poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 33

"Unieście rąbki sukien, drogie panie, wkraczamy do piekieł."
Allen Ginsberg


Dygotałem, jak w febrze. Raz robiło mi się ciepło, a raz zimno. W głowie mi wirowało, a cała twarz piekła, jakbym zanurzył ją we wrzątku. Ale najgorsze było to, że nie mogłem przestać myśleć o Hiroetsu. Próbowałem, ale każda moja myśl skłaniała się ku niemu. Chciałem to przerwać, znałem klucz, odpowiedź, wiedziałem, jak zatrzymać to jutsu… am imo wszystko nie mogłem. Chciałem zahaczyć o coś myślą, o cokolwiek, ale myśli nie były mi posłuszne.
            Jęczałem, wijąc się w łańcuchach. Całym sobą chciałem, aby się to skończyło, aby już przestało, abym mógł uciec… aby mój pan przyszedł i mnie ocalił…
            Usłyszałem trzaśnięcie drzwi i jakiś głos. Ktoś złapał mnie za ramiona, klepał po twarzy. Coś mówił… nagle poczułem paskudny ból w dolnej wardze, po czym coś złapało mnie za włosy i pochyliło moją głowę w dół,tak, że nagle znalazła się między kolanami. Widziałem czarną ciecz wolno płynącą mi po brodzie i kapiącą na podłogę.
-… niuszy nikt nie słucha, a przecież mówiłem, że ten cały plan to jedno wielkie szaleństwo… ale nie, bo przecież Hokage ma zawsze rację! Kto w ogóle wpadł na pomysł, by zrobić Hokage z takiego debila…
- Ja cię słyszę, Sasuke… - szepnąłem słabo, i szarpnąłem się, bo miałem ochotę rzucić mu się do gardła i go zatłuc. Był człowiekiem, który przyszedł tu pokonać mojego pana!
- Spokój! – warknął, wciąż trzymając mnie za głowę. – Teraz grzecznie powiedz, że Hiroetsu to drań. No już!
            Zazgrzytałem zębami, ale nie powiedziałem. Nie mogłem, nie mogło mi to przejść przez gardło. Myślałem, że będę miał wolną wolę, że będę mógł wybrać nieposłuszeństwo, ale nie mogłem. To coś… we mnie, mi nie pozwalało. Nagle zacząłem podziwiać Yoshio oraz wszystkich ludzi, którym udało się źle pomyśleć o naszym panu. Jak oni to zrobili? Jak w ogóle było to możliwe? Jak mogli z tym walczyć? Ja czułem się słaby i poddany Hiroetsu. Moje myśli nie chciały zboczyć ze ścieżki, na końcu której stał on, mój pan. Musiałem być mu wierny, przecież to było oczywiste.
- Naruto… - usłyszałem nagle szept tuż przy swoim uchu. Sasuke pochylił się nade mną, czułem jego oddech na mojej szyi. – Słyszysz mnie, Naruto? Znalazłem Saia…
            Drgnąłem. Sai… coś przewróciło mi się w żołądku i jednocześnie moje żyły zapłonęły żywym ogniem. Wrzasnąłem, wyprężając się, ale nie mogłem się wyprostować, bo Sasuke wciąż trzymał mnie za włosy, zaciskając na nich swoje palce jeszcze mocniej. Kiedyś podsłuchałem Sakurę, opowiadającą Hinacie, że był czuły i delikatny… tsa… zwłaszcza delikatny. Moje wyrywane włosy to potwierdzały.
- Oddychaj… - poradził mi, szarpiąc moją głową. – Walcz z tym…
- Wal się! – warknąłem, dysząc ciężko. – Zostaw mnie…
- Naruto…- powtórzył moje imię. Ponownie szeptał mi do ucha. – Sai… wiesz, co kazał mi przekazać? Powiedział, że kluczem jest wiara… on przez ten cały czas wierzył, że po niego przyjdziesz… Naruto… cała Wioska w ciebie wierzy… Każdy człowiek z naszej wioski, który się tu znalazł… wierzył w CIEBIE… słyszysz, weź się w garść, Lordzie Hokage!
            Zacisnąłem powieki, próbując zapanować nad niemożliwym bólem i pulsowaniem. Wiara… moi ludzie we mnie wierzyli… nie w… w Hiroetsu, tylko we mnie… Cała moja wioska, i cała rodzina… wszyscy najbliżsi… i Sai, który nie poddawał się przez tak długi czas…
- Hiroetsu… - zacząłem, zaciskając zęby, a Sasuke nachylił się nade mną.
- No dalej, powiedz to!
- …to drań…
            Ból był niemożliwy, ale w końcu Sasuke puścił moją głowę. Wyprostowałem się, odchylając ją do tyłu. Mój krzyk wstrząsnął pomieszczeniem, lecz już po chwili się urwał, kiedy nagle poczułem… że już nic mnie nie boli. Opadłem na krzesło, oddychając głośno. Czułem się zmęczony, jakbym przebiegł kilka kilometrów.
- No, jakiś ty dzielny… - zakpił Sasuke, klepiąc mnie dość mocno po policzku. Pochylił się i zaczął micować przy kajdanach, którymi skute były moje nadgarstki. Po chwili byłem już wolny. Podniosłem ręce i spojrzałem na swoje, pokryte czarnymi żyłkami dłonie. Nie czułem już ani bólu, ani gorąca, ani żadnego pulsowania, ale to czarne coś wciąż płynęło mi w żyłach.
- W porządku? – zapytał mnie Sasuke szorstkim tonem.
- Gdzie byłeś? – zapytałem, powoli przyzwyczajając się do tego, że moje ciało jest niemal całe zesztywniałe.
- Zrealizowałem drugą fazę planu, potem przeszukałem tą część podziemi, w której przetrzymywali Mayę, ale nic nie znalazłem.
- A gdzie Hiroetsu?
- Nie mam pojęcia, podziemia są puste.
- Zostawił mnie tu, żebym przeszedł…  no, w każdym razie godzinę miało to trwać…
            Wstałem z krzesła, ale zachwiałem się. Sasuke złapał mnie za łokieć i podtrzymał, przyglądając mi się.
- W porządku? – zapytał po raz kolejny.
- Dam radę…
            Wyprostowałem się i spojrzałem na swoje ciało. Obie ręce i niemal cały tors pokryty miałem czarnymi żyłkami. Sasuke przyglądał mi się podejrzliwie, jakby spodziewał się, że nagle obrócę się przeciw niemu. Ale ja byłem pewien… udało mi się przełamać to jutsu. Uwierzyłem, że potrafię, dla ludzi, których kochałem i których przywódcą byłem.
- Musimy go znaleźć i zabić…- zarządziłem. Lekko zabolało, ale nic więcej się nie stało. Odetchnąłem, biorąc się w garść. Potrafiłem, dla mieszkańców Konohy…- Powiedział mi, że wystarczy usunąć obiekt uwielbienia… a to jutsu przestanie działać…
- Dowiedziałeś się czegoś o Mayi? – zapytał mnie, kiedy ruszyliśmy w stronę drzwi. Pokręciłem głową.
- On sam nic nie wiedział, mówił, że znalazł ją na ulicy… czy coś takiego…
- Przykro mi. – niemal nie mogłem uwierzyć, że coś takiego padło z ust Sasuke Uchihy! Że też nie miałem świadków!
            Wymknęliśmy się z mojej celi i ruszyliśmy wzdłuż ściany. Próbowałem zebrać energię natury i namierzyć Hiroetsu, ale wciąż mi się to nie udawało. Sasuke zerknął na mnie w pewnym momencie, jakby się spodziewał, że zaraz oświadczę, w którą stronę mamy iść.
- Co się gapisz, ja nie… - I nagle przypomniała mi się moja rozmowa z Kyuubim, który tak wspaniałomyślnie zapewnił mnie, iż potrafimy wszystko. Tylko jego chakry jeszcze nie próbowałem wykorzystać, a przecież od początku mój plan zakładał, że w kryzysowej sytuacji to zrobię. Skoro więc nie mogłem zebrać swojej chakry, ani nawet energii natury, to musiałem zamiast zbierać, powinienem raczej uwolnić to, co miałem w sobie.
            Wystarczyła mi sekunda, bym już stał pośrodku oślepiająco białej przestrzeni, patrząc na płonącą kulę skondensowanej chakry, zawieszoną nad moją głową. Wyciągnąłem ku niej rękę, pobierając odpowiednią jej ilość…
            Otrząsnąłem się i spojrzałem na przyjaciela, który obserwował mnie z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Wiedziałem, że wyglądam jak chodząca pochodnia, a mój przyjaciel nie raz już dogryzał mi z tego powodu. Tym razem jednak powstrzymał się od kąśliwej uwagi.
- No to gdzie jest nasz drań, muszę się odpłacić pewnej damie za dziurę w brzuchu. – Uśmiechnął się.
- Przodem… - byłem w swoim żywiole, a potężna siła wypełniająca moje ciało przełamała działanie trucizny Hiroetsu. Wciąż czułem się nieswojo, ale przynajmniej mój wewnętrzny radar godny najlepszego tropiciela, znów namierzał tego paskudnego gada, jakim był lider Wioski Słońca.
            Puściliśmy się biegiem, klucząc przez kolejne korytarze.Sasuke deptał mi po piętach, zadowolony, że coś się dzieje. Zastanawiałem się, gdzie podział się Cash, no i co się stało z Shimamurą? Nie czułem ich obu,jakby byli poza wioską. Drugiego szpiega przecież w ogóle nie widziałem, a myślałem, że będzie chciał zaimponować Sasuke.
- Za chwilę przed nami! – zawołałem do Sasuke, kiedy zbliżyliśmy się do miejsca, w którym wyczułem obecność Hiroetsu.
            Skręciliśmy za następny korytarz i wyhamowaliśmy raptownie. Sasuke odparł lecące w naszą stronę shurikeny, a ja zrobiłem szybki unik przed jednym z kunai. Obaj spojrzeliśmy na dwójkę ludzi przed nami.
- A więc przełamałeś moje jutsu? – zapytał wściekły Hiroetsu, wodząc spojrzeniem między mną a Sasuke, a na czerwono ubrana kobieta osłaniała go z mieczem wyciągniętym przed siebie.
- Wiesz, to działa w obie strony. Ja też muszę być wierny moim ludziom… - powiedziałem, a on prychnął, cofając się ostrożnie. – Nie uciekaj!
            Kobieta cisnęła między nas granat dymny i nagle cały korytarz wypełnił się gęstym, gryzącym, fioletowym dymem. Wskoczyliśmy w niego razem z Sasuke bez wahania i puściliśmy się pędem za uciekającą dwójką. Nagle dostrzegłem przed sobą jakiś kształt, wyciągnąłem kunai, doskonale wiedząc, kto to jest, ale zanim się zderzyliśmy, między nas wskoczył Sasuke.
- Kicia jest moja! – zawołał, nacierając na dziewczynę z kolczykami. – Zobaczymy, jak włada mieczem, tym razem na serio.
            Wyminąłem ich i pognałem dalej, skręcając w kolejne korytarze, podążając za złą energią, którą zostawiał po sobie Hiroetsu. Dotarłem do jakiegoś włazu w suficie i wydostałem się na zewnątrz. Była to zupełnie inna część wioski, gdzieś w głębi, między domami. Puściłem się biegiem jakąś uliczką, gdy ta nagle ostro skręciła, a ja wypadłem na plac pełen ludzi.
- Zabić go! – krzyknął Hiroetsu do mieszkańców wioski, a sam rzucił się do ucieczki.
- Tchórz! – ryknąłem, kiedy mieszkańcy zaczęli się do mnie zbliżać jak jakieś zombie. Cofnąłem się. Nie mogłem przecież walczyć z Bogu ducha winnymi ludźmi.
- Kage Bunshin no Jutsu! – zawołałem, tworząc blisko setkę klonów, żeby zająć czymś ten bezmyślny tłum. Fala energii uleciała ze mnie, przez co zachwiałem się, czując, jak moje siły są wysysane przez mojego demona. Wiedziałem, że to niebezpieczne, ale nie miałem czasu na zabawę z tymi ludźmi. Musiałem dorwać Hiroetsu. Poza tym, miałem nadzieję, że Kyuui nie złamie naszej małej umowy. Spojrzałem na moje klony, walczące z mieszkańcami wioski. Nie miałem zamiaru nikomu robić krzywdy. W końcu sami z siebie pewnie nigdy by mnie nie zaatakowali, byli niewinnymi cywilami.
            Wskoczyłem na jeden z otaczających mnie budynków i rozejrzałem się po okolicy. Moje klony kolejno ogłuszały nieszczęśników z wioski, a ja wypatrywałem Hiroetsu. W końcu go dostrzegłem i puściłem się zanim biegiem niczym torpeda. Sekundę później odciąłem mu drogę ucieczki. Hiroetsu wyhamował i rozejrzał się, ale byliśmy sami w jednej z zacienionych uliczek. Słońce chyliło się już ku zachodowi, wydłużając nasze cienie. Idealna atmosfera na pojedynek na śmierć i życie.
- Myślałeś, że będziesz mógł tak po prostu wykorzystywać tych ludzi, a ja będę stał z boku i się przyglądał? Że puszczę ci płazem fakt, że więziłeś Saia? Że zapomnę o ludziach, którzy przez ciebie zginęli?! – wykrzyknąłem do niego, a on cofnął się o krok. W dłoni ściskał kolbę pełną czarnego, miotającego się płynu, który pulsował w moich żyłach. Byłem wściekły do granic możliwości i nawet jeżeli czułem ból, pragnąc zabić człowieka, któremu powinienem służyć, to go ignorowałem. Moi ludzie, moi bliscy, mieszkańcy kraju, w którym żyłem… to im służyłem i to dla nich byłem Hokage! I to im powinienem być zawsze wierny! Oto definicja władzy!
- Pheh… - prychnął, a jego blade ślepia zwęziły się. Wykrzywił swoją obleśną mordę. – Co mnie obchodzą ci ludzie i to, co ty sobie myślisz? Liczę się tylko ja i moje badania. Miałem wspaniałe plany na przyszłość, a ty chcesz mi wszystko zniszczyć! Kiedy cię zabiję, już nikt nie stanie mi na drodze! Żegnaj!
            To powiedziawszy, uniósł butelkę czarnego płynu do ust i wychylił całą jednym duszkiem. Przez sekundę nic się nie działo i już zacząłem myśleć, że facet oszalał, ale to ja się pomyliłem. Bo nagle drgnął, jakby wewnątrz niego coś wybuchło. Uniósł swoje dłonie i spojrzał na nie. Jego skóra zaczęła robić się czarna, i to w bardzo szybkim tempie. Gdy czerń dotarła do jego oczu i zaczęła zabarwiać ich białka, Hiroetsu wrzasnął ile miał sił w płucach i padł na kolana, trzymając się za twarz. To coś w nim zaczęło się rozprężać, a ja patrzyłem, jak mój przeciwnik rośnie, zarówno wszerz, jak i wzwyż, a ubrania na nim pękają w szwach. Cofnąłem się, nie mając pojęcia, co stanie się dalej. Z gardła Hiroetsu wyrywały się krzyki i jęki bólu, lecz już po chwili zamieniły się one w cichy śmiech, a potem w opętańczy rechot. Uniósł głowę i spojrzał na mnie żółtymi oczyma o czarnych białkach. Twarz miał wydłużoną i zdeformowaną, zamiast dłoni pazury, a całe jego ciało było czarne jak smoła. Wstał, a ja wytrzeszczyłem oczy, bo raptem stał się ze dwa razy wyższy.
- I sytuacja się odwróciła… - mruknął, albo raczej wysyczał, uśmiechając się mordą bardziej przypominającą gębę jaszczurki, niż człowieka. A potem nagle coś czarnego śmignęło w powietrzu, mimo iż Hiroetsu w ogóle się nie poruszył, po czym z impetem i ogromną mocą uderzyło mnie w brzuch. Moje stopy oderwały się od podłoża; wyrzuciło mnie w powietrze. Nie miałem pojęcia, ile ścian przebiłem, aż w końcu zatrzymałem się na jednej z nich. Z jękiem osunąłem się na ziemię i spojrzałem na budynki przed sobą. Hiroetsu przedzierał się przez wyrwy w ścianach, które wybiłem. Potrząsnąłem głową, próbując zebrać się z ziemi.
- Niedoczekanie twoje! – krzyknął Hiroetsu i raptem znalazł się przy mnie. Jego pięść trafiła mnie prosto w brzuch, a potem w szczękę. Padłem na ziemię, zastanawiając się, czemu moje ciało reaguje w zwolnionym tempie i domyśliłem się, że ma to związek z czarną mazią, którą wciąż miałem w swoim ciele.
- Stop! – zaprotestowałem, zatrzymując swoją dłonią jego rozpędzoną stopę i odepchnąłem go od siebie. Zatoczył się do tyłu, a ja wstałem, trzymając się za brzuch. Złożyłem dłonie w pieczęć. – Kage Bunshin no Jutsu!
            Sześć klonów otoczyło Hiroetsu i dopiero teraz zauważyłem, że facet ma ogon, długi i zakończony spiczastymi kolcami. Zarzucił nim, a moje klony odskoczyły poza jego zasięg. Wpadłem na pomysł, jak go unieszkodliwić, ale Rasen Shuriken był zbyt destrukcyjny jak na takie miejsce…
- Za mną! – ryknąłem i puściłem się biegiem w stronę murów wioski, a klony i Hiroetsu za mną. Chciałem wywieść go poza wioskę, stało by się nieszczęście, gdyby fala uderzeniowa dotarła do mieszkańców.
- Mi nie uciekniesz, a twoje klony mnie nie powstrzymają! – ryknął lider Wioski Słońca. Biegnąc, przypominał taranującego wszystko nosorożca. Moje klony atakowały go rasenganami, jednak one niemal nic mu nie czyniły. Jego skóra zdawała się być Nie do przebicia, za to on bez problemu pozbywał się moich sobowtórów. Wskoczyłem na otaczający wioskę mur i obejrzałem się na niego.
            Właśnie w tym momencie złapał dwa klony za głowy i zderzył je ze sobą. Oba tworzyły Rasengan, więc zamiast zwyczajnie zniknąć, wywołały eksplozję. Hiroetsu na chwilę odrzuciło, lecz zaraz pozbierał się z ziemi i wskoczył na dach jakiegoś budynku. Dachówki trzaskały pod jego stopami, gdy biegł, z szaleństwem w oczach, zamiatając ogonem. Zeskoczyłem z muru i pobiegłem na oślep przed siebie. W klatce piersiowej mnie kuło, a czarny płyn nadal walczył, by przejąć nade mną kontrolę, byłem jednak zdeterminowany. Stworzyłem ostatnie dwa klony i wyciągnąłem w ich kierunku rękę, a potem zatrzymałem się i obróciłem, unosząc ją wysoko. Rasen Shuriken wirował nade mną, wydając z siebie głośny dźwięk. Słyszałem, jak Hiroetsu przedziera się przez krzaki, w które wbiegłem, a chwilę później dostrzegłem jego paskudną mordę. Nasze oczy się spotkały, a ja uśmiechnąłem się i choć moja ręka drgnęła, jakby chciała się cofnąć, zignorowałem to uczucie i cisnąłem Rasen Shurikenem prosto w niego.
            Pocisk wystrzelił jak z katapulty i trafił go prosto w  brzuch. Przez sekundę wydawało się, jakby go zatrzymał, lecz już po chwili ziemią wstrząsnęła eksplozja, a Hiroetsu został pochłonięty przez jasne, oślepiające światło. Fala uderzeniowa zbiła mnie z nóg, przekoziołkowałem parę razy i wylądowałem w krzakach nieopodal, które zamortyzowały upadek. Słyszałem krzyk Hiroetsu, który nagle się urwał. Osłoniłem oczy przed pyłem i wiatrem, a gdy wszystko już opadło, w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stał ten drań, zobaczyłem tylko jakieś czarne szczątki, bo strzał był bezbłędny i rozerwało go na strzępy. Opadłem, dysząc, a moje i tak zdrętwiałe mięśnie odezwały się nagle gwałtownym bólem.
- Naruto?! – usłyszałem nagle krzyk Sasuke, dobiegający gdzieś z oddali. Podniosłem rękę.
- Tu jestem! – zawołałem ich ciałem wstać, gdy nagle wydarzyło się coś niespodziewanego.
            Ból w moim ciele eksplodował z taką siłą, jakby zanurzono mnie w gorącym oleju. Wygięło mnie wbrew mojej woli, oczy wyszły mi na wierzch, usta zastygły w niemym okrzyku, bo nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Słyszałem głos Sasuke, ale nie miałem pojęcia, co krzyczy, a potem, kiedy już myślałem, że teraz to naprawdę oszaleję z bólu, świat po raz kolejny tego dnia pogrążył się dla mnie w ciemnościach.

            Pik, pik, pik, pik… ten dźwięk odmierzał dla mnie sekundy. Nie bardzo wiedziałem, gdzie jestem i co się ze mną dzieje, ale było mi ciepło i przyjemnie i nie miałem zamiaru się ruszać ani nawet otwierać oczu. Nagle do moich uszu dobiegł głos Shana Uchihy.
-Sprawdzam, ale jeśli wygram, nie będę musiał przez miesiąc sprzątać pokoju… - powiedział młody Uchiha, a ja nadstawiłem uszu.
-Dobra, jestem pewien, że i tak nie wygrasz…- odrzekł, ku mojemu zdumieniu, Sasuke. Nie mogłem tego przegapić, więc otworzyłem oczy.
            Leżałem na łóżku szpitalnym. Pryczę obok zajmował Sasuke, siedzący na niej po turecku, w spodniach od piżamy w czerwono-białą kratę. Brzuch miał obandażowany, miał też opatrunek przyklejony do policzka i ramienia, wyglądał jednak dość normalnie. Naprzeciw niego siedział jego syn, i obaj trzymali w dłoniach karty, obserwując się nawzajem z takim samym wyrazem twarzy. Shan nagle uśmiechnął się wrednie i położył swoje karty na pościeli, a jego ojciec zaklął siarczyście i rzucił swoimi. Młody Uchiha zaśmiał się tryumfalnie.
- Przez miesiąc, pamiętaj! – zawołał do ojca, a ten wymamrotał coś sobie pod nosem. Zaśmiałem się głośno i to zwróciło na mnie ich uwagę.
- Lord Hokage! – zawołał Shan i zeskoczył z łóżka swojego ojca. Podciągnąłem się na łokciach i rozejrzałem.
            Z całą pewnością znajdowałem się w szpitalu Konohy, nie pamiętałem jednak, jak się tu znalazłem, ani nawet, jak skończyła się akcja za atakiem na Hiroetsu. Spojrzałem na Sasuke, który nadal gderając, zbierał karty z pościeli.
- Jak się tu znalazłem? – zapytałem.
- To sprawka kochasia Sharony… - rzekł natychmiast Shan. – Moja mama otrzymała anonimowy list napisany na niebieskim papierze, o tym, że trzeba wysłać ludzi do Wioski Słońca.
            Ponownie zerknąłem na Sasuke, który przytaknął.
- Kiedy zabiłeś Hiroetsu, ze wszystkimi ludźmi zaczęło dziać się coś dziwnego. Wyszedłem właśnie wtedy z podziemi i zobaczyłem twoje klony, stojące pośród miotających się po ziemi i krzyczących w agonii ludzi. Jeden z klonów powiedział mi, gdzie jesteś. Pobiegłem tam, ale ty już nie kontaktowałeś. Po chwili ta czarna maź zaczęła wypełzać z twojego ciała, uwierz mi, nie był to przyjemny widok. Kiedy już to coś… wypełzło całe, zamieniło się w taką o kulkę…
            Rzucił mi czarną kulkę nie większą od piłeczki tenisowej, a ja złapałem ją i obejrzałem. Była twarda jak kamień i lśniąca, jak jakiś kryształ. Obracałem ja chwilę w dłoniach.
- No i wtedy do wioski przybył oddział z Konohy, wraz z Sakurą. Zabrano wszystkich nieprzytomnych ludzi, a także i ciebie, tu, do Konohy – dokończył Sasuke.
- Jak długo byłem nieprzytomny? – zapytałem.
- Półtora dnia! – zawołał Shan. Usiadł na moim łóżku i otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nagle zamilkł, patrząc gdzieś poza mnie. Obejrzałem się i dostrzegłem Mei i Mintao, stojących w wejściu na salę. Dzieciaki patrzyły na mnie z uśmiechami, choć Mei miała łzy w oczach.
- Hej! – zawołałem. Córka skrzywiła się, a potem podbiegła i rzuciła mi się w ramiona. Przytuliłem ją mocno, gdy zaczęła uderzać piąstkami w moje plecy.
- Ale ty masz pomysły, tato! – zawołała zła. – A co, jakby ci się stało coś poważnego?!
            Zaśmiałem się i spojrzałem na Mintao, który podszedł wolno do mojego łóżka. Syn chwilę mi się przyglądał, potem przejrzał kartę wiszącą przy moim łóżku, na koniec złapał mnie za nadgarstek i zmierzył mi puls. Po tych wstępnych oględzinach skinął mi głową, a ja zaśmiałem się jeszcze głośniej.
- Będę żył? – zapytałem, a on uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Raczej tak, chyba, że wcześniej dorwie cię sensei Sakura – odpowiedział, a ja skrzywiłem się.
- Co się stało?
- W szpitalu mamy mały tłok, z racji, że jedno skrzydło jest w odbudowie, a wszyscy mieszkańcy Wioski Słońca potrzebują opieki lekarskiej. Jestem na nogach już ponad dobę, właśnie szedłem do domu się przespać, ale zanim to, chcieliśmy z Mei do ciebie zajrzeć.
            Rzeczywiście, dostrzegłem cienie pod jego powiekami.
- Mama…?
- Jest w domu… - powiedziała Mei, odsuwając się ode mnie i ocierając załzawione oczka. Shan podał jej chusteczkę, a ona wysmarkała nos. – Z Junichim. Była tu rano i pewnie za chwilę znowu przyjdzie. Pójdziemy jej powiedzieć, że się obudziłeś.
- To lećcie… - wstała z mojego łóżka i całą trojką skierowali się w stronę wyjścia.
- To jaki jest morał tej historii? – zapytałem Sasuke, a ten uśmiechnął się. Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, jego syn wrzasnął do nas od progu.
- Jak to jaki?! – obaj odwróciliśmy się ku niemu. Szczerzył zęby, a Mei czekała na niego, z dłońmi splecionymi na piersiach. – Lord Hokage znów stawia ramen!
            Zaśmiał się, widząc moją minę, po czym wybiegł z sali. Pokręciłem głową.
- Wygrał z tobą w karty… - powiedziałem do Sasuke, a ten prychnął i okręcił się do mnie plecami. Widać było, że chciałby opuścić już szpital. Westchnąłem, przymykając oczy, a gdy je otworzyłem, moje spojrzenie padło wprost na niebieski zwój leżący mi na kolanach. Rozejrzałem się, ale nikogo ani niczego nie spostrzegłem. Wziąłem go do ręki i rozwinąłem, ale wewnątrz znalazłem tylko cztery cyferki: 00:00. Zrozumiałem o co chodzi.
            Później, już tylko czekałem. Odwiedziła mnie Hinata z najmłodszym, a potem przyszła Sakura, zapracowana i nie w humorze i nawrzeszczała na mnie i swojego męża. Sasuke został w końcu wypuszczony ze szpitala, tak więc zostałem sam w sali. Gdy już zbliżała się północ, ubrałem się i uciekłem oknem. Wstąpiłem do swojego gabinetu, by coś zabrać, po czym skierowałem się na doskonale znaną mi polanę. Kiedy tam dotarłem, Shimamura już czekał, siedząc sobie pod drzewem. Rzuciłem mu kopertę pełną pieniędzy, a on schował ją, nawet nie przeliczywszy banknotów.
- Aż tak mi ufasz? – zapytałem ze śmiechem, a ten wzruszył ramionami.
- Jest pan uczciwym człowiekiem – rzekł, podnosząc się z ziemi.
- Gdzie Cash? – rozejrzałem się po polanie, szukając jego „czeladnika”, ale Shimamura pokręcił głową.
- Cash jest jak kot, ma swoje ścieżki – odpowiedział. Odwrócił się i ruszył wolno przed siebie. – To do następnego, Hokage-sama.
- Do następnego – skinąłem mu głową. Odszedł, a ja spojrzałem w niebo upstrzone gwiazdami. Nadal nie miałem pojęcia, jaki jest morał bajki, której byłem bohaterem. Może dlatego, że jeszcze nie dobiegła końca?

2 komentarze:

  1. Ojejku! Najlepsza opowieść Naruto :) Kurcze super! Bardzo mi się podoba twoje opowiadanie z i miłą chęcią będę czytać inne, bo widzę że tam jeszcze tego pełno ^^ pozdrawiam serdecznie ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    rozdział wspaniały, udało się, ale to w zasadzie dzięki Sasuke, Hirotsu został zabity, no I nawet Juichi już nie reaguje płaczem na Naruto...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń