wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 13

I nie myśl, jak Cię nauczyli w świecie
Świątecznych-uczuć świąteczni-czciciele,
I nie mów, ziemskie iż są marne cele
Lecz żyj raz przecie…!
Cyprian Kamil Norwid


Maya siedziała przy kuchennym stole w swoim mieszkaniu. Spojrzenie jej oczu, jednego dużego i brązowego, drugiego w kolorze zaniepokojonej żółci, było bardzo smutne. Starała się nie myśleć o niczym, ale to nie było łatwe. Po prostu nie mogła wyrzucić z głowy myśli o wczorajszym wieczorze. To wspomnienie prześladowało ją od samego rana. Moment, kiedy Mintao wrzasnął, gdy jego ubranie zajęło się ogniem, a później jego oczy, patrzące na nią. Zaledwie ją dotknął, zareagowała w tak głupi sposób, jakby zupełnie nad sobą nie panowała! Co za upokorzenie! Co za katastrofa! Wszystko zepsuła!
- To wszystko przez niego –powiedziała na głos, opierając czoło na złożonych na stole dłoniach. – To wszystko przez niego!
            Tak, to, co się wczoraj stało, było winą Mintao. To przez to, jaki był! Do tej pory wszystko było dobrze, przez te lata tyle razy ze sobą rozmawiali, zaprzyjaźnili się, a on… A on nagle zaczął rzucać głupimi tekstami, gnić Shana za jego żarty, zachowywać się tak dziwnie. Nie rozumiała jego intencji i dlatego się przy nim denerwowała. Sprawiał, że jej serce biło przy nim dużo szybciej, a wszystko dookoła robiło się gorące. I to do tego stopnia, że ubiegłego wieczoru podpaliła blondyna…
            Zakryła twarz dłońmi, kręcąc głową. Nawet nie śmiała dopuszczać do siebie myśli, że mogłaby spodobać się synowi swojego mistrza. Mintao był przecież ogólnie lubiany i popularny, nie był jakimś dziwakiem, tak jak ona. Syn Lorda Hokage, najsilniejszy ze swojego rocznika, jeden z najlepszych shinobi Konohy, w dodatku taki przystojny. A ona? Ona była sierotą, bez przeszłości, w dodatku okaleczoną nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Ani jej ciało, ani umysł nie były zdrowe. Nie powinna sobie zbyt wiele wyobrażać, Mintao zasługiwał na kogoś pięknego, kogoś pokroju jego byłej dziewczyny. To właśnie ktoś taki do niego pasował. Zachowała się tak głupio. Zdradziła fakt, że to on jej się podoba, i to już nie dość, że przy nim, choć tak usilnie starała się kontrolować swoje myśli, to w dodatku przy wszystkich. Co za wstyd!
            W tym momencie usłyszała ciche pukanie do drzwi. Podniosłą głowę, zdumiona. Nie spodziewała się dziś gości, Lord Hokage był o tej porze w gabinecie, zajęty sprawami wioski. Prócz niego rzadko kto ją odwiedzał, częściej to ona sama chodziła do Hinaty-san i małego Junichiego.
- Maya, to ja, Mintao, otwórz! – usłyszała znajomy głos.
            Momentalnie zalała ją fala paniki. Ostatnią osobą, której by się spodziewała, był właśnie Mintao! W końcu wczoraj niechcący go podpaliła. Powinien jej unikać, trzymać się od niej z daleka! Po co do niej przychodził, skoro jest taka niebezpieczna?
- Chcę porozmawiać! – usłyszała. Przełknęła ślinę. Nie miała zamiaru go wpuszczać. Nawet nie wiedziała, gdzie jest jej ochraniacz, którym zasłaniała oko. W dodatku już teraz było jej przeraźliwie gorąco, prawie tak, jakby stała w płomieniach.
            Pukanie ponowiło się, dużo bardziej natarczywe. Coś przewróciło jej się w żołądku. Mintao… jako lekarz może i czuł się za nią odpowiedzialny, chciał jej pomóc, chciał być miły. Ale jako chłopiec… a ją, głupią, poniosła wyobraźnia. Pomyślała, że on, tak jak jego ojciec, mógłby się nią nie brzydzić. Niemal parsknęła śmiechem. Jak można się jej nie brzydzić…? Z taką twarzą, z tym okiem…
- Mayu! – Mintao już na poważnie załomotał w drzwi. – Chcę, żebyś mnie wysłuchała! Wcale się nie gniewam za wczoraj!
            Zamknęła oczy i nie ruszyła się z miejsca. Marzyła o tym, by ją zostawił. Nie mogła słuchać jego głosu, który wywoływał w niej nieznany wachlarz uczuć… ognistych uczuć.
            Usłyszała straszliwy trzask. Zerwała się z krzesła i pobiegła na korytarz by zobaczyć, co narobiło takiego hałasu.
            Mintao stał w otwartych drzwiach, u jego stóp leżały jakieś kawałki drewna i cały zamek, razem z klamką. Spojrzała na dziurę w drzwiach, a Mintao powiódł wzrokiem za jej spojrzeniem. Podrapał się po karku.
- No tak – powiedział zmieszany.– Zniszczyłem ci drzwi. Ale zamiast tak głupio myśleć, to mogłaś po prostu otworzyć! – naskoczył na nią, kiedy spojrzała mu w oczy, zdumiona. Nie mogła się ruszyć, po prostu na niego patrzyła. Myślała tylko o swojej twarzy, która nie była osłonięta. O tym, że on patrzy i widzi potwora, którym była. A potem dotarły do niej jego słowa… Wyważył drzwi… żeby się do niej dostać…
            Nie, zaprotestowała natychmiast jakaś część niej. Jego gniewne w tej chwili spojrzenie świadczyło o czymś innym. Wcale mu na niej nie zależało, był w końcu jej lekarzem, martwił się o nią jak o pacjentkę, miał ją leczyć, tak jak wcześniej sensei Sakura. Miał dbać, by już niczego nie podpaliła, to on zmienił jej leki. A wczoraj dała mu idealny pokaz swojego niezrównoważenia i braku kontroli. A on… patrzył na nią teraz, zmarszczył brwi, był strasznie wzburzony. Wcale jej to nie dziwiło. Widziała przecież bandaż, wystający spod jego kołnierzyka. To ona go skrzywdziła.
            Rozbolała ją głowa. Podniosła ręce i pomasowała skronie, przymykając powieki. Sytuacja ją przerosła, nie miała pojęcia, co robić i co mu powiedzieć. Jak przeprosić za swoje zachowanie i swoją głupotę? Jak wytłumaczyć się z własnych myśli? Rozchyliła powieki i spojrzała na niego. Będzie musiała jakoś się wytłumaczyć, przecież ją zrozumie, jest jej przyjacielem. Nie pogniewa się na nią tylko dlatego, że dała się ponieść emocjom. Przecież nie mogła zepsuć ich przyjaźni, nie mogła!
            Mintao zamknął, w miarę możliwości, uszkodzone drzwi i ponownie spojrzał jej prosto w oczy, jeszcze bardziej gniewnie. Zaskoczyło ją to. Dlaczego tak patrzył?
- Wszystko w porządku? – zapytał, ku jej zdumieniu, bardzo łagodnie.
- Nie – burknęła zgodnie z prawdą. Odwróciła się i poszła do sypialni, odnaleźć ochraniacz na swoje oko. Miała zamiar jak najszybciej zasłonić paskudną część swojej twarzy, jej opaska leżała na nocnej szafce. Porwała ją w dłonie, ale niespodziewanie dużo silniejsze od niej ręce złapały ją za nadgarstki i powstrzymały. To Mintao otoczył ją ramionami, tak jak wtedy podczas przyjęcia.
- Nie zakładaj jej – szepnął jej do ucha. Zadrżała. Wyplątała się z jego objęć i odsunęła na bezpieczną odległość. Było jej zbyt gorąco, a to nie był dobry znak. Cała drżała, ale starała się tłumić w sobie wszystkie swoje emocje. Nie czuć, tak, nie można czuć. Nie wolno czuć. Nie wolno jej czuć cokolwiek do Mintao, bo jest niebezpieczna, zrobiła mu krzywdę… Spojrzała na niego. Przecież on wszystko słyszy, zaraz ją wyśmieje… To wszystko znów się działo. Znów miała za dużo myśli w głowie i nie mogła sobie z nimi poradzić. Jeszcze chwila, a to wszystko eksploduje. Powinien wyjść, powinien ją zostawić, zanim znów…
- Cichutko… – szepnął Mintao, patrząc na nią ze współczuciem, po czym zbliżył się do niej. Patrząc jej w oczy ostrożnie położył chłodne dłonie na jej pulsujących bólem skroniach. Musiał doskonale wiedzieć, co dzieje się w jej głowie, jaką wojnę ze sobą toczy. To było takie upokarzające. – Cichutko, oddychaj i postaraj się opanować swoją głowę, no już, spokojnie, bo zaraz mnie usmażysz…
            Przestraszyła się, a on mocniej zacisnął palce, wplatając je w jej włosy.
- Mayu, przecież tata cię tego uczył… – wyszeptał cierpliwie – godzinami, na tych waszych treningach uczyłaś się jak być jednością z naturą. Godzinami z nim medytowałaś. Oddychaj, tak, jak cię uczył – wzięła głęboki, uspokajający wdech, a potem wypuściła powietrze z płuc. – Lepiej?
            Przytaknęła. Puścił ją i cofnął się o dwa kroki.
- To dobrze – powiedział, wycierając czoło. – Trochę się przestraszyłem.
            Zaczerwieniła się gwałtownie i spuściła oczy.
- Przepraszam – wyszeptała i zbliżyła się do swojego łóżka. Opadła na nie, zasłaniając twarz. Czuła rezygnację i zagubienie. – Przepraszam. Ja naprawdę nie chciałam cię poparzyć, zrobiłam to niechcący.
- Wiem, daj spokój, to był zwykły wypadek – Mintao ukucnął przed nią i ujął ją delikatnie za dłonie. Opuścił je, by spojrzeć na jej twarz. – Najzwyklejszy wypadek.
- I… nie boisz się, że mogłabym ponownie to zrobić? Znów cię poparzyć? Jak możesz tu siedzieć i nie bać się, że zaraz zrobię to samo?
- Nie, nie boję się, bo wiem, że z każdym dniem coraz lepiej kontrolujesz swoją moc… – uśmiechnął się, co tylko ją zdenerwowało. Czy on sobie kpił?!
- To nie prawda! – naskoczyła na niego. – Wcale tego nie kontroluję! W dodatku jestem jak potwór, a ty…!
            Urwała i zaczerwieniła się, nie mając pojęcia, jak skończyć to zdanie. Bo on… był… zachowywał się, jakby…
- Teraz to ty mówisz nieprawdę –powiedział, marszcząc brwi i przyglądając jej się z bliska. Krępowało ją to, nie miała pojęcia, jak mu uciec, jak się wykręcić, ta rozmowa zaczynała ją przerastać. – Szkoda, że ty nie możesz czytać mi w myślach. Zobaczyłabyś, że ja myślę o tobie zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażasz…
            Zaczęła gwałtownie kręcić głową. Nie mogła tego tak po prostu słuchać, była brzydka, zła, niebezpieczna… w dodatku najbardziej właśnie dla tych najbliższych. Nie powinna się do nikogo zbliżać, wcześniej poparzyłaby Shana, a wczoraj Mintao…
            Chłopak puścił jej dłonie i podniósł swoją rękę. Chłodnymi placami przesunął po jej policzku, a dokładniej, po bliźnie po lewej stronie jej twarzy. Zamarła. Nie spodziewała się, że będzie tak miły. Nikt nigdy nie był dla niej tak miły.
            Patrzyli sobie w oczy. Nagle Mintao przysunął się do niej. Sama nie wiedziała, kiedy i jakim cudem jego dłonie znalazły się na jej talii. Czekała sparaliżowana na to, co zrobi blondyn. Chłopak przymknął oczy, a jego usta delikatnie dotknęły skóry na jej policzku. Pocałował skraj jej blizny, apotem przejechał wargami ku górze i ucałował powiekę jej lewego oka. Po jej policzkach spłynęły łzy. Tłumione emocje zawrzały w niej tysiącem ogni. Nigdy czegoś takiego nie czuła. Nieśmiało podniosła ręce i położyła dłonie na jego torsie.
            Mintao chyba tylko na to czekał, na jakąś reakcję z jej strony. Jego usta przewędrowały do jej warg. Pocałował ją nadspodziewanie łapczywie i zaborczo. Przyciągnął ją do siebie, jego dłonie przewędrowały po jej plecach…
            Zatonęła w tej chwili. I właśnie w momencie, kiedy jej powieki opadły, a z głowy odpłynęły wszelkie myśli, właśnie wtedy ręce Mintao oderwały się od jej pleców, spoczęły na jej ramionach i mocno odepchnęły. Usłyszała krzyk, zanim wylądowała na poduszkach. Poderwała się natychmiast i spojrzała na chłopaka. Klęczał koło łóżka, trzymając się za twarz. Łzy zebrały jej się w oczach. Mintao ostrożnie opuścił dłonie, ukazując swoją twarz. Wargi, brodę i szyję miał całe czerwone, poparzone.
- Cholera – zaklął, przesuwając opuszkami palców po swoich spieczonych wargach.
- Poparzyłam cię – jęknęła, czując, jak łzy płyną jej po policzkach. Zerknął na nią.
- To nic – szepnął, krzywiąc się lekko. – Przepraszam, że cię odepchnąłem, nie chciałem, to był odruch.
- Ty mnie przepraszasz?! –zdenerwowała się, prawie zrywając z łóżka. – Za co?! To ja przez cały czas krzywdzę wszystkich dookoła!
            Mintao patrzył na nią współczująco, a potem wyciągnął rękę i wytarł łzy z jej twarzy. Zamarła na ten ruch i fala złości, jaka ją nagle ogarnęła, opuściła jej ciało. Znów poczuła rezygnację. Nie dość, że normalnienie panowała nad emocjami, to teraz czuła się jeszcze bardziej roztrojona. Zwykle zwiastowało to nieszczęście, jednak teraz wcale nie czuła tego nadmiaru energii, zwiastującego wybuch ognia. Teraz czuła coś zupełnie innego… zdenerwowanie, euforię i smutek jednocześnie, i do tego wszystkiego niepokój, który ściskał jej żołądek.
- Nie płacz już, proszę – powiedział Mintao. – Nie chciałem, żebyś znów zaczęła płakać. A ja też jestem głupi, to był twój pierwszy pocałunek! Mogłem pomyśleć… silne emocje… twój ogień…
            Zaczerwieniła się tak, jakby cały ogień z jej ciała przelał się w jej policzki. Jego słowa były dla niej jakby niezrozumiałe. On wcale nie gniewał się, że poparzyła mu twarz? I w dodatku… przecież ona była taka paskudna…
- Maya! – rzucił ostro, a ona drgnęła, patrząc pytająco, jednak natychmiast zrozumiała. Słyszał ją. Czytał wszystkie jej myśli, znał wszystkie jej rozterki. Mintao ponownie się zarumienił.
- Wybacz, zwykle tego nie robię – powiedział i usiadł obok niej, jedną ręką, którą otoczyła zielona chakra, przesuwając po swojej twarzy. Wiedziała, że w ten sposób tego nie wyleczy, ale przynajmniej łagodziło to ból. – Ale twoje myśli czasem bardzo mnie irytują. W ogóle się nie doceniasz. A tak naprawdę, to jesteś wspaniałą dziewczyną.
            Wziął ją za rękę, zwyczajnie, naturalnie, i wyszczerzył zęby w łobuzerskim uśmiechu. Nie była w stanie odwzajemnić mu się tym samym. Nadal coś jej się nie zgadzało. On… on ją pocałował. I nie był zły, że poparzyła. I nie bał się jej. Ale dlaczego? Jego poprzednia dziewczyna była taka piękna! Z nią mógł się wszędzie pokazać. Jej twarz… i jej ciało, były takie doskonałe! A ona… ona miała same braki…
            Mintao ponownie dotknął jej twarzy i po jego minie poznała, że nie skupiał się na jej myślach, tylko samemu nad czymś zastanawiał. Zaczął przesuwać palcami po licznych zmarszczkach wokół blizny. Rozzłościła się. Czyżby chciał z niej zakpić?! Co on mógł zobaczyć w kimś takim, jak ona? Ze złością odtrąciła jego dłoń i zerwała się z łóżka. Mintao jednak natychmiast zrobił to samo i złapał ją za rękę. Chciała się wyrwać, ale jej na to nie pozwolił.
- Przestań, puść mnie, Mintao! No puść!
- Nie! – prawie warknął, zaciskając palce na jej nadgarstku. – Będziesz w kółko uciekać! Powiedz mi, co tak naprawdę cię gryzie, powiedz to głośno! Jeśli ci się nie podobam, to mów, nie będę cię nachodził! Myślałem jednak, że mnie lubisz, przecież myślałaś o tym!
            Czemu on wszystko brał na siebie? Przecież to ona była niebezpieczna, to ona była brzydka, to ona zawsze sprowadzała na wszystkich nieszczęście.
- Nic nie rozumiesz! – zawołała w rozpaczy. – Mnie nie można kochać! Nie można! Jestem uszkodzona! Z defektem! Ja nie potrafię…
            Jego dłonie złapały ją za ramiona. Pchnął ją na ścianę i przygwoździł do niej, bo doskonale wiedział, że chciała uciec. Szarpnęła się, ale był zbyt silny, by zdołała go odepchnąć. Przerażona tą agresją spojrzała mu w twarz. Znów patrzył na nią wrogo. Teraz już zupełnie nic nie rozumiała.
- Posłuchaj mnie uważnie – rzekł twardo, patrząc jej prosto w oczy. – To, co mówisz, to zwykłe brednie! Ubzdurałaś sobie, że jesteś brzydka i tyle! Ja, dla przykładu, wcale tak nie uważam! Ktoś kiedyś po prostu – położył dłoń na jej okaleczonym policzku – strasznie cię skrzywdził, ale to nie twoja wina. Mayu, ty uciekasz od wszystkiego, co mogłoby zmienić twoje życie. Mój ojciec powtarza ci, że powinnaś panować nad emocjami, a nie tłumić je w sobie. Rozumiesz różnicę?! Te twoje brednie o tym, że nie powinnaś czuć, to są zwykłe bzdury. Każdy musi czuć! Więc przestań uciekać, do cholery, bo zwariuję! Ja… ja chyba się w tobie zakochałem i nic na to nie poradzisz. Będę walczył o ciebie, nawet z tobą samą!
- Mintao… ja…
- Nie, będziesz mnie słuchać, aż powiem wszystko, co chcę powiedzieć. Przede wszystkim, to ty sama sobie wmawiasz, że jesteś gorsza. Po co? Nieustannie porównujesz się z innymi! A powinnaś być sobą! Przestań płakać, uciekać, powtarzać, że jesteś zła, a ludzie będą cię postrzegać taką, jaką jesteś. Taką, jaką ja cię widzę. Taką, jaką widzi cię mój ojciec. Bo jesteś piękna.
            A potem po raz drugi ją pocałował, jednak był to pocałunek słodki, delikatny, ciepły. Jego wargi były szorstkie i chropowate, ale nie myślała już, że to przez nią. Przez to, że go poparzyła.
- Rozumiesz? – szepnął, kiedy się od siebie oderwali. Pokiwała skruszona głową. – No to jak? Chcesz być ze mną?
- Z tobą…? Jako twoja… dziewczyna?
            Zaśmiał się.
- Tak, głuptasku.
            I ona się uśmiechnęła, co wywołało w Mintao istną euforię. Przytulił ją radośnie i obcałował całą jej twarz. Skrzywiła się.
- Dobrze, ale odsuń się, Mintao, nie żartuję… znów cię poparzę…
            Odsunął się posłusznie, podnosząc ręce, ale na jego twarzy gościł szeroki uśmiech.
- Ale mam jeden warunek – powiedział, poważniejąc nagle.
- Tak? – zdumiała się.
- Żadnych głupich tekstów o wyglądzie, byciu złym i tak dalej.
            Zmieszała się. Mintao uniósł wysoko brwi, czekając na jej zgodę. Skinęła głową.
- Dobra. To skoro to ustaliliśmy… to masz tu jakąś maść na oparzenia?
            Parsknęła śmiechem.
- Mam – powiedziała, lekko zawstydzona. Zbliżyła się do szafki przy łóżku, w której trzymała swoje leki, po czym podała mu tubkę z maścią na oparzenia, jego własnej receptury. Mintao uśmiechnął się na widok znajomego leku, po czym zabrał tubkę, rozsiadł się przy jej toaletce i przyjrzał się swojej twarzy. Delikatnie pomacał swoje wargi.
- Boli? – zapytała, stając zanim.
- Bardziej boli mnie świadomość, że już cię dziś nie pocałuję – powiedział, wyciskając na palce odrobinę pomarańczowej maści. Zaczerwieniła się, ale i uśmiechnęła. – Całą bym cię upaćkał – mruknął, wklepując maść w swoje wargi, policzki i brodę. Następnie przyjrzał się sobie jeszcze raz, po czym wstał, zakręcając tubkę. – Wiesz co?
- Tak?
- Chyba jestem głodny – powiedział i w tym momencie zaburczało mu w brzuchu. Pokręciła głową i pozwoliła pociągnąć się do kuchni.

            Junichi biegał po ogródku, trzymając w dłoni siatkę na motyle i goniąc za jakąś ćmą, która pałętała się miedzy latarniami, zamontowanymi przy dróżce prowadzącej od schodów przed domem do furtki. We dwóch czekaliśmy, aż Hinata i Mei skończą przygotowywać kolację. Z domu dochodziły jakieś przerażające dźwięki i zapachy, sprawiając, że nie mogłem skupić się na liście od Tsuchikage. Z tego, co mi w nim donosił dowiedziałem się, że w jego wiosce również znajdowało się dziecko o niezwykłych zdolnościach. Tego właśnie się spodziewałem i nie zdziwiłbym się ani trochę, gdyby dwa pozostałe listy, na które wciąż czekałem, przyniosły mi identyczną wiadomość. Świat shinobi zmieniał się. Było to widać gołym okiem.
- Tato, ta ćma jest skubana! – krzyknął mój syn. Zwinąłem list od Tsuchikage i schowałem go do kieszeni kurtki.
- Tak, a dlaczego?! – zawołałem, podnosząc głowę. Siatka na motyle leżała porzucona na ziemi, zaś Junichi stał pośrodku drużki, trzymając w palcach szamoczącą się ćmę. Po chwili zwierzątko zamarło. Junichi rozwarł palce, a nieżywa już ćma opadła na ziemię.
- Następna! – zawołał mój syn i zaśmiał się wesoło. – Jakie mięcaki!
            Westchnąłem. Trochę przerażało mnie jego zachowanie. Junichi uwielbiał znęcać się nad małymi stworzonkami i różnego rodzaju roślinami. Najlepszą rozrywką było dla niego pobieranie energii od jakiegoś kwiatka, patrzenie, jak więdnie, a następnie przywracanie mu skradzionej energii, przyglądając się, jak odżywa. Nie chciałem nawet myśleć, co muszą przeżywać te biedne stworzenia.
- Gotowe, chodźcie jeść! – usłyszałem Hinatę. Skinąłem na Junichiego, a mój syn, śmiejąc się, podbiegł do mnie i złapał mnie za rękę. Poczułem, jak automatycznie zaczął pobierać ode mnie trochę chakry.
- Junichi – zacząłem, a on uśmiechnął się do mnie niewinnie. – Mógłbyś tego nie robić?
- Cego, tatusiu? – zapytał, gdy weszliśmy do domu. Przyklęknąłem, by ściągnąć mu buty.
- Nie pobierać ode mnie chakry – wyjaśniła, a synek uśmiechnął się do mnie najszerzej, jak potrafił.
- Ale najlepsa jest właśnie cakra tatusia! – zawołał i rzucił mi się na szyję. Cmoknął mnie w policzek. Zaśmiałem się i wziąłem go na ręce, niosąc do kuchni. Gdy weszliśmy do środka, Hinata i Mei właśnie rozkładały talerze. Usiedliśmy do kolacji we czwórkę, bo Mintao wciąż nie było. Miałem pewne podejrzenia co do tego, gdzie podział się mój syn po pracy, jednak póki co, wolałem nie odzywać się głośno. Przyglądałem się za to Mei, która co chwila krzywiła się lekko i co jakiś czas ukradkiem drapała się po brodzie lub szyi.
            Pierwszy, jeść kolację skończył Junichi. Odszedł od stołu, dziękując za posiłek i pobiegł bawić się do swojego pokoju. Zostaliśmy we trójkę i w tym właśnie momencie trzasnęły frontowe drzwi. Usłyszeliśmy szybkie kroki, które minęły kuchnię.
- Mintao! – krzyknąłem, a kroki ustały.
- Tak?! – zawołał mój starszy syn.
- Pozwól na chwilę!
- Eee… teraz? Za chwilkę, tylko…- kręcił.
- Wejdź do kuchni! – nakazałem mu.
            Usłyszeliśmy wyraźne westchnienie i po chwili Mintao wszedł do kuchni. Hinata wydała z siebie krótki okrzyk i zerwała się od stołu.
- Co ci się stało? – zawołała i podbiegła do niego. On i Mei skrzywili się jednocześnie. Mintao odwrócił się od Hinaty.
- Nic, mamo – powiedział przez zaciśnięte zęby.
            Hinata zerknęła na mnie z obawą. Poniosłem się z krzesła.
- Wyjdźcie – powiedziałem do dziewczyn. Mei natychmiast wstała od stołu, ale Hinata nie ruszyła się z miejsca.
- Naruto…
- Wyjdźcie, powiedziałem – powtórzyłem. Obie wyszły z kuchni, zamykając za sobą drzwi. Spojrzałem na syna, który gapił się w dolny, lewy róg pomieszczenia.
- Ściągnij koszulę – zarządziłem. Posłusznie podniósł ręce i ściągnął ją przez głowę, a potem cisnął mi pod nogi. – Wiesz, jak wyglądasz?
            Nie odpowiedział.
- Wyglądasz tak, jakby ktoś chlusnął na ciebie wrzątkiem – wyjaśniłem mu. Wysunąłem krzesło u szczytu stołu. – Siadaj.
            Posłusznie usiadł. Zacząłem krążyć wokół niego, nie mając pojęcia, jak się za to zabrać. Rozpraszała mnie jego poparzona twarz, ramiona i tors. Wiedziałem, że bardzo go to boli i jak najszybciej powinien się tym zająć.
- Jesteś moim synem i kocham cię – powiedziałem, stając po drugiej stronie stołu. Dłonie oparłem na oparciu krzesła. – I wiesz, że Mayę również kocham jak córkę. Nie chcę zabraniać wam czegokolwiek, nie chcę zabraniać wam się spotykać.
- Więc nie zabraniaj – odezwał się cicho.
- Mintao, spójrz, jak ty wyglądasz! Jak wygląda twoja twarz! Pocałowałeś ją, tak? Pocałowałeś i wyglądasz, jakbyś przytulił się do piecyka. Ona…
- Jest kobietą! – wtrącił się.
- Tak, jest – przytaknąłem. Jak ubrać w słowa to, co chciałem mu powiedzieć? – Ale jeszcze bardzo młodą. Buzują w niej hormony. Nie panuje nad sobą. Rozumiem cię, ale nie możesz… nie możesz… przecież wiesz, ilu ludzi zabiła! Poświeciliśmy ostatnie pięć lat na to, by nauczyć ją nad tym panować i nadal jej to nie wychodzi. Poczekaj… jakiś czas… ja wiem… wiem, co powiesz, ale… ona przecież może, niechcący, gdy będzie roznamiętniona, zapomni się… i stanie ci się krzywda.
- Nie stanie – szepnął.
- Tak?! – zdenerwowałem się. – A teraz to niby co?! Dlaczego siedzisz tu, krzywiąc się, cały poparzony?!
            Nie odpowiedział od razu, tylko chwilę wpatrywał się w stół. A potem chyba coś poukładał sobie w głowie.
- Nie zgadzam się z tobą – rzekł. Gdy to mówił, jego dolna, spieczona warga pękła i po brodzie spłynęła mu kropla krwi. – Jestem pewien, że mi nie zrobi krzywdy. Jest przecież taka dobra, zasługuje na coś więcej, niż takie życie półśrodkami, jakie jej zafundowaliście. Nie cieszyć się, nie złościć… Czego jeszcze jej zabronicie? Nie kochać? A to – wskazał na swoją poparzoną twarz i szyję. – To był jej pierwszy pocałunek. Miała prawo… później będzie lepiej.
- Jakie później?! – zapytałem.
- Ja jej nie zostawię. Chcę się z nią spotykać – rzekł twardo. – Myślę, że szczęście nie będzie takim katalizatorem do wybuchu, jak gniew.
            Pokręciłem głową. Jakie to było trudne! Chciałem wierzyć w to, co mówił. W to, że Maya nie zrobi mu krzywdy, ale nie mogłem. Tyle razy widziałem, jak szybko i jak łatwo wyprowadzić ją z równowagi. Że jest niebezpieczna nie tylko kiedy się złości, ale za każdym razem, gdy przeżywa jakieś silne emocje. A miłość się do nich zaliczała, a już na pewno ta pierwsza, nastoletnia. Nie mogłem pozwolić, by mój syn wystawiał się na takie ryzyko!
- Posłuchaj… – zacząłem. Wstał.
- Nie, to ty posłuchaj. Jeżeli mi zabronisz, jeżeli jej zabronisz… w ogóle, jeżeli będziesz się wtrącał, to zabiorę ją z Konohy i więcej nie ujrzysz żadnego z nas!
            Zatkało mnie. Mintao wycelował we mnie palcem.
- Przysięgam, że to zrobię! I masz z nią o tym nie rozmawiać, nie wiadomo, co mogłaby sobie pomyśleć lub ubzdurać. Ona mnie kocha, ja kocham ją. Koniec tematu.
            Zabrał swoją koszulę z podłogi i ruszył do wyjścia.
- Mintao! – ryknąłem na niego. Nawet się nie obejrzał. Chwilę potem trzasnęły frontowe drzwi i mój syn opuścił dom.
            Wściekły, uderzyłem pięścią w stół, co natychmiast spowodowało nadejście Hinaty, która prawdopodobnie podsłuchiwała przez cały czas.
- Widziałaś go?! – krzyknąłem, wskazując ręką okno wychodzące na podwórko. – Słyszałaś, co powiedział?!
- Naruto… – zaczęła nieśmiało, tonem, który ani trochę mi się nie spodobał.
- O, tylko mi nie mów, że miał rację, Hinata! To ja trenuję Mayę i wiem, jak reaguje! Widziałaś, jak wyglądał?!Też miałem kiedyś siedemnaście lat i wiem, o czym myśli taki chłopak! Stanie się coś złego i dopiero będzie, na własne oczy widziałem, do czego jest zdolna! I nie ma co się łudzić, nawet ze swoimi zdolnościami Mintao nie zapanuje nad jej ogniem, bo jej myśli nie mają na niego żadnego wpływu, to dzieje się wbrew niej! I gdzie on polazł?!
            Ruszyłem w stronę drzwi, jednak Hinata zastąpiła mi drogę, podnosząc ręce.
- Czekaj, Naruto, uspokój się…
- Słyszałaś go przecież, to już drugi raz! Zachowuje się jak nieodpowiedzialny gnojek…!
- Ja wiem, kochanie, ale zaczekaj. Przecież znasz Mintao, wiesz, że on zawsze jest bardzo odpowiedzialny…
- No, strasznie! – wykrzyknąłem, po raz kolejny uderzając pięścią w stół, dla podkreślenia swoich słów. –Właśnie pokazał, jaki jest odpowiedzialny! Naraża nie tylko siebie, ale i wioskę! Zapomniałaś już?! Jeden oddział ANBU, tamci ludzie Hiroetsu, szpital i nasze bunkry! Zapomniałaś, jak wszystko wysadzała?! Hinata, to jej się wcale nie poprawiło! Nawet nie przycichło, potrafi kontrolować płomień tylko wtedy, gdy nie targają nią silne emocje, po medytacjach ze mną! Ale normalnie, wystarczy głupota…!
- Naruto – przerwała mi Hinata, podchodząc do mnie. – A pomyślałeś o Mayeczce?! Jakby się poczuła, gdyby Mintao nagle przestał się z nią widywać?!
- Oczywiście, że pomyślałem! – zawołałem, jeszcze bardziej unosząc głos. – Przecież ja im nie zabraniam, tak całkowicie… ja tylko chcę, by… by ona się najpierw nauczyła, przecież i samą siebie skrzywdzi, jeśli coś mu zrobi! Wymagam od nich jedynie rozsądku…
- A skąd pomysł, że rozsądni nie są?
- Widziałaś jego twarz!
- Naruto… – złapała mnie za dłonie i pokierowała tak, bym przysiadł na kuchennym stole. Gdy tak zrobiłem, moje oczy znalazły się na równi z jej oczyma. – Gdyby to chodziło o kogoś innego, ale mówimy przecież o Mintao… Naszym Mintao, kochanie – pogłaskała mnie po policzku, patrząc mi w oczy. – Ja jestem pewna, że on będzie bardzo, bardzo ostrożny i bardzo, bardzo odpowiedzialny. Tak nie lubię, kiedy się kłócicie.
            Westchnąłem, wtulając policzek w jej dłoń. Cała złość mnie opuściła, Hinata miała już taką właściwość. Przygarnąłem ją do siebie i przytuliłem, zanurzając twarz w jej włosach.
- Ja zwyczajnie się martwię –mruknąłem. – Maya jest taka niestabilna, a Mintao od zawsze w gorącej wodzie kąpany. Niby wszyscy cały czas go chwalą za odpowiedzialność, a co robi od kilku dni?
- Po prostu się zaplątał, skarbie – szepnęła Hinata. – Zaplątał się w uczuciach, potrzeba mu czasu… Nie bądź na niego zły, ja… – spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się ciepło. – Nie chciałbyś mieć Mayeczki za córkę? – zapytał, a ja otworzyłem szerzej oczy. No nie, tego to się nie spodziewałem. Czyli Hinacie to było nawet w smak, że nasz syn związał się z najniebezpieczniejszą i zarazem najbliższą mojej rodzinie osobą w całej Wiosce Liścia? A co będzie, jeśli wydarzy się nieszczęście? Jak potem z tym sobie poradzimy? Co będzie z Mayą? Przecież ona nie wybaczyłaby sobie tego! A o tym, że mogłaby skrzywdzić Mintao, nie chciałem nawet myśleć!
- Nie wiem – mruknąłem, kręcąc głową. – Ja naprawdę nie wiem. Już jest dla mnie jak córka, nie chcę po prostu, żeby…
- Nic się nie stanie – przerwała mi dobitnie moja żona.
- Skąd możesz to wiedzieć? –zapytałem.
- Za dużo się zamartwiasz – znów pogłaskała mnie po policzku. – Stanowczo za dużo się martwisz.
- Bo mam was wszystkich na głowie, całą wioskę, tylu shinobi i ta cała sprawa z tymi dziwnymi dzieciakami, z Takako i morderstwami, z nienormalnymi mocami, z tym całym wyścigiem w którym wciąż zostaję w tyle… – oparłem się czołem o jej czoło. – Czuję się wykończony i jeszcze własny syn mi dokłada…
- On się zwyczajnie zakochał, Naruto. To nie zbrodnia – zachichotała. – Chyba nie bronisz Mayeczki przed własnym synem, tak, jak Mei przed tymi wszystkimi chłopcami?
- Jakimi chłopcami?! – wykrzyknąłem, podnosząc głowę.
- No, na przykład przed Shanem…
- Mei i Shan coś teges… ten teges, że teges? – zapytałem, czując, jak coś przewraca mi się w żołądku. Hinata wzruszyła ramionami.
- Nie wiem, ja tylko tak…
- MEI!!! – wydarłem się, delikatnie odsuwając od siebie Hinatę. – MEI, MUSIMY POROZMAWIAĆ!!!
            Jednak Mei nie miała mi nic do powiedzenia. Nazwała mnie czubkiem, a Shana jeszcze większym czubkiem, z którym nigdy w życiu nie chciałaby chodzić, po czym zamknęła się w pokoju, twierdząc, że idzie spać i ma zamiar się wyspać. Zostawiłem ją więc w spokoju i poszedłem do naszej sypialni, gdzie na moim i Hinaty łóżku znalazłem Junichiego, który znęcał się nad kolejnymi ćmami. Leżały one wszędzie, na podłodze, szafkach, nawet na mojej poduszce, jakby do pokoju zleciały się nam wszystkie ćmy z Konohy. Westchnąłem zrezygnowany.
- Junichi, co ty wyprawiasz? –zapytałem, podchodząc do niego.
- Bafię się – odparł, kiedy usiadłem przy nim i przyjrzałem się martwym ćmom, leżącym wszędzie dookoła. Skąd tyle ich się tu wzięło?
- Nie wolno bawić się życiem zwierzątek, skarbie – powiedziałem, a on przyjrzał mi się z pytającą miną. – Zwierzątka też czują. Nie powinieneś tak robić.
- A co cują sfiesątka? – zapytał, patrząc na martwą ćmę, którą trzymał w dłoni.
- Wszystko, na przykład ból.
- Cują ból? – pytał tak, jakby nie rozumiał.
- Tak, kochanie, zwierzątka cują… znaczy, czują ból – wyjaśniłem mu, wyjmując mu martwego owada z dłoni. Rzuciłem go na podłogę, gdzie leżały chyba setki innych. Junichi rozejrzał się po sypialni, a potem zerknął mi w oczy.
- Ale ćmy to mięcaki!
- Nawet jeśli są słabe, nie znaczy to, że nic nie czują.
- I… i one zdechły i je to bolało? – przyjrzał mi się podejrzliwie, a ja smutno pokiwałem mu głowa. Jego mina natychmiast się zmieniła i zanim zdążyłem zareagować, Junichi wybuchł przeraźliwym płaczem.
- ŁAAAAAAAAA! MAAAAAMO, JA ZDECHŁEM CIEMY I JE TO BOLAAAAŁO!!! ŁAAAAAAAAAA!
            Trochę czasu minęło, zanim udało nam się, wraz z Hinatą, uspokoić tego ancymona. Po czasie jednak dał się uciszyć i przekonać, że nic złego nie zrobił, i że po prostu powinien przestać bawić się w ten sposób. Kiedy zasnął, zabraliśmy się z Hinatą za sprzątanie jego ofiar. Ja trzepałem pościele z naszego łóżka, ona zamiatała martwe owady z podłogi.
- Zastanawiam się, jak on zmusił te wszystkie ćmy, by tu przyleciały? Co zrobił? – odezwałem się głośno, wybierając Mertów ćmy spod poszewki na poduszkę.
            Hinata oparła się na szczotce i spojrzała na mnie.
- Nie rozmawiałeś z nim o tym? –spytała dziwnym tonem.
- Eeee… no nie – przyznałem. – A ty?
- No… nie rozmawiałam z nim o ćmach, ale… gdy idziemy cię odwiedzić, zawsze go pytam, czy jesteś w gabinecie i on zawsze wie, czy tak, czy nie. Mały nigdy nie miał problemu z odnalezieniem ludzi, na przykład całkiem niedawno co jakiś czas pytał mnie, czemu „fujek” Sasuke nie wejdzie do domu, tylko z daleka nas podgląda…
            Otworzyłem szerzej oczy. A wiec naprawdę, podczas mojego pobytu w szpitalu, Ban zlecił pilnowanie Junichiego właśnie Sasuke.
- Co mu powiedziałaś? – zapytałem.
- Że wujek Sasuke jest nieśmiały – parsknąłem śmiechem, kręcąc głową.
- Chciałem, by ktoś miał małego na oku – wyjaśniłem, poprawiając poduszki, które wcześniej trząchałem. – Nie miałem pojęcia, że mały się domyśli. A więc naprawdę w przyszłości będzie doskonałym tropicielem… Ale co to ma wspólnego z tymi ćmami?
- Myślę, że on odnajduje je tak, jak ludzi. Po ich energii – mruknęła moja żona. – Ale jak je tu ściąga, nie mam pojęcia – zmiotła wszystkie owady na jedną kupkę i przyjrzała się im. Było ich naprawdę sporo.
- Ja nie mam za to pojęcia, kiedy nasz najstarszy syn raczy wrócić do domu – powiedziałem, siadając na pościelonym przeze mnie łóżku i patrząc, jak Hinata nagarnia ćmy na szufelkę.
- Myślę, że nie wróci. Pewnie poszedł do Mayi.
- Nie – zaprzeczyłem. – Nie chciałby jej martwić kłótniami w naszym domu. Jestem niemal stuprocentowo pewien, że poszedł do Shana. Mogę sprawdzić – zacząłem, już prawie aktywując tryb mędrca, jednak Hinata pokręciła głową.
- Daj spokój, porozmawiasz z nim jutro, bo jeszcze znów się pokłócicie.
            Wyszła z sypialni, by wyrzucić nieżywe owady do kosza, a ja zostałem sam. Położyłem się na łóżku, patrząc w sufit. Nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że moje własne dzieci będą sprawiać mi tyle kłopotów!


W następnym rozdziale:

„…Stukot obcasów okutych metalem skutecznie tłumiło wszechobecne błoto…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz