wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 12

„Wypowiadaj swą prawdę jasno i spokojnie i wysłuchaj innych (…), oni też mają swoje opowieści. (…) Porównując się z innymi, możesz stać się próżny i zgorzkniały, zawsze bowiem znajdziesz gorszych i lepszych od siebie. Niech Twoje osiągnięcia, zarówno jak i plany, będą dla ciebie źródłem radości. Wykonuj swą pracę z sercem, jakkolwiek byłaby skromna; (…) Przy całej złudności i znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat.”
        Anonimowy tekst z 1692 r. znaleziony w starym kościele św. Pawła w Baltimore


Patrzyłem na córkę, która zagryzając co chwila dolną wargę, opowiadała mi, że Mintao jest wściekły, że się właśnie pakują i jutro z samego rana wyruszą z powrotem do Konohy. Jej słowotok nawet mi się podobał, choć słuchałem co drugie słowo. Było mi przykro, że porwano chłopca, do którego mój syn tak bardzo się przywiązał. Sam byłem wściekły, że i tym razem Takako dopiął swego. Zastanawiałem się, jak to było możliwe, by mój syn nie wyczuł w myślach zdrajcy jego złych zamiarów. Pod naporem tych myśli zaczął odkształcać mi się mózg. Wszystko to było zbyt niejasne i zagmatwane.  Moc Takako polegała na władaniu ziemią, tak jak moc Mayi na władaniu ogniem. A jednak mógł on bez przeszkód bronić się przed wpływem Mintao i Mei, podczas gdy Maya tego nie potrafiła. Natomiast Junichi zablokował przed nimi jedno swoje wspomnienie i od tego momentu nie mieli już do niego dostępu, co więcej, sam maluszek już tego nie pamiętał. A przecież nie miało to nic wspólnego z mocą, którą posiadał. To wszystko robiło się zbyt skomplikowane!
- Tato, tato, ty mnie w ogóle nie słuchasz! – wykrzyknęła Mei. Podniosłem na nią wzrok. Córka siedziała na kanapie i wpatrywała się we mnie ze złością.
- Przepraszam, mówiłaś coś? – zapytałem.
- Tak! Pytałam, czy raczysz nam w końcu wyjaśnić, o co chodzi? Skąd wiedziałeś, że Shan będzie im potrzebny i czemu mnie nie wysłałeś?!
- Nie wysłałem cię – powiedziałem, oddychając głęboko. Byłem już zmęczony – ponieważ ty i brat jesteście o wiele lepsi od jakiejkolwiek poczty czy telefonu, a Shana wysłałem tak profilaktycznie – wyjaśniłem. Zmarszczyła brwi, wpatrując się we mnie oczami identycznymi jak matka.
- Coś kręcisz – powiedziała.
- Kręcę, nie kręcę, nie waż się grzebać mi po głowie. Wynocha! Mama w domu pewnie potrzebuje pomocy!
            Wstała nieco zła i wyszła, oglądając się na mnie. Rozsiadłem się wygodniej na fotelu, nogi kładąc na biurko. Przez otwarte okno do gabinetu wpadało mi świeże, rześkie powietrze. Nie przyznawałem się jeszcze do tego, ale miałem już teorię dotyczącą tego całego wyścigu i reszty, ale nie chciałem się z nią zdradzać. Przede wszystkim, nie należało postępować pochopnie. Tak.
            Wyjąłem z szuflady kawałek pergaminu i długopis. Zapisałem na nim kilka zaszyfrowanych informacji, zapieczętowałem, po czym nałożyłem jutsu, które złamać potrafiła tylko jedna osoba.
- Etsu! – zawołałem głośno.
            Buchnął biały dym i pośrodku mojego gabinetu zmaterializował się zamaskowany członek ANBU. Był on nie tylko moim osobistym ochroniarzem, ale również łącznikiem między mną a głównym dowódcą ANBU.
- Zaniesiesz to kapitanowi – rzuciłem mu zwój, a on złapał go i schował za pazuchę. – Niech natychmiast zastosuje się do moich zaleceń. Proszę też, by zachował szczególną ostrożność.
- Tak jest – odparł Etsu i zniknął w obłoku dymu. Spojrzałem na okno i pierwsze gwiazdy, które pojawiały się nad Konohą. Do czego to wszystko zmierzało? Do czego dążył Takako? Kim w ogóle jest ten koleś, że nie dość, że posiada taką siłę, to jeszcze robi te wszystkie rzeczy? Morderstwa, teraz porwanie. I to przecież byli zupełnie niewinni ludzie! Czym sobie na to zasłużyli?
            Wstałem i wyszedłem z gabinetu, wciąż o tym rozmyślając. Wiedziałem już, do czego to wszystko dąży i na czym polega wyścig. I, jak się okazało, byłem w nim daleko w tyle. Właśnie jeden z pionków, które w tym wyścigu powinienem uzbierać, by móc zacząć grę, został mi sprzątnięty sprzed nosa. Wobec tego wiedziałem już, jakie kroki powinienem podjąć.
            Ruszyłem do domu, starając się oczyścić głowę ze wszystkich swoich podejrzeń, by nie niepokoić Mei. Córka była nieco zbyt wścibska, a biorąc pod uwagę jej przyjaźń z Shanem oraz temperament mojego syna, to kto wie, co te dzieciaki mogłyby wymyślić, gdyby wiedziały zbyt dużo. Zresztą, byłem pewien, że jak Mintao ochłonie, to do wszystkiego sam dojdzie, sam się domyśli i właśnie na to liczyłem. Na razie jednak za głęboko przeżył stratę chłopca. Biedny. Powinienem zdjąć mu ten szlaban. I chyba przydałaby się im jakaś rozrywka, ostatnio tyle pracują. Powinienem się nad tym zastanowić…
            Dotarłem do domu i wszedłem przez taras od razu do sypialni. Hinata czytała książkę przy małej lampce. Uśmiechnęła się do mnie na powitanie. Pocałowałem ją w policzek, poszedłem się myć, a gdy walnąłem się do łóżka, obok mojej żony, wiedziałem już, co zrobić, by dzieciaki nieco się rozerwały.
- Wiesz – odezwałem się, a ona mruknęła pytająco, zamykając książkę. Zgasiła światło.
- Tak, Naruto?
- Nasze dzieciaki tak ciężko pracują, zwłaszcza Mintao. Chyba powinniśmy uczcić jego sukces, w końcu został zastępcą Sakury. Może jak wróci, to coś zorganizujemy? Jakieś małe przyjęcie?
            Spojrzała na mnie z ukosa.
- To nie po to, by wykręcić się od diety, prawda? – zapytała, mrużąc oczy. Pobladłem. Hinata nie miała pojęcia, że w ogóle się do tej całej diety nie stosowałem.
- Nie, skąd! – zaprotestowałem. – To tylko dla Mintao!
            Przypatrywała mi się chwilę, po czym przytuliła do mnie, przymykając oczy. Objąłem ją.
- A więc dobrze, porozmawiam z Sakurą – powiedziała. Pocałowałem ją w czoło i oboje zasnęliśmy.
            Ranek wstał stanowczo za szybko, jednak kiedyś musiał wstać. Zerwałem się z łóżka i zaraz wyłączyłem budzik, by nie obudzić Hinaty, po czym wyszedłem z pościeli. Ubrałem się szybko i poszedłem do kuchni na śniadanie. Tam, ku własnemu zdumieniu, spotkałem Mei.
- A ty co tak rano? – zapytałem ją, nieco zdziwiony. Zajrzałem do lodówki i wyjąłem sobie karton mlekiem oraz talerz z jakąś wędliną, by uszykować sobie kilka kanapek.
- Mintao i reszta są już w drodze i brat mnie obudził – przyznała, ziewając. – Wyruszyli o świcie.
- Dobrze, że już wracają. Spodziewam się ich pojutrze wieczorem, niech się pospieszą.
- Tak jest – powiedziała. Usiadłem przy stole z talerzem kanapek, nucąc sobie pod nosem. Mei obserwowała mnie uważnie.
- Tata znów coś ukrywa – powiedziała.
- Niczego nie ukrywam – odparłem.
- To czemu niby wstajesz dużo wcześniej niż zwykle?
- Bo mam dużo pracy?
            Mierzyliśmy się przez chwilę spojrzeniami.
- O co chodzi z tym wyścigiem?
- Poczekam, aż się domyślicie – włożyłem do ust ostatnią kanapkę, przegryzłem i połknąłem, popijając mlekiem. – A teraz do zobaczenia!
            Pogłaskałem córę po głowie i czym prędzej opuściłem dom. Moje dzieciaki były przerażające! Kogo ja się dochowałem!
            Dotarłem do swojego gabinetu zanim jeszcze po budynku zaczęli kręcić się ludzie. Ledwo zamknąłem za sobą drzwi, usłyszałem szum. Obróciłem się. Za mną stało sześciu członków ANBU, każdy z nich w innej masce.
- Witam. Macie tempo, chłopaki.
            Jedna z postaci odchrząknęła głośno, informując mnie, że nie wszyscy tu są płci męskiej.
- Wybacz, nie poznałem – mruknąłem do dziewczyny. Podszedłem do biurka i usiadłem za nim. Spojrzałem na wezwanych przeze mnie członków ANBU. – Mama dla was kilka zadań. Po pierwsze… troje z was wyruszy do innych Ukrytych Wiosek. Suna odpada. A więc jedno z was do Kumo Gakure, jedno do Iwa Gakure i jedno do Kiri Gakure.
- Tak jest – odpowiedziało troje z nich, występując do przodu.
- Zaczekajcie.
            Wyjąłem trzy zwoje i szybko napisałem trzy listy do Kage. Zapieczętowałem je, nałożyłem jutsu i podałem członkom ANBU. Skinęli mi głowami i już ich nie było. Spojrzałem na pozostałą trójkę.
- Dwoje – wyjąłem z szuflady leżący tam raport i rzuciłem jedynej obecnej dziewczynie, kiedy wraz z kolegą wystąpiła do przodu. – Zajmie się tym. Macie być ochroniarzami tej dziewczyny, ale w tajemnicy.
- Tak jest – odpowiedzieli i w gabinecie zostałem już tylko ja i ostatni członek oddziału.
- A ty znajdziesz Sharonę Uchiha i dasz jej list ode mnie, a potem dołączysz do ich oddziału pod jej rozkazami – powiedziałem, po czym napisałem szybko krótki liścik do Sharony i podałem go chłopakowi. Skinął głową i zniknął w obłoczku dymu. Zostałem sam.
            Wstałem z fotela i zacząłem krążyć po gabinecie, zastanawiając się, czy to aby wszystko? Czy o czymś nie zapomniałem? Wytyczne dla Shar zmienione, tamta dziewczyna objęta ochroną, listy do Kage wysłane. Do Gaary nie ma potrzeby, już za późno. Nic więcej na razie zrobić nie można.
            Ponownie opadłem na fotel i zabrałem się za papiery. Jak zwykle przez mój gabinet przewaliła się masa interesantów, z Banem wypełnialiśmy kolejne papiery, Shikamaru co chwila przyłaził z jakimiś problemami do obgadania. Tak minął mi ten dzień i następne: na papierach, posiłkach w domu, przyjmowaniu interesantów. Byłem zajęty, więc nawet nie domyśliłem się, że pukanie do drzwi, które usłyszałem, zwiastuje…
- Jesteśmy! – wykrzyknął Shan Uchiha, wpadając mi do gabinetu, jak zwykle z wrzaskiem. Uniosłem głowę i spojrzałem na drużynę. Mintao miał niezadowoloną, lekko naburmuszoną minę, ale chyba już się na mnie nie gniewał. Maya wydawała się być lekko zmęczona, zaś Shan tryskał energią. – Przyszliśmy się zameldować i trochę panu podokuczać, Lordzie Hokage! – ryknął.
- Widzę. Cieszę się, że już jesteście. Raport z misji chciałbym mieć na jutro, najpóźniej na popołudnie. Mintao – spojrzałem na syna, a on odwzajemnił to spojrzenie. – Skończyła się twoja misja i skończył się twój szlaban. Co więcej, postanowiłem, że powinniśmy uczcić twój awans – mrugnąłem do niego jednym okiem. Spojrzał zdziwiony.
- Uczcić? – zapytał zdumiony, wysoko unosząc brwi.
- Tak. Mama i Sakura już wszystko przygotowały. Zobaczymy się wieczorem, teraz spadajcie, może na coś się przydacie! – pomachałem im, a oni, chcąc nie chcąc, opuścili mój gabinet, w drzwiach mijając się z Banem, który niósł mi do podpisania kolejne zlecenia na misję, które jutro miała przydzielić komisja. Nie było sensu dyskutować o tej misji, skoro Mei wszystko mi opowiedziała i zdążyłem już dzięki temu podjąć odpowiednie kroki. Zająłem się więc papierami i aż do wieczora się od nich nie odrywałem. Chciałem być na czysto ze wszystkim, by w razie co nie mieć na głowie tej durnej papierowni.
            Kiedy słońce schowało się za horyzontem, a Ban wybrał się do domu lekko przerażony późną porą, pochowałem wszystkie rzeczy po szafkach i szufladach, uprzątnąłem biurko i wyszedłem z gabinetu. Nie skierowałem się jednak do swojego własnego domu, tylko do dzielnicy Uchiha, bo dzisiejsza impreza miała odbyć się w domu Sasuke i Sakury, jak zaproponowała to ostatnia. Mi to nie przeszkadzało, tylko zastanawiałem się, co na to wszystko Sasuke? Uchiha nigdy nie był zbyt rozrywkowy…
            Ale, jak się okazało, o rozrywkowość Sasuke nie miałem co się martwić. Gdy tylko zjawiłem się w rezydencji państwa Uchiha, zastałem go siedzącego między Hinatą, Sakurą, Sharoną i Mayą. Uchiha spojrzał na mnie, burknął coś do Sakury i wyciągnął mnie z kuchni. Trochę się przestraszyłem, kiedy wepchnął mnie do ciemnej piwnicy, no bo nigdy nie wiadomo, co takiemu nagle odbije, ale nie miałem co się martwić. Uchiha wyciągnął butelkę sake i mamrocząc, że ma dość bab jak na jeden wieczór, polał nam po czarce. Wypiliśmy.
- Ale jak powiesz, że dałem ci alkohol, to cię zamorduję – syknął do mnie, nalewając drugą czarkę.
- Spoko, Uchiha, myślisz, że mnie ta cała dieta nie wyprowadza z równowagi?
- Przecież i tak wszyscy wiedzą, że się do niej nie stosujesz – szepnął, ale już z lepszym humorem.
- Wszyscy, prócz naszych żon. Póki one nie wiedzą, jest dobrze!
- Za nasze żony! – wzniósł czarkę. Zachichotałem.
- Za żony!
            Wypiliśmy.
            Kulturalna impreza wymagała tego, byśmy trzymali jakiś fason, tak więc wyszliśmy z piwniczki Sasuke w dobrych humorach, ale jeszcze nie pijani. Sakura, która od razu domyśliła się, dlaczego tak nam wesoło, trochę nas opieprzyła, ale obeszło się bez kłótni między Uchiha. Impreza miała odbyć się na tarasie. Wraz z Sasuke ustawiliśmy tam stół, a dzieciaki przyniosły poduszki. Dziewczyny ustawiły żarcie, a Sasuke wyciągnął kolejną butelkę sake, niby pierwszą. Sakura tego nie skomentowała, więc uznaliśmy to za pozwolenie. Kiedy wszyscy usiedli do stołu, złożyliśmy gratulacje mojemu synowi i można już było zabrać się za jedzenie.
            Już wkrótce ja i Sasuke wdaliśmy się w zajadłą dyskusję na temat importowanej z Kiri broni, dziewczyny rozmawiały o Junichim, który siedząc Hinacie na kolanach, w ogóle nie zwracał na mamę i ciocię uwagi, zajęty pałaszowaniem kolejnych onigiri, Mintao i Maya dyskutowali na temat ich ostatniej misji i małego Kazuo, którego uprowadzono, zaś, ku mojemu i wszystkich zdumieniu, Mei i Shan siedzieli cicho, przysłuchując się toczonym rozmowom. Impreza trwała w najlepsze. Po jakimś czasie najedzony Junichi poszedł się pobawić w ogródku, a za nim podążyli Mei i Shan. Zaczęli bawić się z małym w ganianego, ich śmiechy niosły się po ogródku i ciężko było stwierdzić, kto jest większym dzieckiem – oni, czy Junichi. Niedługo po tej trójce od stołu odeszli Mintao wraz z Mayą. Ta para usiadła sobie na trawie i zaczęła ze sobą po cichu rozmawiać. Wymieniliśmy z Hinatą spojrzenia. Moja żona zachichotała cichutko i mrugnęła do mnie jednym okiem. Odwzajemniłem uśmiech i jeszcze raz zerknąłem na dzieciaki.
            Shan właśnie gonił Mei, która uciekała przed nim co sił w nogach. Złapany już Junichi siedział na trawie i przyglądał się im, śmiejąc się za każdym razem, gdy rozpędzony Uchiha nie wyrabiał się na zakrętach. W pewnym momencie Mei skręciła, ale obrała zły kierunek. Shan się tego spodziewał i udało mu się podciąć dziewczynę. Oboje zwalili się na ziemię, ona na plecy, a Shan na nią. Wszyscy przy stole zamarliśmy zamurowani, bo to para patrzyła sobie w oczy, a ich twarze znajdowały się niebezpiecznie blisko siebie. Cisza trwała już kilka sekund, kiedy nagle tych dwoje spojrzało na nas jednocześnie i ryknęło śmiechem na cały głos.
- Oddychajcie! – krzyknął Shan. Każdy z nas złapał to, co miał pod ręką i z całej siły cisnął w rozchichotaną parę, która czmychnęła na bok, zanosząc się śmiechem.
- Łaaaa, co za dramatyczna chwila! – nabijał się Uchiha. – Pocałują się, czy się nie pocałują, oto jest pytanie?!
- Cała rodzina zamiera w bezruchu – ciągnęła Mei, starając się opanować chichot.
- A oni robią sobie jaja! – dokończył Shan. Sasuke westchnął i oparł się o ramię swojej żony.
- Ja nie wiem, w kogo on się wdał – mruknął, rozlewając sake na cztery czarki.
- Daj spokój, Sasuke, to wspaniały chłopak – znów wszyscy spojrzeliśmy na Shana, który właśnie wkładał sobie pałeczki do nosa, ku uciesze mojego młodszego syna. – No cóż, w każdym razie jest wielkim indywidualistą…
            Sasuke jęknął po raz drugi, a ja zaśmiałem się. Podniosłem do ust czarkę, zerkając na Mintao. Siedząca obok niego Maya podniosła właśnie rękę i wskazała na niebo, mówiąc coś. Mój syn zaśmiał się i pokręcił głową. A więc rozmawiali o gwiazdach! Mintao przysunął się do Mayeczki, objął ją, przyłożył swój policzek do jej policzka, by widzieć niebo z podobnej perspektywy i uniósł swoją dłoń, by wskazać jej odpowiednią gwiazdę lub konstelację. Ładnie razem wyglądali.
            Podniosłem czarkę do ust i przymykając oczy, wypiłem jej zawartość.
            I wtedy usłyszałem wrzask mojego syna.
            Otworzyłem oczy i ujrzałem jak płonie, odskakując od Mayi. Ogniem zajął się prawy rękaw jego kurtki oraz prawa nogawka od spodni.
            Zarwałem z siebie kurtkę, Sasuke zrobił to samo i obaj rzuciliśmy się na Mintao, gasząc płomienie naszymi ubraniami. Wokół nas zrobiło się zbiegowisko. Mój syn, wołając, że już wszystko jest w porządku, wygrzebał się spode mnie i Sasuke. Jego rozbiegane oczy odnalazły Mayę.
            Dziewczyna stała w miejscu, w którym wcześniej siedziała i patrzyła na Mintao szeroko otwartymi, zapłakanymi oczyma. Była przerażona. Trwało to zaledwie sekundę, bo zaraz Maya obróciła się i uciekła, gubiąc za sobą łzy.
- Maya! – krzyknął za nią Mintao, wyrywając się, ale przytrzymaliśmy go wraz z Sasuke, bo był w wielu miejscach poparzony.
- Zostaw to mnie – mruknąłem do niego. – Sakura, zajmij się Mintao!
            Rzuciłem się biegiem za małą. Znaleźć ją było łatwo, zostawiła za sobą masę ponapalanych kępek trawy i wytopione w chodniku ślady stóp.
            Znalazłem ją siedzącą na schodach prowadzących do twarzy Hokage, wyrytych w skale. Drżącymi dłońmi próbowała odkorkować buteleczkę z tabletkami uspokajającymi. Zbliżyłem się do niej, wyjąłem jej buteleczkę z rąk, otworzyłem ją ostrożnie i podałem Mayi jedną tabletkę. Połknęła ją szybko, a potem skuliła się. Jej twarz była mokra od łez. Usiadłem obok niej, nie mając pojęcia, co mógłbym powiedzieć.
- Nie chciałam… – wyszeptała po dłuższej chwili, kołysząc się lekko. – Naprawdę nie chciałam…
- Wiem – powiedziałem do niej. –I Mintao też to wie.
            Usłyszawszy imię mojego syna, rozpłakała się na dobre. Przytuliłem ją, bo była już chłodniejsza. Mayeczka wtuliła się w moje ramię, płacząc i powtarzając, że nie chciała. Nie miałem pojęcia, jak mógłbym ją uspokoić. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, co przeżywa, co dzieje się w jej głowie. Było mi strasznie przykro, że właśnie w ten sposób skończył się dla niej dzisiejszy wieczór. Jednak nikt z nas nie był w stanie jej pomóc. Trzymałem ją tak, póki zupełnie się nie zmęczyła, a potem wziąłem ją na ręce i zmęczoną, zaniosłem do jej mieszkanka. Położyłem ją spać, a gdy zasnęła, wróciłem do swojego domu, a nie do Uchiha.
            Hinatę zastałem siedzącą w kuchni, zamyśloną nad kubkiem herbaty. Gdy wszedłem do środka, spojrzała na mnie z troską.
- I jak ona się czuje? – zapytała, a ja wzruszyłem ramionami.
- Fizycznie nic jej nie jest – powiedziałem, drapiąc się po karku. Nie miałem pojęcia, jak się do tego ustosunkować. Westchnąłem. – Mintao jest u siebie? – zapytałem.
-Tak, jest trochę poparzony –odpowiedziała, a ja skinąłem głową i poszedłem do syna. Nie zdążyłem nawet zapukać, już pozwolił mi wejść do swojego pokoju. Pchnąłem drzwi i wkroczyłem do środka.
            Mintao siedział na swoim łóżku, miał na sobie tylko spodnie. Tors i prawą rękę posmarowane miał maścią. Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi, zerwał się na równe nogi; był zły, a właściwie, to był nawet wściekły.
- Nic ci nie powiedziała? Tylko przepraszała? – naskoczył na mnie, bez pozwolenia grzebiąc mi po głowie.
- Tylko tyle – odparłem i spojrzałem mu w oczy. Nie podobał mi się ten jego gniew, bo oznaczał, że ważne dla niego było to, co Maya mogłaby w tej sytuacji powiedzieć.
- Oczywiście, że tak! – zawołał. Zmarszczyłem brwi.
- Byłbym wdzięczny, gdybyś przestał zaglądać w moje myśli, tylko normalnie ze mną rozmawiał – powiedziałem, a on fuknął tylko, ale zaraz się zreflektował i usiadł na łóżku, wskazując mi krzesło przy biurku. Usiadłem na nim i spojrzałem na syna.
- Wiem, co chcesz powiedzieć i od razu mówię, że się z tobą nie zgadam – odezwał się, zanim zdążyłem otworzyć usta. – Nie jest niebezpieczna! – syknął.
- Owszem, jest – powiedziałem twardo, splatając ręce na piersi. Wstał gwałtownie i zaczął krążyć po pokoju.
- Po prostu ogień jej się wymyka spod kontroli, ale ja wiem, że ona potrafi nad nim zapanować…
- Co się stało między wami, kiedy byliście na misji? – zapytałem bez ogródek. Mintao zatrzymał się i spojrzał na mnie.
- Słucham? – zapytał, otwierając szerzej oczy.
- Pytam, co stało się między wami, kiedy byliście razem na misji, Mintao? – powtórzyłem pytanie, doskonale wiedząc, że dokładnie je usłyszał. Zawahał się.
- Nic – odparł, patrząc na mnie. Minę miał zdezorientowaną i dzięki temu wiedziałem, że nie grzebał mi już pogłowie.
- I chciałbym, by tak pozostało – powiedziałem, wstając z krzesła. Patrzył na mnie zdumiony, gdy szedłem do drzwi. Ująłem w dłoń chłodną klamkę i dopiero wtedy odwróciłem się ku niemu. – Musi się nauczyć, przede wszystkim nauczyć, jak panować nad płomieniem. Nie utrudniaj jej tego, ona jest chora, niebezpieczna i niestabilna emocjonalnie. Póki co, powinieneś się trzymać od niej z daleka.
            Mina, z jaką na mnie spojrzał, gdy wychodziłem, ani trochę mi się nie spodobała.

            Mintao Uzumaki obudził się jak co dzień, czyli o szóstej rano. Wstał z łóżka, ubrał się, słuchając przekleństw Mei, która wcale nie miała zamiaru wstać, szybko wykonał poranne ćwiczenia, które zajęły mu około godziny, a potem poszedł na śniadanie. Jego rodzice wciąż spali, Hokage potrzebował zazwyczaj kilku minut na wybranie się do pracy, tak więc zawsze wstawał tuż przed ósmą. Mama wstawała trochę później, zaś Junichi… Mintao skupił swoje myśli na myślach brata. Junichi spał twardo, a w jego głowie jasne światła przeplatały się z ciemnymi, zaś nad Konohą rozpościerał się czarny parasol. Mintao zupełnie nie rozumiał tego snu, zresztą, nie przypuszczał, by miało to coś wspólnego z rzeczywistością. Wszedł do kuchni i zajął się przygotowywaniem sobie śniadania.
            Gdy wczoraj, jeszcze przed tą całą nieszczęsną imprezą udał się do sensei Sakury, dowiedział się, że bardzo wiele osób w Konoha choruje na grypę i że dziś od rana ma przyjmować pacjentów. Ucieszyło go to, bo nie była to żadna ciężka praca i mógłby przy tym pomyśleć. Zastanowić się nad tym, co powiedział mu ojciec ubiegłego wieczoru i wybrać najlepsze rozwiązanie. Przede wszystkim, nie chciał już się z ojcem kłócić. Po drugie zaś, nie chciał rezygnować z Mayi. I nie bardzo wiedział, jak te dwie rzeczy ze sobą pogodzić.
            Usiadł przy stole i wolno jedząc przygotowane przez siebie kanapki, zastanawiał się nad tym problemem. Doskonale ojca rozumiał, w końcu Hokage najlepiej znał Mayę. Była ona jego uczennicą, ojciec nie raz ucierpiał od jej ognia podczas ich wspólnych treningów. Najlepiej ze wszystkich ludzi w wiosce znał Mayę i doskonale zdawał sobie sprawę z jej możliwości. Wiedział też, jak bardzo niestabilna emocjonalnie jest dziewczyna. Troska o nią i o Mintao sprawiła, że nie chciał, by Maya skrzywdziła Mintao i przy tym, krzywdziła samą siebie. Tylko, że dla Mintao wcale nie było to rozwiązaniem. Ciągnęło go do Mayi, chciał się z nią widywać i spędzać z nią możliwie jak najwięcej czasu. Podobał mu się ten jeden dzień w Sunie, który spędzili razem.
            Mógłby spotykać się z Mayą mimo zakazu ojca, jednak nie chciał znów się z nim kłócić i zasłużyć na kolejny szlaban. Nie chciał też dla ojca przestać widywać się z brązowowłosą. Dodatkowy problem stanowiła sama Maya, która reagowała wybuchem płomienia na jego bliskość. Mintao nie spodziewał się, że kiedy ją obejmie, tak to się skończy. Z jego strony był to zwykły odruch, pragnął bliskości dziewczyny.
            Przypomniał sobie to ciepło i uśmiechnął się pod nosem. Wciąż czuł poparzenia, jednak nie mógł powiedzieć, żeby mu one przeszkadzały. Czuł pewien rodzaj satysfakcji, wiedząc, że jego dotyk nie był jej obojętny. Ja też bym się broniła, gdybyś próbował mnie przytulić, wtrąciła się rozespana Mei, ale tylko się zaśmiał, zupełnie ignorując jej zaczepkę.
            Skończył śniadanie i przeciągnął się, zerkając na zegarek. Umył po sobie talerz i wyszedł z domu.
            Niewielu mieszkańców kręciło się o tej porze po wiosce. Dzieciaki zmierzały do Akademii, po ulicach krążyło kilku shinobi na standardowym patrolu, przy ulicy głównej rozstawiano już stragany z warzywami. Mintao, widząc małych, biegnących do szkoły chłopców, natychmiast pomyślał o biednym Kazuo. Złość ogarniała go na myśl, że nie zdołał uratować chłopca. Mimo, że Kazekage-sama rozkazał przeszukać wszystko w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od wioski, mały i zdrajca, który go porwał, przepadli jak kamień w wodę, a razem z nimi Takako. Bo Mintao nie wierzył, by białowłosy dał się tak łatwo zabić. Co prawda Uzumaki nie miał pojęcia, jak Takako mógłby tak szybko uciec ze stworzonego przez siebie wąwozu, ale coś mu mówiło, że to nie koniec kłopotów z okrutnym mordercą. Był zbyt dobrze wyszkolony, by dać się tak po prostu załatwić.
            Westchnął, masując skronie. Dotarł już do szpitala i teraz wspinał się po schodach do wejścia. Wewnątrz, przy ladzie w recepcji, siedziała już jedna z pielęgniarek. Zbliżył się do niej.
- Dzień dobry – odezwał się uprzejmie, a ona podniosła głowę i spojrzała na niego z szerokim uśmiechem na twarzy.
- O, dzień dobry Mintao – odpowiedziała.
- Który gabinet przydzieliła mi sensei Sakura? – zapytał grzecznie. – Mam na dziś zająć się chorymi na grypę.
- Tak, tak, wiem – odpowiedziała, szukając po papierach. Znalazła wśród nich małą notatkę od ich wspólnej przełożonej. – Gabinet numer dwanaście w korytarzu C. Masz tam już małą kolejkę.
            Skinął głową, bo wyczuwał siedzące przed jego gabinetem osoby. Zerknął na zegarek. Było za dziesięć ósma. Że też im wszystkim chciało się przychodzić tak wcześnie!
- O włos się nie spóźniłem – mruknął, a siedząca w recepcji pielęgniarka wywróciła zabawnie oczyma. Zerknął na nią, a potem na stojący przed nią kubek kawy. Pielęgniarka uchwyciła jego spojrzenie.
- Chcesz kawy? – zapytała.
- Oooch, tak, jeśli nie byłoby to problemem, to bardzo bym prosił – odpowiedział, uśmiechając się do niej przyjaźnie. Zaczerwieniła się lekko. Wyjęła z szafeczki pod ladą termos i czysty kubek i nalała mu kawy. Odebrał ją od niej i powąchał. – Jej, ale super, dzięki.
            Ruszył w stronę korytarza C, jednak zatrzymał się po kilku krokach i obejrzał na recepcjonistkę.
- Ojej, zapomniałbym, karty pacjentów…
- Już są w gabinecie – odpowiedziała, a on uśmiechnął się do niej ponownie i ruszył przed siebie. Dotarł na korytarz C, skręcił i zamarł.
            Na ustawionych przy ścianach krzesłach naprzeciw gabinetu z numerem dwanaście siedziało siedem dziewcząt. Zawahał się, ale tylko przez chwilę. Wmawiając sobie, że powinien być człowiekiem dzielnym, mruknął im „dzień dobry”, przeszedł szybko przez korytarz i czym prędzej wszedł do gabinetu. Dopiero wewnątrz odetchnął głęboko. Mei zaśmiewała się na śmierć.
            Zezłościł się na siebie, bo przecież mógł sprawdzić umysły siedzących przed gabinetem osób i nie dać się zaskoczyć. W końcu jednak wzruszył ramionami, napił się kawy, podszedł do biurka i usiadł w fotelu. Zerknął na zegarek. Pięć minut do ósmej.
            Zajrzał w karty pacjentów, które leżały przed nim. Znał wszystkie nazwiska i tak, jak przypuszczał, wśród jego pacjentów nie było nawet jednego mężczyzny… nagle zamarł i wyjął jedną z kart. Ta należała do Shana Uchihy.
            Mei ryknęła jeszcze większym śmiechem i spadła z krzesła. Zignorował siostrę, wściekły i wepchnął kartę przyjaciela do szuflady. Wiedział, że Shan wcale nie jest chory, a jeśli nawet by był, w co Mintao szczerze wątpił, bo przecież widział się z nim wczoraj, to na pewno jego matka już by się nim zajęła. Pozbierał się w sobie, wziął do ręki słuchawkę telefonu i zdzwonił do recepcji.
- Słucham? – usłyszał z drugiej strony.
- Dzwonię, żeby zapytać, czy dziś przyjmuje ktoś jeszcze, prócz mnie?
            Myśl recepcjonistki dotarła do niego szybciej niż jej odpowiedź.
- Tak, prócz ciebie, Mintao, przyjmuje jeszcze Nana.
- A czy nie dałoby się wymieszać naszych pacjentów?
            Pielęgniarka zachichotała.
- Przykro mi, Mintao, ale większość tych dziewcząt wręcz zażądała wizyty u ciebie – powiedziała, a on zaklął w duchu.
- Tego się właśnie obawiałem – wymamrotał, wzbudzając zarówno w niej jak i w siostrze, salwę śmiechu. – Dziękuję.
            Odłożył słuchawkę i spojrzał na zegarek. Była za dwie ósma. Wypił do końca kawę, sięgnął po pierwszą kartę i spojrzał na nazwisko. Pacjentką miała być dziewczyna, która kiedyś chodziła z Shanem. Westchnął, podszedł do drzwi i poprosił ją do środka.
            Przyjmował aż do południa. Większość pacjentek była naprawdę chora, ale znalazły się i dwie takie, które przyszły do niego tylko dlatego, że po wiosce rozniosła się już wieść o tym, iż nie chodzi już z Nami, co więcej, że tamta ma już innego chłopaka. Takiego postępowania w ogóle nawet nie komentował. Starania tych dziewczyn były bezcelowe.
            Gdzieś koło pierwszej po południu przyszła kolej wizyty Shana. Przyjaciel nie spóźnił się nawet o minutę. Wparował mu do gabinetu bez pukania i z miejsca zaczął gadkę, której towarzyszył szeroki uśmiech na twarzy.
- Stary! – zawołał, zamykając za sobą drzwi. – Czekać w kolejce u ciebie to istny fart! Same laski!
- Co ty nie powiesz? – zapytał Mintao, unosząc wysoko brwi. Tak jak przypuszczał, Shan był w doskonałej formie i przyszedł go tylko zdenerwować.
- No! Umówiłem się na dwie randki, oczywiście, kiedy panny już wyzdrowieją!
- Gratuluję – odparł Mintao obojętnie.
- Wiesz… – Shan podszedł do biurka i usiadł na krześle naprzeciw niego. – Jak na mój gust, to one cię podrywają.
- Nie no, co ty? Nie zauważyłem! – zakpił Mintao.
- Dlatego ci mówię – nabijał się z niego Shan. – Niejedna liczy na to, że się  w tym przytulnym gabineciku coś wydarzy. Masz tu taką śliczną kozetkę…
- Shan!
- Co?
- One mnie nie interesują! Hipokrytki i lampucery! – zawołał. Shana jakby olśniło.
- A więc chcesz się od nich uwolnić, tak? – upewnił się, a Mintao, zrezygnowany, skinął głową. – No…! No to mogę ci pomóc! Jestem mistrzem w rozsiewaniu plotek! Szukasz wymówki, świetnie! Pomyślmy… wiem! Ty wolisz chłopców!
- Shan… – ostrzegł go Mintao, robiąc groźną minę. Uchiha odchrząknął, zmieszany.
- Nie, nie pasuje? Hmmm… no dobra… o, to może to?! Ślub! Wziąłeś ślub, jak ja i Mei!
- Nie wziąłem żadnego ślubu, kretynie! I ty też nie!
- Nie ślub? – zdziwił się Uchiha. – Aleś ty wybredny… Hmmm… co by tu jeszcze wymyślić? A może to… – rzekł, celując palcem w Mintao – byłeś na misji, miałeś straszny wypadek i ucięło ci…
- Shan! – ryknął Mintao, wstając gwałtownie z miejsca i przywracając kolegę do przytomności. Mei leżała na podłodze swojego pokoju, zanosząc się śmiechem. – Niczego mi nie ucięło, łosiu jeden, a teraz zjeżdżaj stąd, tylko marnujesz mój czas!
- Marnuję twój czas?! Jestem chory!
- No właśnie widzę, jaki jesteś chory! – zakpił Mintao. – Spadaj, zanim się wkurzę!
- Jak śmiesz! – ryknął Shan, również wstając z miejsca. – Chciałem ci pomóc, przyszedłem tu z najlepszymi intencjami!
- Tak? Uważasz, że twoje chore plotki na dobre by mi wyszły?!
            Shan zmieszał się lekko.
- No, może nie do końca na dobre, ale byłoby wtedy mniej twoich fanek, a więcej moich…
- Czyli ty cały czas myślisz osobie? Więc gdzie są te twoje szczere intencje, się pytam? W ogóle… ugh! Przestań mi zawracać głowę w godzinach pracy tylko znajdź sobie jakieś zajęcie! – zawołał, wskazując mu drzwi.
- Mówisz zupełnie jak mój ojciec – mruknął naburmuszony Shan, idąc w stronę wyjścia. – A ja naprawdę miałem dobre intencje! – położył dłoń na klamce i spojrzał na Mintao. Uniósł wysoko brwi. – Bo wiesz, nie wszystkie dziewczyny w wiosce to „hipokrytki i lampucery”.
- Wiem – odparł Mintao, na powrót siadając za biurkiem. – Shan, naprawdę, idź pomęczyć Mei.
- A może kogoś innego, bo widzisz, w końcu obiecałem ramen pewnej pięknej podpalaczce…
            Mintao podniósł głowę i spojrzał na Shana, a ten uśmiechnął się drwiąco.
- No co? – zapytał, ale Mintao znał jego myśli. Shan wcale nie miał zamiaru zapraszać gdziekolwiek Mayi, był po prostu wścibski i chciał z niego wyciągnąć, co ten czuje do dziewczyny. Mintao zazgrzytał zębami.
- Czy ty musisz wszędzie wtykać swój nos? – zapytał zły.
- A co ty się tak zaraz złościsz? Zresztą, nie uważasz, że fajnie jest tak walczyć o pannę, co? Dostać coś jak na tacy to żadna zabawa.
            To powiedziawszy, zawinął się i wyszedł, zostawiając Mintao samego sobie. Uzumaki oparł się łokciem o blat stołu, patrząc na zamknięte drzwi.
- Cholerny Uchiha – mruknął do siebie, bawiąc się długopisem. – Zawsze musi mieć rację, kretyn.
            Przyjmował pacjentki do piętnastej, póki nie skończył się jego dyżur, z małą przerwą na obiad. Kiedy był już wolny, zamiast wracać do domu, skierował się w zupełnie inną stronę. Szedł z dłońmi w kieszeniach, zastanawiając się nad decyzjami, które podjął, nad swoimi czynami i nad tym wszystkim, czego żałował. Zastanawiał się też nad tym, co powiedział mu ojciec, wychodząc wczoraj z jego pokoju i zawsze, kiedy widział przed oczyma niebieskie oczy Hokage, ten obraz rozmazywał się, zastąpiony przez fioletowe oko Mayi, które widział podczas misji. Znał dziewczynę od lat, zawsze ją lubił. A co do ojca… Uśmiechnął się do siebie, stając przed drzwiami mieszkania Mayeczki. Z ojcem jakoś się dogada.


W następnym rozdziale:

„… Mintao stał w otwartych drzwiach, u jego stóp leżały jakieś kawałki drewna i cały zamek, razem z klamką. Spojrzała na dziurę w drzwiach, a Mintao powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Podrapał się po karku.
- No tak – powiedział zmieszany. – Zniszczyłem ci drzwi…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz