poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 14


"Chodziło, szukało,
na jarmarki się pchało, na targi
patrzyło z wieży,
wracało-
Nagle znalazło w tłumie twe wargi,
przywarło,
upadło, znieruchomiało, zmarło".
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


- Spójrz jak się jej podoba - szepnąłem, nachylając się do Sakury. Spojrzała na mnie nieprzychylnie, a potem powiodła wzrokiem po ścianach mieszkanka.
- Te ściany wytrzymają?
- Oczywiście, że tak. Jak w bunkrze. Nawet drzwi nie puszczą. Ale bez obaw, ona powoli zaczyna się kontrolować.
Oboje popatrzyliśmy na Maykę, zaglądająca do wszystkich szafek z szerokim uśmiechem na twarzy. Znajdowaliśmy się w kuchni, w moim starym mieszkaniu, które teraz oddałem Mayce. I tak stało puste, odkąd przeprowadziłem się do domu, który ja i Hinata dostaliśmy w prezencie ślubnym od jej klanu.
- Tak, może i zaczyna, a może po prostu nic ją na razie nie rozwścieczyło. Naruto, przestań patrzeć na nią jak na swoją drugą córeczkę. To potwór, przyobleczony w ludzką skórę, ale potwór.
- Tak jak ja? - zapytałem rozzłoszczony. Przewróciła oczami.
- Wiesz, co mam na myśli, nie zgrywaj mi tu wiecznie pokrzywdzonego przez los - warknęła. - Może i twierdzisz, że jest do ciebie podobna, ale ty przynajmniej nie byłeś niebezpieczny na co dzień. A ona nawet w tej chwili może zacząć krzyczeć, a potem… a potem szlak trafi Konohę. Ona jest chora. Od jutra zaczynam leczenie, jak w przypadku zwykłej psychozy.
- I co? Będziesz ją szprycować lekami, aż zrobisz z niej warzywo?
- Ta, jasne… marchewkę z groszkiem. Opracuję taką terapię, by była spokojna i cicha, pozostając sobą. Nie martw się, twojej Mayeczce włos z głowy nie spadnie. – Jej kpiący ton strasznie mnie denerwował, ale miała racę. Mimo, że Maya zachowywała się już normalnie, to nie wolno nam było zapominać, w jaki sposób ją poznaliśmy. Jej wrzask nadal dzwonił mi w uszach, a pierwsze dni jej pobytu w Wiosce, kiedy to rzucała jedzeniem o ściany i paliła sprzęt medyczny, wyraźnie mówiły, że coś z nią jest nie tak. Czyżby naprawdę zbierała siły? Może planowała ucieczkę? Nie chciałem w to wierzyć. Mayka chciała być lepsza.
- To wszystko przez samotność. Zbyt długo była samotna – szepnąłem.
- Skąd wiesz, że była samotna? – zapytała Sakura. – Nie wiemy, co się z nią działo. Przestań snuć te swoje teorie na temat samotności, zwariować można. Pomożemy jej jak tylko się da, obiecuję ci to. Proszę tylko, byś nie lekceważył jej zdolności.
- Dobrze – przytaknąłem. Sakura odetchnęła i odgarnęła za ucho niesforny kosmyk swoich różowych włosów.
-Wiesz… głupio mi prosić, ale może mógłbyś pogadać z Sharoną?
-Na jaki temat? - zapytałem.
-Widzisz, właściwie to nie wiem. Jest jakaś przygaszona… zamyka się w pokoju… ona tak cię lubi… Oczywiście, Sasuke nie może wiedzieć, że cię prosiłam. Uważa, że masz za duży wpływ na Sharonę.
- Przygaszona mówisz? Może ma problemy sercowe? - zapytałem uprzejmie.
- Problemy sercowe? - spytała. - Nasza Sharona? No wiesz… wydaje mi się, że chłopcy ją lubią i nie ma problemów… Ten Toei… Zawsze taki uprzejmy… Z tego co mi opowiadała, myślę, że nie jest z tym u niej źle. Sądziłam raczej, że chodzi o jakąś misję.
- Nieee… na misjach to ona akurat całkiem dobrze sobie radzi.
W tym momencie Mayka zbliżyła się do nas i popatrzyła na mnie zarówno swoim zdrowym okiem, jak i tym zbzikowanym, mającym teraz kolor jasnoniebieski. Nawet nie zauważyłem, kiedy je odsłoniła. Skrzywiłem się mimo woli, patrząc na kontrast miedzy lewą a prawą połową jej twarzy. Ta pierwsza jak u potwora, ta druga z całą pewnością należąca do ładnej dziewczynki.
- Tak? – spytała ją Sakura.
- Tu jest całkiem ładnie – stwierdziła Maya. – Tylko co robią straże przy drzwiach?
- Pilnują - powiedziała Sakura. Maya skrzywiła się.
- Nie potrzebuję ochrony.
- Ty może nie, ale my tak – warknęła moja przyjaciółka.
- Nie potrzebuję ochrony – powtórzyła Maya. Temperatura podskoczyła o jakieś dwa stopnie. Wskoczyłem między kłócące się kobiety i położyłem dłonie na ramionach Mayki. Jej oko nie było już błękitne, a miało gniewny, pomarańczowy kolor.
- Hej, hej, po co się denerwować? – zawołałem. – To ja ich tu postawiłem. Niech sobie będą. Nawet ich nie zauważysz.
- Kolejne więzienie, a miało być mieszkanie - warknęła na mnie. Poczułem ciepło pod palcami. Cholera, czyżby to jednak Sakura miała rację?
- Obiecuję, że jeżeli przez następne kilka dni nic tu się nie wydarzy, to ich odwołam. Zadowolona?
- Prawie – powiedziała niechętnie i odwróciła się do mnie plecami. Położyła palce na jednaj ze ścian. – Pan tu mieszkał? – zapytała.
- Tak – przytaknąłem. – Kiedyś, przez jakieś cztery, pięć lat, zanim się ożeniłem.
- Czuć tu pana. – Jej oko zrobiła się na powrót błękitne. – Dziękuję.
- Nie ma za co. To mieszkanie i tak stoi puste.
- Trzymasz je na wypadek, gdyby Hinata znowu wyrzuciła cię z domu? – zapyta Sakura, uśmiechając się złośliwie.
- To wcale nie jest śmieszne - ofuknąłem ją. Nie lubiłem, kiedy wspominano ten incydent z mojego życia. Moja przyjaciółka zmieszała się nieco i odwróciła wzrok. Ale nic to nie dało. Obrazy z tamtego dnia i tak stanęły mi przed oczami jak żywe.

Padał ulewny deszcz. Byłem cały przemoczony, zziębnięty do granic, wściekły na cały świat, głodny i cholernie chciało mi się szczać. Ale nie miałem zamiaru się poddać, nigdy. Po moich plecach przebiegł dreszcz, gdy nieznacznie się poruszyłem, aby zmniejszyć ból w kolanach. Zaszczękałem zębami.
Klęczałem przed domem, który jakiś czas temu był jeszcze mój. Klęczałem tak już jakieś dwadzieścia siedem godzin z hakiem. Kiedy świeciło słoneczko, nie było tak źle. W nocy też jakoś tam dałem sobie radę i nie zasnąłem. Ale nie spodziewałem się ulewy od samego rana i teraz zastanawiałem się, czy nie wyglądam żałośnie. Jedna myśl, mimo tych wszystkich przeszkód, wciąż trzymała mnie przykutego do podłoża. Moja żona była tego warta. Nie mogłem jej stracić. Za nic.
Zasłonki w oknie naszego domu odchyliły się nieznacznie i ktoś na mnie wyjrzał. Skupiłem się, by dostrzec kto. Nie była to Hinata. To był Neji, który od naszego rozstania opiekował się moją, pogrążoną w depresji żoną. Oddałbym wszystko, nawet swoje stanowisko Hokage, by być tam w środku razem z nią. By być tam na jego miejscu.
Coś przesłoniło deszcz, który od jakichś czterech godzin uderzał we mnie bezlitośnie. Spojrzałem w górę i ujrzałem Shino, z wielkim, czarnym parasolem w dłoni.
- Co… co t-ty tu r-robisz? - wychrypiałem, szczękając zębami.
- A jak myślisz? Przyszedłem z tobą porozmawiać. Nie pomyślałeś, że ona może potrzebować nieco więcej czasu, by się pozbierać?
- P-po… pomyślałem. A-ale wiem, j-jak on-na się czuje. N-nie z-zostawię j… jej.
- Myślisz, że jak nabawisz się zapalenia płuc, to coś to zmieni?
- N-nie n-nabawię…
- Tak, jasne. Posłuchaj. Postaw się na jej miejscu. Hinata bardzo cię kocha. Kochała cię od zawsze. Była taka szczęśliwa będąc z tobą. Była dumna z tego, że ją chciałeś. Że widziałeś w niej kogoś, kto jest ciebie godzien. Miała się za gorszą i dzięki tobie się zmieniła. Zaczęła w siebie wierzyć. Nadałeś jej życiu sens. Stała się twoją żoną. A potem straciła twoje dziecko. Załamała się, bo uznała, że cię zawiodła. Nie dała ci syna, którego pragnąłeś.
- T-to b-bez znaczenia. K-kochałbym j-j-ją nawet, g-gdyby już nigdy n-nie m-miała dać m-mi dziecka. O-ona m-musi t-to z-zrozumieć. N-nie zostawię j-jej, kiedy m-ma takie myśli.
- Ona potrzebuje czasu, by to sobie poukładać. By zrozumieć, że ty tego nie odbierasz w ten sposób. Że to nie jej wina, że poroniła!- zawołał.
- N-nie p-pozwolę, b-by p-przechodziła p-przez to sama. W-wiem, ż-że ty i K-Kiba… ż-że się s-staracie… a-ale t-to ja m-muszę jej pok-kazać, ż-że to nie j-jej wi-wina.
- Naruto…- zaczął, ale nie mu przerwałem.
- Nie! Nie ważne, co się ze mną stanie! B-będę tu klęczał, a-aż do mnie wyjdzie! T-to nie była j-jej wina! A ja jej n-nie zostawię, nawet j-jeżeli t-tego chce. Nawet siłą mnie stąd nie ruszycie!
Shino pokręcił głową i odszedł. Zimne krople znów we mnie uderzyły. Odczułem to tak, jakby ktoś wbijał w moje ciało tysiące pokrytych lodem igieł. Ale się nie poruszyłem. Hinata była warta wszystkiego. Poza tym wiedziałem, że ona nie ma racji. Że strata dziecka nie była jej winą i niesłusznie ode mnie odeszła. Jej twierdzenie, że niby mnie zawiodła, było absurdalne! Jak mogła tak sobie pomyśleć?! Jak mogła pomyśleć, że nie będę jej chciał, bo straciła nasze dziecko?! To bzdura! Cieszyłem się, że zaszła w ciążę, tak bardzo chciałem mieć rodzinę… Chciałem słyszeć płacz i śmiech swoich dzieci… Zaznać tego ciepła rodzinnego, którego zawsze zazdrościłem innym. Bardzo chciałem mieć z nią dziecko, ale nigdy nie obwiniłbym Hinaty o jego stratę! Musiałbym być ostatnim draniem! Co jej w ogóle strzeliło do głowy, że nie wierzyła w moją miłość? Że uznała, że nie będę jej chciał, skoro dziecko nie miało już przyjść na świat?! Nie mogłem tego zrozumieć! Przecież to dzięki niej zaznałem tego ciepła, które do tej pory mogłem tylko obserwować u innych… Moment, kiedy pierwszy raz ją pocałowałem… nasz ślub… a potem noc poślubna… chwila, kiedy oświadczyła, że będę ojcem… Tego nie dało się z niczym porównać! To były najpiękniejsze chwile mojego życia! A teraz ona chce, bym o tym zapomniał i odszedł, bo nie dała mi dziecka! Absurd!
- HINAAATAAAAA! - ryknąłem na całe gardło.
Przez następną godzinę nic się nie działo. Po woli traciłem nadzieję, zmęczenie też dawało mi się we znaki. Moja głowa co chwila opadała mi w dół i czułem, że jeszcze trochę, a przyjdzie mi spać na tym przeklętym chodniku. Właśnie przymknąłem na kilkanaście minut oczy, gdy w pewnym momencie usłyszałem nad sobą ten najcudowniejszy w świecie głos:
- Cały przemokłeś.
Poderwałem raptownie głowę i spojrzałem na Hinatę. Deszcz spływał po jej twarzy i włosach. Oczy miała czerwone, chyba płakała. Znowu. Ubrana była w ciemne kimono, i ku mojemu przerażeniu wyszła na boso.
- Hinata…- wymówiłem jej imię niemal z nabożną czcią. Wybuchła płaczem i nie zważając na to, że klęczę w błocie, padła mi w ramiona. Objąłem ją z całej siły. Wtuliłem twarz w jej włosy, zaciągając się znajomym zapachem jej szamponu, cisząc się bliskością jej ciała, bliskością, której pozbawiła mnie na tak długo.
- W-wybacz - szepnąłem. - Wybacz, ż-że nie udało m-mi się przekonać cię o mojej m-miłości. Kochanie… skarbie… t-ty… zawsze t-tylko ty. Jak mogłaś pomyśleć, ż-że mógłbym c-cię obwiniać? Spójrz na m-mnie.
Ująłem jej twarz w dłonie i zmusiłem ją, by spojrzała mi w oczy. Płakała, a jej łzy mieszały się z deszczem. Pociągnęła nosem.
- Patrz na mnie. P-patrz mi w-w oczy. P-przysięgałem, ż-że cię n-nie zostawię i n-nie zrobię t-tego. Zawsze dotrzymuję d-danego s-słowa. N-nie cofam też w-wypowiedzianych słów. B-będziemy razem, n-na dobre i z-złe. Ufaj m-mi. Wierz w moją miłość. Kocham cię.
- N-N-Naruto! – objęła mnie za szyję i nasze wargi złączyły się w namiętnym pocałunku, którym chcieliśmy powiedzieć sobie to, czego nie mogliśmy wyrazić słowami.

Sakura patrzyła, jak zmienia mi się mina i chyba żałowała, że o tym wspomniała. Otrząsnąłem się. To były stare dzieje, teraz już wszystko było w porządku.
- Nie mam czasu na bzdury. Mam masę zaległej roboty.
Ruszyłem w stronę drzwi. Ująłem klamkę.
- Pan wychodzi?! - zawołała Maya.
- Muszę. Ale wpadnę wieczorem. Bądź grzeczna, proszę!
- Dobrze!
Wyszedłem, a Sakura podążyła za mną. Przy drzwiach spojrzałem na dwóch członków ANBU, których postawiłem przy wejściu.
- Bądźcie dla niej mili - nakazałem im.
- Tak jest - szepnął wyższy, czarnowłosy Yoshio.
- Te ściany wytrzymają, prawda?- chciał wiedzieć jego kolega, Isamu. Niestety, nie widziałem jego twarzy ani włosów, ale wiedziałem, że jest blondynem. - Bo gdyby coś, ta mała…
- Ma na imię Maya - przypomniałem mu.
- Tak, to ona sfajczy cały budynek.
- Wytrzymają - zapewniłem go. Skinęli głowami, a ja i Sakura zeszliśmy po schodach na dół i wyszliśmy na zewnątrz.
Dzisiejszy dzień był pochmurny, ale raczej nie zapowiadało się na deszcz. Sakura szła obok mnie, naburmuszona. Zachowanie ich wszystkich doprowadzało mnie do szału! Czy oni nie widzieli, jak bardzo Mayka potrzebowała pomocy?!
Dopiero znalazłszy się w swoim gabinecie, odetchnąłem. Czułem się zmęczony, i to strasznie. Bolała mnie głowa. Teraz całą mocą odczuwałam brzemię odpowiedzialności za swoje stanowisko. Nigdy bym nie przypuszczał, że bycie Hokage to taka harówa! Przetarłem oczy i zabrałem się za masę zaległych papierów.


w następnym rozdziale:

 "...Nie zdążyłem jednak tam dobiec, gdyż w pewnym momencie, kilka ulic przede mną i trochę na prawo, rozległ się dość niepokojący huk, po czym ujrzałem, jak okolica staje w ogniu i ku niebu wznoszą się kłęby czarnego dymu.
- Cholera jasna! – wrzasnąłem i wraz ze wszystkimi klonami puściłem się biegiem w tamtym kierunku..."

1 komentarz:

  1. Hej,
    to wspomnienie, och, czemu Hinata myslała, że ją zostawi...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń