wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 11

Jest więc taki świat,
nad którym los sprawuję niezależny?
Czas, który wiążę łańcuchami znaków?
Istnienie na mój rozkaz nieustanne?
Wisława Szymborska


O tym, że nastał ranek, poinformował go nachylający się nad nim Kazekage, a nie słońce. Otworzył oczy i spojrzał na przywódcę Wioski Piasku, a ten uśmiechnął się, po czym cofnął o krok i powiódł wzrokiem po ich twarzach. Mintao ujrzał jego oczyma samego siebie, obejmującego wtuloną w niego, zarumienioną, jakże gorącą Mayę oraz przytulającego się do jego klatki piersiowej, malutkiego Kazuo. Widząc ich dwoje, śpiących, przytulonych do niego, rozczulił się. Nie miał pojęcia, które jest bardziej urocze. Ten malec? Czy może zarumieniona Maya?
- Dzień dobry – odezwał się Kazekage.
- Dzień dobry, Lordzie Kazekage. Pan wybaczy, że nie wstaję – uśmiechnął się do przywódcy wioski. Ten skinął głową i usiadł na podłodze naprzeciw niego. W pokoju panował półmrok, ciężkie zasłony na oknach nie dopuszczały do nich nawet jednego jasnego promienia wschodzącego słońca.
- Przepraszam, że spaliście na podłodze. Gdy nocą tu po was przyszedłem, zastałem was niemalże w takiej samej sytuacji, tak więc pomyślałem, że może nie należy was budzić – mówiąc to przyglądał się Mayi, a nie jemu. Mintao zarumienił się lekko, bo Kazekage zachodził w głowę, czy on i Maya są parą i że w związku z tym Naruto pewnie jest zadowolony.
- Nic się nie stało, Lordzie Kazekage. Sypialiśmy już w o wiele gorszych warunkach – powiedział, a czerwonowłosy skinął głową.
- Może jesteś ciekaw, jak zakończyły się wczorajsze poszukiwania? – zapytał.
- Nie, doskonale wiem, jak się skończyły – odparł.
- Ach, no tak, twoja zdolność! Wybacz mi…
- Nie – przerwał mu Mintao, uśmiechając się. – Potwór odwiedził nas nocą.
            Lord Kazekage spojrzał na niego w zdumieniu. Mintao pogłaskał po głowie śpiącego Kazuo.
- To ten malec – wyjaśnił. – On… wydaje mi się, że potwór, którego widzi, jest projekcją jego wyobraźni. Ciemność, którą włada chłopiec, przybiera kształty, które on sobie wyobraża. A że się bał zjaw i strachów i o nich myślał, to taka zjawa się pojawiała. Mogłem ją zobaczyć, bo byłem w kontakcie z jego umysłem. Ale Maya już tej zjawy nie widziała. Jestem też niemal pewien, że do ataków ciemności na ludzi i zwierzęta dochodziło, bo malec nie umie kontrolować mocy albo, bo ponosi go wyobraźnia.
- Więc on naprawdę coś widział? – zdumiał się Kazekage, a Mintao skinął głową.
- I było to aż nazbyt prawdziwe. Myślę jednak, że jakoś sobie z tymi jego strachami poradzimy. Nawet jeśli już wiemy, co się działo, to i tak chcę zabrać chłopca do Konohy, żeby obejrzała go sensei Sakura.
            Kazekage skinął mu głową, a Mintao odetchnął uspokojony, bo przez chwilę pomyślał, że pomoc Konohy może okazać się zbędna, skoro rozwiązali zagadkę. A nie chciał zostawiać dzieciaka, czuł się za niego w jakiś sposób odpowiedzialny. Obiecał mu, że go nie zostawi i nie miał zamiaru łamać tej obietnicy.
            Maya wymamrotała coś przez sen, a on zerknął na nią. Dziewczyna budziła się ze snu i po kilku sekundach otworzyła zaspane oczy. Jej Szalone Oko przybrało kolor lekko fioletowy, gdy spojrzała na niego i uśmiechnęła się przyjaźnie. Nigdy nie widział u niej fioletowej tęczówki. Odwzajemnił uśmiech.
- Dzień dobry – odezwał się.
- Dzień dobry – odpowiedziała, po czym przetarła oko i spojrzała przed siebie. Dostrzegła Lorda Kazekage, siedzącego na podłodze i poderwała głowę, nieco spłoszona tym, że tuli się do Mintao w obecności przywódcy Wioski Piasku.
- Och, dzień dobry Lordzie Kazekage – pochyliła głowę w jego kierunku. Czerwonowłosy odwzajemnił ten gest.
- Witam – odrzekł. – Mam nadzieję, że dobrze spałaś, droga Mayu.
- O-och, tak, dziękuję – odpowiedziała, lekko się rumieniąc, przez co powietrze wokół rozgrzało się troszeczkę. Mały Kazuo zaczął się wiercić, obejmując Mintao za szyję.
- Przed chwilą właśnie opowiedziałem Kazekage, co odkryliśmy w nocy.
            Skinęła głową, przeciągając się, a Mintao prześliznął wzrokiem po jej ciele, w szczególności skupiając się na płaskim brzuchu, który na chwilę został odsłonięty, gdy uniosła w górę ręce. Już wcześniej zauważył, że jest ładna, ale jakoś nieszczególnie go to interesowało. Co go skłoniło, by teraz się nad tym zastanowić? Chyba myśli Kazekage, to, że pomyślał, iż ładnie razem wyglądają no i jego ojcu mogłoby się to podobać. Uśmiechnął się do dziewczyny, kiedy ponownie spojrzała mu w oczy.
- Jestem głodny – wypowiedział na głos pierwszą głupią rzecz, jaka przyszła mu do głowy. Oboje zerknęli na malca, śpiącego w objęciach Mintao.
- Połóżcie go do łóżeczka, wstanie dopiero na obiad – powiedział do nich Kazekage, podnosząc się z podłogi. – Zawsze przesypia całe dnie. Na dole jest jego opiekun, a wy możecie zająć któryś z pokoi w tym domu. Czujcie się jak u siebie – Kzekage podszedł do drzwi i położył dłoń na klamce. – Zobaczymy się wieczorem, przed waszym wyjściem. Życzę wam miłego dnia.
            Kazekage zostawił ich samych, cicho zamykając za sobą drzwi. Mintao wstał i ułożył małego Kazuo w łóżeczku, po czym sam się przeciągnął. Zgarnęli z Mayą swoje rzeczy z podłogi, po czym wyszli z pokoju dzieciaka i odnaleźli jakiś inny. Maya poodsłaniała okna, a on w tym czasie zajrzał do łazienki.
- Chcesz się myć pierwsza? – zakrzyknął do niej.
- Jeśli chcesz, to się myj! – zawołała. – Mogę poczekać!
            Z radością władował się pod prysznic, zmywając z siebie pot. Przy Mayi zawsze było upiornie gorąco, a jeszcze w dodatku byli na pustyni. Wiedział jednak, że przyjaciółka nie jest w stanie kontrolować ciepła,jakie wytwarzało jej ciało.
            Kiedy wyszedł spod prysznica wytarł się dokładnie, po czym ubrał w krótkie, sięgające mu do kolan, dżinsowe spodnie i koszulkę na ramiączka. I tak miał ciemną karnację skóry, ale skoro był już w Sunie, to miał zamiar złapać trochę słońca. W końcu mieli z Mayą przed sobą cały dzień wolnego, bo wyruszyć mieli dopiero nocą.
            Wrócił do pokoju, wycierając mokre włosy, a Maya poszła do łazienki. Kąpała się kilkanaście minut, a wtedy on starał się uciec myślami jak najdalej od pokoju. Uczepił się umysłu sklepikarza ze sklepu na sąsiedniej ulicy i razem z nim odliczał resztę dla wszystkich klientów po kolei.
            Aż w końcu Maya wróciła, ubrana w krótką, białą spódniczkę i białą bluzeczkę zawiązywaną na szyi, odsłaniającą prawie całe plecy. Była już zupełnie sucha, nawet jej włosy nie były mokre. Zaśmiała się na widok jego miny, kiedy obrzucił ją spojrzeniem, a potem zabrał się za wycieranie włosów. Zbliżyła się do niego i zabrała mu ręcznik, a potem wsunęła mu palce we włosy.
- Mayu, jesteś lepsza od suszarki! – zawołał, kiedy poczuł, jak woda z jego włosów w momencie paruje.
- No dzięki – prychnęła, a on zaśmiał się. Cofnęła się, patrząc, jak rozczesuje włosy grzebieniem, a potem wiąże je z tyłu w standardowy kucyk. Roztrzepała mu grzywkę.
- No, może być – rzekła zadowolona, patrząc na niego krytycznie. Widział siebie jej oczyma, było to takie dziwne uczucie, że natychmiast się wycofał. Nie chciał wiedzieć, co o nim myśli. To o to zawsze miała do niego pretensję jego Nami. Że grzebie jej pogłowie, choć z całych sił się starał, by tego nie robić.
            Spaaaaaaaaać! Usłyszał Mei, która się właśnie obudziła i miała pretensję, że tak głośno myśli. Prychnął.
- Właśnie obudziłem Mei –odpowiedział do Mayi, która uniosła brwi w niemym pytaniu. – To co, idziemy na obiad? – zapytał, wygrzebując swój portfel z leżącego obok łóżka na którym siedział plecaka. Maya przytaknęła, zasłoniła opaską swoje lewe oko i wyszli razem z pokoju, a potem z budynku.
            Słońce już wstało, pieszcząc swoimi promieniami całą Sunę. Ludzie budzili się do życia. Sklepy były właśnie otwierane, dzieciaki szły do Akademii, ulicami kręcili się zmierzający do pracy robotnicy i shinobi Piasku. Cieszył się, że ma przed sobą dzień wolny. Tak dawno już nie miał żadnych wakacji. Szpital i treningi całkowicie go pochłonęły.
- Może tu? – zapytała Maya, wyrwawszy go z jego własnych, prywatnych myśli.
- Może być – odparł, patrząc na małą jadłodajnię. Oczywiście, podawali w niej ramen.
            Zamówili sobie po misce ulubionej zupy jego ojca, a Mintao za nią zapłacił. Jedli, dowcipkując. Mei w domu właśnie szykowała sobie śniadanie, klnąc na niego, że narobił jej apetytu na ramen, a jest spłukana. Chciała dobrać się do jego oszczędności, ale udało mu się ją powstrzymać. W końcu postanowiła iść do Shana i zobaczyć, czy nie wygrał ostatnio z kimś kilku misek, na przykład z ich ojcem. Zostawiła swoje śniadanie i wyszła do Uchihy.
- Biedny mały Kazuo – powiedziała w pewnym momencie Maya, a on spojrzał na nią. W ogóle nie słuchał jej myśli, dlatego zaskoczyła go zmiana tematu.
- Hm?
- Chodzi mi o to, co widzi –wyjaśniła lekko zdziwiona, że jej nie rozumie. – O te zjawy. Musiał się bardzo bać.
- Tak, te moce… wszystko robi się coraz dziwniejsze – zauważył. – Te dzieciaki… – nachylił się ku niej. – Nie masz wrażenia, że i Junichi, i Kazuo… że ich nie imają się żadne ograniczenia? On utkał z czystego… no kurczę, z mroku!… potwora tak realnego, jakby był żywy…
            Pokiwała głową.
- A Junichi przecież…
- Potrafi tyle różnych rzeczy – dokończył za nią.  – Ciekaw jestem, gdzie znajdują się granice jego zdolności – zastanowił się.
- I jej konsekwencje – szepnęła cicho, spuszczając nieco głowę. Przyjrzał się jej z uwagą, czując niemal palącą potrzebę muśnięcia jej myśli. To po prostu to zrób, kretynie! Naskoczyła na niego Mei, zła, że Shana nie było w domu. Ale on wiedział, że nie ma prawa naruszać czyjejkolwiek prywatności. To nie była już misja ani nic, to było zwyczajne, wspólne śniadanie. Nie miał prawa grzebać jej po głowie. Za to ona miała pełne prawo wymagać od niego, by uszanował jej prywatność.
- Tego się najbardziej boisz, prawda? – zapytał.
- A ty nie? – odpowiedziała pytaniem, uśmiechając się z przymusem. – Przecież ty czujesz ten ból… I… nie czujesz się… inny?
            Zerknęła na niego z obawą. Uśmiechnął się do niej ciepło.Jak miał nie czuć się inny, skoro inny był? Ale… to przecież nie oznaczało czegoś złego. Wyciągnął rękę i położył na jej prawie gorącej dłoni.
- Maya, tacy po prostu jesteśmy i już, nie? – przytaknęła mu, uśmiechając się już bardziej szczerze i wróciła do swojej zupy. Zjedli, a potem postanowili przejść się po Sunie.
            Wioska Piasku, w przeciwieństwie do Konohy, miała o wiele mniej atrakcji do zaoferowania turystom, jak dla Mintao, to wszędzie tu był tylko piasek. Ale Maya miała na ten temat inne zdanie. Zaciągnęła go do szklarni, w której można było obejrzeć wszystkie rosnące na pustyni kwiaty, głównie same kaktusy, kwitnące na kolorowo i wydzielające nieraz prawie oszałamiające zapachy, a on mógł się pochwalić swoją znajomością roślin, gdyż ich część używana była do tworzenia lekarstw lub trucizn.
            Później wybrali się na spacer po wiosce. Odwiedzili Sayoko w jej pracowni, a dziewczyna pochwaliła się im swoimi najnowszymi dziełami. Dla Mintao było prawie śmieszne, widzieć Sayoko, piękną, zmysłową, ognistowłosą Sayoko bez makijażu, za to przed kołem garncarskim, ubraną w wyciągnięte, poplamione dresy, z włosami związanymi do tyłu, w chustce na głowie, w ogromnej pracowni z wysoko sklepionym dachem, wyrabiającą glinę i opowiadającą o swojej pasji z dziecinnym zapałem. Zdawała mu się wtedy zupełnie inną osobą.
            Ognistowłosa zaprosiła ich na herbatę, więc oczywiście nie odmówili. Mintao wiedział, że ją i Mayę połączyła szczera przyjaźń. W Konosze Maya miała problem z nawiązaniem takich relacji, jej i Mei charakter nie pozwolił im się zaprzyjaźnić, a reszta mieszkańców trochę się Mayi bała przez liczne incydenty, kiedy to dziewczyna traciła nad sobą panowanie.
            Spędzili miłe popołudnie na pogawędce o tym, jak wspaniałą sztuką jest garncarstwo. Mintao kompletnie się na tym nie znał, ale był uprzejmy. Jednak od opowieści Sayoko bardziej interesowało go obserwowanie Mayi. Jej brązowego oka, w którym dopatrzył się kilku jaśniejszych plamek. Jej wąskich, różowych ust, wilgotnych od popijanej herbaty. Smukłych, szczupłych palców, zgrabnych pleców, łydek i małych piersi. Była ładna. Nawet bardzo ładna, a przecież wiedział, że zupełnie nie zdawała sobie sprawy ze swoich wdzięków, ponieważ skupiała wszystkie swoje myśli wokół lewej połowy twarzy.
            Ale ty jesteś okropny, wtrąciła się w jego rozmyślania Mei. Patrzysz na nią jak na tą głupią Nami. A kobieta to przecież nie cycki i łydki, Mintao! Wywrócił oczyma. Przecież doskonale to wiedział, ale czy to problem, że Maya podobała mu się od strony fizycznej równie mocno, co wcześniej, kiedy patrzył na nią tylko i wyłącznie jak na przyjaciółkę, od strony psychicznej? On nie widział w tym żadnego problemu.
           Wy, faceci, jesteście tacy durni! prychnęła Mei. Miał już powoli dość uwag siostry.
            Wyszli od Sayoko koło szesnastej i postanowili wrócić do małego, przespać się jeszcze przed podróżą. Szli ulicą główną, przyglądając się słońcu, które zachodziło właśnie za horyzont, jako że Wioska Piasku znajdowała się w depresji, w skalnej niszy poniżej poziomu ziemi. Byli w połowie drogi do celu, kiedy Mintao poczuł nagle niepokój promieniujący z wielu umysłów przednimi, a potem ogólny strach oraz napięcie.
- Coś się dzieje! – wykrzyknął do Mayi, puszczając się biegiem. Maya pobiegła za nim.
- Nie mam żadnej broni ani nic! – wykrzyknęła. – Ty też nie, czekaj!
            Dopiero teraz o tym pomyślał. Przeczesał umysły shinobi w pobliżu, aż odnalazł taki, który mu się spodobał. Zerknął na skaczącego po dachach pobliskich budynków mężczyznę, zmierzającego w tym samym kierunku, co oni. Facet wyprzedzał ich trochę, lecz nagle wygiął się w łuk i wrzasnął, zatrzymując się. Na jego czole wystąpiła żyła, pulsująca coraz szybciej.
- Nie walcz, durniu – mruknął do siebie Mintao, wcierając się do jego umysły coraz głębiej. W tym samym momencie mężczyzna zamilkł. Zaczął odpinać swoją kaburę, po czym rzucił ją Mintao, odwrócił się i pobiegł w przeciwnym kierunku. Chłopak zajrzał do środka, wyjął sobie kunai i trzy shurikeny, a resztę, razem z kaburą, rzucił do Mayi.
- Mintao! – wykrzyknęła Maya, doskonale wiedząc, co zrobił.
- I tak by się do niczego nie przydał, to jakiś skończony kretyn! – odkrzyknął jej. – Lepiej, żeby się nie plątał pod nogami!
            To powiedziawszy, uciekł myślami do przodu, prześlizgując się od głowy do głowy. Jak przypuszczał, coś działo się dokładnie w miejscu, do którego zmierzali. Po kolei poznawał szczegóły, aż w końcu dotarł myślami na miejsce zdarzenia i wpił się w umysł jakiegoś ninja, by jego oczami ujrzeć to, co się tam działo.
            Domek w którym mieszkał mały Kazuo nakryty był czymś, co wyglądała jak odwrócona dnem do góry, kamienna misa. W środku był sam Kazekage, a wraz z nim mały chłopiec oraz jego opiekun i kilku skrytobójców. Nikt nie miał pojęcia, czy atakować, bo to jutsu wroga, czy wręcz przeciwnie, zostawić, bo to tarcza Kazekage.
            Mintao opuścił umysł człowieka i wypuścił jedną z myślowych macek do przodu, chcąc zajrzeć pod kamienną barierę, jednak napotkał opór. Zdziwiło go to. Po raz drugi w życiu został zablokowany.
- Cholera! – zaklął. Biegnę powiedzieć tacie, poinformowała go Mei i wybiegła z domu. Zerknął na Mayę.
- Nie bardzo wiadomo, co się tam stało – powiedział do dziewczyny, kiedy się z nim zrównała. – Nie walczą, ale… zresztą, zaraz zobaczysz.
            Przyspieszyli i już po chwili dostrzegli grupę shinobi Piasku, zebraną wokół kamiennej bariery. Zatrzymali się.
- Kazekage nadal jest w środku? – zapytał Mintao jakiegoś jounina, a ten skinął mu głową.
- Tak. Ty… Ty jesteś Uzumaki Mintao, prawda? – zapytał go. Mintao tylko skinął głową. Przyzwyczaił się już,że był rozpoznawany. Sława jego ojca sprawiała, że on i Mei rzadko pozostawali anonimowi we wszystkich pięciu Ukrytych Wioskach. Włosy po ojcu i oczy po matce sprawiały, że większość shinobi pięciu narodów potrafiła ich rozpoznać nawet, jeśli nigdy w życiu ich nie widziała.
- Odsuńcie się! – ryknął Mintao, doskonale wiedząc, jak rozbić piaskową tarczę. Wszyscy cofnęli się jak na komendę, a on wyciągnął przed siebie dłoń, tworząc Rasengana. Kiedy jutsu już się uformowało, cofnął się o dwa kroki, a potem z rozpędem uderzył w tarczę.
- Aaaaaał! – wrzasnął na cały głos, odskakując w tył i trzymając się za dłoń. Spojrzał na poharatane palce. Rasengan odbił się od tarczy, czego Mintao kompletnie się nie spodziewał i przez to nie zdążył dezaktywować jutsu zanim ugodziło ono rykoszetem w jego dłoń. Szybko zawiązał pieczęć i skupił zieloną chakrę wokół swojej dłoni, by wyleczyć zranienia. Maya zbliżyła się do niego.
-Rasengan nie podziałał? – zapytała zdumiona, a potem przeniosła spojrzenie na piaskową tarczę. Zmarszczyła brwi.
- Zbombarduję to – powiedziała.
            Skinął głową, a Maya przymknęła oczy i uniosła w górę obie dłonie. Zacisnęła je w pięści, a potem szybko otworzyła, wyprężając palce. Wokół kamiennej tarczy pojawiło się dziesięć ognistych kul, wyglądały jak czerwone Rasengany z wirującym wewnątrz płomieniem zamiast chakry. Kiedy Maya ponownie zacisnęła palce, wszystkie dziesięć ognistych Rasenganów uderzyło w tarczę dokładnie w tym samym czasie.
            Huk był niemożliwy, ogarnął ich pył, tak, że musieli zasłonić oczy. Kiedy opadł, Mintao spojrzał na tarczę i doznał głębokiego szoku. Była nietknięta, jakby nic w nią nie uderzyło. W tym samym czasie Mei dotarła do gabinetu Hokage i właśnie zdawała ojcu raport z tego, co działo się w Wiosce Piasku. Jej oczyma Mintao widział twarz Hokage. Jego ojciec najpierw był poważny, a potem uśmiechnął się do siebie pod nosem. „Spokojnie, mają tam drugą linię obrony”, rzekł do Mei i nakazał jej usiąść na kanapie i opowiadać sobie, co dzieje się w Wiosce Piasku, jednocześnie nucąc w myślach jakąś piosenkę, by nie dowiedzieli się, o co mu chodziło. Mintao zaśmiał się do siebie. Cały ojciec.
- Co się stało? – zapytała Maya.
- Tata powiedzia… – urwał, bo okolicą wstrząsnął huk. Spojrzeli przed siebie.
- Lord Kazekage! – wrzasnął któryś z jouninów.
            Skalna tarcza wybuchła z boku, a przez powstałą w niej wyrwę wypadły trzy postaci: białowłosy Takako z małym Kazuo na rękach oraz Lord Kazekage. Między nimi toczyła się walka.      
- Maya! – krzyknął Mintao i we dwójkę rzucili się, by pomóc Kazekage. – To Takako!
- To on? – zapytała Maya, wpatrując się w białowłosego, który szybował w powietrzu, na kawałku skały. Lord Kazekage ciskał w niego piaskowymi shurikenami, samemu będąc unoszonym przez piasek. Jego shurikeny zatrzymywały się na piaskowych tarczach tworzonych przez przeciwnika. Obaj szybko oddalali się od budynków, Gaara napierał na Takako, by ten znalazł się jak najdalej od wioski, Takako uciekał z trzymanym pod pachą, nieprzytomnym Kazuo.
            Maya i Mintao biegli, obserwując powietrzną walkę. Za nimi podążał jeden oddział skrytobójców, wsparcie dla Kazekage.
- Odetniemy mu drogę ucieczki, weźmiemy go w kleszcze – szepnął do Mayi, a potem obrócił się i na migi pokazał skrytobójcom, co chcą zrobić. Ich przywódca skinął mu głową. Mintao wyklepał pieczęć i wyciągnął rękę w stronę Mayi, a ona złapała go za dłoń. Stracili grunt pod nogami.
            Wylądowali za wioską i natychmiast się obrócili. Na tle ciemniejącego nieba widzieli dwie postaci, toczące ze sobą zażartą walkę. Kazekage próbował zamknąć przeciwnika w piaskowym więzieniu, a on cały czas je rozbijał, wyrzucając przed siebie pięść i jakąś niewidzialną siłą burząc piaskowe tarcze Kazekage. Mintao wiedział, że Takako ma większą władzę nad ziemią od przywódcy wioski. Że piasek nie jest w stanie zatrzymać tego drania.
            Pobiegli w tamtym kierunku i ustawili się wprost pod walczącymi, patrząc w górę. Mintao poczuł nagle myśli drugiej linii, którą wysłał im ojciec. Uśmiechnął się.
- Dasz radę? – zapytał dziewczynę. Skinęła głową, wyciągając w górę obie dłonie. Mintao wtargnął w umysł Kazekage.
- Pan się wycofa! – dał mu mentalny sygnał i przesłał obraz tego, co planowali. Kazekage zareagował natychmiast. Rzucił się w tył, tworząc przed Mintao kilka piaskowych platform, dzięki którym chłopak mógł dotrzeć do zawieszonego w przestworzach Takako, stojącego na kawałku skały.
- Kage Bunshin no Jutsu! – ryknął Mintao, a w powietrzu zaroiło się od jego klonów. Wiedział, że to marnowanie chakry, ale nie miał wyboru. Zaczął skakać po platformach Kazekage, patrząc, jak Takako odpiera ataki jego klonów. Czuł, jak z każdym zniszczonym sobowtórem chakra opuszcza go bezpowrotnie, ale Mei była już gotowa podzielić się z nim swoimi siłami.
            Dotarł do Takako, a kiedy już się z nim zrównał, cisnął wniego serią shuriken, uważając, by nie trafiły małego. Takako odbił je wszystkie kawałkiem ziemi, które unosiły się w powietrzu wokół niego. Wyglądały one jak satelity, krążące wokół niego i gotowe, by zawsze go zasłonić.
- No witam – mruknął, uśmiechając się do Mintao. Ten prychnął i wyklepał pieczęć.
- Tasai na nukite! – zawołał, aktywując swoje jutsu. Jego palce rozbłysły kolorowo, a on wyskoczył w kierunku Takako, markując cios. Białowłosy prychnął, patrząc na niego. Machnął wolną rękę, a kawałek skały poszybował w kierunku blondyna z zawrotną prędkością. Mintao odbił się od niego stopą, potem od następnego, zawieszonego w powietrzu przez Kazekage i znów zaatakował. Takako obrócił się w jego stronę i ponownie się obronił, a Mintao jeszcze raz wykonał ten sam manewr.
- Mam cię – szepnął do siebie, kiedy Takako po raz kolejny machnął ręką, by zasłonić się skalną tarczą.
            Kawałek skały, którym chciał się obronić, został nagle ugodzony niewielką, ognista racą, wystrzeloną przez Mayę i skruszył się. Takako wytrzeszczył oczy, zaskoczony, a w tym samym czasie Mintao dezaktywował jutsu i opadł na kawałek skały, na którym stał przeciwnik.
- No hej! – syknął białowłosemu prosto w twarz, łapiąc małego Kazuo w pasie. Nim Takako zorientował się, co się dzieje, Mintao już spadał w dół, widząc, jak Maya unosi obie dłonie. Zerknął w górę, stopami uderzając o ziemię.
            Takako zostało otoczony przez ogniste wiezienie w kształcie kuli. Była to jedna z bardziej śmiercionośnych technik Mayi, wewnątrz ognistej klatki panowała taka temperatura, że żaden człowiek by tego nie przeżył. Mintao rozejrzał się. Opodal stała garstka jouninów i Kazekage. Wszyscy wpatrywali się w płonące więzienie. Podszedł do dowódcy skrytobójców i podał mu małego Kazuo.
- Zabierzcie dziecko do wioski –rozkazał im Kazekage, a oni skinęli głowami i odbiegli. – Mayu, myślę, że jużnic z niego nie zostało! – zawołał do Mayi, ale dziewczyna potrząsnęła przecząco głową.
- Nie – zawołała. Mintao czuł jej myślami, że coś jest nie tak, choć ona nie umiała tego określić. I w tej chwili ogień otaczający Takako rozprysł się, jakby niewidzialna siła rozerwała go od środka. Płomienie rozmyły się w powietrzu i pogasły. Białowłosy Takako zwalił się ciężko na ziemię, kaszląc, jednak już po chwili podniósł się z niej chwiejnie i spojrzał na nich, dysząc lekko. Ubrania miał czyste i całe, ogień w ogóle go nie dosięgnął. Czyżby zdążył ochronić się swoją skałą? Ale jak, Mintao nie miał pojęcia. Przecież nawet jeśli by się osłonił dzięki swojej mocy, to powinien się usmażyć niczym w piekarniku!
- No, to było niezłe, Szalonooka– szepnął, oddychając głęboko. Wyglądał niemal nienagannie, a jego blade, wąskie wargi wygięte były w pogardliwym uśmiechu. Bladożółte oczy wpatrywały się w nich kpiąco.
            Kazekage zareagował najszybciej z nich wszystkich, wyklepując pieczęć.
- Cofnijcie się! Ryuusa Bakuryu!– zawołał, dotykając podłoża. On i Maya odskoczyli do tyłu.
Gigantyczna fala piasku uniosła się w powietrze, jednak z drugiej strony, niemal w tym samym momencie, podniosła się identyczna. Fale zderzyły się z ogłuszającym hukiem, wzniecając chmurę pyłu. Kiedy ten opadł, ujrzeli plecy uciekającego Takako.
- Wpadnie wprost na drugą linię – szepnął Mintao do reszty, a Maya zrobiła zdziwioną minę. Kazekage skinął głową. Już wiedział. Musiał wyczuć piątego uczestnika zabawy. We trójkę puścili się biegiem za białowłosym.
            Nagle, przed uciekającym Takako rozbłysło złote światło. Widzieli, jak zaskoczony przestępca zatrzymuje się, a potem zaczyna robić uniki przed atakującą go, wielką, złotą, człekokształtną bestią. W miarę, jak się zbliżali, kształty były coraz wyraźniejsze. Ujrzeli zarys okrytej hełmem głowy, pokryte zbroją złote ramiona, kościste żebra, miecz w ręku złotej postać, aż na końcu człowieka we wnętrzu utkanego z chakry potwora przypominającego nie do końca uformowanego rycerza. Bardziej od złotej chakry rozświetlającej mrok jarzyły się tylko czerwone oczy stojącego we wnętrzu swojego Susanoo Shana Uchihy.
- Cześć! – krzyknął Uchiha na ich widok, machając ręką. Jego Złoty Rycerz atakował zawzięcie przeciwnika, a ten osłaniał się kamiennymi tarczami przed każdym uderzeniem. Wyglądało to niesamowicie imponująco. Nieruchomy Shan, kierujący Złotym Rycerzem, ze wzrokiem wlepionym w Takako, który stał przed nim i ruchami dłoni sprawiał, że z podłoża pod nimi wyrastały kamienne tarcze, którymi się osłaniał. Uderzenia miecza w każdą z nich powodowały, że w powietrzu śmigały odłamki skalne, które nagle zatrzymywały się i, kierowane przez Takako, uderzały w Susanoo, krusząc się i wzniecając chmury pyłu. Mintao obserwował to, zafascynowany, lecz nagle coś go zaniepokoiło. Ukłucie strachu, wyraźnie pochodzące od strony Wioski Piasku.
- Coś jest nie tak! – ryknął, oglądając się za siebie. Poczuł strach promieniujący z umysłów za nimi, ale był za daleko i nie zrozumiał, o co chodzi. Spojrzał na Kazekage, który, dość zaniepokojony, wpatrywał się w majaczącą w oddali Wioskę Piasku. – Damy tu sobie radę… Pańscy ludzie…
- Wiem – szepnął Kazekage i zerknął na nich. – Liczę na was.
            Przywódca wioski skinął im głową na pożegnanie, po czym wyklepał pieczęć, by udać się do wioski i sprawdzić, co się dzieje. Mintao zerknął na walczących. Shan atakował zawzięcie, jednak Takako nie ustępował mu nawet na krok. Uzumaki spróbował wemknąć się w jego myśli, ale ponownie napotkał twardą jak skała barierę, przez którą za nic nie mógł się prześliznąć. On i Maya wycofali się za Shana.
- Kiedy Hokage cię wysłał? –zapytał Uchihę, skupionego na Takako.
- Dzień po was! Miałem trzymać się z daleka i w razie co interweniować! – odparł, a potem zerknął na Takako. – E, kotek! Mamy porachunki!
- Doprawdy? – zapytał Takako, posyłając w ich kierunku setki kamiennych pocisków, które rozbijały się o Susanoo Shana, wzniecając masę kurzu. – A czego może ode mnie chcieć wielki Shan Uchiha? – zapytał kpiąco. Shan już otworzył usta, by odpowiedzieć, jednak w tym momencie Takako wzniósł obie dłonie i gwałtownie je opuścił.
            Ziemia pod nimi pękła, rozstępując się. Stracili grunt pod stopami i zaczęli spadać. Mintao złapał Mayę za rękę, a potem wspólnie zdołali uchwycić się jednej ze ścian, zanim uderzyli o dno nagle powstałego wąwozu. Mintao zerknął dół. Shan, zmęczony po aktywacji Susanoo, walczył z Takako za pomocą katany, a ten bronił się kamienną włócznią. Uchiha popisywał się swoim nienagannym taijutsu, skopiowanym za pomocą sharingan od najlepszych shinobi, jakich w życiu spotkał, jednak Takako nie ustępował mu nawet na krok. W dodatku co chwila atakował Uchihę kamieniami, które krążyły wokół nich i uderzały w Shana w najmniej spodziewanych momentach, a ten był zmuszony osłaniać się przed nimi i jednocześnie przed atakami białowłosego. Mintao wiedział, że długo tak nie pociągnie, bo Susanoo zużywało mnóstwo chakry. Uchiha klął w myślach na czym świat stoi, aż przykro było tego słuchać. Między tymi przekleństwami Uzumaki wyczytał plan, jaki mają zrealizować.
- Pomożemy mu – szepnął do Mayi.
            Nagle ziemia, której się trzymali, wystrzeliła gwałtownie w stronę przeciwległej ściany. Blok skalny którego się uchwycili zaczął rosnąć i pęcznieć, by ich zmiażdżyć o skałę naprzeciw. Puścili się go w ostatniej chwili.
- Uwaga! – ryknęła Maya i pociągnęła go w bok, kiedy z drugiej strony w jego kierunku wystrzelił kolejny skalny blok. Ich ciała zderzyły się ze sobą w powietrzu. – Trzymaj się!
            Objął ją w pasie, patrząc, jak wyciąga przed siebie dłonie. Byli już naprawdę blisko ziemi, spadali dość niefortunnie, a z obu stron nacierały kolejne skalne bloki, najwyraźniej mające zamiar zrobić z nich miazgę. Maya zamknęła oczy.
            Przed nimi wystrzelił ogień, a siła odrzutu odepchnęła ich ku górze. Chwilę potem skalne bloki kierowane przez Takako, które miały ich zmiażdżyć, zderzyły się ze sobą z hukiem, dokładnie w tym samym miejscu, w którym znajdowali się jeszcze przed sekundą. Wystrzelili w powietrze i jedno na drugim wylądowali na piasku nad wąwozem. Natychmiast pozbierali się z ziemi i podbiegli do urwiska. Shan biegł za uciekającym Takako.
- Za nimi! – ryknął i zaczęli biec, obserwując uciekiniera. Patrzyli, jak Uchiha goni zbiega, unikając skalnych szpikulców, które wyrastały mu tuż pod nogami z podłoża i z boków skalnego wąwozu. Przypominało to bieg przez płotki, tyle, że czasem Uchiha, zamiast skakać przez nie, musiał się przed nimi uchylać lub po nich przebiegać. Jednocześnie, za pomocą katany, osłaniał się przed bombardującymi go kamiennymi shurikenami i kunaiami.
Mintao wyrzucił przed siebie myśli i wdarł się do głowy Uchihy.
- Wiej! Zrealizujemy twój pomysł! – wykrzyknął. Uchiha zareagował natychmiast. Zatrzymał się i zaczął biec w przeciwnym kierunku, a potem ku górze, po ścianach, korzystając ze wcześniej utworzonych przez Takako szpikulców. Mintao spojrzał na Mayę.
- Wysadź go – wyjaśnił. Dziewczyna spojrzała na niego z lekką obawą, a potem skinęła głową i wyciągnęła dłonie do przodu.
            Nagle, w całym wąwozie wybuchł ogień. Huknęło potężnie, aż okolica zadygotała, a ku niebu wystrzeliły pióropusze ognia. Takako biegł wąwozem, Mintao cały czas go obserwował i widział, jak płomienie do niego docierają, a potem było już tylko piekło. Nikt by tego nie przeżył. Kiedy ogień opadł, zajrzeli do wąwozu. Zobaczyli tylko czarne skały, w niektórych miejscach połyskujące, gdy piasek zamienił się w szkło. Po Takako nie było śladu. Shan podbiegł do nich.
- Zginął? – zawołał, a oni spojrzeli na niego.
- Nie wiem, nie czułem go nigdy– odrzekł Mintao. – Nie widać go w każdym razie.
- Nie działa na niego genjutsu –szepnął Uchiha, dysząc lekko. – Jest zajebisty w taijutsu, w dodatku moje ninjutsu w starciu z tymi jego sztuczkami okazało się do niczego.
            Przysunął się do Mayi, wyciągając rękę.
- Jestem taaaaki zmęczony… – jęknął z wyraźnym zamiarem oparcia się o dziewczynę, a Mintao spojrzał na niego chłodno.
- Nawet nie waż się jej dotykać– warknął. Shan zamarł w pół kroku, a głowa Mayi obróciła się, kiedy dziewczyna spojrzała na Uzumakiego. Ten jednak patrzył spokojnie, ale groźnie, na Uchihę. W końcu czarnowłosy podniósł w górę obie dłonie.
- Spoko – mruknął, cofając się.– To kiedy ślub? – zapytał natychmiast i w tym momencie wokół nich wybuchły płomienie.
- Debilu! – ryknął Mintao, odskakując w tył, ale patrzył na Mayę, która próbowała ugasić wirujące wokół niej płomyki. Shan również cofnął się do tyłu, ale minę miał kpiącą i lekko zadziorną.
- Przepraszam, przepraszam! – zawołała Maya, cała czerwona na twarzy. – To niechcący!
            Opanowała płomień i spojrzała wściekle na Shana.
- Shan, mogłam cię poparzyć! –wykrzyknęła. Uchiha założył dłonie za głowę i przyjrzał się jej z uśmieszkiem na gębie.
- Oj, to nie moja wina, że jesteś taka wstydliwa. Choć… to nawet słodkie – zastanowił się chwilę. – Tak, masz u mnie przeprosinowy ramen. Więc jak, jesteśmy umówieni na randkę? – ale mówiąc to, zerknął na Mintao, jakby dokładnie wiedział, że to go rozdrażni.
- Zabiję! – warknął Uzumaki, po czym puścił się biegiem za zanoszącym się śmiechem Uchihą. Doskonale wiedział, że Shan podrywa Mayę tylko dlatego, że chce go sprowokować. Uzumaki miał zamiar dać mu tę satysfakcję, w końcu znał Shana i wiedział, że ich siły są mniej-więcej wyrównane i że potrafiłby dołożyć temu pajacowi, zwłaszcza, że chodziło o Mayeczkę. Spędził z nią naprawdę cudowny dzień i chciałby to w najbliższym czasie powtórzyć, bez wtykającego mu nos w jego sprawy Shana.
- Stój, Uchiha! – ryknął, wiedząc, że Maya biegnie za nimi. Dziewczyna potraktowała ich zachowanie jako żart, co Mintao trochę rozczarowało. Maya była taka inteligenta, ale jednej rzeczy pojąć nie potrafiła. Nie rozumiała, że ona też może się podobać. Podrywy Shana były dal niej żartem i tu akurat się nie myliła, bo Uchiha żadnej dziewczyny nie traktował poważnie, zresztą, tak jak one jego, ale żeby nie uwierzyć jemu, Mintao? Nigdy nie odważyłby się z niej zakpić! Jakby mógł?
            Gonił Uchihę, przysłuchując się też trochę temu, co Mei opowiadała ojcu i uzupełniając jej wypowiedzi o rzeczy, które zdążył zauważyć u Takako. Mei przekazywała ojcu jego myśli, a Hokage słuchał tego uważnie, kiwał głową i nawet czasami lekko się uśmiechając. Wciąż jednak nucił tę przeklętą piosenkę, koszmarnie fałszując nawet w myślach, więc on i siostra nie mogli niczego z jego myśli wyłuskać.
            Nagle Shan zatrzymał się i Mintao omal na niego nie wpadł. Sekundę później zrównała się z nimi Maya.
-Ej, widzicie to? Co to? – zapytał Uchiha, wskazując palcem. Mintao wystrzelił do przodu swoje myśli i wdarł się do umysłu któregoś z shinobi. Mężczyzna ten był strażnikiem na murach i wraz z przyjaciółmi widział, co się działo. Kiedy skrytobójcy wracali do wioski, ich kapitan nagle kazał im stanąć, po czym bez wahania wyrżnął cały oddział i ucieka wraz z odbitym chłopcem. Strażnicy próbowali go gonić, ale im zwiał. I wtedy pojawił się Kazekage…
            Mintao wrócił do swojej własnej głowy, wściekły do granic.
- Cholera, to był zdrajca!  –krzyknął do siebie i zaczął biec.
- Jaki zdrajca? – zapytała Maya.
- Przywódca skrytobójców! Że też nic nie wyczułem! Ale on w ogóle nie myślał o zdradzie, był czysty! Cholera!
            Przyspieszyli i już po chwili stali pośród małego tłumu, obok milczącego Kazekage i wpatrywali się w kilka skrwawionych ciał, leżących na chłodnym piasku. Było już naprawdę późno.
- Co z Takako? – zapytał cicho Kazekage. Mintao wzruszył ramionami.
- Nie mamy pojęcia, Lordzie Kazekage. Nie jesteśmy w stanie obiecać, że zginął.
- Rozumiem – odparł przywódca wioski. – Kazuo…
- Został uprowadzony – dokończył za niego Mintao. – Wiemy.
            Dopiero teraz Lord Kazekage spojrzał mu w oczy. Odetchnął głęboko.
- Chodźcie do mojego gabinetu – mruknął, po czym zerknął na jednego ze strażników. – Zabierzcie stąd te ciała. 


W następnym rozdziale:

„…I wtedy usłyszałem wrzask mojego syna…”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz