poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 30

Jesteśmy na tej łące, gdzie stało się ciałem.
A ona milczy jak kupiony świadek.
W słońcu. Zielona. Tam opodal las
do żucia drewna, do picia spod kory -
porcja widoku codzienna,
póki się nie oślepnie. W górze ptak,
który po ustach przesuwał się cieniem
pożywnych skrzydeł. Otwierały się szczęki
uderzył ząb o ząb.
Nocą na niebie błyskał sierp
i żął na śnione chleby.
Nadlatywały ręce z poczerniałych ikon,
z pustymi kielichami w palcach.
Na rożnie kolczastego drutu
Chwiał się człowiek.
W. Szymborska.


- Spóźnił się pan! - wydarł się Shan Uchiha, siedzący na drewnianej belce od ogrodzenia oddzielającego pole ćwiczeń od lasu. Znajdowaliśmy się daleko poza wioską, jako że treningi rodziny Uchiha były dość destrukcyjne. Obok Shana siedział Toei, z wielkim limem pod lewym okiem i błogim uśmiechem na twarzy. Shan nie wyglądał lepiej od niego. Brodę miał ubrudzoną krwią, na policzku paskudne zadrapanie, a w jego czerwonych oczach widać było rzadko spotykaną u niego pustkę.
- Walczą? Jak długo? - zapytałem szeptem, stając między nimi. Oparłem się o belkę, patrząc na walczących na miecze Sasuke i Sharonę. Shan nachylił się w moją stronę.
- Będzie z piętnaście minut - wyszeptał. - Sharona się zawzięła, bo ojciec ją skaleczył już na samym początku walki.
- Nie zdjęła opaski z oczu - zauważyłem, patrząc na ojca i córkę.
            Sharona miała włosy związane w koński ogon, na twarzy zacięty wyraz. Oczy zasłoniła białą opaską, swoją katanę ściskała obiema dłońmi. Sasuke patrzył na nią czarnymi oczami, uśmiechając się. Za każdym razem, kiedy trenował z Sharoną, duma ze starszej córki niemal go rozsadzała.Tak samo i teraz, tylko cudem nie unosił się do góry jak nadmuchany balonik.
            Sasuke ciął z góry, a Sharona sparowała to cięcie. Przypomniało mi się, kiedy ostatnio z nią walczyłem. Zdumiewała swoimi umiejętnościami, a od tamtej pory widać znacznie się poprawiła. Zawsze była niesamowicie uzdolniona, w końcu sharingana po raz pierwszy aktywowała w wieku trzech lat, a gdy miała tyle lat co teraz Shan, była już jouninką i trenowała z Sasuke, jak zapanować nad Amaterasu. Nic dziwnego, że jej ojciec walczył z niąjak równy z równym. Taki geniusz jak Sharona rodzi się raz na sto lat.
            Dziewczyna obróciła się, odbijając klingę Sasuke i wykonała kilka szybkich gestów. Nie usłyszeliśmy jej głosu, ale w Sasuke wystrzeliło nagle kilka ognistych kul. Mój przyjaciel uskoczył, a w jego oczach zalśnił sharingan, by po chwili spłynąć szkarłatem po jego prawym policzku.
            Sharonę otoczył czarny płomień. Dziewczyna zamarła w bezruchu, po czym podniosła rękę i dotknęła zranionego ramienia, brocząc białe palce czerwoną krwią.
- Kuchiyose no Jutsu!
            Pojawił się brązowy jastrząb, który natychmiast uniósł się w powietrze. Sharona złapała się jego łapy, a gdy i jej stopy oderwały sięod ziemi, ptaszysko śmignęło w stronę obserwującego go Sasuke. Sharona zeskoczyła na dół, lądując za plecami ojca, po czym zaraz zaatakowała. Ocena odległości była u niej świetna, a przecież nic nie widziała. Sasuke sparował cięcie i odskoczył.
- Chidori Nagashi! - jego krzyk rozniósł się echem po lesie, a nas ogarnął przyjemny świergot tysięcy ptaków, wydobywający się z jego dłoni. Podskoczyłem i usadowiłem się na drewnianej belce obok Shana i Toeiego, gdy ziemia pod naszymi stopami zaskrzyła się niebieską chakrą. Sharona ponownie wyskoczyła w górę, a jej ptaszysko śmignęło w jej kierunku… nie udało jej się jednak złapać jego nogi, bo w powietrzu zaatakował ją ojciec. Starli się, usłyszeliśmy zgrzyt stali i cichy śmiech zadowolonej Sharony. Opadli na ziemię i rozpoczęli skomplikowaną walkę na miecze. Włosy Sharony wirowały w powietrzu, gdy zaczęła swój popisowy taniec, tnąc i parując cięcia, jakby katana była przedłużeniem jej ręki. Sasuke nie dawał jej w tej chwili żadnej taryfy ulgowej, wiedziałem to w jego oczach. Tak dumnego spojrzenia, takiej zaciętości na twarzy nie miał od dawna.
- I co teraz? - zapytał Sasuke swoją pierworodną, gdy zaczęła się cofać pod naporem jego miecza.
- Teraz, zaproszę do walki Shana…- mruknęła. Sasuke zatrzymał się i spojrzał na nią, po czym z uśmiechem skinął głową.
- Ale walka była świetna. Jestem z ciebie dumny – rzekł, a ona przytaknęła, nie za bardzo przejmując się komplementem. Dziwne to był, bo Sasuke nie miał skłonności do publicznego chwalenia swoich dzieci, a jeszcze dziwniejsze, że jego dzieci i tak miały to gdzieś.
- Ale lipa…- mruknął Shan, zsuwając się z ogrodzenia. - Znów będę się musiał męczyć, myślałem, że dojdą chociaż do Chidori Hoshi…
-Sharona ma się przecież zająć tobą - zauważyłem. - Tak więc nie szukaj wymówek. Dla ciebie tu przyszedłem.
            Spojrzał na mnie, a w jego oczach odmalował się szok i zdumienie. Zamrugał kilka razy, a potem odwrócił się, chowając ręce do kieszeni.
- Nie będzie na co popatrzeć, nawet pogoda to potwierdza - ledwo to powiedział, zaczął padać deszcz. Sasuke i Sharona równocześnie wznieśli twarze w stronę nieba, a w tym czasie Shan zbliżył się do nich, i stanął naprzeciw siostry. Patrzył na swoje stopy, minę miał poważną, ale z całą pewnością nie zdeterminowaną.
- Zaczynajcie! - zawołał Sasuke, uskakując w bok. Nie dołączył do mnie i Toeiego, tylko stanął w niedużej odległości od swoich dzieci, bacznie obserwując Shana, który wyciągnął kunai i spojrzał na siostrę jakby zmęczonym wzrokiem. Zrozumiałem nagle to, co mówiła Sharona. Shan nie miał serca do walki. Nie chciał walczyć. Zmuszali go do czegoś, czego nienawidził. Sharona odsłoniła oczy i uśmiechnęła się do brata.
- Dlaczego nie przywołasz swojej katany? - zapytała, wolnym krokiem zaczynając się do niego przybliżać. Shan również się przemieścił, w taki sposób, by zachować jednakową odległość. Zaczęli krążyć po kole, obserwując się nawzajem.
- Wystarczy mi kunai, nie lubię tej katany. Cuchnie krwią.
            Sharona parsknęła śmiechem, patrząc na brata.
- Dzieciaku, nie pokonasz mnie z tym malutkim nożykiem…
- Zaczynaj! - wrzasnął na nią, po czym zaatakował sam, zupełnie bez ostrzeżenia. Sharona sparowała cięcie jego kunai, po czym przykucnęła i zaatakowała szerokim cięciem z dołu. Shan wyskoczył, obracając się w powietrzu nad jej głową, po czym cisnął w nią serią shuriken, które ona zablokowała bez większego problemu. Shan, wciąż w powietrzu, zaczął wykonywać pieczęć i to samo zrobiła Sharona. Oboje wzięli identyczny zamach, po czym krzyknęli jednocześnie:
- Chidori Hoshi!
            Ich dłonie rozbłysły niebieską chakrą, która uformowała się na kształt gwiazdy, po czym cisnęli w siebie owymi pociskami. Śmignęły one z zawrotną szybkością, a my z Toeim zasłoniliśmy uszy, bo dźwięk jaki się z nich wydobywał był nie do wytrzymania. Gwiazdy zderzyły się ze sobą, wywołując eksplozję. We trzech, ja, Toei i Sasuke, odskoczyliśmy poza pole treningowe, by nie dosięgła nas fala uderzeniowa.
- Walcz, do cholery! - wrzasnął Sasuke do Shana, który zbierał się z ziemi, kaszląc, wśród opadającego na ziemię pyłu i odłamków skały, które mieszały się z coraz bardziej ulewnym deszczem.
- Za późno! - ryknęła Sharona, pojawiając się nagle tuż nad bratem, z kataną wzniesioną do góry.
- Luka! - ryknął Shan, okręcając się. Zauważyliśmy wszyscy w tym samym momencie, że nie miał bandaży na swoich nadgarstkach. Dotknął wytatuowanej tam pieczęci, a w jego dłoni pojawiła się jego katana. Obrócił ją, wstając, po czym przyłożył spadającej na niego siostrze rękojeścią prosto w brzuch. Sharona kaszlnęła, wypluwając krew.
- Mam…! - zaczął Shan, ale zamilkł, bo nagle to, co uważał za siostrę, zaczęło puchnąć niczym balon…
- Cholera! - ryknął, i puścił się biegiem w byle jakim kierunku, ale było już za późno. Po raz drugi polem treningowym wstrząsnęła eksplozja. Podmuch zwalił chłopaka z nóg, a ten przeturlał się kilka razy po ziemi, zanim udało mu się wyhamować. Zerwał się jednak natychmiast i od razu sparował cięcie Sharony, która zaatakowała go,wyłaniając się z kłębów dymu, które powstały w skutek drugiego wybuchu. W dłoni miała już drugą swoją katanę, posługując się nią równie zręcznie, co tą dzierżoną w prawej ręce. Shan zmagał się z nią za pomocą swojej jednej katany,odpierając jej ataki ze zwinnością godną podziwu. Starał się ją odepchnąć, a gdy w końcu mu się to udało, natychmiast wykorzystał zyskaną chwilę czasu, by wyprowadzić atak.
- Katon! - wrzasnął, zawiązując pieczęć. - Akai Sora!
            Płomień otoczył Sharonę ze wszystkich stron, zmykając ją w swoim wnętrzu. Utworzył nad nią coś na kształt kopuły, a Shan opadł na jedno kolano, dysząc, i patrząc na płomienie jednym okiem. Po jego twarzy spływał pot, gdy oparł się na swojej katanie, by móc się podnieść, kiedy tylko odpocznie…
- I to tyle? - zapytała nagle Sharona, pojawiając się tuż za nim z podniesioną kataną. - Za późno!
Cięła zamaszyście, tak, że Shan musiał przeturlać się po ziemi, by uniknąć ciosu. Podniósł się z trudem na nogi, ledwo mogąc złapać oddech. Stał tyłem do swoich płomieni, a Sharona odcinała mu drogę ucieczki.
- Kidy ty… jak…? - zapytał Shan, trzymając się za serce…- No ta… ty też jesteś klonem…
            Sharona uśmiechnęła się, trzymając głowę nieco przekrzywioną. Nic nie widziała, bo nie zdjęła opaski z twarzy, a mimo to była zupełnie wyluzowana. Na jej twarzy nie widziałem śladów skupienia, a przecież musiała skupiać się na słyszanych dźwiękach i wibracjach wokół niej, by wiedzieć, co się dzieje.
- Po co mam się nadwerężać. Jesteś za słaby, by walczyć ze mną osobiście. Jesteś nikim. Radzę ci pracować nad oczami, bo skończy się to moją ślepotą, a twoją hańbą.
- A myślałem, że skończysz z tą nawiedzoną gadką, jak znajdziesz sobie chłopaka – odrzekł Shan, uśmiechając się kpiąco. - Ale, jak widać, twojego zgorzkniałego serca nic nie zmieni…
- Ty! - ryknęła Sharona, atakując go na oślep. Shan uniknął tego ciosu i puścił się biegiem przed siebie.
- Nie uciekniesz mi! - zawołała za nim, po czym cisnęła w niego kunai. Odpił go i wyhamował nagle, gdy naprzeciw niego pojawiła się druga Sharona.
- Przeklęta! - krzyknął chłopak, ciskając w tą drugą serią shuriken, a ona odparła je za pomocą swojej katany, po czym obie rzuciły się na brata. Parował ich cięcia, obserwując ich ruchy za pomocą sharingan. Nie łatwo mu było osłaniać się przed czterema katanami i samemu wyprowadzać ataki. Miał już bardzo mało chakry, z każdą chwilą coraz ciężej oddychał. W pewnym momencie jednak na jego twarzy odmalował się wyraz zadowolenia, jakby znowu dostrzegł jakąś lukę. Miał tę przewagę, że był niższy. W pewnej chwili po prostu przemknął pod ramieniem jednaj z Sharon, po czym pchnął ją na wyprowadzającego atak sobowtóra. Jedna drugą przebiła na wylot mieczem. Na chwilę wszystko zamarło, po czym ta przebita wbiła katanę w głowę „przeciwniczki” i obie natychmiast zaczęły puchnąć…
- Co, te też…?! - wykrzyknął Shan, ale i tym razem spóźnił się z ucieczką. Klony wybuchły mu tuż przed twarzą, odrzucając go na drugi koniec pola treningowego. Chłopak rąbnął z całych sił w drzewo, po czym osunął się po nim na ziemię, wypuszczając z rąk swoją katanę.
- I to by było na tyle - mruknął stojący obok mnie Sasuke. - Starczy na dziś! Shan już nie ma chakry! Idziemy! - zawołał, odwróciwszy się, po czym ruszył w stronę wioski.
            Stałem, patrząc, jak Sharona wynurza się z lasu, czysta i nawet niezbyt zmęczona, uśmiechając się pogodnie. Płomienie po ognistej technice Shana już zgasły, bo zbyt mocno padało, by mogły się utrzymać. Zostawiły po sobie jedynie zapach spalenizny. Dziewczyna zbliżyła się do stojącego nieruchomo Toeiego, po czym wskazała ręką drogę do wioski.
- Idziemy? - pytanie skierowała zarówno do swojego chłopaka, jak nazwał Toeiego Shan, oraz do mnie. Pokręciłem głową, a Toei zmieszał się.
- A twój brat? - zapytał, patrząc na Shana, który teraz klęczał pod drzewem, opierając się na dłoniach i pluł krwią.
- Shan musi sobie to i owo przemyśleć – powiedziała. - Nie jest nawet w połowie tak ranny, jak mógłby być. Tylko udaje. Partacz - ostatnie słowo niemal wypluła, po czym wyminęła Toeiegoi pobiegła za ojcem. Toei zerknął na mnie, a ja skinieniem głowy poinformowałem go, że może odejść. Sam zbliżyłem się do Shana, który siedział pod drzewem, chichocząc.
- Bawi cię to? - zapytałem, kucając naprzeciw niego.
- Tak – odpowiedział. Deszcz spływał mu po twarzy i długich włosach. - To trochę zabawne. Jestem partaczem. Czy pan też tak uważa?
- Tak - odpowiedziałem. - Co to było? Te teksty? Chidori Hoshi już na początku? Jakbyś sam chciał pozbyć się chakry.
            Pokręciłem głową. Chidori Hoshi było techniką Sharony, stworzoną przez nią kilka lat temu, na wzór mojego Rasen Shurikena. Dziewczyna od zawsze mnie podziwiała i chciała nauczyć się mojego jutsu, ale ponieważ nie posiadała chakry natury wiatru, nie mogłem jej nauczyć tego, co tak bardzo chciała umieć, tak więc stworzyła swoją własną technikę. O wiele słabszą, ale również bardzo destrukcyjną i wymagającą do tego dużej ilości chakry.
- Jestem po prostu partaczem – szepnął Shan. - Proszę pozwolić mi nim zostać jeszcze przez jakiś czas.
- Shan…- zacząłem, jednak zawahałem się. Czy powinienem mówić mu to, co chciałem mu powiedzieć? - Widziałeś minę Sasuke? Twój ojciec… tak bardzo chciałby być z ciebie dumny. Spraw, by był z ciebie dumny…
            Ku mojemu zdumieniu, parsknął śmiechem.
- Ojciec…- powiedział, patrząc na swoje dłonie. - Ojciec sam nie wie, czego chce. Jest dla mnie… nikim…
- Shan! - zawołałem, bo rozzłościły mnie jego słowa. - A ty kim jesteś? Zwykłym, zarozumiałym dzieciakiem. Mówisz tak, jakbyś raz opuściwszy dom, twierdził potem, że widziałeś cały świat. Co ty możesz wiedzieć o Sasuke? O tym, co myśli sobie na temat tego wszystkiego. On się stara, by historia waszego klanu zaczęła się zmieniać. Chce dla ciebie i Sharony jak najlepiej. Jest…
- Pusty i wypalony w środku – wpadł mi w słowo młody Uchiha. - Znam swojego ojca. Lepiej niż ktokolwiek inny, to ja odczytuję jego myśli. Ojciec jest beznadziejny…
- Shan…
-A wie pan, że to pana wina? - nie dał mi dojść do słowa. Przyjrzałem mu się, ale on wciąż na mnie nie patrzył. - Lepiej by było, gdyby pan go wtedy zabił…
- Shan! Mówisz o swoim ojcu!
- Wiem! - krzyknął. - Wiem! Ale wiem też, że wtedy to byłby koniec tej nienawiści. Tego fatum, które krąży nad Uchiha. Pan to czuje, prawda? To nadal nad nami wisi, a kiedy klan się w pełni odrodzi, znów będzie przyczyną nieszczęścia. To jest jak zamknięty krąg.
- Posłuchaj… Nie masz racji…Sasuke… on z tym walczył…
-… i nie wygrał. I to pan mu to zrobił, pan go uratował, ale nie ocalił. To wszystko wciąż go dręczy i dlatego jest taki pusty. Dlatego jest nikim. Dlatego tak o nim powiedziałem. A najgorsze jest to, że pan to wszystko złożył na moje barki.
            Drgnąłem. Tak, wiele razy mówiłem, że ofiaruję mu kiedyś swoją Wolę Ognia. Wydawało mi się to oczywiste. Proste, naturalne. Był moim następcą, człowiekiem, który miał to wszystko ciągnąć dalej według moich zasad. Nieważne było dla mnie, że był Uchiha. Nie myślałem jednak, że on to czuł. Że się domyślał.
- Wie pan, co to znaczy być Uchiha? - było to pytanie czysto retoryczne. Nawet nie spojrzałem na niego, bo zajęty byłem myśleniem nad tym, w którym momencie ten chłopak pomyślał, że już teraz ma brać na siebie część nienawiści, z którą walczyłem? Faktycznie, o jego ojcu nie myślałem odkąd miałem Shana. - Być Uchiha to płakać krwawymi łzami i popielić wszystko, na co się spojrzy.
            Poderwałem się nagle i odskoczyłem, bo w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą siedziałem, pojawiły się nagle czarne płomienie, z wolna wyżerające dziurę w ziemi. Spojrzałem na najmłodszego Uchihę, a ten odwzajemnił spojrzenie. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Nie mogłem uwierzyć w czarną gwiazdę w jego lewym oku, w krew na jego policzku, w czarny płomień przed nim. W jego w pełni aktywny Mangekyo Sharingan.
- Nienawidzę… nienawidzę tych czarnych płomieni – powiedział do mnie, mrugając. Jego tęczówki stały się na powrót czarne jak noc. - Bogini Dnia… nie powinna być taka brzydka…
            Ponownie opadłem na ziemię. Odetchnąłem kilka razy.
- Oni się tak martwią… o jej oczy… a ty… kłamiesz?
- Sharona jeszcze nie może dostać moich oczu. Jeśli teraz jej je dam, zamknie się w swojej iluzji na zawsze. Jej zgorzkniałe serce obróci tę moc przeciwko niej – powiedział, przykładając rękę do serca. - Pan wie… pan potrafi zajrzeć w moje serce. Słyszy pan tę modlitwę, prawda?  Już panu mówiłem, że mam swój sposób na to wszystko. Moi potomkowie… nie uronią ani jednej krwawej łzy… przysięgam to panu na moją Wolę Ognia.
            Hinata kąpała Junichiego, a ja stałem pod drzwiami łazienki, przyglądając się temu z bezpiecznej odległości. Nie chciałem, by mój syn zaczął płakać. Myślami jednak byłem daleko od codzienności. Nadal siedziałem na deszczowej polanie, patrząc na ciemnowłosego chłopaka, który okazał się o wiele bardziej godny szacunku, niż niejeden dorosły. Westchnąłem, przecierając oczy ze zmęczenia. Te dzieciaki… jakby nie mogły zostawić wszystkiego nam, dorosłym.
            Obróciłem się i wyszedłem na korytarz, po czym zbliżyłem się do drzwi pokoju mojego syna. Zapukałem, a gdy usłyszałem ciche „wejdź, tato”, wszedłem i zamknąłem drzwi za sobą.
            Mojemu synowi wystarczyło tylko jedno spojrzenie na moją twarz, by mnie zrozumieć. Skinął głową, po czym zaczął wykonywać pieczęć.
- Futago no Jutsu – powiedział. Na jego czole pojawiła się wytatuowana tam pieczęć, która jednak natychmiast zniknęła. Uśmiechnąłem się do niego.
- Mei już nas nie słyszy? - zapytałem.
- Nie. Więc… o co chodzi? - zapytał, wskazując mi idealnie posłane łóżko. Aż bałem się na nim usiąść, by niczego nie pościągać.
- Widziałem Mangekyo Sharingan Shana. - wyjaśniłem, a syn spojrzał na mnie z uwagą. Przez chwilę z całą pewnością zastanawiał się, czy go nie podpuszczam, byłem tego pewien, znałem go zbyt dobrze. Potem chyba doszedł do wniosku, że to żaden fortel i skinął mi głową. A może po prostu odczytał moje myśli, w końcu miał to przecież poćwiczyć.
- Tak. Potrafi to już jakiś czas. Ja i Mei pomagaliśmy mu w treningu. Dzień sharingan jest raz w miesiącu, ale Shan trenował przez ostatni rok w każdej wolnej chwili. Nadrabiał wszystko, czego nie potrafił, a my go kryliśmy i pomagaliśmy mu. Wtedy to też Mei nauczyła się czerpać z jego chakry. Opracowali jakieś tam wspólne rodzaje ataku… nie wiem, nie interesuje mnie to, co robią. W każdym razie siostra wyjaśniła mi już, co to było z tym ogniem. Nie myliłem się – wszystko to powiedział spokojnym, beznamiętnym tonem, po czym odwrócił się w stronę biurka i pochylił nad książką, którą czytał przed moim wejściem.
- Dlaczego zrobiliście z tego taką tajemnicę? – zapytałem, a syn wyprostował się. Chwilę wpatrywał się w ścianę przed sobą, drapiąc się ołówkiem po brodzie.
- Shan nas o to prosił. On nie lubi swojego klanu. Zawsze powtarza, że nie wybierał sobie rodziny ani nazwiska. Jest w nim bardzo dużo nienawiści. I najbardziej denerwuje go właśnie to. No i fakt, że ma świadomość tej niedoskonałości. Ciężko jest powiedzieć, co tak naprawdę chce zrobić. Wiem na pewno, że Sharona dostanie jego oczy kiedy się w pełni pogodzą. Tak mówił, więc nie ma co się martwić. Na szczęście zdaje sobie sprawę, jakie to ważne. Myślę… że Shan chce zaprowadzić zmiany w swojej rodzinie. Idzie mu to bardzo wolno, ale on się nie poddaje.
- Powiedział mi, że to ja złożyłem to na jego barkach - mruknąłem, wstając. Mintao spojrzał na mnie.
- A nie? - zapytał. - On przecież dostał twoją Wolę Ognia. Teraz i on walczy z pętlą nienawiści. To logiczne, że zaczął od swoich bliskich.
- Wyyy…- zacząłem, a syn zaśmiał się, wskazując na mnie palcem.
- Ale masz minę! Nie przejmuj się tak! - zawoła ze śmiechem. - Jesteśmy nowym pokoleniem. Teraz na nas spoczywa odpowiedzialność za przyszłość - znowu zachichotał.- Fajnie to brzmi, prawda? Ale przepraszam cię, tato. Mam masę pracy nad moim jutsu…
- Jasne, już cię zostawiam. Miej na nich oko, co?
- Dobrze.
            Otworzyłem drzwi z rozmachem, w sam raz by zobaczyć uciekającą Mei, która podsłuchiwała pod drzwiami. Złapałem ją za kaptur pomarańczowej kamizelki, którą miała na sobie, uniemożliwiając jej ucieczkę.
- Nic nie słyszałam! - zawołała, próbując się oswobodzić. Pokręciłem głową.
- Kłamiesz. Przyznaj się lepiej – powiedziałem.
- S-serio, nic a nic nie słyszałam!
- Powtórzysz zaraz wszystko Shanowi, plotkaro. To dlatego zawsze wolę rozmawiać z twoim bratem. Nie można ci zaufać - mruknąłem do niej z wyrzutem, puszczając jej kaptur. Poleciała do przodu, ale odzyskała równowagę i obróciła się na pięcie, by spojrzeć mi w twarz.
- Od tego są najlepsi przyjaciele, prawda? - zapytała. - Murem za sobą, na dobre i złe. A ja coś czuję te złe, więc czemu mam mu nie powtarzać?
- Jesteście nieznośni, ty i on. Bawicie się w rzeczy, które dzieci nie powinny dotyczyć! Co to za manipulacje chakrą za moimi plecami, co? I kłamstwa w tak ważnych sprawach, jak oczy Shana i Sharony, hę?
            Naburmuszyła się, nabierając powietrza w usta. Pochyliłem się nad nią.
- No proszę, moja panno? Czekam na odpowiedź.
- I na torturach nie powiem – wymamrotała, starając się jednocześnie nie wypuścić powietrza z ust. - Shan mi zaufał.
            Wyprostowałem się, kręcąc głową.
- Masz szczęście, że już wszystko wiem – powiedziałem, wymijając ją, i ruszyłem do sypialni. Gdy tylko opuściłem korytarz, usłyszałem, jak Mei dobija się do pokoju brata, by po chwili zostać wpuszczoną do środka. No proszę. Co to się porobiło, by te dzieciaki miały przede mną tajemnice!


w następnym rozdziale:

"...- Nie mam zamiaru się z tobą kłócić, Sasuke. Jestem Hokage, a to uwłacza…
- Ta, jasne…- prychnął, zatrzymując się nagle. Ja również przystanąłem i spojrzałem na to, w co wpatrywał się mój nieszczęsny towarzysz.
            Jedna brew Sasuke drgała, ściskał mapę obiema dłońmi i najwyraźniej miał ochotę warknąć złowrogo na uroczą istotkę, która stała naprzeciw niego, wpatrując się w niego dużymi, zielonymi oczami..."


2 komentarze:

  1. Ja wiedziałam że Shan jednak coś potrafi :)
    Kurcze... Sasuke powinien trochę przystopować, wiem że on już taki jest, ale no nie wiem... czasami mi się wydaję że zamiast Shana jest Hinata, a zamiast Sasuke Hiashi ;/ nienawidzę tego ;l
    Oby Sasuke się zmienił bo ja go bardzo lubię i w tym opowiadaniu i w anime :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    czyli jednak Shan kłamie, wiele potrafi, niech Sasuke przystopuje...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń