poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 24


"Jakby miał tysiąc prętów świat zaklęty
i nie ma świata prócz prętów tysiąca."
Rainer Maria Rilke


Na drżących nogach krążyłem po małej kuchence, która kiedyś należała do mnie. Przy niewielkim stoliku siedzieli Sasuke, Shikamaru i Sharona. Pierwszy etap egzaminu na chuunina zakończył się już kilka godzin temu, zdało dwadzieścia dziewięć drużyn. W sypialni obok Sakura i mój syn badali wciąż nieprzytomną Mayę. Dziewczynce na pozór nic nie było, ale wolałem się upewnić. Wciąż słyszałem jej słowa, tak wyraźne, jakby stała teraz obok mnie.
- Niech mi pan pomoże, niech mnie pan ratuje...! – zakpiła Sharona, przedrzeźniając słowa, które im powtórzyłem. - Ciekawe jak? Ja bym ją zabiła…
- Sharono! - wrzasnąłem na nią. Zamilkła i odwróciła spojrzenie. Jej oczy zaszły łzami, ale w tej chwili miałem to głęboko gdzieś. Sasuke spojrzał na mnie z chęcią mordu w oczach, a ja z przyjemnością odwzajemniłem to spojrzenie. Shikamaru chrząknął, zwracając na siebie naszą uwagę.
- Sprawa Mayi to drażliwy temat – rzekł. – Z jednaj strony nieokiełznana, chora psychicznie, zwariowana potworzyca, władająca ogniem bez żadnych ograniczeń. Z drugiej strony mała, biedna sierota, która nie radzi sobie z samą sobą. Nasuwa się pytanie, która jej tożsamość w końcu weźmie górę? I co my mamy robić w takim razie?
- Na pewno nie zezwolę na zabicie jej, dlatego wszelkie tego typu pomysły radzę wam natychmiast wybić sobie z głowy! - zawołałem, kierując swoje słowa w szczególności do Sharony.
- Więc co chcesz z nią zrobić? - zapytał natychmiast Sasuke.
- Jeszcze nie wiem, ale gdy tylko się ocknie, zamierzam porozmawiać z nią o wszystkim. Zupełnie wszystkim, beż żadnego tabu i owijania w bawełnę. Koniec z ostrożnością wobec niej.
- Tak, ale jak wkroczysz na temat, który jej się nie spodoba, to nie skończysz tej rozmowy - zauważył uprzejmie Uchiha. – Ja bym ją z powrotem umieścił w bunkrze za wioską…
- Nie – przerwałem mu. – Nie pozwolę jej nigdzie zamykać.
- Naruto, trzymanie jej w wiosce jest niebezpieczne dla mieszkańców Konohy - kontynuował Sasuke.
- Wiem, ale trzymanie jej w zamknięciu niczego nie rozwiąże, bo ona nie chce być zamykana! Czy ty byłbyś zadowolony, gdyby cię ktoś nieustannie trzymał w zamknięciu?! Pomyślcie, to dwunastoletnia dziewczynka! Czego według was może chcieć?! Chce mieć dom, rodzinę, chce być kochana, chce obdarzać miłością… ona się boi, nie macie pojęcia, jak ona się boi, że my nie będziemy jej chcieć, że się jej pozbędziemy...! Dlatego właśnie zamierzam zrobić wszystko…
- Naruto, nie mamy zamiaru jej uśmiercać, ale musisz zrozumieć, że jej nie można traktować jak zwykłą dziewczynkę, bo to potwór! – przerwał mi Uchiha.
- Ona nie jest potworem!
- O mało co nie zabiła mojej żony!
- Ale nic się nie stało!
- Prawie spaliła szpital!
- Na szczęście tylko dwa piętra!
- Czy ty się słyszysz?! „Tylko dwa piętra”. To co, powinna spalić cały, najlepiej z połową Konoszan, żebyś uznał ją wreszcie za potwora, kretynie?!
- ZWAŻ SOBIE, DO KOGO MÓWISZ! – huknąłem na całą kuchnię, po raz drugi tego dnia uderzając pięścią w stół, który tym razem natychmiast się złamał. Trzy osoby obecne w kuchni spojrzały na mnie z takim zdumieniem, że mogłem się śmiało za to obrazić. - JAK ŚMIESZ MI SUGEROWAĆ, ŻE NIE DBAM O TĘ WIOSKĘ, UCHIHA?! TO MAŁO SIĘ W ŻYCIU NAHAROWAŁEM?! MIESZKAŃCY KONOHY SĄ DLA MNIE NAJWAŻNIEJSI! ALE NIE POZWOLĘ WAM KRZYWDZIĆ MAYI W ŻADEN SPOSÓB! DLATEGO SKOŃCZCIE Z POUCZANIEM MNIE, BO MNIE TO WKURWIA, OKEJ?!
            Pokiwali głowami, nie odzywając się. Wyszedłem z kuchni i podszedłem do drzwi sypialni Mayki, które właśnie się uchyliły i na korytarz wyszła Sakura, a wraz z nią mój syn.
- Nic jej nie jest - powiedziała Sakura natychmiast. - Nie jest ani poparzona ani nic. Podaliśmy jej środki na uspokojenie, powinna spać całą noc.
- Zostanę tu z nią. Mintao, powiesz mamie.
- Mei właśnie jej to mówi – rzekł mój syn. – Mama każe ci uważać.
- Będę – obiecałem, kiwając głową. Mój syn obejrzał się na sypialnie Mayki. Spojrzałem w tym samym kierunku i przez uchylone drzwi zobaczyłem malutką dziewczynkę, śpiącą na łóżku z rozchylonymi usteczkami, taką delikatną, zbyt małą i zbyt kruchą jak na swój wiek. Zwrócona w moim kierunku akurat prawą połową twarzy wyglądała jak aniołek.A potem mała przekręciła głowę i ujrzałem druga połowę jej twarzy, czarną i pomarszczoną, przeciętą na pół czerwoną, wyraźną blizną, z kącikiem ust zniekształconym w taki sposób, że nawet przez sen jej wargi wykrzywione były w paskudnym grymasie.
- Ona nie jest zła – szepnął Mintao bardzo cicho. – Kiedy się w to wierzy, Maya staje się piękna.
            Gdy tylko to powiedział, natychmiast się skrzywił i złapał za głowę z jęknięciem. Zaczął nią kręcić, jakby się otrzepywał z wody…
- Mei… - wyjęczał, a my z Sakurą odetchnęliśmy z ulgą. – Mei, przestań…
- Co ona robi? – zapytałem.
- Rozzłościła się – szepnął Mintao, nadal ściskając swoją głowę. – Idę… idę już…
            Nie byłem do końca pewny, czy mówi do nas, czy do siostry, w każdym razie wyszedł z mieszkania, cicho zamykając za sobą drzwi. Zerknąłem na Sakurę, która tak jak ja, wpatrywała się w śpiącą Mayę.
- Nie chciała, bym robiła jej zastrzyk – powiedziała Sakura cicho. – Się… ona się chyba przestraszyła… Ale nie jestem w stanie nie zauważać jej cierpienia… leki które ode mnie dostała są chyba za słabe. Przygotuję coś silniejszego. Teraz niestety jest już późno.
            Spojrzała na mnie uważnie, dokładnie oglądając moje oczy.
- Jesteśmy po twojej stronie. Nie musisz się na nas wyżywać i wrzeszczeć. Wiem, że twoja frustracja jest uzasadniona…
- Czuję się, jakbym stał w miejscu. Jakbym był bezsilny…- przerwałem jej.
- Więc się rusz – powiedziała. – Przede wszystkim, zacznij kogoś wreszcie trenować.
            Wyminęła mnie i podeszła do drzwi.
- Kochani, idziemy! – zawołała, a gdy rodzina do niej dołączyła, trójka Uchiha opuściła mieszkanko. Po chwili zrobił to również Shikamaru.
            Zostałem sam. Tak sam nie czułem się już kilkanaście ładnych lat. Ale nie było mi z tym źle. Było tak dobrze, tak cicho… sam ze swoimi własnymi myślami… Napięcie i frustracja po woli zaczęły mnie opuszczać,jak powietrze przekłuty balon. Starając się nie myśleć, przeszedłem do kuchni. Jedno z krzesełek stojących przy złamanym stole postawiłem obok kredensu i usiadłem na nim.
            Nawrzeszczałem chyba już na wszystkich bliskich mi ludzi.Teraz, w nocnej ciszy, mając za ścianą bombę, która w każdej chwili mogłaby wybuchnąć, nie czułem nic. Wiedziałem, że po prostu miałem dziś gorszy dzień, choć na początku zapowiadało się inaczej. Przyczyną mojej frustracji był Hiroetsu i moja bezsilność wobec niego, a także chęć pomocy Mayi, oraz towarzyszący temu strach o mieszkańców wioski. Jak zatrzymać kogoś takiego jak Maya, skoro nawet ona sama nie umiała siebie zatrzymać? Skoro ogień po prostu się pojawiał i już, a mała, nawet tego chcąc, nie mogła go zatrzymać?
            Pogrążony w takich myślach wsłuchiwałem się w tykanie zegarka wiszącego na ścianie. Tik, tak. Tik, tak. Tik, tak…

            …stuk, puk. Stuk, puk…
            Miarowe uderzenia obcasów o posadzkę. Wysoka kobieta z kilkoma kolczykami w jednym uchu trzymała mnie za rękę. Szliśmy białym, długim korytarzem. Kobieta przypominała nieco kota, miała krótko obcięte, ciemne włosy i duże oczy. Patrzyłem na nią z dołu, ale tylko jednym okiem. Drugie oko, lewe, strasznie mnie bolało, a w dodatku miałem je czymś zaklejone.
- Gdzie jest mój pan? – zapytałem cicho. Kobieta westchnęła, przyspieszając.
- Jest zajęty – powiedziała, ciągnąc mnie za sobą i szarpiąc mną brutalnie.
- Ale ja chcę do mojego pana…
- Mówię ci, cholerny bachorze, że jest zajęty...! Ał!
            Kobieta nagle krzyknęła i puściła moją dłoń. Spojrzała na swoje poparzone palce, a potem z wściekłością na mnie.
- Pan mówił ci, byś tego nie robiła! – zawołała.
- Mam to gdzieś! Spalę was wszystkich, jeśli mnie do niego nie zabierzesz! Spalę was tak jak tamto miasteczko! Spalę cię jak ten twój oddział, jak tego drania, który rozciął mi twarz na pół!
- Nie zrobisz tego - powiedziała kobieta, wpatrując się w moją twarz. - Pan ci tego zabronił. A teraz chodź do swojego pokoju. Jak tylko pan wróci, powiem mu, że na niego czekasz. Przyjdzie do ciebie…
            Skwasiłem minę i ruszyłem za kobietą. Po chwili weszliśmy na inny korytarz, pełen ludzi. Minęliśmy kilka drzwi, po czym stanęliśmy przy jednych, wyjątkowo solidnych i bez szybki. Kobieta otworzyła je i wpuściła mnie do środka. Wszedłem posłusznie, a ona zatrzasnęła za mną drzwi. Znalazłem się w białej celi. Nie było tu nic prócz łóżka, na którym usiadłem, obejmując kolana ramionami. Wszystko w mojej głowie wirowało. Chciałem z kimś porozmawiać, ale nie miałem z kim. Chciałem, by ktoś wymówił moje imię, ale nikogo tu nie było. Chciałem, by ktoś potwierdził, że ja żyję, ale byłem sam w tej celi. Białej celi. Brzydkiej celi. Gdzie nie było dzieci. Gdzie nie było rodziny. Gdzie nie było mojego pana. Gdzie byłem tylko ja z moimi myślami, które dręczyły mnie tak, że nie mogłem już wytrzymać nawet ze sobą.
            Z mojego gardła uleciał szloch, a łóżko na którym siedziałem zamieniło się w popiół, gdy fala ognia zalała pomieszczenie, wypełniając je po brzegi…

- Nie! – krzyknąłem i zerwałem się z krzesełka, słysząc identyczny jak mój okrzyk, dochodzący z sypialni Mayi. Pobiegłem tam czym prędzej.
            Mała siedziała na łóżku, zlana potem, oddychając szybko i nierówno. Rozglądała się przy tym po pomieszczeniu, jakby się spodziewała ujrzeć ogień dookoła siebie. Nie miałem pojęcia jakim cudem, ale byłem absolutnie pewny, że śniłem o tym samym, co ona. Podbiegłem do niej i złapałem ją w objęcia, przytulając mocno.
- Już… - szepnąłem, głaszcząc ją po włosach. – To był sen… tylko sen… Jesteś bezpieczna, jesteś ze mną…
            Wtuliła się w moje ramie, łaskocząc mnie włosami w podbródek. W ciemnościach widziałem zaledwie zarys jej postaci, drobniutkiej i malutkiej…
- Lordzie Hokage…- szepnęła.
- Tak?
- Czy… czy w szpitalu… czy ja tam… czy ja kogoś zabiłam? – spytała z obawą w głosie.
            Pokręciłem głową.
- Nie. Nikt nie zginął.
            Odetchnęła z wyraźną ulgą. Usiadłem na jej łóżku, a ona wdrapała się na moje kolana, wtulając się w mój tors z zamkniętymi oczami.
- Przepraszam, Lordzie Hokage… Ja naprawdę tego nie chciałam…
- Wiem.
- Ona… ta lekarka… ona chciała zrobić mi zastrzyk… krzyknęła na mnie…
- Sakura nie zrobiłaby ci krzywdy - powiedziałem, odgarniając jej włosy z czoła. - Co ci się śniło, Mayu?
- Nie wiem… biała sala, ogień… dużo ognia, jak w szpitalu… jakaś kobieta… nie wiem, wszystko mi się zamazało…- szepnęła. – Nie chcę myśleć o tym śnie… nie chce w ogóle myśleć… Naruto-san, tak mi źle…
- Wiem – szepnąłem.
- Ja nie mogę zatrzymać… nie mogę zatrzymać swoich myśli… nie mogę się ich pozbyć… a potem wszystko staje w ogniu…
            Zaczęła drżeć. Przytuliłem ją jeszcze mocniej.
- Spokojnie… oddychaj głęboko, równo… spokojnie. Nie jesteś sama… jestem z tobą, nie zostawię cię… nie będziesz już sama, obiecuję ci.
- Naprawdę? – zapytała cicho.
- Tak – przytaknąłem. – Nie jesteś już samotna, wiesz? Samotność to jest jedyne uczucie, którym nie można się z nikim podzielić. Bo kiedy już odstąpisz komuś choć część swojej samotności, to ten ktoś staje się twoim przyjacielem, a ty przestajesz być samotny. Do tej pory byłaś sama, ale teraz ja jestem z tobą. Dzieląc się ze mną swoją samotnością, pozbyłaś się jej.
- Dziękuję, Lordzie Hokage – szepnęła. Zaśmiałem się cicho, opierając brodę na czubku jej głowy.
- Mayu? – odezwałem się po chwili.
- Tak...? – zapytała sennie.
- Chciałabyś się uczyć?
- U pana? – upewniła się. Pokiwałem głową. – Dobrze…
            A potem jej ciało stało się bezwładne. Zasnęła.

            Minęły cztery dni. Jutro miał dobiec końca drugi etap egzaminu na chuunina. Mieszkańcy wioski, oburzeni po podpaleniu szpitala przez Mayę, odnosili się do niej bardzo wrogo. Rozumiałem ich, dlatego natychmiast zarządziłem rozpoczęcie odbudowy zniszczonych pięter, aby jak najszybciej zatrzeć ich pamięć o nieszczęsnym wypadku. Odcięte zostało całe zachodnie skrzydło szpitala, w którym automatycznie zmniejszyła się ilość wolnych miejsc. Maya gryzła się z tego powodu i nawet chciała przepraszać wszystkich pacjentów, ale po dwóch osobach, które nie chciały z nią nawet rozmawiać, poddała się. Zbyt szybko, jak na mój gust, ale nie śmiałem się wtrącać.
            Moja frustracja już mi przeszła, o dziwo, ani klan Uchiha ani Shikamaru, nie mieli do mnie pretensji. Jakimś cudem zrozumieli moje stanowisko, co zdumiało mnie niesamowicie. Shikamaru na moją prośbę zaczął dokładnie studiować wszystko, co odkryliśmy na temat Hiroetsu, ale niczego nowego nie wyniuchał. Szkoda…
            Ponieważ Shan Uchiha miał szlaban i musiał siedzieć w domu, pomijając momenty, kiedy było potrzebny przy egzaminie, moja córka stała się grzeczna i wyjątkowo miła. Oświeciło mnie nagle i doszedłem do słusznego wniosku, że w tej ekipie to Shan był mózgiem i do on demoralizował moją córkę, namawiając ją do robienia tych wszystkich dziwnych rzeczy, które zwykle razem robili. Konohamaru odetchnął z ulgą, kiedy jego płot przez cztery dni pozostawał nietknięty i śmiało opuścił wioskę razem ze swoją drużyną, mając nadzieję, że po powrocie z misji płot będzie stał tak, jak stoi. Ja też miałem taką nadzieję.
            Idąc dalej tym tropem, Sharona Uchiha dwa dni od swojego zawieszenia powiedziała o nim ojcu. Sasuke zrobił nalot na mój dom i przez godzinę wywrzaskiwał mi w twarz, że jego genialna córeczka na pewno na żadne zawieszenie nie zasłużyła, a poza tym to jeszcze nie ochrzanił mnie za to, na co namawiam jego syna. Jeżeli się spodziewał, że odwołam swoją decyzję, to się pomylił. Pewnie ta kłótnia skończyłaby się gorzej, ale na szczęście świadkami były Hinata i Sakura, które natychmiast interweniowały, kiedy mieliśmy już przejść do ręcznego tłumaczenia sobie nawzajem naszych racji. W każdym razie Uchiha się obraził. Jaka szkoda… He he.
            Co do spraw najbardziej pilnych, to nic się nie zmieniło,poza faktem, że otrzymałem kolejny niebieski zwój opatrzony rybką. Jego treść również była prosta, aczkolwiek bardzo ciekawa:
           
Hokage-sama
Jestem w tej pięknej wiosce, która z pozoru wydaje się normalna, ale to tylko złudzenie. Pod całą wioska ciągnie się sieć korytarzy, to jeden wielki, ukryty bunkier! Wstęp do podziemi mają tylko niektórzy członkowie ekipy Hiroetsu,raptem zaledwie ze dwadzieścia osób. Wyczaiłem niejakiego Kuchinabę i dziewczynę, ale nie wiem, jak się nazywa, nazywam ją Kocicą, bo jest cholernie do kota podobna. Ona należy do ochrony Hiroetsu, facet się z nią nie rozstaje.
            Wiem także, że raz w tygodniu Wioskę Słońca opuszcza dwuosobowa drużyna, która powraca potem ze schwytanymi ludźmi, przeważnie przypadkowymi. Ci ludzie zabierani są do podziemi na krótki czas,zaledwie kilka godzin, po czym wypuszczani. Tacy ludzie zawsze wracają do Wioski. Co się tam dzieje, w tych podziemiach, jeszcze nie wiem, ale się dowiem, kiedy mój wspólnik podszyje się za jednego z tych porywaczy. Na razie muszę go wprowadzić do tej wioski. Mają cholernie dobrą ochronę, wcale się nie dziwię, ze Sharona się niczego nie dowiedziała na tych swoich wypadach!
            Dobra, to wszystko, co na razie wiem. Postaram się wyniuchać coś o tej waszej małej i o Saiu. Nie muszę chyba przypominać, że ten list powinien pan spalić? Na pewno nie muszę.
            A, i mam prośbę… gdyby pan mógł szepnąć o mnie dobre słówko ojcu Sharony byłbym zobowiązany. Dziękuję.
Pirania.

            Po odczytaniu listu zastanawiałem się przez chwilę, czy on mnie widzi w roli swata, misja schodzi dla niego na drugi plan, a cała ta jego uprzejmość nie jest spowodowana tym, że kocha się w Sharonie? Doszedłem do słusznego wniosku, że tak. Zgodził się tylko dla Sharony. Przebrzydły dzieciak!
            Ponieważ Shimamura nie wspomniał w swoim liście nic o Saiu, wysłałem trzech chłopaków z oddziału Sharony wraz z innym oddziałem na wybrzeże, w celu ustalenia, czy Sai tam wrócił po wypadzie na drugi koniec świata. I tak, załatwiwszy te wszystkie sprawy, znalazłem się tutaj.
- Ładnie tu – powiedziała Maya, rozglądając się dookoła.
            Staliśmy na niewielkiej, zupełnie okrągłej, otoczonej zewsząd drzewami polance z daleka od Konohy. Maya zdjęła opaskę z twarzy i rozglądała się dookoła uważnie, a jej twarz rozjaśniał szeroki uśmiech. Uśmiechała się tylko do mnie, inni nigdy nie mieli okazji zobaczyć, jak ślicznie wygląda w takiej chwili.
- Tak, ładnie i daleko od wszelkich ludzi – przytaknąłem.
- A co będziemy robić? - zapytała z ciekawością.
- Uczyć się. Przecież się zgodziłaś.
- Zgodziłam – przytaknęła. – I nadal się zgadzam. Chodzi mi tylko o to, co będziemy robić?
- Cóż… Ponieważ twoje zdolności mają bardzo duży związek z twoim nastrojem, musisz nauczyć się panować nad swoim temperamentem. Dlatego pouczymy się medytacji. Musisz wiedzieć, że jestem mistrzem w kumulowaniu energii natury. Aby kumulować tę energię, należy się całkowicie wyciszyć i trwać w bezruchu. Oczywiście… - wzniosłem palec w górę. - Nie mam zamiaru uczyć cię tej techniki, a jedynie sztuki medytacji, byś potrafiła wyciszyć się i uspokoić absolutnie w każdej chwili, a tym samym zatrzymać swój ogień.
- Wow – mruknęła. – Pan mistrzem techniki, przy której należy się nie poruszać? To naprawdę pan?
- Tak, ja. Usiądź proszę po turecku – powiedziałem, a gdy usiadła, ja również zrobiłem to samo. Spojrzała na mnie z ciekawością.
- Jak to będziemy robić?
- Zamknij oczy i wycisz się – powiedziałem, i oboje przymknęliśmy powieki - Pozbądź się wszelkich myśli z głowy i skup się tylko na swoim oddechu. Staraj się nie myśleć… nie czuć… tylko ty… ty, i otaczający cię świat… nie ma niczego… nawet ty sama przestajesz istnieć… jest tylko twój oddech… skup się na nim…
            Rozchyliłem powieki, by podejrzeć, co robi. Siedziała w bezruchu, na jej twarzy rozlewał się uśmiech, ale do wyciszenia brakowało jej jeszcze dużo. Poruszyłem się, a Mayka natychmiast rozchyliła powieki.
- Miałaś zamykać oczy – przypomniałem jej uprzejmie.
- Przestał pan mówić.
- Nie będę cały czas do ciebie gadać. Masz się nauczyć medytować, a nie słuchać mojego ględzenia.
            Zaczerwieniła się.
- To trudniejsze, niż myślałam – powiedziała cicho. – Może na początek… mógłby mi pan mówić co i jak?
- Dobra. Jeszcze raz… zamykasz oczy… - posłusznie je zamknęła. Patrzyłem na nią uważnie, siedząc naprzeciw niej w bezruchu. - I przestajesz myśleć… pozwól swojej głowie… odpocząć… skup się na swoim oddechu… nie licz ich, tylko oddychaj…
            I tak się zaczęło. Siedzieliśmy tam kilka godzin i choć Maya ni w ząb nie łapała, o co chodzi z tą całą medytacją, nie traciłem nadziei. Dziewczynka miała jeden kłopot: nie potrafiła pozbyć się swoich myśli. Zbyt szybko się denerwowała i zniechęcała. Raz musiałem wiać, bo trawa wokół niej stanęła w ogniu. By ugasić nieszczęśliwy pożar, użyłem wodnej techniki. Potem znowu próbowaliśmy medytować i po raz kolejny nam nie wyszło. W końcu oboje byliśmy zmęczeni i postanowiliśmy na dziś przerwać trening. Wróciliśmy do wioski.


w następnym rozdziale:

 "...Na pierwszym planie znajdowała się ona sama, młodsza, szeroko uśmiechnięta… miała kwiatka we włosach. Kwiatka od Daisuke…"

1 komentarz:

  1. Hej,
    och Naruto trenuje małą, ten sen, niech pomyśli, pirania przesłał w liście, że kobieta wygląda jak kot, Naruton tym razem rozwalił stolik...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń