wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 4

„nikt nigdy nie dowie się jakie słowa padły po raz
ostatni z jego ust”
Dariusz Tomasz Lebioda


Sharona Uchiha podniosła rękę i zatrzymała swój oddział. Wszyscy, jak jeden mąż, stanęli po jej obu stronach. Spojrzeli na głęboki, trójkątny krater, wyglądający, jakby ktoś użył tu bardzo potężnego jutsu.
- Rozdzielmy się. Ja i Toei idziemy w lewo, wy dwaj w prawo – rozkazała, zwracając się do Makoto i Kaoru. – Spotkamy się tu za godzinę. W razie co, niech Makoto przyśle swoją pumę.
- Tak jest! – zawołali obaj i odbiegli, szybcy niczym wiatr. Ona i Toei puścili się biegiem w przeciwnym kierunku. Jej narzeczony zerkał na nią co chwila, jakby się bał, że coś może jej się stać. Zawsze był wobec niej nadopiekuńczy, ale teraz to już przesadzał!
- Zatrzymajmy się – powiedziała w pewnym momencie i wyhamowali. Wskazała palcem na dół i zaczęli schodzić po stromej ścianie krateru.
- Jak myślisz, co to może być? – zapytał Toei, a ona wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia. Nie ma śladów po wybuchu, nie ma śladów chakry, nie ma ziemi, która została usunięta…
            Zeszli na sam dół i rozejrzeli się. Trzy wielkie, strome ściany krateru wznosiły się w górę, a całość tworzyła gigantyczny trójkąt.
- Ten kształt jest trochę nienormalny, no nie? – zapytał Toei, powoli obracając się wokół własnej osi. – Jakby coś tu wybuchło, krater miałby kształt koła, no nie? A to jest trójkąt…
- Albo strzała – mruknęła do siebie, a Toei spojrzał jej w oczy. – No co? Mi przypomina grot strzały.
- Lub może strzałka – powiedział jej narzeczony, a potem wskazał ręką dwa boki. – Te są dłuższe. Całość tworzy trójkąt równoramienny. Zauważyłaś, że tam, od podstawy, odchodzi droga? Gdyby ona była trzonem, to wychodzi nam strzała lub strzałka. Strzała kojarzy mi się z łukiem i strzelaniem. Ale strzałka…
- …ze wskazywaniem – wydedukowała, jednocześnie kończąc jego myśl. – Nie zaszkodzi sprawdzić.
            Pobiegli w kierunku kąta między ramionami dwóch najdłuższych boków. Wydostali się z krateru, a potem puścili biegiem przez gęsty las. Ona biegła pierwsza, Toei deptał jej po piętach. Nie wiedzieli, czy to w ogóle dobry trop, ale to było lepsze, niż nie robienie niczego. W końcu po co ktoś miały tworzyć krater w kształcie trójkąta, jak nie po to, by zwrócić uwagę obserwatora na jego nienormalny kształt? I w ogóle, to po co tworzyć taki krater, w gęstym lesie i na zupełnym odludziu, daleko do wszelkiej cywilizacji, ale jednocześni blisko stacjonującego przy granicy oddziału shinobi, którzy natknęliby się na niego przy pierwszym lepszym patrolu? Lord Hokage miał rację, że zwrócił na to uwagę. Takie rzeczy nie dzieją się przecież przez przypadek…
- Shar, skarbie, zatrzymaj się! – zawołał w pewnym momencie jej chłopak. Zatrzymała się i obejrzała na niego. Stał obok jednego z drzew, dotykając go dłonią. Skinął na nią palcem. Gdy się zbliżyła, spostrzegła małą strzałkę, wydłubaną w korze. Strzałka skierowana była na zachód.
- Kiedy gra się w podchody, rysuje się strzałki – powiedział Toei. – Czasem na ziemi, a czasem na drzewach, no nie? – Skinęła mu głową i pobiegli we wskazanym kierunku.
            Znaleźli jeszcze kilka takich strzałek, wskazujących raz zachód, a raz północ, więc biegli zygzakiem. Aż w końcu las się urwał. Stanęli na brzegu małego podwórka, pośrodku którego stała drewniana chatka. Miejsce wyglądało na opuszczone wiele lat temu. Podwórko porastały chwasty, drewniany płot odgradzający je od lasu w wielu miejscach nie miał sztachet, a te, które przetrwały próbę czasu, były przegniłe i porośnięte mchem. Niedaleko znajdowała się zawalona studnia, a obok niej resztka jakiejś żeliwnej konstrukcji. Wymienili spojrzenia, a potem ostrożnie zbliżyli się do drzwi, wyciągając kunaie. Kiedy byli już na schodach, Toei złapał ją za ramię, po czym pociągnął nosem.
- Czujesz? – zapytał, a ona skinęła głową. Wokół śmierdziało padliną. Przełknęła ślinę, a potem położyła dłoń na klamce, nacisnęła i ostrożnie pchnęła drzwi.
            To, co ujrzeli, przerosło ich oczekiwania. Sharona poczuła, że żołądek jej się ściska, a żółć podchodzi jej do gardła. Zignorowała jednak mdłości, zakryła tylko ręką nos i usta, bo uderzył ich okropny smród. Drugą ręką zaczęła przeganiać stada much.
            Ostrożnie wsunęli się do środka, wiedząc, że wewnątrz nie ma życia. Nikt nie wytrzymałby w takim smrodzie. Zbliżyli się do wiszącego przy suficie ciała. Trup był w połowie rozkładu, w jego otwartych ustach i pustych oczodołach kłębiły się białe robale. Po całym ciele pełzały muchy, brzęcząc nieustannie, na podłodze leżały szczątki, które z niego odpadły. Wokół szyi zaciśniętą miał stalową linkę, przyczepioną do haka w suficie. Do niej, tuż nad jego głową, przyklejona była jasnoróżowa koperta.
            Toei wspiął się na palce, oderwał ją, po czym oboje natychmiast opuścili pomieszczenie. Gdy tylko wypadła na świeże powietrze, zaczęła kaszleć. W życiu nie widziała czegoś tak paskudnego. Wszystko, co zjadła w ciągu ostatniego tygodnia, domagało się powrotu na świat. W końcu niewytrzymała i zwymiotowała.
            Poczuła, jak Toei odgarnia jej włosy z twarzy. Zerknęła na niego. Był zielony na twarzy, ale trzymał się dzielnie. Otarła usta wierzchem dłoni.
- Koperta… – wysapała i wyprostowała się. Narzeczony podał jej kopertę, a ona rozerwała ją i wyjęła ze środka złożoną na pół kartkę. Rzuciła Toeiemu krótkie spojrzenie, a potem otworzyła ją. Wewnątrz, starannie wykaligrafowany, widniał napis:

START, LORDZIE HOKAGE

Siedziałem za biurkiem, raz po raz odczytując słowa z różowej karteczki. Start, Lordzie Hokage… O co chodziło? Podniosłem głowę i spojrzałem na oddział Sharony. Stali przed biurkiem, wyprostowani jak struny. Sharona wyglądała na zaniepokojoną, jej ludzie również. Jedyna różnicę stanowił zgarbiony koroner, który kręcił się non stop, przestępując z nogi na nogę i rzucając niespokojne spojrzenia na drzwi.
- Ciało się dosłownie rozpadało, wszędzie było pełno robali i much. Śmierdziało straszliwie i ogólnie wyglądało przerażająco – odezwała się w końcu Sharona.
- Tak, tak – przytaknął jej koroner, mówiąc szybko i chaotycznie. – Mężczyzna został uduszony linką, na której następnie powieszono jego martwe ciało. Wisiał tam jakieś osiemnaście dni. Udało nam się ustalić tożsamość zamordowanego, to Kuchinaba Tsubaki…
- Ten od Hiroetsu?! – zdumiałem się, a on przytaknął.
- Nie znaleźliśmy ani odcisków palców ani żadnych innych śladów po sprawcach. Czy… czy ja mogę już iść? Trochę się spieszę…
            Skinąłem głową, a on niemalże wybiegł mi z gabinetu. Zerknąłem na ANBU. Miny mieli bardzo poważne, jak nie oni.
- Jak myślicie, o co chodzi? – zapytałem, kładąc różową kartkę na blacie biurka. Toei zrobił krok do przodu.
- Moje pierwsze skojarzenie jest takie, że sprawca gra z nami w podchody – powiedział. – Dlatego radzę podjąć wszelkie możliwe środki ostrożności, a przede wszystkim zwiększyć patrole. – Powiedział poważnie. – Ktoś chciał usilnie zwrócić na siebie uwagę. W dodatku nie zawahał się zabić człowieka. Myślę też, że to nie był przypadek, iż tym człowiekiem był właśnie były sługa Hiroetsu.
            Skinąłem głową.
- Zgadzam się z tobą w całej rozciągłości. Musicie mi wybaczyć, ale obarczam was tą sprawą. Dowiedzcie się, jak ciało Kuchinaby znalazło się w tamtej chacie, gdzie był, zanim go zamordowano, sprawdźcie też innych znanych nam byłych pracowników Hiroetsu.
- Tak jest! – wykrzyknęli, po czym w gabinecie buchnął biały dym, a gdy opadł, już ich nie było. Odetchnąłem głęboko i zerknąłem na leżące przede mną zlecenie misji. Wioska znajdująca się całkiem niedaleko Konohy prosiła o przysłanie im grupy ninja, którzy zajęliby się wyjaśnieniem dokonanego tam morderstwa, ponieważ władze wioski stanęły w martwym punkcie. Te morderstwa zaczynały mnie już niepokoić, ponieważ nie był to pierwszy taki przypadek. Jakiś czas temu też zginęła dziewczyna i nikt nie znalazł sprawcy. Dlatego chciałem się tym lepiej zająć i dlatego zabrałem ten raport od komisji przydzielającej misje. Miałem zamiar wysłać tam drużynę mojego syna.
- Ban!!! – wydarłem się na całe gardło. – Ban, do mnie!!!
            Gdy przybiegł, rozkazałem mu sprowadzić tu bliźniaki i Shana. Potem zająłem się najpilniejszymi głupotami. Gdy dzieciaki wreszcie przyszły, rozkazałem im stanąć prosto przed biurkiem, bo zwykle łazili mi po gabinecie i gdy do nich mówiłem, miałem wrażenie, że żadne mnie nie słucha.
- Zawsze cię słuchamy, Lordzie Hokage – rzekł na moją myśl mój syn. Oficjalnie, zawsze zwracał się do mnie per „Lordzie Hokage”. Mei nie miała takiego zwyczaju, nie potrafiła rozróżnić, że czasem jestem Hokage, a czasem ojcem.
- To nie prawda! – oburzyła się moja córka, a ja poczerwieniałem lekko. – Wcale tak nie jest!
- A właśnie, że jest – powiedziałem zły. – I czy możecie przestać grzebać mi w głowie? Shan, do szeregu! Tam nie ma nic dla ciebie! – wrzasnąłem na Uchihę, który korzystając z naszej wymiany zdań, oddalił się w stronę stojącej za kanapą szafki z wymalowaną na twarzy nadzieją na pogrzebanie w szufladach. Chłopak wrócił niechętnie, po czym wepchał się między Mei i Mintao.
-To o co chodzi? – zapytał, ziewając teatralnie.
- O misję, oczywiście – odparłem, przesuwając raport w ich stronę. Rzucili na niego okiem, po czym jednocześnie na mnie spojrzeli.
- Mamy się zająć sprawą morderstwa?! – wykrzyknęła Mei, a potem zerknęła na zdjęcie ofiary. – To okropne! Jaka ona jest pokaleczona!
- Mei, po prostu zajmiecie się poszukiwaniem sprawcy, wasza zdolność przeczesywania umysłów się tu przyda. Być może morderca to ktoś z mieszkańców wioski.
- Rozumiem – mruknął Mintao, po czym zgarnął mi raport z biurka. – To kiedy mamy wyruszyć?
- Najchętniej jutro rano bym prosił – odparłem, zbywając ich gestem.

            Mintao chodził w tę i z powrotem, rzucając niecierpliwe spojrzenia w stronę wioski. On i Mei znajdowali się przy bramie głównej. Mei siedziała na swoim plecaku, bawiąc się bransoletką, którą zwykła nosić na przegubie.
Łazisz jak kot z pęcherzem, zaraz zwariuję! pomyślała głośno w stronę brata, a ten rzucił jej poirytowane spojrzenie. Wiedziałem, że tak będzie! Mówiłem przecież wyraźnie, siódma rano! Siódma! A mamy już prawie ósmą! Zabiję go, jak przyjdzie! Po porostu zabiję! myśli Mintao nie były skierowane konkretnie do niej. Westchnęła i przestała zwracać uwagę na brata. Shana poczuła wcześniej, niż brat, ale on natychmiast wychwycił jej myśl o nim. Stanął przed bramą w szerokim rozkroku i splótł ręce na piersi, spoglądając w miejsce, z którego miał nadejść Uchiha. Po chwili oboje ujrzeli zbliżającego się w ich kierunku, czarnowłosego chłopaka, który ziewając, drapał się po brzuchu.
- A jemu co? – zapytał, kiedy się zbliżył, wskazując na Mintao.
- Spóźniłeś się, ot co! – wydarł się na niego Mintao, a Shan uniósł wysoko brwi.
- Hę? – zapytał, palcem pokazując na swoją twarz.
- Nie udawaj, że nie wiesz która godzina, bo mnie nie nabierzesz! I przestań myśleć, że jestem nienormalny! Za mną!
            Mintao obrócił się i żołnierskim krokiem ruszył przed siebie. Shan pokręcił głową i wyciągnął rękę w stronę siedzącej na plecaku Mei. Ta podała mu rękę i pozwoliła pomóc się podnieść.
- Nami mu nie dała, czy jak? Czemu jest taki zły już z samego rana? – zapytał.
- Zabraniam ci myśleć o Nami w tych kategoriach, Uchiha!!! – dobiegł do nich wrzask Mintao. Mei wywróciła oczyma.
- W jakich kategoriach?! – zdumiał się Shan, gdy wraz z Mei ruszyli za prowadzącym Mintao. – O co chodziło z tymi kategoriami? – wyszeptał do Mei.
- Och, przestań, bo zaraz i mnie wkurzysz! Jak mogłeś zaspać?! – zawołała zła, uderzając go pięścią w ramię. Skrzywił się, po czym pomasował to miejsce.
- Tak dobrze mi się spało, twój brat to tyran…
- Słyszę, co mówisz! – zawołał Mintao, ale Shan zignorował go zupełnie.
- …kazać nam wstawać o tej porze to zbrodnia. Ta wioska jest na tyle blisko, że moglibyśmy wyruszyć koło południa. W ogóle co twój ojciec…
- Z szacunkiem aby! – przestrzegł Uchihę Mintao, nawet się na niego nie oglądając. Shan machnął ręką.
- …sobie wyobraża, wysyłając trójkę jouninów na jedną głupią misję.
- Zamordowano kobietę, jeśli nie zauważyłeś, całkiem brutalnie! – zawołał Mintao, przystając i czekając, aż się z nim zrównają. Gdy tak się stało, ruszył wraz z nimi. Szli jak zawsze, Shan w środku, Mei po jego prawej, Mintao po lewej. – Ojciec ma ostatnio sporo takich spraw, ale o tym ani sza! Przejmuje się każdym morderstwem, bo wszystko wskazuje na seryjnego mordercę. Ojciec powiązał tę sprawę z tamtą wcześniejszą, pamiętacie? Tą, co nie znaleźli sprawcy. W ogóle, od jakiegoś roku co jakiś czas ginie jakaś dziewczyna, co nie?
            Shan pokiwał głową, wpychając ręce do kieszeni.
- No w sumie racja, nie pomyślałem o tym – przyznał. – Nie fajnie. Założę się, że to jakiś zboczeniec.
-W dodatku te morderstwa zdają się coraz bardziej zbliżać do Konohy – zauważyła Mei. – Ojca niepokoi to wszystko, dlatego zawsze stara się również i zapobiegać takim przypadkom. A naszym celem jest dorwać tego, kto zabił tamtą dziewczynę. I skupmy się na tym – powiedziała dobitnie.
- Jasne, jasne. A potem przyjemności! – zawołał Shan, ze śmiechem obejmując ramiona Mei. – Chciałbym wypróbować pewną pozycję…
- Nikogo z nas nie ruszają już twoje żarty – powiedział Mintao zmęczonym głosem. – Odpuść sobie i po prostu się pospieszmy.
            Shan westchnął zrezygnowany i całą trójką przyspieszyli kroku. Późnym popołudniem dotarli na miejsce. Wioska, do której ich wysłano, była bardzo mała. Około setka domów zgrupowana wzdłuż dwóch krzyżujących się ze sobą dróg. Przystanęli przy jednym z domków, rozglądając się. Wokół snuli się ludzie. W pobliżu dostrzegli dwa stragany z warzywami, przy których stało kilka osób.
- Proponuję się rozdzielić –rzekł Mintao, rozglądając się dookoła – i zebrać informacje od miejscowych. Plotki i takie tam. Ja popytam i poprzeczesuję umysły miłych pań przy straganiku – wskazał dyskretnie stoiska z warzywami – a wy, na zasadzie, że Shan pójdzie do swoich, zajrzycie do tutejszego baru, zajazdu i gdzie tam jeszcze zbierają się szubrawcy i inne męty i tam popytacie.
- Dzięki – mruknął zgryźliwie Shan. Złapał Mei za rękę i we dwójkę oddalili się w stronę budynku, na którym wisiał szyld oznajmiający, że w tym oto miejscu znajduje się największa w tej dziurze speluna.
            Mintao za to zbliżył się do straganiku i zaczął oglądać wyłożone tam arbuzy. Pulchna ekspedientka spojrzała na niego z uśmiechem.
- Mogę czymś służyć? – zapytała. Zerknął na nią. Jej uprzejmość była szczera. Kobieta zobaczyła ochraniacz ze znakiem liścia, zawiązany na jego czole.
- Cóż, tak właściwie, to chodzi mi o krótką rozmowę. Niedawno zginęła tu dziewczyna, głośna sprawa. Przysłali nas z Konohy…
- Tak, straszna tragedia – mruknęła kobiecina, odbierając od jakiegoś faceta stojącego obok Mintao kilka jabłek, po czym zważyła je, wrzuciła do woreczka i podała mu. Facet zapłacił i odszedł. – Mądra dziewczyna. Mieszkała tu z rodzicami, bardzo wesoła i w ogóle. To straszne. Bardzo straszne!
- Jesteśmy tu właśnie po to, by znaleźć winnego. Dziewczyna miała chłopaka? Obecnego, byłego? Z rodzicami na pewno dobrze jej się układało?
- O chłopcach nic nie wiem… a w domu… chyba było dobrze. To wszystko stało się… nikt się nie spodziewał, to mała mieścinka. Dziewczyna pewnego dnia zniknęła, a potem ją znaleźli… porzuconą w lesie…
- Gdzie mieszkała? – zapytał Mintao, wybierając sobie ładne jabłko i płacąc za nie.
- Na drugim końcu wioski – odrzekła kobieta, zadowolona, że coś kupił. Od początku liczyła, że go na coś naciągnie – mały domek. Jej rodzice hodują drzewka.
- Dziękuję pani – rzekł i ruszył w stronę domu zmarłej dziewczyny.
            Tymczasem Mei i Shan zdążyli dotrzeć do speluny, do której wysłał ich Mintao. Gdy weszli do środka, wewnątrz zastali bardzo „uprzejmego” barmana oraz grupę ludzi którzy zdawali się żłopać alkohol już od samego rana.Shan wyszczerzył zęby, jakby był w siódmym niebie i ciągnąc Mei za rękę, podszedł do baru.
- Dzień dobry! – zawołał, sadowiąc się na taborku przy barze. Barman zerknął na niego złowrogo. Był rosłym facetem z karkiem dwa razy grubszym od karku Shana. Jego wargi przecinała perłowa blizna.
- Zjeżdżaj, szczylu! – warknął facet, przybliżając swoją mordę do twarzy Shana. Mei przyglądała się temu, w duchu dobrze się bawiąc. Przystojny, czarnooki, czarnowłosy Shan o szlachetnych rysach twarzy, zawadiacko skrojonych wargach, ubrany na czarno i zawsze pachnący perfumami, komuś takiemu jak ten tu barman mógł wydać się młodym księciem. A Shan uwielbiał wykorzystywać swój nieprzeciętny wygląd, by denerwować ludzi i ściągać na siebie uwagę kobiet.
- Oj, jak nieładnie do klienta –powiedział Uchiha, szczerząc zęby. – Nie powinno się tak traktować gości! Ale tym razem ci wybaczę – Shan sięgnął do kieszeni i wyjął pieniądze. Położył na ladzie kilka monet. – Ja i moja piękna towarzyszka jesteśmy taaaacy zmęczeni. Poprosimy uprzejmie dwie, CZYSTE, szklaneczki wody – rzekł, cały czas uśmiechnięty.
- To nie miejsce dla dzieci – warknął barman, a Shan zaśmiał się.
- Nie mam zamiaru udowadniać ci mojej męskości. Potrzebny mi jesteś żywy – odparł Uchiha, na sekundę błyskając sharinganem. – Coś nie widzę tej wody…
- To był… to był sharin… - zaczął facet, ale Shan przyłożył sobie palec do ust.
- Cichutko. To takie spokojne miejsce. Wody poprosimy.
            Barman skinął głową po czym oddalił się, a Shan zachichotał.
- Kocham reputację ojczulka! –wyszeptał Mei do ucha, zacierając ręce. – Jak mi się podoba, że ludzie tak reagują na sharingan!
- Przestań się wygłupiać, wszyscy się na nas gapią – wymamrotała, czując na karku spojrzenia ludzi w barze. Ich myśli strasznie jej się nie podobały. Za nie jedną z nich mogłaby śmiało połamać im kości!
- Och, patrzą na ciebie. Założę się, że w całej wiosce nie ma tak ładnej dziewczyny – powiedział Shan, przesuwając palcem po jej ramieniu. – Jesteś piękna, Mei.
- Jeśli nie przestaniesz się zemnie nabijać, połamię ci palce – ostrzegła go, a on zaśmiał się, odsuwając na bezpieczną odległość.
- Spoko, spoko. Zaraz stąd spadamy, tylko się czegoś dowiemy. Jak tam Mintao?
- Już zebrał pierwsze informacje, a teraz zmierza do domu zamordowanej! Przez twoje wygłupy zostajemy w tyle!
- No nie, twój głupi brat nie może być lepszy ode mnie! W niczym!
- On cię słyszy, debilu! – warknęła na niego Mei, a on zachichotał.
- Przecież wiem – zaśmiał się, przyjmując swoją wodę od barmana, który do nich podszedł. – Prze pana, a wie pan może coś o dziewczynie, która jakiś czas temu tu zginęła?
- Nie – warknął facet, a Shan zmarszczył brwi z niezadowolenia.
- No wie pan co, w takiej dziurze każdy coś wie. A ja nie lubię używać sharingana, by się dowiadywać o głupich plotach – powiedział niby od niechcenia, bawiąc się szklanką z wodą. Barman spojrzał na niego z lekką obawą.
- W sumie… – zaczął, a Shan uśmiechnął się pod nosem. – Co tu dużo mówić. Dziewucha głupia, a że ładna… kogoś skusiło…
- A wie pan może kogo? –zapytał, mrugając niewinnie oczkami.
- Ja nic nie wiem – odparł natychmiast barman. Shan zerknął na Mei, a ta skinęła głową. Mówił prawdę, nic nie wiedział, prawdopodobnie nawet jeszcze mniej, niż straganiarka od jej brata.
- A w dniu jej śmierci… nie pojawił się w wiosce ktoś nowy? – zapytała, a barman zerknął na nią.
- Nie, chyba nie… chociaż… ale to…
- Co? – zapytał natychmiast Shan, a Mei skupiła się na myślach rozmówcy.
            - A najął się tu do pracy w hotelu naprzeciwko … taki jeden, ale to raczej porządny dzieciak…
- Rozumiemy. Dziękujemy panu – powiedziała, złapała Shana za łokieć i wyciągnęła go z baru. Nie protestował.
- Skłamał, czy jak? – zapytał Uchiha, gdy zaczęła go ciągnąć do hotelu naprzeciw baru, w którym byli.
- Nie, ale chcę się przekonać, czy to nie ten koleś. Wystarczy, że dowiem się który to i zajrzę do jego głowy. Chodźmy!
            Mei i Shan weszli do hotelu w tym samym czasie, w którym Mintao, znajdujący się na drugim krańcu wioski, pukał do drzwi domu zamordowanej dziewczyny. Chwile czekał, aż w końcu drzwi się otworzyły i stanęła w nich wymizerowana, brązowowłosa kobieta o smutnej twarzy. Mintao skłonił się przed nią nisko.
- Proszę wybaczyć mi to najście – rzekł do niej ciepłym, kojącym głosem. – Nazywam się Mintao Uzumaki, jestem jouninem z Konohy. Przysłano mnie w sprawie pani córki.
            Spojrzała na niego wilgotnymi oczyma, a potem skinęła głową i wpuściła go do środka. Wszedł, a potem ściągnął buty. Poprowadziła go do salonu, zaprosiła, by ukląkł przy stoliku, na miękkiej, zielonej poduszce po czym wyszła, by przygotować herbaty. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Było jasne i przestronne, wszędzie, gdzie tylko się dało, stał kwiaty i małe drzewka bonsai.
            Kobieta wróciła po kilku minutach, po czym uklękła naprzeciw niego. Poczęstował się herbatą.
- Przepraszam jeszcze raz za to najście – powiedział. – Ale chcemy się jak najwięcej dowiedzieć. Szczegóły niby znam z raportu, ale… sama pani rozumie.
- Rozumiem – przytaknęła. Nie miała pretensji, słyszał, co myśli. Jej serce przepełnione było cierpieniem i chęcią zemsty. Od śmierci córki nie układało jej się z mężem. Czuła się opuszczona i samotna, zapomniana i zraniona. Właśnie dlatego zainteresowała się nim jak mężczyzną. Nie był z tego powodu zmieszany. Słyszał już o wiele gorsze myśli. Jej niewinna fantazja o tym, że przybyły nieznajomy mógłby okazać się kochankiem, który przyniósłby jej zapomnienie, była niczym w porównaniu z fantazjami, a, choćby i takiego Shana Uchihy.
- Opowie mi pani o córce? – poprosił. Skinęła głową, wstała, po czym zbliżyła się do komody i wróciła, niosąc fotografię ładnej, na oko szesnasto-, siedemnastoletniej dziewczyny o nieco jaśniejszych od niej włosach.
- Była zawsze wesoła – powiedziała cicho, podając mu fotografię. Przyjrzał się dziewczynie. Jaka różnica była między tą uśmiechniętą nastolatką ze zdjęcia a skatowanym ciałem, którego fotografie oglądał. – Tamtego dnia wyszła z domu do koleżanki i nie wróciła. Zaczęliśmy jej szukać, najpierw na własną rękę, potem wraz z sąsiadami, aż powiadomiliśmy władze. Znaleziono ją dobę później, w lesie… martwą…
            Kobieta załkała. Mintao za to upił łyk herbaty. To wszystko już wiedział, z raportu. Interesowało go przecież co innego.
- Miała chłopaka? – zapytał, a kobieta pokręciła głową. – A spotykała się z kimś? Lub może z kimś zerwała?
            Dalej kręciła głową. Westchnął.
- A miała jakichś wrogów? Opowiadała może o kimś, ktoś jej groził lub coś? Cokolwiek?
            Kobieta znowu pokręciła głową, kuląc się. Nagle zdał sobie sprawę, że być może był za bardzo napastliwy. Odetchnął. Jej myśli przypominały kłębiące się, burzowe chmury. W tej postaci nie mógł nic z nich odczytać.
- Przepraszam – szepnął, wstając, po czym usiadł obok niej. Uspokoiła się. – A więc nie spotykała się z żadnym chłopcem?
- Miała… kolegę – mruknęła kobieta, a w jej myślach pojawiła się nawet przystojna twarz blondwłosego nastolatka. – Przeprowadził się tu niedawno, pracuje w hotelu…
W którym my jesteśmy, a Shan zaraz uwiedzie właścicielkę. Namierzam go, pomyślała intensywnie Mei, chcąc podkreślić, że tym razem to ona i Shan są lepsi.
- Byli blisko?
- Nie wiem. On… wydawał się cierpieć po śmierci Misoto.
- Dziękuję pani. Przepraszam za najście – wstał. Kobieta niemal zerwała się za nim.
- Już pan wychodzi? – zapytała. Miała nadzieję, że zostanie. Jej mąż miał nie wrócić na noc. Prawie nie mógł uwierzyć, że dorosła kobieta może patrzeć na niego w ten sposób. Miał w końcu tylko siedemnaście lat. W duchu błogosławił, że to nie Shan tu przyszedł, bo kto wie, jakby się to skończyło. No, bo ja bym mu dała! zawołała oburzona Mei, a on prawie zachichotał. Mei już od kilku minut z dezaprobatą przyglądała się, jak Shan zawzięcie uprawia jeden ze swoich ulubionych sportów. Uchiha bezczelnie flirtował z cycatą właścicielką hotelu.
- Niestety, obowiązki wzywają – wykręcił się, kłaniając się jej nisko. – Dziękuję pani za rozmowę.
            Jej rozgoryczenie prawie go bolało. Ta kobieta była naprawdę nieszczęśliwa. Z trudem odkręcił się do niej plecami i ruszył do wyjścia. Poszła za nim. Przyglądała się, jak zakłada buty, a potem zamknęła zanim drzwi, gdy opuścił dom. Odetchnął. Straszne, rzucił do Mei, ruszając w stronę hotelu, w którym siostra już odnalazła poszukiwanego chłopaka i teraz przeczesywała jego myśli. Ten jednak zajęty był sprzątaniem i myślał o tym, że lokator jednego z pokoi jest obleśny. Mintao wcale mu się nie dziwił. Syf, jaki po sobie zostawił mieszkaniec pokoju, był niemożebny.
            Mintao dotarł w końcu do hotelu i wszedł do środka. Miał nadzieję, że w tym miejscu w końcu na coś trafią.


„…- Coś ty za jeden? – zapytał Mintao, postępując krok do przodu. Żółte oczy obcego spoczęły na nim. Uśmiechnął się.
- To całkiem dobre pytanie – powiedział, wstając…”


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz