wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 6

„W męczarni twórczej, w bólu natężonej mocy
Trawiony dzikim ogniem, z obłąkanym czołem”
Leopold Staff


Ze splecionymi na piersiach dłońmi przyglądałem się nowemu graffiti, wysmarowanemu na jednym z budynków w mojej pięknej Wiosce. Wiedziałem, czyj umysł zrodził to niby-dzieło. Na owym malowidle widniała moja, według mnie, całkiem udana podobizna, która szczerzyła spiczaste zęby. Z głowy wyrastał jej czerwone rogi, oczy lśniły szkarłatem. Zielone tło za nią płonęło, jakby trawiły je piekielne ognie.
- Ten chłopak mnie wykończy – powiedziałem do Bana, a on spojrzał na graffiti. Wcześniej nie miał czasu, zajęty grzebaniem w zakupach. Wyszliśmy kupić papier i atrament, a także spinacze do papieru, pinezki i kilka innych rzeczy. Zajrzeliśmy też do cukierni i kupiliśmy kilka deko ciastek, które akurat znajdowały się na dnie torby.
- Ładnie pan wyszedł, Lordzie Hokage, tak naturalnie.
- Uważasz, że diabelskie rogi to mi naturalnie rosną? – zapytałem, ruszając w dalszą drogę. Ban w końcu wydobył sobie ciastko, ale zabrałem mu je, zanim udało mu się włożyć je do ust. Chłopak z westchnieniem ponownie zanurzył rękę w „otchłaniach” papierowej torby.
- Czasem rosną – zażartował, a ja ugryzłem słodkie ciastko, które mu zabrałem. Chłopak skrzywił się na ten widok.
- Ha ha ha, nie wiedziałem, że bywam zły – powiedziałem zgryźliwie, gdy zbliżyliśmy się do budynków administracyjnych. Wspięliśmy się po schodach do mojego gabinetu. Ja usiadłem za biurkiem, a Ban zajął się rozpakowywaniem zakupów. Po chwili na moim biurku znalazł się talerzyk z ciasteczkami. Sięgnąłem po jedno, z szuflady wyjmując papiery do przeczytania.
            Niestety, nie zdążyłem przeczytać choćby jednego zdania, gdy nagle drzwi mojego gabinetu otworzyły się i do środka wpadły moje dzieci wraz z Shanem Uchihą. Już chciałem ich opieprzyć za to, że nikt nie raczył zapukać, ale zorientowałem się, jakie mają miny. Wyprostowałem się.
- O co chodzi? – zapytałem, kiedy doskoczyli mi do biurka.
- To była pułapka – powiedział Mintao podnosząc dłonie, by powstrzymać Mei i Shana przed odezwaniem się. – Czekał tam na nas jeden świr, który powiedział, że podobno dostałeś wiadomość o tym, że jakiś wyścig się rozpoczął!
            Otworzyłem szerzej oczy, patrząc na niego ze zdumieniem. Bez wątpienia chodziło o karteczkę znalezioną przy trupie Kuchinaby.
- A jednak to prawda! – zawołała Mei. – Jaka to kartka?
- Pisało na niej… „Start, Lordzie Hokage” – wyjaśniłem, zerkając po ich twarzach. – Opowiedzcie mi co się stało?
- Przeprowadziliśmy normalne śledztwo, ale nie szło nam. Postanowiliśmy zajrzeć na miejsce zbrodni, a tam czekał na nas koleś o imieniu Takako – rzekł Shan, występując krok do przodu. – Mintao z nim walczył…
- Ale przegrałem – powiedział mój syn, a ja wytrzeszczyłem oczy. Usłyszeć, że Mintao przegrał, to było coś niesamowitego. Mój syn był… był geniuszem!
            Mei wykrzywiła się, ale nie skomentowała mojej myśli.
- Co było dalej?
- Raczej wcześniej – mruknął Mintao. – Zanim zaczęliśmy walczyć on poprosił nas, byśmy się zdeklarowali. Nie wiemy o co mu chodziło, ale chciał, byśmy powiedzieli czy jesteśmy wierni tobie, wierni Ukrytym Wioskom, tak się wyraził, czy staniemy po jego stronie. Powiedzieliśmy, że jesteśmy wierni tobie. Wtedy się zaśmiał i chciał odejść. W dodatku wspomniał o Mayi i Junichim. Znał też naszą moc. Nie mogliśmy go czytać… odciął też ode mnie Mei, nawet z jej chakry nie mogłem korzystać… Ale najważniejsze… Tato, on był taki jak my – wyczułem niepokój w głosie syna. Pokiwał głową, by potwierdzić mój domysł. – Ziemia pod naszymi stopami była mu całkowicie posłuszna. Byliśmy bezsilni. Od razu wyeliminował Shana, a potem Mei. Pokonał mnie jakby dokładnie wiedział, jaki ruch wykonam.
            Chwilę mu się przyglądałem. Spodziewałem się wszystkiego, ale nie takiej nowiny!
- Raport – zażądałem, a Shan natychmiast zaczął grzebać w swoim plecaku. Wyciągnął papier, po czym podał mi go.
- Co więcej o nim powiecie? – zapytałem, czytając dokładny opis zdarzenia, sporządzony przez Shana. Uchiha był w tym najlepszy. To zadziwiające, ile szczegółów potrafił uchwycić.
- Miał zajebistą koszulkę! – zawołał natychmiast Shan, a ja zerknąłem na niego. Moje uznanie dla jego talentu prysło jak bańka mydlana.
- Może wobec tego zajmij się modą – zaproponował mu rozeźlony Mintao, zwracając się ku mnie. – Wiedział za dużo, tato.
- Podsumujmy to, co mamy – powiedziałem wskazując im kanapę, na której siedział Ban, pilnie przysłuchujący się naszej rozmowie. Usiedli, a ja wstałem.
- Przed waszą wyprawą oddział Shar znalazł trupa byłego pracownika Hiroetsu z bilecikiem, na którym było napisane „start”. To start, według tego całego Takako, jest rozpoczęciem jakiegoś wyścigu. Nie wiemy jednak, na czym on polega. Wiemy za to, że to ten człowiek jest mordercą, którego szukam już od dłuższego czasu. Jego zdolność wyjaśnia powstanie krateru. W dodatku dzięki waszym informacjom mogę też powiązać go z paroma innymi sprawami. Pójdziecie do Saia, a on sporządzi jego portret pamięciowy.
- Ale tato, trzeba się tym poważnie zająć! – wykrzyknęła Mei, a ja pokiwałem głową, siadając na brzegu stolika naprzeciw nich.
- Oczywiście, że trzeba – powiedziałem, zerknąwszy na Bana. Chłopak skinął głową, wstał i wyszedł. – Mnie to tak samo niepokoi, jak was. Dlatego idźcie do Saia i jak najszybciej przynieście mi ten portret. Muszę sobie to wszystko przemyśleć…
            Powstawali z miejsc i wyszli. Westchnąłem, po czym wróciłem do biurka i wyjąłem sobie kartkę. Zacząłem zapisywać wszystko, czego się dowiedziałem. Chwilę później w gabinecie buchnął mi biały dym, a ja spojrzałem na oddział ANBU.
- O co chodzi? – zapytała Sharona.
- Człowiek, którego szukacie, nazywa się Takako. Nie wiem jeszcze, kim jest i czego do końca chce, ale wiem, że posiada niezwykłe zdolności polegające na władaniu ziemią. Przedstawił się moim dzieciom. Z tego co wiem, miał niepokojące informacje o wiosce i dzieciakach, całej czwórce.  Złożył im propozycję współpracy, nie wiem jednak, w jakim celu. Sai jest w trakcie sporządzania jego portretu pamięciowego. To dla was… – przesunąłem w ich stronę raport sporządzony przez Shana. – Jak tylko Sai skończy portret, weźmiecie jeszcze kilku ludzi i pójdziecie do tej wioski. Przeszukacie wszystko w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Liczę, że go znajdziecie. Uważajcie też na siebie. Pokonał Mintao.
- Po… – zaczął Toei, a ja podniosłem głowę i w końcu na nich spojrzałem.
- Tak?
- Pański syn… został pokonany? – dokończył z niedowierzaniem, a ja westchnąłem.
- Tak. Dlatego już wiecie, że to poważna sprawa, która coraz bardziej mi śmierdzi. Idźcie już.
            Gdy mnie zostawili, odetchnąłem głęboko, rozmasowując skronie. Wiadomość, że po kraju snuje mi się jakiś świr, potężniejszy od Mintao i jego drużyny, zabijający kolejne osoby i do tego posiadający niezwykłe zdolności, była co najmniej niepokojąca. Najbardziej jednak niepokojące były zdolności Takako. Z jakiej choinki urwał się ten koleś? I o co, do cholery, chodziło z tymi stronami?
            Pukanie do drzwi nie pozwoliło mi dokończyć moich rozmyślań. Zawołałem „proszę” a drzwi otworzyły się i do środka wpadło mi małe tornado, przyprowadzone przez szeroko uśmiechniętą Hinatę.
- Tato, tato, tato, tato!!! – wrzasnął Junichi, dopadając mojego biurka. – Chcę ci pokasać stuckę! Tylko tobie! Super stuckę!
- Co za „stuckę”? – zapytałem, a on zaśmiał się, klaszcząc w dłonie.
- Super stuckę! – zawołał.
- A może być w domu, tata jest teraz zajęty – wyjaśniłem mu, kiedy Hinata zbliżyła się i ucałowała mnie w policzek. Naburmuszył się.
- Ale ja chcę! – Tupnął nogą. Wziąłem do reki talerzyk z ciastkami i poczęstowałem go.
- Weź sobie ciastko i nie gniewaj się na tatę. Po pracy zobaczę wszystko, co mi pokażesz, obiecuję. Wiesz, jaka moja praca jest ważna, prawda?
            Wydął usta, a potem pokiwał głową. Wziął sobie ciastko i zaczął krążyć po gabinecie. Hinata usiadła mi na kolanach.
- Co was tu sprowadza? – zapytałem, bo rzadko odwiedzali mnie w pracy.
- Ojciec chce zwołać kolejne rodzinne zebranie – powiedziała cicho Hinata, przegarniając mi włosy. Przyjrzała się mojej fryzurze, po czym zaczęła naprawiać to, co zepsuła, odgarniając przegarnięte włosy. – Jeden z członków klanu chce prowadzić jakiś tam interes z kimś zza granicy. Część członków klanu go popiera, część jest przeciwna. Jeszcze dokładnie nie wiem, o co chodzi, ale jak w naszym klanie nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o byakugan – wykrzywiła się. Pokiwałem głową. Odkąd jej ojciec przestał być głową klanu, obowiązek rządzenia spadł na Hinatę i pośrednio na mnie, jako że byłem jej mężem, a więc w pewien sposób członkiem klanu Hyuuga. No i byłem Hokage.
- Kiedy to zebranie?  -zapytałem, a ona wzruszyła ramionami.
- Jeszcze nie wiem. Właśnie próbuję ustalić jakąś datę i wszystk…
            Przerwał jej przeraźliwy łomot. Zerwaliśmy się z miejsca i spojrzeliśmy na Junichiego, który stał obok wywróconej szafki z papierami z niewinną minką na twarzy.
- Wywlóciła się – powiedział, trzepocząc rzęsami.
- Sama?! – zapytałem, a on cofnął się o krok, widząc, że jestem na niego zły.
- No… – wyjąkał, bawiąc się palcami, zupełnie, jak kiedyś Hinata. – Ja… chyba jej tloskę pomogłem…
            Oboje zaczęliśmy się śmiać. Hinata zbliżyła się do Junichiego i dokładnie go obejrzała, upewniając się, czy przypadkiem nic mu się nie stało. Ja natomiast ustawiłem szafkę z powrotem i stworzyłem trzy klony, które zajęły się układaniem papierów, które powysypywały się z półek.
- Idźcie już – mruknąłem do Hinaty, gdy wzięła Junichiego na ręce. Syn dalej zachowywał się jak niewiniątko, rzucając jednak co chwila przebiegłe spojrzenia w moim kierunku. W życiu nie widziałem takiego szkodnika. Junichi prawie dorównywał Shanowi! – Jak wrócę do domu to pogadamy o tym zebraniu.
- I zobacys moją stuckę! – zawołał Junichi, a ja rozczochrałem mu włosy, całując moją żonę w policzek.
- Jasne, najpierw sztuczka, a potem rozmowa z mamą – powiedziałem do niego, a potem nachyliłem się nad uchem Hinaty. – Uważaj na niego. Nie rozmawiaj w wiosce z nikim, kto by cię zaczepił.
- Coś…? – zaczęła, a ja skinąłem głową. Ktokolwiek szpiegował moją wioskę, interesował się dzieciakami, a więc i Junichim.
- Potem ci powiem, dobrze? Nie martw się jednak za bardzo, wszystko mam pod kontrolą. – Cmoknąłem ją w usta, czując,jak Junichi okłada moją głowę swoimi malutkimi piąstkami.
- Fuuuuuuuuj, tato! – wrzeszczał przy tym. Odsunąłem się, wypinając do niego język. Odpowiedział tym samym gestem, po czym oboje wyszli, mijając się w drzwiach z Banem. Junichi na widok mojego pomocnika zaczął wrzeszczeć, że musi przybić z nim „piątkę”. Ja i Hinata z dezaprobatą przyglądaliśmy się, jak ta dwójka odczynia swój obowiązkowy rytuał powitalny, polegający na przybiciu sobie „piątek” i „żółwików” na różne sposoby, oczywiście w odpowiedniej kolejności. W końcu skończyli, a Hinata prawie siłą zabrała Junichioego, który nagle uparł się, że zostanie jeszcze na chwileczkę.
- Pański syn to najfajniejszy dzieciak z jakim miałem do czynienia – rzekł Ban, kiedy już można było spokojnie wrócić do pracy.
- Nie jestem tego taki pewien – wskazałem na swoje klnące klony, które próbowały odnaleźć się w rozsypanej po podłodze kartotece. – Co tak długo?
- Bo tak pomyślałem, że mógłbym przy okazji zabrać… to… – wyciągnął w moją stronę kartkę z rysunkiem. Spojrzałem na nią i chwilę przyglądałem się naszkicowanej ołówkiem twarzy człowieka o przebiegłych oczach i wykrzywionych uśmiechem wargach.
- A więc tak drań wygląda – powiedziałem do siebie, wracając za biurko. – Do Sharony dotarł już ten portret?
- Tak, właśnie zgarniają ludzi – powiedział Ban. – Jak pan myśli, znajdą go tam jeszcze?
- Oczywiście, że nie – powiedziałem. – Ale na pewno nie zniknie bez śladu. Będę go tropił, aż go w końcu znajdę, więc najlepiej niech od razu się tym zajmą. Obawiam się jednak, że nie mamy do czynienia z jednym przeciwnikiem. No i ten wyścig… mam nadzieję, że tu chodzi o złapanie go, bo nie mam pojęcia, o co innego mogłoby chodzić? Muszę zatrudnić Mintao i Mei aby po kolei przeszukali umysły wszystkich mieszkańców wioski. Zwiększyć ochronę Mayi oraz nałożyć dyskretną ochronę na Junichiego. Najlepiej, żeby Hinata o tym nie wiedziała, bo za bardzo się przejmie. Zastanów się, kto by się do tego najlepiej nadawał. Pamiętaj, że mój syn ma zadatki na tropiciela, wyczuje każdego, kto będzie za nim łaził i nie zachowa ostrożności.
- Rozumiem.
- Najlepiej, by już dziś przydzielić tę ochronę. Zostawiam to na twojej głowie, a skoro chcę, by moja rodzina o tym nie wiedziała, ja też nie powinienem o tym nic wiedzieć. Jak nie będziesz miał pomysłów, idź do Shikamaru. Teraz zabierzmy się za najpilniejsze…
- Pan zdaje się nie przejmować…- spojrzałem na niego, a on przełknął ślinę. Wiedziałem, że w moich oczach widać prawdziwy stan mojego ducha. Byłem cholernie zaniepokojony, dlatego starałem się nie patrzeć ludziom w oczy. Ban spuścił wzrok i obaj zajęliśmy się pracą.

- Stuckę, stuckę, stuckę, stuckę! – krzyczał Junichi, biegając wokół stołu i wymachując drewnianym mieczem, który mu kiedyś zrobiłem. Wolałem jak na razie nie dawać mu prawdziwej broni. Był tak roztrzepany, że jeszcze samemu sobie mógłby zrobić krzywdę, nie mówiąc już o innych.
- Dobrze, Junichi, uspokój się!– zawołałem, ale syn mnie zignorował. Hinata westchnęła i przyklękła, łapiąc go podczas kolejnego okrążenia.
- Kochanie, tatuś zobaczy twoją sztuczkę jak tylko skończy kolację. Idź się pobawić, dobrze?
- Ale stucka!
- Tata o niej nie zapomni – wyjaśniła mu.
- Ale mamo, to najsuperofsa… najsuperofsana?… najsuperofniejsa… no najfajniejsa stucka na świecie!
- Tatuś to wie, i dlatego zaraz po kolacji do ciebie pójdzie i ją zobaczy, dobrze? A teraz idź się pobaw, kochanie – pocałowała go w policzek i delikatnie wypchnęła z kuchni. Nieco niezadowolony wyszedł, waląc swoim mieczem we wszystko, co napotkał po drodze. Hinata podniosła się z kolan i zmęczona, opadła na krzesło obok mnie.
- Jestem za stara na takie małe dziecko – powiedziała, a ja, zdumiony, podniosłem głowę znad talerza.
- Co ty mówisz? – zapytałem. – Hinata, w naszym domu są lusterka…
            Wywróciła oczyma, po czym wzięła do ręki leżące na stole pałeczki i zaczęła się nimi bawić.
- Ustaliłam datę tego spotkania, na pojutrze, pasuje ci?
- Z tego, co na razie wiem, to tak – powiedziałem, kończąc kolację. – A gdzie reszta? Dzieciaki?
            Zerknęła na zegarek.
- Zaraz mają być w domu – powiedziała, zgarniając mój pusty talerz ze stołu. Zbliżyła się do zlewu i odkręciła wodę. – Idź do małego, bo będzie płakał. Muszę tu troszeczkę ogarnąć.
            Wstałem od stołu, ale zanim wyszedłem, objąłem ją, przesuwając dłońmi po jej brzuchu. Pocałowałem ją w szyję.
- Wiesz, Hinata – wyszeptałem jej do ucha, a ona mruknęła pytająco – mam dziś na ciebie straszną ochotę…
- Naruto! – syknęła, ale zarumieniła się tak, jak się spodziewałem.
- No co… dzieci sobie pójdą spać, a ja ci udowodnię, jak młoda i giętka jesteś…
- Naruto!
            Zaśmiałem się, klepnąłem ją w jej wciąż zgrabny tyłeczek i poszedłem zobaczyć tę cudowną sztuczkę naszego najmłodszego syna. Gdy wszedłem do naszej sypialni, Junichi już tam na mnie czekał, siedząc na naszym łóżku. Zerwał się jednak na mój widok i rzucił na mnie z wrzaskiem.
- Tato, tato, czy teraz juz zobacys moją stuckę?! – Pokiwałem głową, a on ujął mnie za rękę i wyciągnął na środek sypialni. Złapał mnie za nogawki i pociągnął w dół. Uląkłem przed nim, a on, zadowolony z siebie, przyjrzał mi się, podpierając dłońmi boki.
- No i co to za niesamowita sztuczka? – zapytałem, a on wyszczerzył do mnie białe ząbki. Jednego brakowało.
- Wyciągnij lęce i lozłós palce – powiedział, a ja zrobiłem, co chciał, patrząc na niego z ciekawością. Zadowolony, że współpracuję, uśmiechnął się szeroko, a ja odwzajemniłem ten uśmiech.
            Junichi przyłożył swoje paluszki wskazujące po moich palców. Poczułem delikatne szarpnięcie, gdy moja chakra zaczęła powoli spływać do jego ciała. A potem przechylił dłonie do zewnątrz i zetknęły się nasze palce serdeczne.
            Poczułem ból. Momentalnie moje ciało ogarnęła obca, potężna energia. Sparaliżowało mnie. Już nie byłem panem samego siebie. Nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu, nie mogłem wydać z siebie nawet najlżejszego dźwięku. Moja twarz zastygła w wyrazie zaciekawienia. Nie mogłem nic zrobić, by dać synowi znać, że jego sztuczka przestała mi się podobać.
            A ból nasilał się. Przez palce serdeczne moich dłoni w moje ciało wdzierało się coś obcego i zimnego… jednocześnie przez wskazujące wszelka energia zasilająca moje życie wypływała w szybkim tempie…
            Junichi spojrzał na moją twarz, uśmiechając się szeroko. Nie mogłem poruszyć żadnym mięśniem twarzy, dlatego pomyślał, że wciąż się do niego uśmiecham. Opuścił głowę, nie wiedząc, że jego działania na moim ciele odczuwam tak, jakbym w żyłach zamiast krwi miał płynny ogień.
- Spójs teras, tatusiu –powiedział, nadal uradowany. – Niebieska!
            Cofnął prawą dłoń, a między naszymi palcami utworzyły się błękitne niteczki chakry, mieniące się słabym światłem. Czułem to tak, jakby wyrywał mi ją z ciała i nie było to przyjemne uczucie. Miałem ochotę wyć z bólu, w moich oczach zebrały się łzy, ale moje ciało nie należało do mnie i nie byłem w stanie nim poruszać. Byłem uwieziony we własnym, cierpiącym ciele.
-A teras pats, tatusiu –odezwał się znowu Junichi, a łzy spłynęły po moich policzkach. Syn jednak wpatrywał się zafascynowany w nasze złączone ze sobą dłonie. – Czerfona…
            Cofnął drugą dłoń. Z przerażeniem patrzyłem, jak z mojej drugiej dłoni zaczyna wyciągać nitki czerwonej chakry. Ból ogarnął całe moje ciało i stał się nie do zniesienia. Mały torturował mnie i nie zdawał sobie z tego sprawy, a ja nie mogłem w żaden sposób go o tym poinformować. Oczy wyszły mi na wierzch, gardło piekło od prób wydobycia z siebie choćby jęku. A Junichi jak zahipnotyzowany nadal wpatrywał się w nasze dłonie, nie podnosząc głowy.
- A teras… najlepse!
            Z tym okrzykiem cofnął gwałtownie obie dłonie.
            Wydałem z siebie wrzask, tak głośny, że wstrząsnął naszym domem. Cała energia uleciała ze mnie jedną falą. Przed oczami wystąpiły mi ciemne i jasne plamy, ból w klatce piersiowej odczułem tak, jakby ktoś ścisnął mi serce. I nagle wszystko się skończyło.


W następnym rozdziale:

„… Mintao szedł właśnie do sali w której leżał jego ojciec, kiedy poczuł tę myśl. Myśl, która nie wróżyła niczego dobrego, wręcz przeciwnie, zapowiadała samo zło. Westchnął, zatrzymując się. Chwilę się wahał, aż w końcu zaklął cicho, co bardzo, ale to bardzo rzadko mu się zdarzało, po czym zawrócił…”

1 komentarz: