poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 17

Ananke
Gwiazdy wydały nade mną sąd:
- wieczną jest ciemność, wiecznym jest błąd
- Ty budowniku nadgwiezdnych wież
- będziesz się tułał jak dziki zwierz
- zapadnie każdy pod tobą ląd -
- wśród ognia zmarzniesz - stlisz się jak lont
A gwiazdom odparł królewski duch:
wam przeznaczono okrężny ruch
mojej wolności dowodem błąd
serce me dźwiga w głębinach ląd.
Poszumy płaczą mogilnych drzew
lecz w barce życia płynie mój śpiew.
Ja budowniczy nadgwiezdnych miast
szydzę z rozpaczy gasnących gwiazd.
Tadeusz Miciński


- To nie jest dobry pomysł – powiedziała, a raczej słabo wymamrotała Maya, patrząc, jak ja i Sharona rozstawiamy wokół niej kolorowe świece.
Znajdowaliśmy się kilka kilometrów od Wioski, na dużej polanie niedaleko jeziora. Na pomysł treningu wpadła Sharona, jak zwykle zaangażowana w pełni w to, co obiecała. Zawsze taka była. Nie było rzeczy, z którą by sobie nie poradziła. Choć wiedziałem, że w głębi ducha pragnie zabić Mayę, to tego nie zrobi, póki nie upewni się, że mała na to zasługuje. Czyli nie zrobi tego nigdy, bo według mnie, Maya na śmierć nie zasługiwała.
- Nie jęcz, młoda, poradzisz sobie! – zawołała Sharona wesoło, prostując się. Ja i ona odsunęliśmy się na bezpieczną odległość, by zobaczyć efekt naszej pracy.
Mayka, ubrana na biało, przerażona i zdezorientowana, stała pośrodku kręgu ułożonego z kolorowych świeczek. Odsłoniła swoje niesamowite oko, które miało teraz przerażony, jasnożółty kolor. Rozglądała się dookoła.
- Już mówiłam, to nie jest dobry pomysł. Naruto-san, wracajmy do wioski - powtórzyła. Pokręciłem głową.
- Nie ma mowy. Musisz nauczyć się panować nad ogniem. Dlatego tu przyszliśmy.
- Ja bym wolała w ogóle zapomnieć, że go używam – wyznała. – Proszę, a jeżeli to się wymknie mi spod kontroli… Naruto-san, błagam…
- Maya! – zawołała ostro Sharona. – Jeżeli się tego nie nauczysz, nie będziesz mogła pozostać w Konosze! Dlatego skup się i zapal czerwoną świeczkę!
Maya przełknęła ślinę, zerknęła na mnie, jej magiczne oko przybrało czarny jak węgiel kolor i nagle wszystkie świeczki, nie tylko czerwona, ale i również pozostałe, stanęły w ogniu! Wszyscy troje wrzasnęliśmy ze zdziwienia i rzuciliśmy się do tyłu. Maya, znajdująca się w ognistym kręgu, bo ogniem zajęła się już nawet trawa wokół niej, przewróciła się na plecy i zakryła twarz dłońmi.
- Zgaś to! – wrzasnęła Sharona, chcąc przywrócić dziewczynkę do przytomności.
Ogień wygasł, zupełnie jak za dotknięciem magicznej różdżki. Maya leżała pośrodku kręgu wypalonej ziemi. Nie przetrwała żadna świeczka, ba, nie przetrwało nawet źdźbło trawy! Staliśmy z Sharoną kilka metrów od tego miejsca i gapiliśmy się oszołomieni na dziewczynkę. Widzieliśmy, jak ogień muska jej ciało i ubrania, ale jej nic się nie stało.
- Będzie ciężej, niż myślałam – szepnęła do mnie Sharona.
- Trzeba to poćwiczyć… może najpierw na większym celu?
- Nie mamy tu większego celu.
Złapałem ją za ramiona i okręciłem, ręką wskazując jej pobliskie, zupełnie suche drzewo bez liści. Sharona zadrżała.
- A jak podpali las?
Szczerze mówiąc, wcale bym się nie zdziwił, gdyby tak właśnie się stało. Maya podniosła się z ziemi, otrzepała swoje białe ubranka i spojrzała na mnie z obawą. Nie miałem pojęcia, ile ma lat, ale przypuszczałem, że jest w podobnym wieku, co bliźniaki. Więc co mogła sobie myśleć teraz ta mała, chuda dwunastolatka, patrząc na dwoje starszych od niej ludzi, skulonych ze strachu kilka metrów od niej? Co widziała w naszych oczach? Obchodziło mnie szczególnie jedno: co widziała w moich oczach? Czy ja też patrzyłem na nią tak jak i pozostali ludzie z Wioski? Czy i w moich oczach widać było strach?
- Spróbujemy jeszcze raz – przemówiłem. – Na większym celu.
Maya skinęła głową. Sharona bez słowa pokazała jej ręką suche drzewo opodal nas. Chwilę staliśmy wszyscy troje w bezruchu, a potem nagle, zamiast suchego drzewa, w ogniu stanęło te obok niego. Maya krzyknęła ze zdziwienia i natychmiast ugasiła pożar. Niestety, z drzewa prawie nic nie zostało.
- Było prawie dobrze! – zawołałem do Mayi. Pokręciła głową i naciągnęła opaskę na lewą połowę twarzy.
- Nie chcę już tego ćwiczyć… oko mnie boli – powiedziała.
W tym momencie usłyszeliśmy dźwięk przedzierania się przez chaszcze i na polankę wbiegł mój syn. Obrzucił nas obojętnym spojrzeniem i zwrócił się do Mayi.
- Mam dla ciebie lekarstwa od sensei Sakury! – zawołał, wyciągając z kieszeni buteleczkę z tabletkami. Podał je jej, a dziewczynka przyjrzała się im podejrzliwie. – To zwykłe tabletki uspokajające. Masz brać jedną za każdym razem, jak się rozzłościsz.
Ja i Sharona zbliżyliśmy się do nich. Położyłem dłoń na ramieniu mojej małej podopiecznej.
- Na dziś wystarczy… igrania z ogniem – powiedziałem. Mała pokiwała głową. Zwróciłem się do Sharony. – A ty zrobisz coś dla mnie. – szepnąłem jej do ucha. 

Słońce lało się na żwirowe, szerokie ulice Wioski Słońca. Niski, łysiejący i szpetny z twarzy mężczyzna z nadwagą szedł jedną z takich dróg, co chwila ocierając czoło jedwabną chustką białego koloru. W dłoni ściskał skórzaną teczkę w której spoczywały bardzo ważne dokumenty.
Mężczyzna zatrzymał się i odetchnął. Ponownie otarł czoło i powiódł wzrokiem po otoczeniu. Wokół pełno było ludzi, a wszyscy oni wykonywali swe prace bardzo skrupulatnie. Nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi, tak więc skręcił w prawo, w wąską i brudną alejkę mieszczącą się między dwoma wysokimi budynkami. Alejka kończyła się murem, ale mężczyzna wydawał się zupełnie niezrażony faktem, że wszedł w ślepy zaułek. Zbliżył się do muru, ponownie otarł spocone czoło i położył dłoń na jednej z cegieł. Pchnął ją.
Z cichym zgrzytem prostokątny trap ukryty między płytami chodnikowymi rozsunął się. Mężczyzna podszedł do niego i zajrzał w otwór. Wnętrze ukrytego pomieszczenia pogrążone było w ciemnościach. Mężczyzna przełknął ślinę i zaczął schodzić na dół po metalowej drabince. Gdy jego stopy dotknęły podziemnego podłoża, ukryty trap nad nim zasunął się cicho. Ogarnęły go ciemności.
Mężczyzna wyciągnął rękę i dotknął nią ściany. Namacał kontakt i przycisnął. Nieskończenie długi korytarz zapłonął jasnym światłem. Białe ściany i sufit przytłaczały. Mężczyzna nie należał do najodważniejszych na świecie, nie lubił ciasnych i nisko sklepionych pomieszczeń, a co dopiero ten tunel! Ponownie otarł czoło chusteczką, tym razem po to, aby pozbyć się potu spowodowanego nie słońcem, a strachem. Powiódł wzrokiem po jasnych lampach brzęczących cicho. Ich dźwięk zlewał się z brzęczeniem wentylacji.
Mężczyzna ruszył szybkim krokiem przed siebie. Korytarz skręcał parę razy, co powodowało dodatkowy stres. Serce mężczyzny tłukło się w piersi, co chwila oglądał się za siebie, aby sprawdzić, czy nikogo za nim nie ma. Kiedyś, kilka tygodni temu, gdy się obejrzał, zobaczył za sobą tę dziewczynkę. Wzdrygnął się, wspomniawszy sobie przerażający, okrutny uśmiech wykrzywiający jej twarz. Potrząsnął głową, nie, małej nie ma w budynku.
Skręcił za następny róg i nagle uderzył w coś nadspodziewanie miękkiego. Upadł na podłogę, a potem poderwał głowę, by spojrzeć, od czego się odbił.
Stała nad nim Chinatsu, ulubienica jego pana. Mężczyzna przełknął ślinę. Zebrał się z ziemi i otrzepał ubranie, co wcale nie było potrzebne, bo korytarz był sterylnie czysty. Spojrzał na kobietę.
Smukła, niesamowicie wysoka, skąpo ubrana na czerwono Chinatsu, spojrzała na niego jak na karalucha. Miała miodowe, niesamowicie duże i upodabniające ją do kota oczy. Te oczy okalały niesamowicie długie, gęste i czarne rzęsy. Brązowe włosy obcięte miała tuż przy skórze. W lewym uchu nosiła siedem kolczyków, w prawym zaś nie miała żadnego. Mężczyzna nie patrzył jednak na jej niepodważalnie piękną twarz. Jego spojrzenie padło na duże, podnoszące się i opadające przy każdym oddechu piersi. Skąpa bluzeczka opinała je w taki sposób, że widać było dokładnie cały ich zarys.
- Co się gapisz?! - warknęła.
- Przepraszam… cię – szepnął mężczyzna, odwracając spojrzenie. Chinatsu lepiej było nie drażnić. Tak samo jak on była ona jedną z tych niewielu osób, które wybrał mistrz, którym ufał i dla których przygotował oddzielne naznaczenie. Tak więc Chinatsu miała wolną wolę, musiała jedynie być wierna, tak jak on. Mogła zrobić krzywdę komu chciała. A potrafiła robić krzywdę ludziom.
- Gdzie leziesz, łamago? – zapytała, krzywiąc się, jakby wydzielał jakąś niemiłą woń.
- Do Pana… z… z papierami – odrzekł cicho.
- Zejdź mi z oczu, padalcu! – powiedziała wyniośle i z obrzydzeniem. Wyminął ją szybko, nie oglądając się za siebie. Przełknął ślinę.
Na końcu korytarza pojawiły się drzwi. Mężczyzna przyspieszył i już po chwili wszedł do innego, dużo bardziej obszernego i wyżej sklepionego korytarza, po którym wciąż kręcili się różni ludzie w białych fartuchach.
Ruszył przed siebie, po drodze mijając różne drzwi. W niektórych znajdowały się szybki, tak więc dostrzegał różne sceny, ale nie zwracał na nie uwagi. Za tymi drzwiami znajdowały się rozmaite laboratoria, cele i kostnica, a on od zawsze nie lubił leków, ludzi chorych i przede wszystkim, trupów.
Doszedł w końcu doszedł do drzwi, których szukał, jednych z tych, które nie miały szybki. Zapukał grzecznie i czekał na odpowiedź.
- Wejść – zarządził głos z drugiej strony.
Mężczyzna pchnął drzwi i wszedł do środka. Jego oczom ukazał się obszerny, pogrążony w półmroku gabinet. Jedyne tu światło sączyło się z niewielkiej lampki stojącej na dębowym biurku, przy którym siedział pogrążony w cieniu mężczyzna. Ten, który właśnie wszedł, nieśmiało skinął głową i położył na biurku teczkę z papierami.
- Proszę, Panie – szepnął.
- Yoshio nie żyje – rzekł siedzący, nadal nie wynurzając się z cienia. Wymówił to zdanie tonem zupełnie pozbawionym emocji.
- Tak, Panie – szepnął ten, który wszedł do gabinetu. Jego pan zacmokał.
- Powiedz mi, drogi Kuchinabo, co ty sobie myślisz o naszym drogim, Wielkim Hokage?
- Panie, myślę, że jego sława już dawno przerosła jego samego. Jestem pewien, że Chinatsu poradziłaby sobie z nim bez problemu. Wystarczy jedno twe słowo, a…
-Kuchinabo, Kuchinabo… - zaśmiał się siedzący za biurkiem mężczyzna. - Kiedy ty nauczysz się myśleć? Widziałeś na własne oczy, co się działo. Każdy jeden schwytany przez nas mieszkaniec Konohy wolał umrzeć, niż zdradzić swego Hokage. Jedyny Yoshio przeszedł na naszą stronę, a teraz nie żyje. Każdy inny wolał zginąć, niż poddać się mej woli. Lord Hokage tylko z pozoru wydaje się nieszkodliwy. Jego Wioska podobnie. Jeżeli zabijemy Uzumakiego Naruto, Wioska Liścia zmiażdży nas jak karaluchy. Nie ostanie się kamień na kamieniu w moim pięknym raju! Nie możemy lekceważyć tej siły. Ani jego siły, ani siły Liścia. Myślę, mój drogi Kuchinabo, że lepiej będzie, jeżeli Lord Hokage przejdzie na naszą stronę.
- Naszą… stronę? – powtórzył Kuchinaba po swoim Panie.
- Tak, Kuchinabo! Na naszą stronę! Kiedy stanie się mym sługą, cała Wioska znajdzie się pod moimi rozkazami. Stracą ten swój filar, nie będą już mieć nikogo, na kim opierają się ich myśli, nikogo, komu mogliby być wierni… Tak, Lord Hokage już wkrótce będzie moim sługą.
Kuchianaba przytaknął posłusznie, ale mimo to odezwał się drżącym głosem:
- P-panie, ale jak zamierzasz tego dokonać? Czyżbyś chciał go naznaczyć podczas egzaminu na chuunina?
- Och, skąd! – zawołał jego Pan. – Egzamin to tylko pretekst, by go poznać. Nasi na pewno wejdą do finału… chcę najpierw poznać sławnego Lorda Hokage. Gdybym go napadł podczas egzaminu w jego własnej wiosce, zapewne skończyłoby się to dla mnie marnie. On sam do mnie przyjdzie. A właśnie, jak tam nasze aniołki? - zmienił nagle temat i sięgnął po teczkę, która Kuchinaba położył mu na biurku. Otworzył ją i z ciekawością zajrzał do środka.
- Jak pan sobie życzył, przybywają do Wioski Liścia w różnych odstępach czasowych i zachowują się nienagannie. Cały czas są obserwowani.
Siedzący mężczyzna skinął głową.
- Wszystko idzie zgodnie z planem… w końcu frustracja przyprowadzi go do mnie… no, nie zupełnie wszystko. Ai nam uciekła.
Kuchinaba przełknął ślinę. Samo wspomnienie upiornej dziewczynki wywoływało w nim strach. Tyle razy został przez nią poparzony, tyle razy otarł się o śmierć w jej obecności.
- Nie rozumiem, czemu nie zniszczyła jeszcze Wioski Liścia…- wyszeptał Kuchinaba. – Nawet jeżeli udało się wykasować jej pamięć, to powinna… powinno dziać się z nią to, co działo się tutaj. Tylko naznaczenie powstrzymywało ją przed spaleniem tego miejsca.
- Widać Lord Hokage się nią zajął. Podobno ma wiele talentów. Nie lekceważ go, Kuchinabo - powiedział siedzący niefrasobliwym tonem, oglądając swoje paznokcie. – kPoza tym… nie martw się o nią. To już jego kłopot, niech się męczy. I tak nie zrobi z niej człowieka.
- Tak, Panie. – Kuchinaba skłonił głowę.
- Idź już, zajmij się czymś pożytecznym.
- Jak sobie życzysz, Panie.
Kuchinaba wyszedł z gabinetu i ruszył w drogę powrotną. Znów musiał przejść długim, białym korytarzem, co ponownie wywołało u niego szybsze bicie serca. Następnie rozsunął ukryty trap i wyszedł na wąską alejkę. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Kuchinaba rozejrzał się i odszedł. Nie wiedział, że był w tym momencie uważnie obserwowany, a każdy jego gest został zapamiętany.


w następnym rozdziale:

"...- Naruto… - zbliżyła się do mnie i objęła mnie za szyję. – Bać się, ciebie? Niby czego? Tych złotych włosów? Albo tych oczu, niebieskich jak najweselsze niebo…?
- Ty mnie tu nie urabiaj na słodkie słówka, co?
Zmarszczyła gniewnie czoło.
- No to czego miałby się bać?
- Demona… - szepnąłem z przestrachem..."

2 komentarze:

  1. Rozdział baardzo fany :) Mam nadzieję, że Naruto jednak nie przejdzie na ich stronę! Oby nie ;( Bo co wtedy? Chyba będę musiała Cię zabić ! ;p
    Pozdrawiam cieplutko ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    czyli było więcej osób złapanych przez niego, ale nikt nie chciał przejść na jego stronę, tylko Yukio, mam nadzieję, że trening coś przyniesie, i nie uda mu się Hokage przekonać do swojej strony, czyżby piramia go obserwowała...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń