszy od Naruto, w dodatku Sakura zdawał się go lubić i to działało mu na nerwy. Ale teraz przyszedł czas zapomnieć o uprzedzeniach, w końcu Sai był przyjacielem Naruto i mieszkańcem Konohy. Sasuke po raz kolejny użył Amaterasu i ostrożnie przepalił łańcuch w kajdanach, aby uwolnić Saia. Ten natychmiast opadł w jego ramiona, półprzytomny. Dosłownie leciał przez ręce, oddychając nierówno. – Sai, wszystko w porządku?
- Nie… mam siły…
            Sasuke posadził go przy ścianie, po czym wyciągnął zwój,który dał mu Naruto, kiedy opuszczali Konohę. Rozwinął go, z kieszeni wyciągnął małą fiolkę pełną krwi, po czym wylał ją na znak na zwoju.
- Kuchiyose no Jutsu! – powiedział, kładąc dłoń na znaku i cofając się. W pomieszczeniu pojawiło się czerwone żabsko, wypełniając sobą całą wolną przestrzeń. Żabsko spojrzało na Sasuke i zarechotało, a on skinął głową. Pochylił się nad półprzytomnym Saiem.
- Sai, trafisz na Górę Myoboku, a stamtąd zabiorą cię do Konohy, słyszysz? W Konosze zajmie się tobą Sakura…
- Powiedz… powiedz Naruto… - wyszeptał artysta, a Sasuke nadstawił uszu. – Powiedz mu… że kluczem jest wiara… wierzyłem, że on… po mnie przyjdzie…
- Powiem – przytaknął i dał znak żabie, a ta owinęła swój język wokół Saia i zniknęła razem z nim, zostawiając po sobie kłęby białego dymu. – Faza trzecia, zakończona.
            To rzekłszy, Sasuke opuścił pomieszczenie.

            Pulsujący ból był chyba efektem ubocznym mojego planu. Co prawda, miałem dać się schwytać, udając tylko, że walczę na serio, ale nie pomyślałem, że mogą użyć trucizny. Skąd wiedziałem, że mnie nie zabiją? Ano, jeden szpieg podsłuchał, że Hiroetsu chce mieć mnie żywego. Wyszło to podczas formowania planu. Miałem tylko nadzieję, że wszystko poszło zgodnie z nim i mogłem bez przeszkód rozpocząć następną fazę.
            Poruszyłem się, a z moich ust wyrwał się cichy jęk. Niektóre części ciała wciąż nie chciały mnie słuchać. Głowa pulsowała tępym bólem, język miałem zdrętwiały, czułem na nim dziwny, ziołowy smak. Poruszyłem dłońmi i poczułem, że są skute. Szarpnąłem się, ale jak się okazało to, na czym siedziałem, było przytwierdzone do podłoża. No tak, przykuli mnie do metalowego krzesełka przyspawanego do podłogi. Jak mądrze… Szkoda tylko, że nie pomyśleli,iż wtedy będę w bezruchu. Cały kraj gadał o tym, jakiej techniki jestem mistrzem, a Hiroetsu nie wiedział. Poczułem się nagle strasznie niedoceniany! To Sasuke się unieszkodliwia, zabijając go, a mnie tylko przykuwa do krzesła?! Gdzie tu sprawiedliwość?! Niby po kiego grzyba to ja jestem nazywany Wielkim Hokage?! Kurde, no! I po co do cholery, byłem rozebrany do pasa?
            Podniosłem głowę i spojrzałem przed siebie. Obraz wciąż był rozmazany i niewyraźny. Zamrugałem, ale niewiele to dało. Nadal widziałem tylko jakieś plamy.
- Obudziłeś się – powiedziała jedna z plam, jakby się zbliżając. Zacisnąłem, po czym rozchyliłem powieki.
- Hiroetsu… - wysyczałem. Nagle moją twarz ochlapał strumień wody. Wyplułem tą, która trafiła mi do ust, po czym ponownie zamrugałem. Obraz natychmiast zyskał ostrość. Przede mną stał Lider Wioski Słońca, trzymający w dłoni szklankę. Na jego paskudnej mordzie widniał uśmiech, jakby dupek myślał, że wygrał. – Ty draniu! Ty szmato! Ty obleśny degeneracie, obrzydły, podły…!
- Och, po co tyle obraźliwych słów? – zapytał, odwracając się, po czym ruszył w stronę stolika stojącego obok drzwi, na którym leżały jakieś przedmioty. Zatrzymał się przy nim, ściągnął z siebie marynarkę, po czym powiesił ją na wieszaku znajdującym się na ścianie. –Widzisz, Naruto, od samego początku marzyłem, żeby cię pojmać. Odkąd tylko Ai zabiła twoich ludzi.
- Dlaczego? – zapytałem. No dalej, niech rozmowa się rozkręci. Musisz mi draniu powiedzieć, jak powstrzymać twoje jutsu, zanim cię zabiję. Hiroetsu nie odpowiedział od razu. Patrzyłem, jak nasącza niewielki wacik jakimś przezroczystym płynem, a potem bierze do reki strzykawkę. – Dlaczego?! – powtórzyłem, kiedy zbliżył się do mnie i zaczął przecierać mi ramię wacikiem. Potem wbił mi w to miejsce strzykawkę i naciągnął do niej kilka mililitrów mojej krwi. Skrzywiłem się, patrząc na to, ale nie zareagowałem. Zrobiło mi się za to trochę słabo. Nie lubiłem mieć do czynienia ze strzykawkami.
- Widzisz…- mruknął, wracając ze swoim łupem do stolika. – Od początku niszczysz mi moje jutsu.
- Jutsu? – powtórzyłem, nie rozumiejąc. A co ja miałem do jego jutsu? Tymczasem Hiroetsu podszedł do stolika, wziął z niego kolbę w kształcie stożka, wypełnioną przezroczystym płynem, po czym wpuścił do niej kroplę mojej krwi. Płyn stał się szkarłatny, a Hiroetsu zaczął mieszać we fiolce metalową, cieniutką łyżeczką, opierając się o stolik i patrząc na mnie.
- Widzisz, moje jutsu opiera się na właściwościach pewnej rośliny. Jestem biologiem i badam rośliny. Pewnego dnia odkryłem nowy gatunek kwiatu… którego soki… - podniósł w górę kolbę z czerwonym płynem – mają niezwykłe właściwości.
- Jakie? – zapytałem natychmiast. Hiroetsu uśmiechnął się, patrząc na trzymane przez siebie naczynie.
- Nierozcieńczony sok tej rośliny rozpuszcza obcą materię organiczną – wyjaśnił.
- Co?
- Ta roślina była mięsożerna –zaczął tłumaczyć nieco zniecierpliwionym tonem. – Zjadała owady, rozpuszczała je swoim sokiem i żywiła się ich płynami. Rozumiesz już?
- Nie! Bo niby co ja mam z tym wspólnego?!
- Właśnie do tego zmierzam. Czysty sok uzyskany z mojej wspaniałej roślinki działał na każda materię organiczną niczym kwas. Byłem bardzo dumny z mojego odkrycia. A potem pojawiła się okazja… wspaniała okazja, by móc stworzyć świat, o którym marzę. Świat, w którym byłbym władcą, uwielbianym przez wszystkich mieszkańców. Dostałem w spadku ziemię… - słuchałem tego, nie mogąc uwierzyć. Co za wariat! A więc chodziło tylko o władzę? – Był tylko jeden problem, nie posiadałem popleczników. Byłem bardzo nieszczęśliwy, nikt nie chciał ze mną współpracować, nikt nie chciał mi pomóc. Miałem tylko swoje kochane badania…
- Jesteś chory – powiedziałem takim tonem, jakby mnie mdliło. Bo rzeczywiście, stojący przede mną mężczyzna był obrzydliwy.
- Nie, jestem wizjonerem. Marzy mi się piękny świat, którym bym rządził. Byłbym wspaniałym władcą! Ale wracając do mojej opowieści… Pewnego dnia wpadłem na wspaniały pomysł. Po wielu niepowodzeniach udało mi się stworzyć formułę, dzięki której mogę zjednać sobie każdego człowieka. Dzięki tej formule, mój soczek przestaje działać jak kwas, a przynajmniej nie ma takich właściwości, póki osoba, której go nie zaszczepię, jest mi bezwzględnie posłuszna. Otrzymałem taki efekt dzięki połączeniu tego kwasu z opracowanym przeze mnie jutsu. I teraz, dzięki mojemu geniuszowi, jestem w stanie spełnić swoje marzenia!
- Nadal nie rozumiem, w czym miałbym ci przeszkadzać… -  powiedziałem, a on przewrócił oczami.
- Dojdę do tego, przecież powiedziałem! Nie przerywaj mi! – krzyknął, a ja zamknąłem się. Bądź co bądź, jeszcze nie była pora, bym mógł obić mu gębę. Musiałem z niego wyciągnąć więcej informacji. – Moje jutsu działa w prosty sposób. Nierozcieńczony sok z mojej rośliny, gdybym go wylał na przykład na twoją dłoń, wyżarłby ci w niej dziurę. Jednak kiedy go zmieszam z moją chakrą i krwią osoby, której chcę go wszczepić, kwas zmienia swoje właściwości. Kiedy go komuś wszczepiam, rozchodzi się po jego ciele i przebywa w nim w formie uśpionej. Lecz kiedy ta osoba przestałaby wykonywać moje rozkazy, ba, nawet gdyby pomyślała o tym, by mnie zdradzić, kwas przestałby być recesywny i zaatakował, spalając żywiciela doszczętnie. A jaka twoja w tym rola? Widzisz, niektóre osoby z Wioski Liścia, nad którymi eksperymentowałem, potrafiły przeciwstawić się działaniu mojego jutsu, nie uznając mnie jako swojego pana. Twój kolega, Sai, cały czas powtarzał, że po niego przyjdziesz i że to ty jesteś jego Hokage. Paraliżowało to działanie mojego kwasu, tek że przestawał działać tak, jak chciałem. Dlatego… - podniósł ze stolika nóż i przeciągnął nim sobie po palcu, a potem wpuścił do szkarłatnego płynu kroplę swojej krwi. Płyn zawirował i stał się czarny niczym smoła. Zdawało mi się też, że zaczął się jakby poruszać, niczym żywe stworzenie, a nie ciecz. – Wymyśliłem cudowny sposób na przełamanie ich obrony. Co by się stało, gdyby człowiek, którego tak podziwiali i szanowali i jemu byli wierni, stał się MOIM sługą?
- Słuchaliby… ciebie… -wymamrotałem, przymykając powieki. Nadszedł najwyższy czas, by zacząć kumulować energię natury. Teraz wystarczało mi do tego tylko kilka sekund. – A jak neutralizuje się to jutsu?
- Nie wiem… - odrzekł. Nie widziałem, co robił. – Wydaje mi się, że żeby przestało działać, musi zniknąć obiekt uwielbienia, więc sam rozumiesz, to niemożliwe.
- A Ai?! Kim ona jest?! Gdzie jej rodzina?! – zawołałem, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej, zanim zerwę kajdany. Szykowałem się do wchłonięcia krążącej wokół energii.
- Nie mam pojęcia – powiedział zamyślony. Poczułem, że się do mnie zbliża. Otworzyłem oczy. W ręku trzymał strzykawkę wypełnioną czarnym, miotającym się w jej wnętrzu płynem. – Była przybłędą, znalazłem ją niemalże na śmietniku. Była skarbem zaledwie przez kilka chwil, nawet moje jutsu nie mogło powstrzymać jej zdolności. Wysadzała wszystko dookoła, nie licząc się z niczym. W końcu zabiła tak wielu ludzi, że musiałem się jej pozbyć.
            Zbliżał się do mnie niebezpiecznie, tak więc uznałem, że pora, aby w końcu przerwać ten wywiad. Automatycznie ściągnąłem do siebie energię z otoczenia, czując, jak wypełnia mnie od środka. Hiroetsu zatrzymał się i spojrzał na mnie zdumiony, a ja uśmiechnąłem się i napiąłem mięśnie, by zerwać łańcuchy. I wtedy… wtedy stało się coś niezwykłego. Nagle poczułem, jakbym był balonem, którego ktoś nagle przekłuł. Cała energia, którą zebrałem, uleciała ze mnie jedną falą, sapnąłem, a w głowie mi się zakręciło, tak że na chwilę wszystko zawirowało.
- Ach, zapomniałbym… - powiedział Hiroetsu, łapiąc mnie za szczękę. Jego paznokcie wbiły mi się w skórę, gdy przekręcił siłą moją głowę w swoją stronę. Warknąłem, a on uśmiechnął się. – Trucizna, którą ci podaliśmy, powstrzymuje możliwość kumulowania wszelkiej energii. Nie zbierzesz chakry ani tej swojej energii natury, choćbyś nie wiem jak chciał, Naruto.
            Wciąż trzymając mnie za szczękę, podniósł strzykawkę i wbił mi ją w dolną wargę. Jęknąłem, a on wcisnął tłok. Ból przy tym był niewyobrażalny, wyprężyłem się, a oczy wyszły mi na wierzch. Hiroetsu puścił mnie, a ja zgiąłem się w pół, dysząc. Myślałem, że zaraz zwariuję. Wargi mi spuchły i zaczęły pulsować. Zdawały się być gorące, a jednocześnie lodowate. Przed oczami wystąpiły mi złote gwiazdki, a wszystko zaczęło się zamazywać. Nie widziałem, co robił Hiroetsu, nie obchodziło mnie to. Czułem się tak, jakbym znajdował się pod wodą, albo miał bardzo wysoką gorączkę. Zacząłem się trząść, moje zęby boleśnie uderzały o siebie. W pewnym momencie Hiroetsu ponownie uniósł moją głowę. Spojrzałem na niego. Jego usta krwawiły na czarno, uniósł coś błyszczącego i dotknął mojej wargi. Skaleczył ją, krew spłynęła mi na brodę, kiedy kiwałem się, próbując nie zemdleć.
- Romaji no Jutsu… - usłyszałem jego szept, a potem poczułem jego wargi na swoich. Zapiekły mnie one żywym ogniem, w oczach stanęły mi łzy bólu, zacząłem dygotać jeszcze bardziej, a on po kilku sekundach odsunął się ode mnie i odgarnął mi włosy ze spoconego czoła. – Za godzinę to minie, obiecuję… - szepnął niemalże czule, uśmiechając się i oblizując wargi.
- Brzydzę się tobą – warknąłem i splunąłem mu w twarz. Zaśmiał się, ścierając moją ślinę z policzka.
- Zmienisz swoje zdanie, zobaczysz.

2 komentarze:

  1. O nie! O nie! I co teraz?! I co teraz?! Czytam dalej bo nie wyrobię!

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    więc taki był naprawdę plan? ale co teraz? nie uda mu się z Naruto, prawda?
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń