wtorek, 18 grudnia 2012

NG rozdział 22



„Proszę mi od­po­wie­dzieć: ja­kim jest pa­ni ty­pem ko­biety? Zim­na, nieśmiała, umiar­ko­wana, za­bawo­wa, roz­pus­tna? Chcę wie­dzieć, czy mam na­legać czy nie, czy rzu­cić się na pa­nią — na co mam wielką ochotę — czy raczej zacho­wać dys­tans. Słowem, ja­kim jest pa­ni typem ko­biety, znaczy: Czy jest pa­ni go­towa iść do łóżka już pier­wsze­go wieczoru?”
Eric-Emmanuel Schmitt


Sasuke wyglądał na z deka niezadowolonego i niewyspanego. Stwierdziłem to od razu, gdy tylko go zobaczyłem, stojącego przy bramie wioski, w towarzystwie swojej żony. Uchiha rozmawiał z Sakurą, jednak przerwał, gdy dostrzegł mnie, Hinatę i Junichiego, zmierzających w ich stronę. Ubrany był w ciemnogranatowe spodnie i jasną bluzę z dużym kapturem. Miał ze sobą średniej wielkości czarny worek, przerzucony przez ramię oraz swoją katanę, przypiętą do paska.
- No w końcu! – zawołał zamiast „dzień dobry”. – Ile można na was czekać?!
- Uchiha jak zawsze wręcz onieśmiela dobrym humorem – odparłem z przekąsem, a Hinata zachichotała.– Dzień dobry wszystkim.
- Witajcie – odparła Sakura, uśmiechając się do nas mimo zmęczenia. Podejrzewałem, że oboje nie opuścili szpitala aż do teraz.
           Mój syn wyrwał się mojej żonie i podbiegł do Sasuke. Hinata założyła mu na dziś pomarańczową kurteczkę i wygodne, dresowe spodenki w kolorze niebieskim.
- Fujek Sasuke idzie z nami? – zapytał, a Sasuke spojrzał na niego z góry tak, jakby miał ochotę go zdeptać. Przytaknął, a mały rozpromienił się cały, ponieważ przez ich wspólne treningi chyba polubił Uchihę. – To ja chcę do fujka! Fujku, weź mnie na rącki! – I wyciągnął ręce do Sasuke, który skrzywił się, jakby rozbolał go ząb, ale widząc spojrzenia Sakury i Hinaty nie mógł się wykręcić. Podniósł małego, a ten natychmiast złapał go za włosy.
- Fujku, jesteś taki supel! – zawołał, szarpiąc jego długie kosmyki.
           Uchiha spojrzał na mnie gniewnie, jakbym to ja ciągnął go za włosy i ogólnie, wszystko było moją winą, a potem na Junichiego.
- Junichi, przestań ciągnąć mnie za włosy – poprosił, ku mojemu zdumieniu, i pewnie wszystkich dookoła również, całkiem ludzkim głosem.
- Nie! – odparł mój syn, zadowolony z siebie jak nigdy.
           Zaśmiałem się wraz z resztą ekipy – oczywiście oprócz Sasuke – po czym obejrzałem na idących w naszą stronę Mei i Shana. Nigdzie natomiast nie było mojego starszego syna.
- Czy ty nie powinieneś być gdzie indziej? – spytał Sasuke Shana, gdy ten i Mei zbliżyli się do nas i przywitali.
- Przyszedłem się pożegnać z kumplem. Właśnie, gdzie on jest?
- Zaraz będzie – mruknęła Mei, krzywiąc się z niesmakiem. – Jest z Mayą.
           Shan zagwizdał przeciągle, a my znów zaczęliśmy się śmiać. Junichi zachichotał rozkosznie i wyrwał Sasuke dość sporą kępkę włosów, na co tamten syknął.
- Junichi! – krzyknął i natychmiast podskoczyła do niego Hinata.
- Naruto będzie niósł małego! – zawołała i dość brutalnie odebrała mu naszego syna.
- Ale ja lubię fujka Sasuke! – wydarł się Junichi, gdy Hinata wcisnęła mi małego na ręce. – Ja chcę do fujka Sasuke!!!
- O, Mintao idzie! –zawołała Sakura, a Junichi natychmiast zapomniał o Sasuke.
-Mintao! – krzyknął, wyrywając mi się w stronę idącego ku nam Mintao, trzymającego się za rękę z idącą obok niego Mayą. Mój starszy syn ubiegłego dnia wrócił do domu bardzo późno, ale nie wydawał się niewyspany. Miał na sobie ciemnozieloną bluzkę na długi rękaw i czarne spodnie. Rzeczy spakował sobie w mój pomarańczowy plecak. – Ty tes idzies z nami?!
- Tak, idę! – zawołał mój starszy syn.
- A Mayecka idzie?! –dopytywał się Junichi, gdy już do nas dotarli. Maya zaśmiała się ciepło, przymykając oczy. Zauważyłem, że miała je lekko zaczerwienione, jednak chyba trzymała się w garści.
- Nie, skarbie – powiedziała i pogłaskała Junichiego po policzku. – Ja zostaję.
- To idzie tatuś, fujek Sasuke i Mintao? – zapytał mały, patrząc po wszystkich.
- Tak – przytaknąłem. – To będzie męska wyprawa!
           Junichi zaśmiał się, klaszcząc w dłonie.
- No, to pożegnaj się z mamą – powiedziałem i postawiłem go na ziemi. Hinata przyklęknęła i przytuliła go mocno.
- Słuchaj się tatusia, kochanie – nakazała mu. – I zjadaj obiadki. I uważaj na siebie, tata będzie cię pilnował. Jak kogoś nie znasz, to z nim nie rozmawiaj.
- Dobze! – zawołał Junichi i przytulił ją. – To będzie moja pielwsa misja, mamusiu!
           Hinata zaśmiała się, siłą powstrzymując się przed płaczem i ucałowała jego czoło.
- Tak, kochanie. Bądź na niej grzeczny, obiecaj mi.
- Obiecuję! – odparł malec. Hinata podniosła go, a ja zbliżyłem się do niej i ucałowałem jej usta.
- Nie martw się, niedługo wrócimy – szepnąłem, odbierając od niej najmłodszego syna. W następnej kolejności uścisnąłem córkę, skinąłem głową Shanowi i ucałowałem policzek Sakury. Gdy obróciłem się ku reszcie, Hinata właśnie ściskała Mintao, a Sasuke rozmawiał ze swoją żoną. Później głowa klanu Uchiha ucałowała delikatnie Sakurę, niezdarnie poklepała swojego syna po plecach, a potem cofnęła się i stanął obok mnie. Obaj przyglądaliśmy się, jak Mintao składa na czole swojej dziewczyny ostrożny pocałunek, coś jej szepcząc. Następnie mój syn cofnął się i dołączył do nas.
- Uważajcie na siebie –zawołała Sakura, obejmując Hinatę, która pospiesznie ocierała oczy.
- Tak, tak! – zawołała moja żona i pomachała Junichiemu, który wdrapał mi się na barana.
- Idziemy tatusiu, idziemy! – zawołał, uderzając mnie piętami. Zaśmiałem się, mrugnąłem do Hinatyi odwróciłem się.
           Ja, Sasuke i moi dwaj synowie ruszyliśmy ku przygodzie.

- I dopuściłeś go do Sharony?! Ty kretynie! – wykrzyknął wściekły Sasuke, patrząc na mnie z furią w oczach. Byliśmy już trzy godziny drogi od Konohy, wiec pomyślałem, że to na tyle daleko, by opowiedzieć Sasuke o Shimamurze. Byłem pewien, że skoro zaszliśmy już taki spory kawałek, to Uchiha nie zawróci.
- Nie mów do mnie tak brzydko – mruknąłem lekko nadąsany. – Akurat tak się składa, że jeśli w grę wchodzi Sharona, to chłopak będzie uczciwy.
- A skąd ta pewność?! – wydarł się Uchiha. – Ten śmieć już nie raz ją zawiódł!
- My to gwarantujemy – odezwał się idący za nami Mintao, do tej pory cały czas milczący. Ja i Sasuke obejrzeliśmy się na niego. – On naprawdę chciał nam pomóc, o ile pozwolimy mu pomóc pana córce, sensei.
- Ten chłopak to kłamca! – fuknął Uchiha, zaciskając dłoń na rękojeści swojej katany. – Oszust, krętacz i szubrawiec! – Zagryzłem dolną wargę, by nie zachichotać. – Jeżeli dotknie ją swoimi brudnymi paluchami, poucinam mu ręce!
- Shar jest dorosła! –przypomniałem mu, a on prychnął przez nos i zaczął coś sobie mamrotać, jak zawsze. Westchnąłem i obejrzałem się na Mintao, który wzruszył ramionami, wepchnął ręce do kieszeni i zapatrzył się w niebo.
           Szliśmy normalnym tempem, Junichi spał, siedząc mi na ramionach, policzkiem wtulony w moje włosy. Pochrapywał cichutko, czasem coś cicho mówiąc. Czułem, jak cienka strużka energii z mojego ciała spływa ku niemu. Nawet przez sen mój syn cały czas absorbował moją chakrę.
- Dokąd my właściwie idziemy? – zapytał w pewnym momencie Sasuke, a ja zerknąłem na niego. Skończył już z mamrotaniem obelg pod adresem Shimamury i teraz nagle zainteresował się naszą misją. W porę, nie ma co.
- Na wschód, nad morze. Do takiej małej, portowej miejscowości. Mieszka tam dziewczyna, która jest psychotronikiem.
- Co potrafi? – zapytał Sasuke.
- Z tego, co wiem, jej moc to telekineza – mruknąłem, wyciągając mapę. Rozłożyłem ją, by zobaczyć, w którym miejscu będzie najlepiej zatrzymać się na nocleg. – Ale tylko tyle. Uwzględniono ją w pewnym raporcie z misji jednego z oddziałów ANBU, jakiś czas temu.
- Przecież ci z Cho-No-Ryoku-Sha mogli ją już znaleźć! – zawołał Sasuke, a ja pokręciłem głową.
- Objąłem ją jakiś czas temu ochroną – mruknąłem. – Poza tym oni już o niej wiedzą, próbowali ją zwerbować.
- Według mnie ich postępowanie jest nielogiczne – odezwał się Mintao, zrównując z nami. – Nam dali wybór, na Mayeczce też im szczególnie nie zależało, zresztą, Shimamura także to potwierdził. W co oni grają?
- Shimamura mówił, że mają nas za pchły, których zawsze mogą się pozbyć. Najprawdopodobniej realizują jakieś przedsięwzięcie, a ten cały wyścig to albo po to, żeby nas zająć albo…
- Albo po co? – spytał natychmiast Uchiha, a ja wzruszyłem ramionami.
- Nie mam pojęcia – westchnąłem. – Nic mi nie przychodzi do głowy. Wiem tylko, że nie bez powodu zaproponowali nam ten wyścig. Asuka próbowała nakłonić mnie do wyjścia z wioski. Twierdziła, że „to wszystko” to moja wina. Myślicie, że może chcieli mnie wywabić z Konohy?
- Wątpię – powiedział Mintao. – Po prostu zrealizujmy plan. A do Konohy możemy wrócić w każdej chwili.
- To najlepsze rozwiązanie – poparł go Sasuke, a ja siknąłem głową.
           Szliśmy cały dzień, z przystankami na posiłki, a wieczorem zatrzymaliśmy się na noc w małym miasteczku, gdzie w hotelu wynajęliśmy dwa pokoje. Na dole był niewielki bar, gdzie postanowiliśmy zjeść kolację. Mintao cały czas miał na uwadze myśli wszystkich dookoła, a Junichiemu wytłumaczyliśmy, że jak poczuje gdzieś kolorową chakrę, to ma nam natychmiast o tym powiedzieć. Synek chyba zrozumiał, w każdym razie wiedziałem, że gdyby wyczuł taką moc, zaraz zacząłby o tym trąbić na cały głos. Czasem te moje cechy, jakie dzieci po mnie odziedziczyły, były wyjątkowo przydatne.
- Jak myślicie… – zaczął Mintao w połowie kolacji. Siedzieliśmy przy prostokątnym stoliku w barze na dole, zajadając onigiri i popijając je zieloną herbatą. Nic innego, w miarę zjadliwego, tu nie mieli. – Jak można walczyć z kimś, kto włada światłem? Albo ciemnością, jak Kazuo?
- Nie wiem – odparłem cicho. – Ale wydaje mi się, że mały…
           Zerknąłem kątem oka na Junichiego, a Mintao podrapał się po podbródku. Sasuke przysłuchiwał nam się uważnie.
- Może i mógłby, ale jest za mały… – szepnął, a ja przyjrzałem się młodszemu synkowi. Ten dostrzegł moje spojrzenie i pomachał mi, uśmiechając się mimo buzi pełnej ryżu. Zaśmiałem się do niego, po czym nachyliłem ku Mintao.
- Co pomyślał Shimamura na koniec waszej rozmowy? Co was tak bardzo zdenerwowało? – zapytałem, a Mintao zmarszczył brwi w niezadowolonym grymasie.
- Nie myśli o nas dobrze – mruknął, sięgając po herbatę. – To było dość obraźliwe…
- Ale co powiedział?
- Że za każdym razem, gdy upadaliśmy na tyłek, tatuś podkładał nam podusię, więc nigdy sobie tego tyłka porządnie nie obiliśmy – rzekł, krzywiąc się lekko. Jęknąłem. Niby co to miało znaczyć? Wiedziałem, że wszystko ma jakieś znaczenie i nic nigdy nie jest takie, jakim się wydaje. Shimamura również nie rzucał słów na wiatr. Dziwne, ale maiłem nieustające wrażenie, że wszyscy dookoła wiedzą więcej, niż ja i strasznie mnie to wkurzało!
- Muszę się położyć, bo zaraz dostanę migreny – powiedziałem, a Mintao skinął głową. Niedługo potem poszliśmy na górę i położyliśmy się spać. Nie zasnąłem jednak od razu, zamiast tego postanowiłem przemyśleć sobie wszystkie zdobyte informacje. Po pierwsze, Cho-No-Ryoku-Sha, ich plan, którego nie znałem i nawet nie wiedziałem, czego mogliby chcieć, prócz tego, że poszukiwali psychotroników. Po drugie, naszą misję, na której i my ich poszukiwaliśmy, byleby tylko tamci ich nie znaleźli. No i po trzecie, Shimamurę, który nagle pojawił się w wiosce, przekazując nam kilka cennych informacji, miedzy innymi to, jaką mocą władał Hikari, rzekomy przywódca Cho-No-Ryoku-Sha. Cały czas miałem wrażenie, że wśród tych wszystkich informacji nie dostrzegam jakiejś oczywistości, o której wiedzą wszyscy inni. I co niby, według Asuki, było moją winą? Co stało się przez wszystkich Kage? O co obwiniali nas psychotronicy? Spałem tej nocy wyjątkowo niespokojnie.
           Następnego dnia wyruszyliśmy nieco po ósmej rano. Podążaliśmy dalej wschodnim traktem, obojętnie mijani przez resztę podróżników. Żaden z nas nie miał na sobie ochraniacza ze znakiem liścia, czy czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że jesteśmy shinobi. Jedynie Sasuke miał na wierzchu swoją katanę, przez co wyglądał jak mój i moich synów ochroniarz. Na szczęście, to jeszcze bardziej wzmacniało naszą anonimowość. Ot, ojciec i dwóch synów podróżują gdzieś z wynajętym ninja, który w razie co obroni ich przed rabusiami. Całkiem dobra przykrywka i do tego czułem się jak jakiś straszny ważniak, tak podróżując sobie z ochroniarzem.
           Na obiad nie mieliśmy gdzie się zatrzymać, wiec musieliśmy zjeść, siedząc na kamieniach przy trakcie. Trochę bałem się, że mój młodszy syn będzie grymasił, na szczęście moje obawy nie potwierdziły się, gdyż małemu ta nasza wycieczka strasznie się podobała. Zjadł swoją kanapkę bez grymaszenia i resztę odpoczynku przebiegał wokół nas,ganiając robaczki i motyle. On jeden przez całą drogę nie szedł, tylko cały czas go niosłem, wiec energii miał wiele.
           Po obiedzie i krótkim odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę, by do wieczora dotrzeć do jakiejś wsi i zatrzymać się tam na noc. Nie chciałem, by Junichi spał na ziemi, podejrzewałem, że raczej by mu się to nie podobało.
           Szliśmy dość długo, co jakiś czas sprawdzałem nasz kurs na mapie. Nie spieszyliśmy się, nie mieliśmy po co. Zresztą w pośpiechu zawsze można coś przegapić, w końcu w tych poszukiwaniach opieraliśmy się tylko i wyłącznie na zmysłach Junichiego. A mój synek był grymaśny, uparty i nieposłuszny, więc tym bardziej powinniśmy uważać.
           Wieczorem zaczęliśmy zbliżać się do niewielkiej wioski, którą obrałem za miejsce naszego noclegu.
- Co za nudna wiocha – westchnął Mintao, gdy przekroczyliśmy jej granicę, zagłębiając się między drewniane budynki. – Naprawdę niewielu tu ludzi.
- To nawet lepiej – odparł Sasuke, rozglądając się dookoła. – Nie będzie tu nikogo, kto mógłby zwrócić na nas uwagę. Mały powinien się wyspać.
- Chce ci się spać, Junichi? – zagadnąłem mojego młodszego syna, siedzącego na moich ramionach.
- Nie! – odparł mały. – Jestem głodny!
- Zaraz zjemy kolację – powiedziałem, potrząsając nim lekko. – Na co masz ochotę?
- Na jogurt! – krzyknął mały, a ja zaśmiałem się.
- Jogurt?
- Tak, z truskawecek! –Syn złapał mnie za włosy, szarpiąc nimi lekko. – Z truskawecek, tatusiu!
- Dobrze, dobrze. Będzie z truskaweczek – powiedziałem, mimo tego, że idący obok Sasuke westchnął z politowaniem.
           Szliśmy dalej, aż w końcu udało nam się odnaleźć bar, nad którym znajdował się hotel. Weszliśmy do środka, gdzie przy małych, kwadratowych stolikach siedziało kilku popijających alkohol mężczyzn. Cóż, z jednej strony nie powinienem zabierać w takie miejsca moich synów, z drugiej jednak mnie Jiraiya również zabierał tu i tam i jakoś na ludzi wyrosłem.
           Zbliżyliśmy się do baru, zdjąłem syna z ramion i posadziłem go na ladzie, samemu siadając na wysokim taborecie obok Uchihy, za którym usiadł mój starszy syn. Średniego wzrostu czarnowłosy barman spojrzał na nas, zarzucając sobie ścierkę na ramię.
- Coś podać? – spytał, a ja obdarowałem go uśmiechem.
- Tak, poprosimy coś do jedzenia, coś na ciepło – powiedziałem.
- A ja chcę jogurt! –zawołał mój młodszy syn. – Z truskawecek!
- Przykro mi, nie ma jogurtów – odparł barman, a syn spojrzał na mnie przerażony.
- Nie ma jogurtów?! – zawołał, a potem jego oczy zaszkliły się niebezpiecznie. – Ale ja chcę jogurt! Ja chcę jogurt, tatusiu, ja chcę!
- Przykro mi, ale niema jogurtów – powtórzył barman, nie zdając sobie sprawy z tego, jak niebezpieczne może być drażnienie mojego synka.
- ALE JA CHCEEEEĘ JOGURT!!! – zawył mały na cały bar. Mintao zareagował błyskawicznie, porywając ze stojącego na barze półmiska jedno jabłko.
- Proszę! – powiedział, wciskając je w rączki Junichiego. Malec spojrzał na niego zdumiony.
- Ale ja chciałem jogurt! – zawołał maluszek.
- A to jest Jogurt. To jabłko ma na imię Jogurt – powiedział mój starszy syn ze stoickim spokojem. Junichi zamrugał dwa razy.
- Ma na imię Jogurt? –zdumiał się mały, a Mintao przytaknął z kamienną miną.
- Owszem.
- Tatusiu, zobacz, to jabłko ma na imię Jogurt!
- Widzę – odpowiedziałem, zerkając na starszego syna, który wzruszył ramionami i skinął ręką na barmana, mówiąc mu, co chcemy zjeść.
- Fujku Sasuke, to jabłko ma na imię Jogurt! – zawołał Junichi, wyciągając w stronę Sasuke czerwone jabłuszko. Jego minka była taka cudowna, że na chwilę pozwoliłem sobie na zachwyt.
- Tak, widzę – odparł Sasuke zmęczonym głosem, a potem dorzucił do listy dań mojego syna butelkę sake. Pokiwałem głową, zadowolony, że o tym pomyślał. Też bym się z chęcią napił, nie za dużo, tyle tylko, by ugasić pragnienie.
- Panie barmanie, panie barmanie…! – zawołał Junichi za wychodzącym na zaplecze barmanem, lecz ten nie zareagował. Synek wykrzywił się, wypiął język w stronę drzwi, za którymi zniknął barman, po czym wgryzł się w swoje jabłko.
           Niedługo potem dostaliśmy swoje jedzenie, a ja zaproponowałem, byśmy przenieśli się do stolika. Usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików przy oknie, zabierając się, ja z synami za ramen, a Sasuke za ryż z mięsem w ostrym sosie. Obaj z Uchihą już na wstępie wypiliśmy po czarce sake.
- Jutro na nocleg również zaplanowałem postój w takiej małej miejscowości – odezwałem się między jedną a drugą łyżką ramen. – Pójdziemy dalej wschodnim szlakiem, przez las tu niedaleko. Jeden dzień powinno nam zająć przejście na drugą stronę…
           Mintao nagle podniósł głowę ,spoglądając na coś za mną. Zmarszczył nos, a ja w tym samym momencie poczułem, że ktoś puka mnie w ramię.
- Przepraszam – odezwał się męski głos za moimi plecami. Obróciłem się i spostrzegłem jakiegoś jasnowłosego mężczyznę, ubranego w podróżny strój. – Dobrze zrozumiałem, że panowie planują przejść przez las na wschód stąd? – spytał.
- No, tak, ale radziłbym panu nie podsłuchiwać…
- Tato – odezwał się Mintao – daj panu skończyć. Proszę, niech pan mówi dalej – zachęcił nieznajomego. Trzech mężczyzn siedzących razem z nim przy stoliku spojrzało na nas.
- Chodzi o to – zaczął facet – że my właśnie idziemy stamtąd, dokąd panowie chcą iść. Słyszałem mimochodem, bo siedzimy blisko – usprawiedliwił się szybko. – I widzą panowie… Każdy z tej okolicy wie, że las jest przeklęty. Mieszka w nim czarownica…
- Bujdy! – prychnął Sasuke, a mężczyzna uśmiechnął się z politowaniem.
- Może pan nie wierzyć, ale od lat, kto wszedł do lasu, już z niego nie wyszedł – szepnął mężczyzna, kiwając na nas ręką, byśmy się przybliżyli. Wychyliliśmy się ku niemu, a on kontynuował przyciszonym głosem. – Mówią, że czarownica ma zielone włosy i pije ludzką krew. Czarami opętała cały las i nawet rośliny są jej posłuszne. Wieśniacy wiele razy otaczali las płotem i ustawiali znaki, ale nocą zawsze wszystko znikało. Nieświadomi niczego podróżnicy wstępują w las…
- I już nigdy nie wychodzą, czy tak? – skończyłem za niego, a mężczyzna i jego trzech towarzyszy pokiwali głowami.
- Zgadza się – potwierdził facet. – Wejść tam oznacza pewną śmierć. Szkoda dwóch małych chłopaków. – Palcem wskazał moich synów, uważnie obserwującego go Mintao oraz zupełnie niezainteresowanego rozmową Junichiego.
- Dziękujemy za radę – powiedziałem do niego i obróciłem się przodem do naszego stolika. Sasuke posłał mi kpiące spojrzenie, pukając się palcem w czoło. Mnie natomiast interesował mój starszy syn, który nadal wpatrywał się w naszego wcześniejszego rozmówcę, marszcząc przy tym czoło. Znałem tę minę, dlatego zaniepokoiła mnie ona. Mintao wcale nie wziął słów mężczyzny za bujdy, wręcz przeciwnie. Miał nad nami tę przewagę, że miał bezpośredni wgląd w myśli nieznajomego.
           Dokończyliśmy kolację, nie komentując ostrzeżeń mężczyzny, a potem wynajęliśmy dwa pokoje nad barem, jeden dla mnie i młodszego syna, drugi dla Mintao i Sasuke. Dopiero na górze, przy stoliku w moim pokoju, zaczęliśmy zastanawiać się nad słowami nieznajomego.
- Brzmiało co najmniej dziwnie – powiedział cicho Uchiha, żeby nie obudzić śpiącego na swoim łóżku Junichiego. Synek zasnął zaraz po kąpieli.
- W każdym razie facet mówił prawdę – szepnął Mintao. – Tam naprawdę jest coś, co zabija podróżników, choć wieśniacy nie bardzo wiedzą, co dokładnie. Mówią, że to kobieta o zielonych włosach, ponieważ podobno kilka lat temu ktoś taki żył w tej wiosce, do której mamy iść. Podobno osoba ta nienawidziła wieśniaków i sprowadzała nieszczęście na wioskę, aż ci ją wygnali. Nie opuściła ich jednak, tylko osiedliła się w lesie i przysięgła, że zabije każdego, kto do niego wejdzie. Tyle wyczytałem z myśli tamtej czwórki, prócz kilku incydentów, że właśnie ktoś wszedł do lasu i zaginął. Wieśniacy omijają go, wydeptano szlak okrążający las.
- Dla mnie brzmi to jak stek bzdur – odezwał się Sasuke. – Może w lesie żyje jakieś przywołane zwierzę, które należy zlikwidować? – zapytał retorycznie.
- Mnie zastanawia ta wzmianka o piciu krwi – powiedziałem, a Mintao skinął głową. Sasuke ściągnął brwi.
- O piciu krwi?
- Maya, gdy ją spotkałem, rzuciła się na mnie, wbiła mi zęby w szyję i zaczęła pić moją krew – wyjaśniłem.
- Myślisz, że to może być…?
- Psychotronik – powiedziałem. – Powinniśmy to sprawdzić.
- Zgadzam się z tatą – odezwał się Mintao. – W końcu jesteśmy shinobi i jeśli coś zabija podróżników na szlaku, tak czy siak powinniśmy się tym zająć. Nie mamy też czasu, by nadkładać drogi.
- Zatem idziemy – stwierdził Sasuke, podnosząc się z miejsca. – Mintao, idziesz?
- Tak, jasne… – odrzekł mój syn, również wstając. – Do jutra, tato.
- Tak, do jutra – odrzekłem.
           Następnego dnia wyruszyliśmy z samego rana. Chcieliśmy osobiście zajrzeć do tego przeklętego lasu i przekonać się, czy plotki są prawdziwe. Postanowiliśmy, że jeśli są prawdziwe i w istocie coś zabija podróżników, to powinniśmy to usunąć.
           Droga mijała mi na przekomarzaniu się z Sasuke i odpowiadaniu na niekończące się pytania młodszego syna. Mintao prawie wcale się nie odzywał, zdawał się być zupełnie skupiony na otoczeniu, może kogoś podsłuchiwał, a może po prostu nie chciał nic słyszeć, ciesząc się spokojem tego odległego od ludzi miejsca.
           Do granicy lasu dotarliśmy niedługo po południu. Zatrzymaliśmy się w pewnej odległości od ściany lasu, który zdawał się być najnormalniejszym lasem na świecie, choć nieco ponurym. Mimo że z nieba lał się żar, między drzewami widać było gęsty cień.
- Tatusiu – szepnął Junichi, a ja spojrzałem na niego.
- Tak, Junichi?
- Wejdziemy tam? – spytał, a ja skinąłem głową.
- Tak. Ale nie musisz się bać, tata jest z tobą…
- Ja chcę tam wejść! – zawołał synek, obejmując mocno moją szyję. – Tatusiu, ten cały las się błyszczy!
- Błyszczy? – zdumiałem się, po czym zerknąłem na Mintao. Mój starszy syn wpatrywał się w ponure drzewa z mieszaniną fascynacji i strachu.
- Młody ma rację – wyszeptał przejęty, odczytując moje myśli. – Ten las żyje! On… on myśli!
- Myśli? – zapytał Sasuke ostro. – Jak to, „myśli”? Czyli co?
- Dokładnie to, co mówię – odparł mój syn, nie odrywając oczu od drzew. – On nawet nas widzi, i właśnie myśli, że tu jesteśmy… I chce… no cóż, chce nas zabić.
           Nie mogłem się powstrzymać i parsknąłem śmiechem. Junichi zachichotał, łapiąc mnie za uszy.
- Chodźmy tam, chodźmy! Chcę wejść do błyszczącego lasu!
- Chcę go posłuchać – rzekł Mintao. – Las planuje zwabić nas w pułapkę, nie zaatakuje, póki nie wejdziemy dość głęboko.
- Nie rozumiem, jak ty możesz… – zaczął Sasuke, a Mintao pokręcił głową.
- Tor myśli jest jeden– odpowiedział na jakieś nie zadane przez Uchihę pytanie. – Cały las jest jednym organizmem, wszystko jest ze sobą połączone i posiada wspólną jaźń, która obserwuje wszystko dookoła, widzi nas tak wyraźnie, jak wszystko co dzieje się wewnątrz lasu jak i dookoła niego. To… fascynujące…
- Piękne – poparł go Junichi.
           Wymieniliśmy z Sasuke nieco zaniepokojone spojrzenia, w końcu jednak ruszyliśmy przed siebie. Junichi zaczął piszczeć z uciechy, a gdy znaleźliśmy się między drzewami, cały czas podskakiwał i zachwycał się głośno wszystkim, począwszy od małych kwiatków, na wysokich drzewach skończywszy, komentując, jak bardzo „błyszczą” i „lśnią”, choć my niczego nie widzieliśmy. Mój syn patrzył na świat zupełnie innymi oczami.
           Szliśmy wąskim szlakiem, z chwili na chwilę mając coraz dziwniejsze wrażenie, że ów szlak tworzy się sam na naszych oczach. W każdym razie wydawało mi się, że nie zmierzamy już na wschód. Nie mogłem tego ocenić poprawnie, ponieważ nawet nie widziałem nieba, a mech rósł tu wszędzie, jakby specjalnie chciał nas zmylić.
- Czy macie…?
- Nie odzywaj się – przerwał mi nagle Mintao. – Lepiej się teraz nie odzywać. Ale tak, my też mamy takie wrażenie… I… tak właściwie, to nie jest wrażenie…
           Skinąłem głową, wszystko rozumiejąc. To, co widziałem, nie było ułudą, las kierował nas tam, gdzie chciał, byśmy się znaleźli. Wciągał nas w pułapkę, w której mieliśmy się znaleźć i planował nas zabić. Dziwnie mi się myślało o lesie jako o moim przeciwniku, w dodatku nie miałem zielonego pojęcia, jak z lasem walczyć? W tym punkcie liczyłem jednak na Sasuke i jego techniki ognia. W końcu każda normalna roślina bałaby się ognia, prawda?
           Mintao parsknął śmiechem, ale gdy na niego zerknąłem, jedynie pokręcił głową. W tym samym momencie ścieżka między drzewami skończyła się, choć nic tego nie zapowiadało. Wyszliśmy na sporej wielkości polanę nad jeziorem, pokrytą soczystą trawą, sięgającą niemalże kolan. Słońce na nieboskłonie znajdowało się tuż nad wierzchołkami najwyższych drzew, w powietrzu unosił się zapach szlamu, a wokoło latały jakieś owady. Polana wyglądała jak nigdy przez człowieka nie odwiedzona, co dodatkowo napawało niepokojem. Gdzieś w okolicy upiornie zaskrzeczał jakiś ptak.
- Jak tu pięknie – szepnął mój młodszy syn. Cóż, miał wywrócone do góry nogami pojęcie estetyki.
- Em… tatuś ma odmienne zdanie – powiedziałem do niego.
- Mi się całkiem podoba – stwierdził Sasuke, a ja prychnąłem.
- Cała twoja postać pasuje do scenerii niczym z horroru – odparłem, a Sasuke uniósł brwi.
- Mam rozumieć, że…? – zapytał oburzonym tonem.
- …że grasz główną rolę, oczywiście… – wpadłem mu w słowo.
- W lewo! – zawołał nagle Mintao ostrym tonem. Obróciliśmy się gwałtownie we wskazanym kierunku i zamarliśmy, wytrzeszczając do granic zdumione oczy.
           Przed nami znajdowała się kobieta. Jednak nie była to taka zwykła kobieta, jaką można by sobie wyobrazić, słysząc to słowo. Z lasu wyłoniła się nimfa…
           Inne określenie po prostu nie pasowało. Kobieta była zupełnie naga, jej ciało oplatały winorośle, podtrzymując ją w powietrzu, tak że znajdowała się nad nami. Jej zielonymi jak trawa włosami poruszał wiatr, duże, fioletowe oczy kobiety wpatrywały się w nas intensywnie. Jej ciało było wręcz idealne, jak wyjęte z najśmielszych fantazji ,tak proporcjonalne, jak moje Oiroke no Jutsu.
           Staliśmy jak trzech głupców, tak zauroczeni i zaskoczeni, że odebrało nam zarówno mowę, jak i zdolność logicznego myślenia.
           Kobieta zbliżała się do nas, a my się po prostu gapiliśmy. Mój starszy syn miał szeroko otwartą buzię, podobnie jak ja sam. Usta Sasuke drgnęły.
- Uu-la-la… – wyszeptała głowa klanu Uchiha.
           Nagle poczułem uścisk wokół klatki piersiowej, a gdy spojrzałem w dół, spostrzegłem oplatającą moje ciało winorośl, z każdą kolejną chwilą nasilającą uścisk. Nie mogłem się ruszyć, zielsko uwięziło moje nogi i ręce, pełznąc coraz wyżej, do mojego gardła. Każdy, nawet najmniejszy ruch powodował, że zielsko zaciskało się coraz mocniej. W podobnej sytuacji znaleźli się również Sasuke i Mintao, a wszystko działo się tak szybko…
- Tatusiu… – szepnął zaniepokojony Junichi do mojego ucha…
- Spokojnie… – odszepnąłem, kątem oka zerkając na Mintao i Sasuke, szarpiących się i wijących w więzach. Mój syn miał przymknięte jedno oko, palcami jednej ręki próbował sięgnąć do kieszeni, gdzie zapewne miał jakieś ostrze, lecz nie mógł przesunąć dłoni.
- No proszę… – usłyszałem kobiecy głos i spojrzałem na nagą dziewczynę, piękną niczym boginka. Musiałbym być głupcem, by ten widok nie robił na mnie wrażenia.
           Zielonowłosa czarownica patrzyła na nas z szerokim uśmiechem, sprawiającym, że jej nieskazitelnie piękna twarz wydawała się jeszcze urodziwsza. Przez ten uśmiech mój umysł wydawał mi się sparaliżowany i mogłem się założyć, że Mintao i Sasuke mieli tak samo.
- Cóż za kąski… A więc, zastanówmy się… Najprzystojniejszy jesteś ty. – Wskazała Sasuke – A potem ty. – Mintao. – A wiec pierwszego zabiję ciebie. – Uśmiechnęła się do mnie, jakby była gwiazdka, po czym momentalnie przysunęła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz