wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 19

 „Zostaw mnie sam na sam z piekłem mego serca.”
Irydyon


Zbliżał się wieczór, gdy w końcu zatrzymaliśmy się na postój, równo siedem kilometrów od obozu Mayi, Toeiego i Asuki. Rozpaliłem ognisko i usiadłem przy nim, szykując nam coś do jedzenia i patrząc na syna, który przechadzał się po obozie, zamyślony.
- Usiądź i zjedz jak człowiek – powiedziałem, a syn zerknął na mnie jednym okiem, odetchnął sobie głęboko i usiadł naprzeciw mnie.
- Ten twój plan, odnośnie… nas… – zaczął, a ja podniosłem głowę, by móc patrzeć mu w oczy po matce. Mintao bawił się kunaiem, twarz miał skupioną, myślami znajdował się przecież siedem kilometrów stąd, w obozie Mayi. – Dlaczego w taki sposób?
- Masz lepszy? – zapytałem, mieszając w małym rondelku, który wisiał nad ogniem. Podgrzewałem nam zupę z puszki na kolację.
- Ja tylko zastanawiam się, czy to nie jest zbędne ryzyko…
- Mówisz jak Rada Starszych. Dla nich też wszystko jest „zbędnym ryzykiem”. A czasem warto zaryzykować.
- Tak, ale czy przypadkiem nie osłabi to zbytnio wioski…? – zapytał, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. – Tak, wiem, liczysz na Uchiha i…
- Nie martw się – powiedziałem. – Zaufaj mi.
              Zamyślił się na chwilę, patrząc na niebo ponad nami. Schował kunai, którym się bawił i jeszcze raz głęboko odetchnął.
- Ale… czy to wszystko nie dlatego, że jesteś trochę znudzony? – Jego nieśmiały głos rozśmieszył mnie, ale starałem się zachować powagę.
- Coś w tym jest – mruknąłem, a on fuknął, słysząc, że kpię. Nałożyłem mu zupy i podałem miseczkę. Jedząc, milczeliśmy.
              Siedzieliśmy przy ogniu jeszcze chwilę, nic nie mówiąc. Później zaproponowałem, by położyć się i przespać, aby rankiem być na nogach zanim jeszcze tamci wstaną, a Mintao zgodził się ze mną. Rozłożyliśmy śpiwory i położyliśmy się.
              Długo nie mogłem zasnąć, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Myślałem o tym wszystkim, co sobie zaplanowałem, analizując każdy z możliwych scenariuszy i szukając luk w moim rozumowaniu. Byłem pewien, że cokolwiek by się nie stało, potrafiłbym temu zaradzić i przede wszystkim, ochronić moich bliskich. To było priorytetem, moi kochani oraz mieszkańcy Konohy.
              Zasnąłem jakiś czas po Mintao, choć on również nie spał dopóty, dopóki nie zasnęła Asuka, która dość długo rozmawiała z Mayą. Kiedy chakry dziewczyn były już spokojne i przepływały luźno, świadcząc o tym, że śpią i mój syn się odprężył, by chwilę później zacząć chrapać. Wkrótce potem i ja zasnąłem.
              Obudziło mnie gwałtowne szarpnięcie, zaledwie chwilę po tym, jak się położyłem – a przynajmniej tak mi się wydawało. Zerwałem się i nim zdążyłem zorientować, co robię, przykładałem kunai do gardła Mintao. Szybko cofnąłem ostrze.
-Zwariowałeś? – zapytałem natarczywym szeptem, oddychając szybko. – Chcesz, żebym cie zabił?
-Musimy ruszać – powiedział krótko Mintao, głosem zachrypniętym, jakby bolało go gardło. Momentalnie skupiłem się na energii natury, krążącej wokół mnie i przybrawszy tryb mędrca, odnalazłem obóz Mayi, Asuki i…
- Gdzie jest Toei? – zapytałem i zrywając się z miejsca, zacząłem wciągać na siebie ciuchy.
- Nie wiem – odparł Mintao, ale wyczułem, że kłamie. Spojrzałem na niego ostro, zapinając kurtkę.
- No gdzie on jest?! – warknąłem na niego. Mintao zagryzł dolną wargę, ale w tym momencie moim ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy poczułem, jak przez ciało mojej uczennicy przepływa gwałtowna fala chakry. Zachłysnąłem się powietrzem i skupiłem na rozgrywającej w oddali… walce!
- One walczą! – wykrzyknąłem w zdumieniu.
- Pomyliłem się  – powiedział mój syn, zgarniając obóz. – Chciałem dać Mayi szansę na zmierzenie się z tym…
- O czym ty mówisz?! – wykrzyknąłem, zawiązując pieczęć. Wyciągnąłem rękę w stronę syna, który spojrzał na mnie z pytaniem w oczach, ale zaraz odczytał w moich myślach co za pieczęć ułożyłem i uśmiechnął się blado.
- Przepraszam – szepnął i złapał moją rękę. Szarpnęło nami i już mknęliśmy poprzez przestrzeń w stronę mojej uczennicy.
Wylądowaliśmy w błocie, gdzieś pośród jakichś trzcin. Przed nami, na gigantycznym jeziorze, rozgrywała się walka. Wokół stojącej na wodzie Mayi szalały płomienie, raz po raz uderzając w zawieszoną w powietrzu Asukę, która osłaniała się przed nimi metalowymi tarczami, wirującymi wokół niej. Mintao pochylił się i podniósł umazany błotem wisiorek z symbolem jutsu mojego ojca, który leżał u naszych stóp.
- Maya go tu rzuciła. Domyśliła się, że będziemy ją śledzić – szepnął i chciał puścić się biegiem, ale złapałem go za ramię.
- Ona…
- Jest rozszalała, ale uspokoję ją – powiedział natarczywie. – Trzeba jej pomóc, nie da rady Asuce, Maya nie jest teraz w stanie walczyć!
- Toei nie żyje, prawda? – spytałem, lustrując okolicę za pomocą trybu mędrca. Nie czułem narzeczonego Sharony, a to oznaczało tylko jedno. Żołądek wywrócił mi się do góry nogami.
- Tak – szepnął Mintao zbolałym głosem.
- Nie tym teraz mamy się martwić, tak? – zapytałem, widząc jego błagające oczy, wpatrujące się we mnie intensywnie.
- Maya – szepnął prosząco, a ja skinąłem głową i pobiegliśmy w stronę czerwonych płomieni i rozgrywającej się tam walki.
              To Asuka zauważyła nas pierwsza i z miejsca zaatakowała, posyłając w naszą stronę kilka wirujących, naostrzonych, metalowych tarczy, które samoistnie poruszały się w powietrzu. Musieliśmy zatrzymać się z synem i odeprzeć ten atak, co nie było łatwe, bo ostrza te były wyjątkowo szybkie i skręcały w najmniej spodziewanych momentach. Mój syn nie był dostatecznie skupiony, cały czas kątem oka obserwował swoją dziewczynę, pogrążoną w szaleńczej walce z siostrą. Dziewczyny nacierały na siebie, Maya miotała w Asukę ogniem, a ta zasłaniała się tarczami i ciskała w nią czymś, co wirowało wokół niej i zaraz do niej wracało, gdy tylko nie udało się mu dosięgnąć celu. Nie mogłem jednak patrzeć na tę walkę, gdyż musiałem ratować swoją głowę i głowę syna.
-Skup się! – ochrzaniłem go, gdy musiałem odbić jedną z tarczy, która leciała w jego stronę. Nie udało mi się do końca sparować tego ataku i rozpędzone ostrze musnęło moje ramię. Syknąłem z bólu, ignorując krew. – Obserwuj je! Muszę mieć trzy sekundy na skupienie!
              Mintao nie odpowiedział, tylko złożył dłonie w pieczęć i stworzył klona, który pojawił się przede mną, ja natomiast przymknąłem na chwilę powieki i sięgnąłem do mocy Kuramy.
              Chwilę później wokół mnie wezbrała potężna, złota chakra. Każde z krążących wokół nas ostrzy zostało pochwycone przez utkaną z chakry dłoń i zgniecione. Ich szczątki opadły w wodę, by sekundę potem wynurzyć się z niej i śmignąć ku właścicielce.
              Nie marnowaliśmy czasu, tylko puściliśmy się biegiem w stronę dziewczyn. Wyrzuciłem przed siebie wszystkie uformowane z chakry ręce i odciąłem siostrom dostęp do siebie. Ogień Mayeczki rozbił się na chakrze Kuramy, pociski Asuki uderzyły w nią i rozpłaszczyły jak masło.
              Dotarliśmy do mojej uczennicy i stanęliśmy po obu jej stronach, gotowi do walki. Maya zerknęła na mnie zapłakanymi oczami, potem na Mintao, a następnie osunęła się w dół, jakby miała zemdleć. Mój syn złapał ją w ostatniej chwili i podtrzymał.
- Maya! – zawołał przerażony.
              Odwróciłem od nich wzrok, wiedząc,że Mintao zajmie się Mayeczką, po czym zerknąłem na Asukę.
              Dziewczyna stała na zawieszonej w powietrzu, metalowej tarczy, o średnicy nie większej niż pół metra. Wokół jej postaci wirowało kilkanaście mniejszych i większych metalowych kul, dzięki czemu wyglądała jak centrum konstelacji. Jej twarz wykrzywiał kpiący uśmiech, gdy przyglądała się, jak Mintao szepcze coś na ucho półprzytomnej Mayeczce. Moja uczennica najwyraźniej była na skraju jednego ze swoich ataków, miałem nadzieję, że cokolwiek tu się stało przed naszym przybyciem nie wstrząsnęło nią na tyle, by nie była w stanie się opanować. Wściekła, wyjęta spod kontroli Maya była niebezpieczna dla wszystkich bez wyjątku, nawet dla mnie. A ja jakoś nie miałem ochoty zostać dziś zwęglony żywcem.
- Wiedziałam, że za nią pójdziesz, Mintao. Witam też Lorda Hokage, którego się nie spodziewałam. – Siostra Mayi skłoniła głowę w moją stronę.
- Ty…
- Jestem drugim ambasadorem – powiedziała prosto z mostu, a mnie na chwilę przytkało.
- Jakim amba…?!
- Nazywamy się Cho-No-Ryoku-Sha – przerwała mi, a jej twarz stężała. – A ja miałam nas tylko przedstawić, Lordzie Hokage, zinfiltrować waszą wioskę i zwerbować Mayeczkę, o ile… o ile nic nie stanie na przeszkodzie – mówiła dziwnym tonem, wpatrując się w moje oczy. Jej Szalone Oko miało kolor malinowego różu, gdy uśmiechnęła się słodko.
- Co ty bredzisz?! – wykrzyknąłem. Zaśmiała się i odgarnęła do tyłu długie, brązowe włosy, lśniące w plasku księżyca, unoszącego się nad nią. Noc była chłodna i rześka, idealna na spacer, a nie na walkę na śmierć i życie. A jednak Mintao miał rację, suka kłamała przez cały czas.
- Przyłączysz się do wyścigu? – spytała bezczelnie. Postąpiłem krok naprzód.
- Tak! – odparłem hardo, patrząc na nią wyzywająco. Żadne smarkacze, nie ważne, jakimi mocami dysponowały, nie będą mnie zastraszać!
- Więc nie ma o czym mówić, Hikari właśnie na to liczy – odparła, a ja automatycznie zanotowałem w myślach kolejne imię. Nie miałem jednak czasu się teraz nad tym zastanawiać. Za moimi plecami czułem ciepło, bijące od Mayi. – I zobaczymy, co jest silniejsze, twoje brednie o pokoju, o wolności i równości, czy my?! Start, Lordzie Hokage…
- Co ty bredzisz?! – wydarłem się jeszcze raz, coraz bardziej wściekły. – Jacy „wy”?! Otrząśnij się, dziewczyno, myślisz że ty i zbieranina jakiś czubków jesteście w stanie w jakikolwiek sposób zagrozić Konosze?! Nigdy na to nie pozwolę, a ty i jakiś odmieniec…!
- ZAMKNIJ SIĘ! – wrzasnęła, a jej twarz na chwilę przybrała wyraz kobiety opętanej. Cofnąłem się o krok, wpatrując w jej wytrzeszczone oczy, a zwłaszcza to szlone, które teraz migotało kalejdoskopem barw, jak czasem u Mayi, gdy była wściekła. – ZAMKNIJ SIĘ!!! NIE MASZ PRAWA… NIE MACIE PRAWA… TY! TO WSZYSTKO PRZEZ TAKICH, JAK TY!!! Skoro masz moc… skoro masz siłę… skoro masz władzę… TO ZMIEŃ TEN ŚWIAT!!! – nabrała powietrza w płuca, jakby się dusiła i złapała się za bliznę na swoim ramieniu. – To wszystko przez ciebie! Nie zmieniliście świata… w, Kage… po ostatniej wojnie… NICZEGO NIE ZMIENILIŚCIE! KONOHA… RZYGAM KONOHĄ I INNYMI UKRYTYMI WIOSKAMI! A ty, Lordzie Hokage… – wycelowała we mnie palec – ty jesteś najgorszy! Wyjdź z tej swojej wioski, a zobaczysz! – wrzasnęła, a potem nagle opanowała się i odetchnęła głęboko. Nastrój zmieniał jej się szybciej, niż mogłem nadążyć. Była szalona, czy może znów grała, tak jak w Konosze perfekcyjnie udawała kochającą siostrę? – Nie mnie jednak z tobą o tym rozmawiać. Zobaczyłam, co chciałam, teraz w imieniu Hikariego zapraszam do wyścigu. To cała moja rola.
-Myślisz, że pozwolimy ci odejść?! – wrzasnął nagle Mintao, zrywając się. Maya stała już o własnych siłach, błędnie wpatrując się w przestrzeń. Jej Szalone Oko miało kolor czerwony, co nie wróżyło niczego dobrego. Zacząłem obawiać się o jej psychikę, w końcu moja uczennica była niczym bomba zegarowa i najmniejszy wstrząs mógł spowodować wybuch…
              Mintao wziął Mayeczkę za rękę, a temperatura wokół nas nieco opadła. Już jakiś czas temu zauważyłem, że jego dotyk uspokajał Mayeczkę i koił jej wściekłość niczym balsam.
- Nie będę was prosić o pozwolenie – odparła Asuka, a ja zaśmiałem się.
- Nikt naw…
- Dlaczego? – odezwała się nagle Maya, a ja zamilkłem i spojrzałem na nią. Moja uczennica patrzyła na swoją siostrę spokojnie, choć dłonie jej drżały. Asuka odwzajemniła to spojrzenie… a potem nagle ryknęła śmiechem.
- Nie muszę ci nic tłumaczyć! – warknęła, gdy przestała się śmiać. Krążące wokół niej kule przyspieszyły swój bieg. – Każdemu, ale nie tobie!
- Ale…! Jesteśmy siostrami! – zawołała desperacko Maya, a Asuka prychnęła wyniośle.
- Tak? Ty! Ty jesteś moją siostrą, tak?! Co za bzdura! Powiem ci coś, Ai… – Asuka nachyliła się i spojrzała wprost w oczy Mayeczki. – Może i mamy tych samych rodziców, ale ja wyrzekłam się ciebie już dawno temu, potworze – syknęła.
              Nie udało mi się zatrzymać syna, który rzucił się na Asukę, w pośpiechu tworząc Rasengana.
- Nie! – wrzasnąłem. – Mintao, zatrzymaj się!!!
              Syn jednak nie zwrócił na mnie uwagi, tylko zaatakował. Patrzyłem, jak wyskakuje w górę i próbuje uderzyć Asukę Rasenganem. Brązowowłosa nawet się nie broniła, tylko patrzyła spokojnie .I w momencie, gdy jutsu mojego syna było dosłownie kilka centymetrów przed jej piersią, tuż przed dziewczyną pojawiła się metalowa tarcza. Jego Rasengan zderzył się z nią i przestrzeń rozdarł przeraźliwy wrzask mojego syna.
- Mintao!!! – wydarłem się, podtrzymując Mayeczkę, która jęknęła głośno i znów zrobiła się cieplejsza. Posłałem w kierunku syna mackę z chakry, a ta pochwyciła go i przyciągnęła do nas.
- Nic mi nie jest! – zawołał Mintao poprzez zaciśnięte zęby, gdy tylko puściłem go tuż przy mnie. Jego prawa ręka była strzaskana, a z paskudnej rany obficie sączyła się krew. – Zaraz to… auła, kurwa! – zaklął, ale byłem na tyle wyrozumiały, by w takiej chwili go nie opieprzyć. Jego zdrowa dłoń rozbłysła zieloną chakrą, po czym przyłożył ją do tej połamanej. Przyjrzałem się Asuce, patrzącej na nas z góry.
- Zostań z Mayą – szepnąłem do leczącego swoją dłoń syna. – Ja się…
- Nie! – przerwała mi ostro Mayeczka, wyswobodziła się z mojego uścisku i hardo podniosła głowę. – Dlaczego?! – wrzasnęła do siostry. – Dlaczego tak o mnie mówisz, dlaczego nazywasz mnie potworem, dlaczego nas zaatakowałaś?! – zapytała gwałtownie, na chwilę zwracając swoje spojrzenie ku jakimś zaroślom. Domyśliłem się, że tam musiało znajdować się ciało Toeiego, więc ukradkiem skaleczyłem się w palce własnym paznokciem i za plecami uformowałem pieczęć.
- Bo ty jesteś potworem! – ryknęła Asuka, patrząc na nią dziko, a ja, korzystając z jej wrzasków przywołałem na swojej dłoni jedną z mniejszych ropuch, zerkając przy tym na Mintao. Syn przytaknął, odczytując w myślach, że chcę, by ropuchy zabrały stąd Toeiego i mentalnie przekazał to mojej żabce. Ta wskoczyła do wody. – Nienawidzę cię!
- A rodzice…?
- To kłamstwo! – prychnęła starsza z dziewczyn.
- A klan…? – jęknęła płaczliwie Maya.
- Kłamstwo.
- A…
- To wszystko to kłamstwo, bzdura, ściema, którą zmyśliłam! – krzyknęła Asuka, machnąwszy zamaszyście ręką. – Wszystko to bzdura!
- Więc powiedz mi prawdę, przecież jesteś moją siostrą! – zawołała Maya, a Asuka zaśmiała się po raz kolejny.
- Niby dlaczego miałabym ci coś powiedzieć?! Nienawidzę cię! Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego! Nic, rozumiesz?!
- Nie zasługuję nawet na prawdę?! – Maya miała już łzy w oczach, ale starała się trzymać dzielnie. Mintao zaprzestał leczenia swojej dłoni i delikatnie ujął jej palce.S krzywił się z bólu i wiedziałem już, że Maya jest niemożliwie gorąca.
- Prawdę?! – zakpiła Asuka, śmiejąc się szaleńczo. Wpatrywaliśmy się w nią zdumieni; dziewczyna była ewidentnie nienormalna, cierpiała na jakieś zaburzenia nastroju. W tej chwili jej oczy były szklane od łez, jednak zaraz otarła łzy i zaśmiała się okrutnie. – Prawdę! – powtórzyła. – Chcesz to wiedzieć?! NAPRAWDĘ TEGO CHCESZ?!
              Zerknąłem na Mayeczkę, która zacisnęła zęby i skinęła głową, choć dolna warga jej drżała, jakby miała zamiar płakać. Mintao trzymał jej palce, mimo że pokrywały je pęcherze. Maya i Asuka patrzyły na siebie przez kilka sekund, aż w końcu starsza siostra przytaknęła.
- Dobrze! – zawołała prześmiewczo. – Dobrze! Opowiem ci wszystko, skoro tak bardzo chcesz, droga, kochana siostrzyczko! Będzie to opowieść jak z bajki…! Dawno, dawno temu… nasza mama została zeswatana z naszym tatusiem! – wytrzeszczyłem oczy, słysząc, jak Mayeczka wstrzymuje oddech. Ton Asuki był kpiący, ale pełny bólu i głęboko skrywanego smutku. Wiedziałem już, że ta historia do najweselszych nie będzie należeć. – Tak to się odbywało w naszym klanie, gdy rodzina zorientowała się ,że nasze kekkei genkai rozmywa się i traci swoją właściwość. Rozpoczęło się to kilka pokoleń wstecz, gdy kolory zaczęły kolejno wygasać… Starszyzna zaczęła swatać członków naszego klanu, czasem nawet blisko ze sobą spokrewnionych, byleby tylko zachować kekkei genkai. Ale po czasie zaczęły się rodzić dziwne dzieci… chore, karłowate, obdarzone nienormalnymi zdolnościami, jak ty, czy ja .Klan zaczął się kurczyć, oczywiście wewnątrz siebie, ponieważ zmuszane do małżeństwa kuzynostwo często się zdradzało, a nasze kekkei genkai pojawiało się wśród dzieci służących… Ale nie o tym chciałam mówić! – zawołała radośnie, klaszcząc w dłonie. – Czeka nas przecież rodzinna historia! – mina jej spoważniała, gdy zmierzyła Mayeczkę zimnym wzrokiem. – Nasi rodzice byli ze sobą spokrewnieni. Matka nie kochała ojca nawet przez chwilę… a tatuś? Tatuś pił, a jak pił, to i bił. – Mintao zakrył usta grzbietem dłoni, gdy Asuka pokręciła głową, chichocząc przez łzy. – Tłukł matkę, aż pewnego dnia, rok po twoich narodzinach mama… nie wytrzymała i skoczyła z klifu niedaleko naszej rezydencji – wyszeptała dziewczyna bardzo cicho. Staliśmy jak zamurowani, tylko temperatura wokół nas jakby się podniosła. – Nie wytrzymała… Na początku ojca to ruszyło, naprawdę. Przez krótką chwilę był inny, ale tylko chwilę. Później znów się rozpił, jeszcze bardziej niż wcześniej i wrócił do starych nawyków. A kogo bił? – zapytała sama siebie, a po jej policzku spłynęła łza. – Oczywiście mnie! MNIE, bo ciebie się bał! Nazywał cię swoją księżniczką i spełniał każde twoje życzenie, miałaś wszystko, co chciałaś, bo kiedy wpadałaś w złość wokół strzelały płomienie i nikt nie odważył się ciebie denerwować, nawet on! MNIE OJCIEC TŁUKŁ PO PIJAKU, MNIE! A TY ZAWSZE STAŁAŚ Z BOKU, PATRZYŁAŚ NA TO I NIGDY, NIGDY MI NIE POMOGŁAŚ! ZACZYNAŁAŚ RYCZEĆ JAK GŁUPIA, KRZYCZAŁAŚ, ŻE NIE WIESZ JAK, UCIEKAŁAŚ! NIENAWIDZIŁAM CIĘ! – zaśmiała się histerycznie, gorzko, ale i z pewną satysfakcją w głosie. – Ale tobie też dostało się od naszego tatusia, o tak! – szepnęła, patrząc w przestrzeń ponad nami, przypominając sobie jak w jakimś chorym transie.  – Nie uwierzysz, ale ten bydlak kochał matkę. Pewnego dnia wrócił do domu pijany i znalazł cię w sypialni matki. Jej szafa z sukienkami płonęła, a ty patrzyłaś na ogień. Sfajczyłaś sukienki mamy i to go wkurwiło. Złapał cię za włosy i krzycząc, że nauczy cię panować nad ogniem, wsadził twoją głowę w płomienie! A ja stałam tam i przyglądałam się z satysfakcją, jak wrzeszczysz z bólu, droga siostrzyczko! – zaśmiała się ponownie. – Opanowałaś płomień, ale było za późno i twoja twarz już na zawsze miała być okaleczona. Potem ojciec udawał, że nic się nie stało i znów… bił… tylko mnie. Lecz pewnego dnia ten bydlak posunął się za daleko – jej dłonie powędrowały do jej własnych piersi, a ja, sparaliżowany i zasłuchany, przełknąłem ślinę. Zrobiło mi się niedobrze. Zerknąłem na mojego syna. Mintao zamarł i osłupiały, gapił się na Asukę, Maya po prostu stała i patrzyła. Temperatura znów podniosła się o kilka stopni. – Bydlak zaczął się do mnie dobierać, bo przypominałam mamę. I wtedy, gdy leżał na mnie, zapragnęłam go zabić. Obok znajdował się taboret z metalowymi nogami… nigdy wcześniej tego nie robiłam, nie byłam takim dziwadłem, jak ty, ale nienawidziłam tak bardzo… Już wcześniej czułam, że to potrafię… sięgnęłam ręką – wyciągnęła drżącą rękę w bok, jakby tamten taboret wciąż był obok niej, a jedna z wirujących wokół niej kul musnęła jej drżące palce i zawisła przed nimi. Poczułem mdłości, rozumiejąc, że to ten sam metal – a jedna z nóg od taborka oderwała się i uniosła, zupełnie bezszelestnie… a potem przebiła ojca na wylot, razem ze mną – powiedziała zimnym tonem, a potem szybko cofnęła rękę i dotknęła ramienia, gdzie miała okrągłą bliznę. Spojrzała Mayi w oczy, uśmiechając się z satysfakcją. – Słysząc mój krzyk, przybiegłaś do pokoju… Zobaczyłaś pręt w jego plecach, zobaczyłaś, że nie żyje, że ja wygrzebuję się spod niego, cała we krwi… Zaczęłaś wrzeszczeć i nagle wszystko dookoła stanęło w ogniu… Cudem się wydostałyśmy! A potem zemdlałam. Obudziłam się w szpitalu, a potem trafiłam do sierocińca, w którym już byłaś. Tam zrobili nam zdjęcie, które ci pokazałam i stamtąd je ukradłam, by moja historyjka była bardziej wiarygodna. Ale krótko tam byłyśmy… bo ja chciałam uciec, a ty uparłaś się, że też chcesz! Byłaś mi kulą u nogi, nic nie potrafiłaś zrobić, bo wszyscy cię rozpieszczali! Nie potrafiłaś się bronić, nie chciałaś kraść, poparzyłaś mnie kilka razy, a jak coś się działo, zaczynałaś wrzeszczeć i niszczyłaś wszystko dookoła lub płakałaś i nie robiłaś nic! Setki razy chciałam się ciebie pozbyć! Aż pewnego dnia, błąkając się, natknęłyśmy się na Hiroetsu. To była idealna okazja… Walczyłyśmy w swojej obronie, byłaś jeszcze bardziej nieudolna niż zwykle, ale twój ogień zwracał większą uwagę, więc to na tobie się skupili. Wiedziałam, że nie dasz rady ich pokonać i zostawiłam cię. Uciekłam, zabijając tych, którzy mnie gonili. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam z tego starcia to moment, gdy jeden z nich rozciął ci mieczem twarz, myśląc, że jak pozbędzie się twojego oka to powstrzyma płomienie. Twój wrzask i twoja twarz cała we krwi… Wtedy ostatni raz cię widziałam, aż do tej pory. Oto twoja historia, droga siostro. Oto cała prawda.
              Asuka uśmiechnęła się słodko, przymykając powieki i wtedy woda pod naszymi stopami zaczęła wrzeć.
- Tato! – wrzasnął Mintao i obaj odskoczyliśmy od Mayeczki, która stanęła w płomieniach.
              Nie było czasu na zastanawianie się, po prostu rzuciliśmy się do ucieczki. Woda pod naszymi spotami była wrząca, parzyła nas. Nie oglądałem się i Mintao też tego nie robił, ale obaj wiedzieliśmy, że ujrzelibyśmy szalejące płomienie, coraz bardziej zbliżające się do nas. Biegliśmy co sił w nogach, a ogień piekł nas w plecy, świadcząc o tym, że jeżeli tylko zwolnimy, to nas pochłonie. Mknęliśmy najpierw po wodzie ,a potem po błotnistej ziemi, aż dotarliśmy do lasu. Drzewa za nami pękały i płonęły jak zapałki, zwierzęta umykały, ale nie były w stanie uciec, ponieważ nie były tak szybkie, jak my. Nie mogliśmy im pomóc.
              Biegliśmy w szaleńczym pędzie póki gorące płomienie nie przestały nas ścigać. Wyhamowaliśmy wtedy i zatrzymaliśmy się, bojąc obejrzeć. Mintao oddychał głośno, zerkając na mnie kątem oka. Skinąłem głową.
              Obróciliśmy się ostrożnie, widząc powoli dogasające płomienie, trawiące szczątki drzew. To, co znajdowało się za nami przypominało piekło, zupełnie jak miejsce, gdzie dawno, dawno temu znalazłem umierającą Chiyo.
              Mintao oderwał od swojej koszulki kawałek materiału, przedarł na pół i podał mi jedną część. Przyłożyłem szmatkę do ust i wraz z synem ruszyłem przez dymiące, gorące pogorzelisko. Wszystko dookoła, w promieniu wielu kilometrów, było czarne. Na samym obrzeżu, w zwęglonych szczątkach dostrzec było można niegdysiejsze drzewa, jednak z każdym krokiem było to trudniejsze, aż w końcu zniknęły całkowicie, ukazując nam gołą, spieczoną, parującą ziemię.
              Ruszyliśmy truchtem, ignorując upiorne gorąco. Ziemia była twarda, jakby przez dziesiątki lat nie widziała deszczu, tylko słońce i wiatr. Prawie nie było czym oddychać.
              Kilkanaście minut później dotarliśmy do miejsca, gdzie rozmawialiśmy z Asuką. Nie było tam już jeziora, tylko ogromny basen po nim, w którym nie przetrwało nic. Ziemia w tym ogromnym ,okrągłym leju była spieczona i popękana, a miejscami lśniła w blasku księżyca, przemieniona w szkło. Na dnie basenu jak z koszmaru leżała nieprzytomna Maya.
              Mintao natychmiast do niej zbiegł i padł na kolana obok dziewczyny. Gdy się do niego zbliżyłem, ocierał twarz z łez ulgi.
- N-nic jej nie jest – szepnął drżąco. – Tylko zemdlała.
- Asuki nie ma już w pobliżu – mruknąłem. – Nie czuję jej chakry.
- Myślisz…?
- Nie, jestem pewien, że ona również uciekła. Hikari… co o tym sądzisz?
- Znasz go? – spytał, biorąc Mayeczkę na ręce. Jego połamana dłoń była w kiepskim stanie, ale mój syn najwyraźniej ignorował ból, bardziej martwiąc się o swoją dziewczynę, niż własną rękę. Pokręciłem głową.
- Pierwsze słyszę – odpowiedziałem.
- Cho-No-Ryoku-Sha – szepnął, prostując się z nieprzytomną dziewczyną na rękach. – A wiec tak się nazwali. W sumie, to bardzo odpowiednio, pasuje.
- Nie nam ich chwalić, tylko dorwać i powstrzymać. Wygląda to na coraz poważniejsze, Takako, Asuka, Hikari… ciekawe, ilu jest ich wszystkich i ilu jeszcze wylezie? – zapytałem sam siebie, trąc się dłonią po swędzącym policzku.
- Wyścig? – zapytał Mintao, choć chyba nie oczekiwał odpowiedzi, a ja spojrzałem mu w oczy i przytaknąłem.
- Wyścig – poparłem.


W następnym rozdziale:

„…- Hola, hola! – zawołał Shan, zerkając jednym okiem na Mei. – Co macie na myśli, mówiąc kontrola?
- Mamy na myśli – westchnął Shikamaru – że logicznie rzecz biorąc, jesteście zbyt niebezpieczni, by nie wiedzieć, co robicie. Teoretycznie.
              Mei i Mintao jednocześnie i zupełnie identycznie zmarszczyli czoła.
- Nie podoba nam się tok waszych myśli – przemówili jednocześnie…” 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz