wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 20

Bo w dole i na górze z daleka ujrzani
ludzie jak dzieci brodzą przesypując piach
z listka na listek, piach lub krew, czy kamień
za jedno. Potem ręce odrzucając w snach,
zroszeni lękiem, proszą bogów. Przez powieki
zamknięte - widząc kołem miażdżące ich wieki.
A potem znów się budzą, wznoszą w niebo miecz,
który przez pół człowieka, a pół Boga tnie.
Zarówno złe i dobre idzie dołem
i tylko żal zostaje - odbić krąg,
obłoki niebem idą i żuk pcha z mozołem
swą kulę pośród deszczu ściętych drzew i rąk.
K.K. Baczyński


Siedzieliśmy w gabinecie, ja, Sasuke, bliźniaki, Tsunade i Shikaku. Tsunade paliła długą fajkę, wydającą lekko fioletowy, słodkawy dym. Shikaku pił herbatę, wpatrując się w okno, obok niego siedział jego syn, Shikamaru. Sasuke krążył po gabinecie, z dłońmi w kieszeniach i zniecierpliwioną miną na twarzy, bliźniaki z braku miejsca usiadły sobie na moim biurku, natomiast ja na małym stoliku przed kanapą.
- Dziwna nazwa – zauważył Shikaku, po czym pociągnął łyk herbaty. Właśnie przed chwilą skończyłem opowiadać całej grupie to, co mi, mojemu synowi i Mayi powiedziała Asuka. – Chlubią się swoją… odmiennością. Z całym szacunkiem, oczywiście – skinął głową w stronę dzieciaków. Mei wzruszyła ramionami, a Mintao nie zareagował, poprawiając opatrunek na swojej potrzaskanej dłoni. Wiedziałem, że przez dłuższy czas nie będzie ona całkowicie sprawna, jednak syn zdawał się tym nie przejmować.
- Podejrzewam, że to całkiem spora grupa – powiedziałem, splatając dłonie na piersiach. – W dodatku najprawdopodobniej każde z nich posiada niezwykłe moce i sądzę…
              W tym samym momencie ktoś załomotał w drzwi wejściowe i do środka wpadł Shan Uchiha.
- Spóźniłem się?! – zapytał na wydechu, patrząc po wszystkich.
- A jak myślisz? – zapytał Sasuke, który akurat stał najbliżej drzwi, patrząc groźnie na syna. Cały czas chodził wściekły, ponieważ chciał się stąd wydostać i jak najszybciej iść do Sharony, z którą na ten moment została jej matka.
              Shan zgarbił ramiona i przemknął do biurka, gdzie wepchnął się między Mei a Mintao. Moja córka skarciła go wzrokiem, jednak nic nie powiedziała. Shan zlokalizował wzrokiem Tsunade i pomachał jej, a ona puściła mu oczko w odpowiedzi. Ta dwójka lubiła się od zawsze.
- To o czym jest mowa? – zapytał młodszy Uchiha.
- O Cho-No-Ryoku-Sha – odparła Tsunade, a Shan zmarszczył brwi. W tym momencie Mintao wyciągnął rękę i dotknął jego czoła, przekazując mu bezpośrednio do umysłu wszystkie informacje, jakich potrzebował, by wiedzieć, o czym toczy się rozmowa. Shan skrzywił się nieznacznie z bólu.
- W każdym razie wszystkie wcześniejsze wydarzenia świadczą o tym, że to nie tylko problem Konohy, ale i innych wiosek.
- Jesteśmy problemem? – wtrącił się Mintao, a ja westchnąłem.
- Nie, nie o to chodzi, po prostu…
- Jesteście niebezpieczni! – wtrącił się Sasuke, stając tuż za mną. – W tym cały problem. W każdej chwili ty lub siostra możecie zaatakować każdego dowolnego shinobi i my nie jesteśmy w stanie was powstrzymać. Taka moc poza kontrolą… – pokręcił głową i wrócił do swojego krążenia. Po części rozumiałem jego złość, w końcu jeden z psychotroników zabił narzeczonego jego córki, jednak tylko po części. Mintao zmarszczył nos, przyglądając mu się, zapewne wsłuchany w myśli nas wszystkich.
- Co masz namyśli? – spytałem, spoglądając przez ramię na Sasuke.
- To jasne, trzeba ich wszystkich objąć kontrolą! – oświadczył Uchiha. Mei uniosła głowę i wymieniła spojrzenie z bratem.
- Popieram – wtrącił się Shikaku. – Takie moce powinny zostać skatalogowane, opisane i kontrolowane, a ich posiadacze objęci kontrolą… Kto wie, kto jeszcze zginie, nie mogąc sobie poradzić z czymś, nad czym nie mamy kontroli.
- Hola, hola! – zawołał Shan, zerkając jednym okiem na Mei. – Co macie na myśli, mówiąc kontrola?
- Mamy na myśli – westchnął Shikamaru – że logicznie rzecz biorąc, jesteście zbyt niebezpieczni, by nie wiedzieć, co robicie. Teoretycznie.
              Mei i Mintao jednocześnie i zupełnie identycznie zmarszczyli czoła.
- Nie podoba nam się tok waszych myśli – przemówili jednocześnie.
- Właśnie o to chodzi – przemówił Shikaku. – Macie za duży wgląd w myśli wszystkich dookoła, poznajecie tajemnice, które nie powinny zostać zdradzone… Moce, które macie…
- A co to, nasza wina?! – wydarł się nagle Mintao, prawie zrywając się z biurka, na szczęście Shan go przytrzymał. – Nie zgodzę się na żadną kontrolę!
- Nie chodzi o kontrolę! – zawołał Sasuke, a Mintao prychnął przez nos.
- Właśnie że chodzi! Dokładnie wiem, co macie na myśli! Spisać, skatalogować i pilnować! A w duchu boicie się takich, jak my! – rzucił oskarżycielsko, patrząc po wszystkich wściekle.
- Spokojnie – powiedziałem, skupiając na sobie uwagę ich wszystkich. – Myślę, że w tak drastyczny sposób nikt o tym nie myśli, Mintao.
- A właśnie że myślą! Tak właśnie myślą!
- Nie rozumiesz, że może ty jesteś po naszej stronie, ale oni są nieobliczalni, a my nie możemy z nimi walczyć?! – ryknął Sasuke. – Jak niby mamy postępować, mając do czynienia z takimi mocami?!
- Jeszcze nie wiem, ale może uda się coś wymyślić, jak przestaniecie traktować nas jak jakichś odmieńców, których należy odseparować! – Mintao w końcu zerwał się z biurka, pomimo że Shan wciąż trzymał mu rękę na ramieniu.
- Nikogo nie chcemy odseparować, jedynie poddać kontroli wasze moce!
- Zróbcie nam najlepiej getta, wtedy możecie być spokojni o swoje myśli, swoje tyłki, swoje…
- WYSTARCZY! – wydarłem się, a ci dwaj zamilkli. Shan siłą posadził Mintao na miejscu. – Nie będzie żadnej separacji! Nie będzie żadnej kontroli i na pewno nie pozwolę, byście się mi tu teraz kłócili! – powiedziałem nie znoszącym sprzeciwu głosem. – Póki co, musimy zająć się sprawami bieżącymi. Skupcie się do cholery, musimy wziąć udział w tym całym wyścigu!
- Czyli co? – zapytała Tsunade spokojnym głosem.
- Musimy znaleźć te dzieci szybciej niż oni – powiedziałem. – Jak najszybciej.
- Zgadzam się – poparł mnie Sasuke.
- I ja – odezwał się Shikamaru.
- My też – przytaknęły bliźniaki. Shan uniósł w górę rękę, jakby zgłaszał się do odpowiedzi i skinął głową.
- To oczywiste, że trzeba – Tsunade wypuściła dym z ust. – Jeżeli Cho-No-Ryoku-Sha zgromadzą dużą liczbę psychotroników, mogą poważnie zagrozić wiosce…
- Będą niepowstrzymani – warknął Sasuke.
- Może mniej agresji – zauważył Mintao.
- Nie wykłócaj się już! – warknęła nagle Mei. – Bo nigdy do niczego nie dojdziemy.
- Popieram Mei. Konkretnie, Naruto, do czego zmierzasz? – zapytał Shikamaru.
- Chcę wysłać wkraj drużynę, która ich poszuka, po prostu. Cztery osoby, żeby nie rzucały się w oczy. Zwykła misja. Dodatkowo każda wyruszająca na misję drużyna będzie musiała w jak najszybszym tempie wysłać do wioski wiadomość, jeżeli będzie miała styczność z jakimś psychotronikiem.
- Rozsądnie – poparł mnie Shikaku. Za każdym razem, gdy się odzywał, zastanawiałem się, dlaczego Mintao tak na niego naskoczył? Co w myślach członka Rady, dobrego człowieka, którego znałem od lat i bardzo szanowałem, nagle tak rozdrażniło mojego syna? Zerknąłem na córkę, jednak ona tylko pokręcił głową, zaciskając usta w niezadowolonym grymasie.
- Tylko że… to ja chciałbym iść na tę misję – powiedziałem uczciwie, odwracając wzrok od Mei. Shikaku westchnął, natomiast Tsunade zaśmiała się dźwięcznie.
- Można się było tego spodziewać – powiedziała. – Jednak, o dziwo, myślę że tym razem Naruto ma rację – oświadczyła, zwracając się do wszystkich. – Ta drużyna będzie musiała zmierzyć się z licznymi trudnościami, pewnie nawet z tym całym Takako lub siostrą Mayi. Nie możemy pozwolić sobie na zawalenie tej misji. Chyba wszyscy zgadzamy się, iż jest ona priorytetem?
              Kilka osób, w tym Shikaku, pokiwało głowami.
- Pytanie tylko ,kogo ze sobą zabierzesz? – Tsunade zwróciła się do mnie.
- Chcę zabrać Sasuke – Uchiha zerknął na mnie, jednak nie skomentował moich słów. Może i był wściekły, ale przez takich jak Asuka jego córka była nieszczęśliwa, dlatego wiedziałem, że zaangażuje się w tę misję. – Mintao i Junichiego.
              Starszyzna oraz Shan spojrzeli na mnie zdziwieni.
- Junichiego? – zdziwił się starszy Nara.
- Tak. Sasuke i ja potrafimy ze sobą współgrać, chcę go mieć przy sobie podczas walki. Mintao jest medykiem, a my musimy mieć medyka w składzie. Natomiast mój młodszy syn bezbłędnie lokalizuje chakrę, co więcej, potrafi odróżniać psychotroników od innych ludzi. Jego moce dalece przekraczają moje zdolności – wyjaśniłem, po czym umilkłem, dając im chwilę na zastanowienie się.
- Czy to aby za mocno nie osłabi wioski? – zapytał Shikamaru po dłuższym czasie milczenia.
- Mintao już to wcześniej zauważył, gdy rozmawialiśmy o tym wczorajszego dnia – mruknąłem. – Myślę, że trochę uszczupli nasze siły, jednak mocno ich nie nadszarpnie. W wiosce będzie rodzeństwo Uchiha – Sasuke i Shan spojrzeli na mnie z powątpiewaniem, jednak nie odezwali się – no i Sakura. Większość ANBU nie ma teraz misji, poza tym jest jeszcze Mei. Dzięki jej więzi z bratem natychmiast będę wiedział o wszystkim, co wydarzy się w wiosce i będę mógł natychmiast przybyć dzięki którejś z ropuch.
- Zatem wszystko jest ustalone – podsumowała Tsunade. – Nie ma co się sprzeczać, najważniejsze jest teraz powodzenie tej misji, a skład drużyny wydaje się idealny.
- Jest jeszcze jedna kwestia, a właściwie dwie – zauważyłem, a wszyscy ponownie skupili na mnie swoją uwagę. Splotłem ręce na piersiach. – Po pierwsze, trzeba powiadomić pozostałych Kage, by rozpoczęli podobne poszukiwania. A po drugie, kwestia tego, kto mnie tu zastąpi.
- Czy to niejasne? – zapytał Sasuke. – Tak jak zawsze, wszystkim zajmie się Shikamaru.
- Chciałbym dokonać pewnej zmiany – byłem uparty. Uśmiechnąłem się pod nosem, a Mei i Mintao jęknęli jednocześnie. Zaśmiałem się głośno.
- Jakiej zmiany? – zapytał natychmiast Shikamaru.
- Chciałbym, aby zastąpił mnie Shan – powiedziałem głośno, patrząc w czarne oczy chłopaka, siedzącego naprzeciw mnie. Wszyscy w gabinecie zamarli.
- CO?! – zapytał wstrząśnięty chłopak, patrząc na mnie z niedowierzaniem. – Ja? – wskazał palcem na swoją twarz. – Ja, Hokage?
- Tak. Oczywiście, nie z pełnią uprawnień. Shikamaru cały czas by cię nadzorował, Rada oczywiście też. Ban nie dopuściłby, byś popełnił błąd, dokładnie wie, co tu trzeba robić. Chciałbym zobaczyć, jak byś się sprawdził na moim miejscu.
- A-ale – Shan popatrzył po wszystkich, jakby to był żart. Chyba spodziewał się, że się z niego nabijamy i zaraz ktoś krzyknie „prima-aprilis”. – Mam harować jako Hokage? Ja nie chcę być Hokage! – zawołał.
- Już dawno mówiłem, że to tobie chciałbym przekazać moją Wolę Ognia, a co za tym idzie, i moje stanowisko…
- A-ale…
- Shan! – wydarł się Sasuke, aż chłopak podskoczył. – Zostałeś wyróżniony i zaszczycony tą nominacją, podziękuj i milcz! Po raz pierwszy masz szansę udowodnić, że do czegoś się nadajesz!
- Ale ja nie chcę robić za Hokage! – odkrzyknął chłopak, patrząc na ojca. – Przecież… no kurde ,nie decydujcie za mnie!
- Ale ja ci nie proponuję, być całkowicie mnie zastąpił! – wtrąciłem się. – Chcę, byś zobaczył, jak wygląda moja praca, byś dokładnie zapoznał się z dokumentami i oswoił z podejmowaniem ważnych decyzji! Ban i Shikamaru będą tu cały czas razem z tobą i dopilnują…
- Ale ja nie chcę być Hokage! Ja się nie nadaję na Hokage!
- To zaszczyt… – zaczął Sasuke, jednak syn mu przerwał.
- Nie, właśnie nie, to tylko robota i odpowiedzialność…!
- Może czas, byś zaczął być odpowiedzialny!
- Ale ja się nie nadaję do tego, nie jestem taki, jak ty, do cholery!
- Nigdy nie kazałem ci być takim, jak ja!
- Akurat! Cały czas powtarzasz, że do niczego się nie nadaję! Jak to schrzanię, znów tak powiesz! Nie chcę się w to ładować, ja…
- ZAMKNIJCIE SIĘ! – wydarłem się w końcu, a dwaj Uchiha zamilkli, mierząc się czerwonymi ze złości oczami. – Cisza! Mieliśmy się nie kłócić, tylko coś ustalić! Dobrze! Skoro Shan nie chce mnie zastąpić, dobrze! Przejmie obowiązki Bana, Ban obowiązki Shikamaru, a Shikamaru moje! Zadowoleni?! Świetnie! – zawołałem, zanim ktokolwiek otworzył usta. – Skoro wiemy już wszystko, to wybaczcie, ale mam dużo pracy! Wyruszamy jutro o ósmej rano, spotykamy się przy bramie. Shan i Shikamaru zostaną, reszcie dziękuję za przybycie. Żegnam.
              Zaczęli wychodzić, mniej lub bardziej zadowoleni albo rozbawieni. Kiedy zostałem już sam na sam z dwójką wywołanych przeze mnie osób, ponownie skupiłem swoją uwagę na młodszym Uchiha.
              Shan siedział na moim biurku, patrząc na mnie gniewnie. Nie miał już czerwonych oczu, jednak jego mina wyrażała całe niezadowolenie, jakiem się wcześniej popisał.
- Nie chcę być Hokage! – warknął, zanim zdążyłem się odezwać. – I pan za mnie decyduje?!
- Nie decyduję za ciebie – powiedziałem cierpliwie – tylko daję ci szansę, jaką chciałoby dostać wielu. Może się czegoś nauczysz?
- Nie chce się niczego uczyć – rzekł dobitnie. Westchnąłem i wstałem z miejsca. Shikamaru siedział na kanapie i w milczeniu nas obserwował. – Nie chcę się w to pakować. Jest tylu lepszych na to miejsce!
- I jednocześnie nikogo godnego! Przecież nie nominuję cię pochopnie, masz w sobie moją Wolę Ognia!
- Dupę, nie Wolę Ognia! Wmówił pan coś sobie…
- Niczego nie wmówiłem! Shan, czy tak ciężko jest po prostu zrobić to, o co cię proszę? – zapytałem, już lekko zły. Chłopak wstał.
- Nie będę Hokage i już! Ja sam decyduję o swojej przyszłości, nie macie prawa cały czas powtarzać mi, co mam robić i kim być! Uwolniłem się od przymusowych treningów ojca, dopiero co spadł ze mnie cały ten chory ciężar związany z operacją, oczami, sharinganem i wspaniałą, dzielną, kochaną Sharonką! Widzi?! Widzi! Ma moje oczy, do cholery, dostaliście, co chcieliście! To teraz zostawcie mnie i moją przyszłość w spokoju! Gówno was obchodzi, kim będę! I na pewno nie dam się wrobić w żadnego Hokage! Ja sam o sobie decyduję, nikt więcej!
              To oświadczywszy, wyszedł z mojego gabinetu, trzaskając drzwiami.
- Jeeeny, jak on mnie czasem…! Ale to tak bardzo, że bym go…! A potem…! Ugh! – zawołałem, dłońmi udając w powietrzu, że ściskam czyjąś szyję. Shikamaru wzruszył ramionami.
- To jeszcze dzieciak – zauważył. – Ma okres buntu.
- Jakoś długi – warknąłem. – Odkąd pamiętam, ma ten okres buntu! – Odetchnąłem głęboko trzy razy. – Pogadam z Mei, może go przekona. A jak nie, to daj mu tu taką lekcję, że raz na zawsze popamięta. Jak on śmiał! – podniosłem się ciężko. – Znajdź Bana i przyjdźcie tu obaj, musimy dziś dokończyć wszystkie papierkowe sprawy, później muszę iść do Sharony i Mayi.
              Shikamaru skinął głową i wyszedł, a ja zacząłem wyciągać papiery na biurko. Gdy moi pomocnicy wrócili, zaczęliśmy ogarniać i segregować raporty. Te najważniejsze szybko przeczytałem i podpisałem, podstemplowałem kilka zgód na coś tam, spakowałem sobie też raport na temat tej dziewczyny z latarni. Napisałem również cztery listy do pozostałych Kage i zleciłem Banowi wysłać je jak najszybciej, oznaczone kodem czerwonym, rzecz jasna.
              Gabinet opuściłem dopiero wieczorem.
              Sharona umieszczona została na oddziale psychiatrii w naszym szpitalu, gdzie już kiedyś leżała, po swoim załamaniu nerwowym. Kiedy kilka godzin dowiedziała się, że jej narzeczony nie żyje, zemdlała, a później, gdy już się ocknęła, wpadła w prawdziwą histerię. Nie można jej było uspokoić, więc siłą podano jej leki i umieszczono w szpitalu.
              Gdy tam dotarłem, spała, a jej rodzice siedzieli w korytarzu, na ławeczce przed jej salą. Gdy się zbliżyłem, Sakura uniosła głowę z ramienia Sasuke i otarła oczy.
- Jak się ona czuje? – zapytałem, głową wskazując drzwi izolatki Sharony.
- Dostała leki uspokajające, powinna obudzić się jutro rano – szepnęła Sakura. Sasuke sięgnął po stojący na stoliku obok ławki dzbanek z wodą i nalał trochę do szklanki. Podał ją Sakurze, gdy przysiadłem obok nich, a ona upiła niewielki łyk. – Bardzo nią to… wstrząsnęło – szepnęła, a Sasuke przytulił ją do siebie.
- Da sobie radę – powiedział. – Jest twarda.
- Ale wszyscy mają też swoje słabe strony – powiedziałem, ujmując w rękę dłoń Sakury. – A kolejna strata bliskiej osoby…
- Da rade – powtórzył uparcie Sasuke. Chyba sam siebie o tym przekonywał. Wychylił się i spojrzał na mnie. – Szukasz tu czegoś?
- Nie, chciałem tylko…
- Sharona śpi. A my widzimy się jutro.
              Zerknąłem na Sakurę, ale ona tylko pokręciła głową. Widać nie miała siły wykłócać się z Sasuke o cokolwiek, tak więc żeby im nie przeszkadzać, wstałem, pogłaskałem różowowłosą po głowie i odszedłem, by udać się do Mayeczki.
              Maya odpoczywała poza wioską, w obstawionym przez ANBU i medyków bunkrze, który został przerobiony na niewielki szpital. Gdy dotarłem na miejsce, wewnątrz zastałem tam Shizune, siedzącą przy małym stoliku nad jakimiś papierami i herbatą.
- Hej, co robisz? – zagadnąłem, bo nawet nie podniosła na mnie wzroku.
- Ach, Naruto – westchnęła, podnosząc głowę. Włosy miała spięte w kitkę, na nosie okulary. – To sprawozdanie ze szpitala, z tego miesiąca. Wiesz, rozliczenia, raporty…
- Papierkowa robota? Sakura nie ma czasu, rozumiem. Całe szczęście, że nie ja to będę musiał czytać – powiedziałem. Shizune zaśmiała się.
- Pani Tsunade wróciła już do domu? – spytała, po czym uniosła czarkę herbaty do ust. Wypiła.
- Już dawno – powiedziałem, dostrzegając stojący między papierami talerzyk z ciasteczkami. Wyłowiłem sobie jedno.
- Ciasteczka z wróżbą? – zaciekawiłem się, obracając w dłoni ciasteczkiem w kształcie księżyca.
- Wygram na loterii – powiedziała sceptycznym tonem, zapisując jakieś liczby w wydrukowanych rubrykach. – Tyle, że nawet nie gram.
              Zaśmiałem się, wyciągnąłem wróżbę i chowając ją do kieszeni, zjadłem ciasteczko.
- Mintao z nią jest – powiedziała Shizune. Skinąłem głową i ruszyłem wzdłuż korytarza do jedynych znajdujących się w nim drzwi. Gdy się do nich zbliżyłem, zajrzałem do małego pomieszczenia poprzez szklaną szybkę.
              Wnętrze było białe i czyste. Przy ścianach stały różnego rodzaju sprzęty medyczne, zaś pośrodku pomieszczenia znajdowało się łóżko. Na nim siedziała Mayeczka, a naprzeciw niej Mintao. Dzieciaki trzymały się za ręce. Mintao coś mówił, a Maya słuchała go uważnie. Zapukałem, pchnąłem ciężkie, umacniane drzwi i wszedłem do pokoju.
              Dzieciaki spojrzały na mnie, a ich twarze rozjaśniły uśmiechy.
- Mistrzu! – powiedziała Maya.
- Cześć dzieciaki – zawołałem, podnosząc rękę. – Mayka, jak się czujesz?
- Lepiej – odpowiedziała, zerkając na Mintao. – Dużo lepiej.
              Skinąłem głową, przysiadając obok syna. Kiedy Maya ocknęła się rankiem, ciężko było nam ją uspokoić, było kilka ładnych poparzeń wśród medyków, zanim Mintao ją uspokoił.
              Podniosłem rękę i przyłożyłem ją do czoła dziewczyny. Temperatura jej ciała była normalna… no, może tylko odrobinkę wyższa. No i wydawała się zupełnie spokojna.
- Mintao powiedział ci o misji? – spytałem, a ona przytaknęła.
- Tak, już mi mówił, wcześniej… właściwie, to kilka dni temu…
- No tak – mruknąłem, rzucając synowi karcące spojrzenie. Ten tylko wzruszył ramionami. – A więc… ee…
- Wszystko sobie przemyślałam… i Mintao…
- My jesteśmy jej rodziną, nie ważne, co mówiła Asuka…! – zawołał mój syn, jednak Maya mu przerwała.
- Ale mimo wszystko nie kłamała – mruknęła ponuro, nie patrząc na nas. Oczy miała puste. –Wszystko to było prawdą. W dodatku mogłam was pozabijać…
- Nic by się nie stało! – Mintao ujął ją za brodę i spojrzał jej w oczy. – Nic, w końcu mój ojciec to Hokage.
- Wiem – mruknęła.
- Więc nie myśl o tym, a zwłaszcza wtedy, gdy mnie nie będzie – powiedział, przytulając ją na chwilę, po czym cofnął się i ucałował ostrożnie jej czoło. Patrzyłem zaskoczony, z jak ogromną delikatnością ją traktuje i jak bardzo jest przy tym cierpliwy. Normalnie, to przecież zawsze był w gorącej wodzie kąpany.
- Będziesz potrzebna wiosce – wtrąciłem się, gdy dzieciaki odsunęły się od siebie. – Kiedy ja, Sasuke i Mintao ją opuścimy, wszystkie siły muszą być cały czas zmobilizowane, żeby nikt naszej nieobecności nie wykorzystał.
- Wiem – wymamrotała, skubiąc skrawek białej koszuli, w którą była ubrana.
- Może chcesz wrócić do mieszkania?
              Zerknęła na Mintao.
-Wolałabym zostać tutaj, przynajmniej do jutra, tak… tak na w razie co…
- Rozumiem – skinąłem głową. – Jestem z ciebie dumny. Cieszę się, że tak dobrze się trzymasz.
              Skinęła głową, a ja wstałem. Ku mojemu zdumieniu, Mintao podniósł się ze mną.
- Wrócę za piętnaście minut – pogłaskał Maykę po policzku, a ona pokiwała głową.
- Wiesz, ja się chyba prześpię – szepnęła.
- Przyniosę nam kolację – obiecał.
- Cześć, mała. Trzymaj się – pomachałem mojej uczennicy i wyszedłem wraz z synem. W korytarzu pożegnałem się z Shizune, po czym wyszliśmy na świeże powietrze.
- Jak tego dokonałeś? – spytałem, ruszając w stronę wioski, z synem idącym obok.
- Po prostu wytłumaczyłem jej, że nie musi się niczym przejmować i to niczego nie zmieni – rzekł z miną pełną determinacji. Podziwiałem go, przyjął na siebie pierwszą reakcję Mayeczki, podczas gdy ja zajęty byłem mobilizowaniem ludzi z ANBU, którzy ruszą w pościg za Asuką. Po powrocie do wioski nie miałem czasu zająć się Mayką i nie byłem pewien, czy dziewczyna przypadkiem czegoś nie zniszczy. Jak się okazało, Mintao by chyba jeszcze lepszy w uspokajaniu jej ode mnie, Maya nawet nie płakała. – Było jej łatwiej, bo niczego nie pamięta, zna tylko nas. I tylko my dwaj wiemy, co powiedziała Asuka, więc obiecałem jej dyskrecję. Asuka jest szalona, po tym co przeszła jakoś się temu nie dziwię, nie zmienia to jednak faktu, że będzie chciała zaszkodzić Mayce. Nie uśmiecha mi się teraz opuszczać wioskę, jednak mus to mus. Trzeba jak najszybciej odnaleźć psychotroników, którzy żyją w Kraju Ognia. Gdy sobie pomyślę, że gdzieś tam mogą być osoby takie, jak Maya i… i jej siostra…
- Wiem – mruknąłem, przesuwając dłonią po podbródku. Przydałoby mi się ogolić.
- Jak możesz w tym momencie myśleć o goleniu?! – opieprzył mnie syn.
- To tylko niewinne spostrzeżenie! – zawołałem na swoją obronę. – Nie łap mnie za pojedyncze myśli!
- Bo ja mówię o poważnych sprawach…
- A co ty masz cały czas taki bojowy nastrój? – zapytałem, po czym poczochrałem go po głowie. Odskoczył, warcząc na mnie i natychmiast przyklepał sobie grzywkę. – Idziemy na misję!
- Jakoś nie umiem cieszyć się z tego, że opuszczam swoją dziewczynę w najmniej pożądanym momencie! – warknął, a ja westchnąłem.
- Mayka jest silna, w końcu to moja uczennica – powiedziałem, aby go uspokoić. – Stanie na wysokości zadania.
- Wiem.
- Więc spokojnie. Ona wie, jakie to ważne.
              W tym momencie mój syn stanął jak wryty. Obejrzałem się na niego.
- Co jest? – spytałem.
- Mama jest strasznie wściekła – powiedział, niepewnie przestępując z nogi na nogę. – Meijuż uciekła do Shana.
- Mama jest wściekła? – zapytałem niepewnym tonem. Mintao skrzywił się przepraszająco, zerkając sobie przez ramię. – To może ja też nie pójdę do domu?
              Syn zerknął na mnie wściekle.
- Jesteś mężczyzną, tato! – zawołał.
- Ale – teraz to ja się skrzywiłem, tyle że cierpiętniczo – co ma to do rzeczy? I… i o co mama jest wściekła?
- A jak myślisz? – spytał, a ja jęknąłem.
- Junichi?
              Skinął głową, a ja zakląłem pod nosem. Tyle się działo dookoła mnie, że zapomniałem poinformować Hinatę, że chciałbym zabrać ze sobą Junichiego. I jak widać, moja żona dowiedziała się tego sama.
              Zerknąłem w kierunku, w którym znajdował się nasz dom.
- Dasz sobie radę– powiedział mój syn, poklepał mnie po ramieniu i cofnął się. – My wrócimy jak mamie złość przejdzie… pa!
              Obrócił się i uciekł w stroną Ichiraku, prawdopodobnie by kupić coś na wynos dla siebie i Mayeczki, a ja, lekko zaniepokojony, ruszyłem w stronę domu. Gdy byłem gdzieś w połowie drogi, nagle tuż przede mną pojawił się jeden z ANBU.
- No co jest?! – zdenerwowałem się, zatrzymując gwałtownie. – Jeśli to jakaś zła wiadomość, zdegraduję cię!
              Chłopak zaśmiał się, a ja po głosie poznałem, że to jeden z nowo upieczonych geniuszy naszej wioski, Koichi Tamamori. Piętnastolatek całkiem niedawno zdał ostatni egzamin do ANBU.
- Na szczęście, Lordzie Hokage, to całkiem dobra wiadomość. Jeden z oddziałów ANBU pojmał znajdującego się w okolicach wioski nukenina.
              Spojrzałem na niego zdumiony.
- Kogo?! – zapytałem.


„…- To wszystko, co wiesz, czy jeszcze czegoś nam nie przekazałeś? – zapytałem.
- Oni podróżują po świecie i szukają podobnych sobie – rzekł, a ja skinąłem głową. To wiedziałem. – Zbierają ekipę, a szczególnie ważni są dla nich tacy, którzy panują nad żywiołami…” 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz