poniedziałek, 17 grudnia 2012

Rozdział 20

Shikamaru ziewnął, patrząc spod uniesionych wysoko brwi jak ja i Ban rozkładamy na stoliku zdjęcia powyciągane z raportów dotyczących misji o porwanych ludziach, którzy sami powrócili. Szóstka dzieciaków patrzyła na nas sceptycznie, ich twarze w różnym stopniu wyrażały niewyspanie. Rozsiedli się na kanapie pod oknem, Mei spała z głową na ramieniu Shana, a Kaju zerkał na nią co chwila. Sayoko piłowała paznokcie, a Roppa gapił się w przestrzeń z półotwartą buzią. Jedynie mój syn patrzył na mnie z ciekawością.
- Mam dla was zadanie – powiedziałem do nich, gdy już rozłożyłem wszystkie zdjęcia na biurku. - Wstańcie i podejdźcie.
Załapali, że to do nich mówię dopiero po tym, jak Mintao podszedł do biurka. Pokręciłem głową, kiedy ustawili się przed meblem i popatrzyli na zdjęcia.
- Poznajecie kogoś? – spytałem. Skupili się na twarzach porwanych.
- Ja poznaję, ten koleś to ten gbur, któremu nie smakował ramen! - zawołała Mei, wskazując jedno ze zdjęć. – Przybył tu na egzamin!
Ban natychmiast odłożył to zdjęcie na bok.
- Tak, a ten koleś to ten od chrapania! – zaśmiał się Shan, wskazując następne zdjęcie. Je również Ban odłożył.
- A ta lalunia gadała z tobą, Kaju – powiedziała Sayoko, odkładając na kupkę stworzoną przez Bana następne zdjęcie.
Po chwili odłożonych zostało kilka zdjęć ludzi, których rozpoznały dzieciaki. Resztę zgarnąłem i wrzuciłem do szuflady, a te wybrane ponownie rozłożyłem na blacie biurka.
- To zadanie będzie wymagało czegoś więcej, niż siły - powiedziałem do dzieciaków, a one przyjrzały mi się podejrzliwie. - Będzie wymagało uroku osobistego.
- O, to coś dla mnie! - ucieszył się Shan, a Mei strzeliła go w głowę.
- Chcę, abyście teraz wybrali sobie po kilka osób, odnaleźli je, a potem za wszelką cenę starali się z nimi związać. Macie nakłonić daną osobę, by zgodziła się chodzić z którymś z was.
Shikamaru zakrztusił się własną śliną. Ban rzucił się mu na pomoc i przez chwilę patrzyliśmy wszyscy, jak chłopak wali Narę w plecy, a Shikamaru się dławi. Gdy wreszcie skończyli to przedstawienie, uśmiechnąłem się do zdębiałej szóstki dzieciaków. Shan wystąpił naprzód i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Lordzie Hokage, przepraszam, że się ośmielę, ale czy pana już do końca pogięło? - zapytał. Pokręciłem głową.
- Nie, Shan, nie pogięło mnie ani trochę. Nie martwcie się, po prostu zróbcie to, o co was proszę - wskazałem na zdjęcia leżące niewinnie na biurku. - Do zachodu słońca każda z tych osób ma zostać poproszona o chodzenie.
Zaczęli wybierać zdjęcia. Ponieważ zdjęć dziewczyn było akurat cztery, każdy z chłopców wybrał jedną. Mei i Sayoko wybrały po dwóch chłopców, ale na stoliku zostały jeszcze dwa zdjęcia.
- Zabraknie nam czasu by poderwać aż trzech i nakłonić ich do chodzenia – powiedziała mi Mei, gdy zachęciłem ją, by wybrała jeszcze jedno zdjęcie. – No przecież nie podejdę i nie zapytam prosto z mostu, czy chce ze mną chodzić!
- Zawsze możesz posłużyć się szantażem – zauważył Shan, śmiejąc się. – Albo dowalić takiemu porządnie. Ogłuszony na pewno by się zgodził.
- Oni też muszą zostać wybrani - powiedziałem. - Decydujcie szybko! Czas ucieka, mamy jeden dzień, jutro egzamin!
- Dobra… - odezwał się Shan, który dostał prawdziwej głupawki. Sięgnął po zdjęcie jednego z chłopców. – Będą jaja. Tylko niech pan nie mówi ojcu.
Na chwilę zdębiałem. A potem wszyscy, łącznie z Shanem, ryknęliśmy śmiechem. Uchiha przyjrzał się chłopakowi, którego wybrał.
- Nie jest w moim typie, ale jakoś to przeżyję – westchnął. Poklepałem go po ramieniu.
- Dziękuję za poświęcenie. Został ostatni.
Usłyszałem westchnienie mojego syna, po czym on też sięgnął po zdjęcie chłopca.
-Rozumiem, że to jakiś test dla tamtych, tak? – zapytał. – Mamy ich tylko poderwać i zobaczyć, jaka będzie ich reakcja?
-Dokładnie sprawdzić, czy będzie taka sama - wyjaśniłem. - Naprawdę nie musicie się z nimi całować ani nic.
Dzieciaki pokiwały głowami. Mój syn przyjrzał się dwóm wybranym przez siebie osobom.
- Do czego namawia mnie własny ojciec, to niepojęte! – zawołał, a wszyscy ponownie zaczęli się śmiać. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je im. Zaczęli wychodzić.
- Idźcie, nie traćcie czasu! I pamiętajcie, urok osobisty!
- Jasne - zakpił Shan i spojrzał na Mintao. – Może się przebierzemy w sukienki?
- Zapomnij! – warknął mój syn. Zatrzasnąłem za nimi drzwi. Shikamaru spojrzał na mnie jak na wariata.
-Nawet nie mam odwagi zapytać, do czego zmierzasz - powiedział, a Ban parsknął śmiechem i opadł na kanapę, ocierając łzy z oczu.
- I dobrze, nie pytaj – powiedziałem. – Chciałem tylko, żebyś przy tym był i wiedział, o co chodzi. Możesz iść zająć się egzaminem, a wieczorem, jak dzieciaki wrócą, wszystko się wyjaśni. A ty, Ban, skocz mi po Sharonę i jej ludzi. Oni też są w to zamieszani.
- Tak jest! – zawoła Ban i wypadł z gabinetu, a za nim, powolnym krokiem, wyszedł i Shikamaru. Zabrałem się za papiery zaległe ze wczoraj.
Jakiś czas potem wpadł do mnie oddział ANBU. Ponieważ nie miałem zamiaru marnować czasu, bez żadnego wstępu opowiedziałem im o misji dzieciaków. Gdy skończyłem, Makoto i Kaoru leżeli na kanapie rycząc ze śmiechu, a obejmowali się przy tym tak, jakby się bali, że jak się puszczą, to coś im się stanie. Toei po prostu stał i patrzył na mnie z niedowierzaniem, a Sharona, która była najbliżej mnie, nie wiedziała, czy ma się zrobić blada, czy czerwona ze złości.
- Czy pan oszalał?! – wydarła się w końcu, czerwieniejąc. – Przecież jak ojciec się dowie, że mój brat lata po wiosce i podrywa jakiegoś kolesia to… to…
Makoto i Kaoru ryknęli jeszcze głośniej. Sharona rzuciła im wściekłe spojrzenie, ale ją zignorowali. Przewróciłem oczami.
- Sharono, o niczym się nie dowie, Shan nie narobi sobie obciachu. Zamieni się pewnie w dziewczynę… no muszę znać odpowiedź każdego z tych dzieciaków.
- Mówi pan tak, jakby nie znał pan tego czubka! Przecież on zrobi z tego cyrk na całą Konohę! To dla niego świetna zabawa, a jemu przecież nawet trochę nie zależy na opinii innych! Powiedziałabym nawet, że to zadanie mu pasuje! Wie pan, jak on się zachowuje! Ojciec się wścieknie!
- Wcale się nie wścieknie…- zacząłem. Przerwała mi.
- Dobrze pan wie, jak będzie! Ojciec przez wygłupy Shana niedługo osiwieje!
- To on nie jest jeszcze siwy? - zapytałem uprzejmie. Nabrała powietrza w usta i oburzona na chwilę straciła mowę. A potem się zaczęło…
- ZWARIOWAŁ PAN DO RESZTY?! WIE PAN DOKŁADNIE, JAK OJCIEC NIE LUBI PLOTEK! WŚCIEKNIE SIĘ JAK NIC! A SHAN WCALE NIE ZACHOWA SIĘ ROZSĄDNIE, ZROBI WSZYSTKO, BY JAK NAJWIĘCEJ LUDZI MIAŁO UBAW Z JEGO MISJI! A JESZCZE JAK PANA CÓRKA JEST W TO ZAMIESZANA, TO JUŻ CAŁKIEM! ON I MEI SĄ JAK ARMAGEDON, CO PANU W OGÓLE STRZELIŁO DO GŁOWY?!
- Sharono…- zacząłem ostrożnie, ale nie dała mi dojść do głosu.
- ODWOŁA PAN TO, ZANIM MÓJ NIESZCZĘSNY BRAT ZROBI COŚ, PO CZYM RODZICE JUŻ ZUPEŁNIE UZNAJĄ GO ZA CZUBKA! Z TEGO NA PEWNO WYNIKNIE JAKAŚ AFERA!
- Sharono, uspokój się, bo będę musiał cię wyrzucić! – krzyknąłem, a dziewczyna zamilkła. Odetchnąłem, ale wcale nie w ciszy, bo Makoto i Kaoru śmiali się teraz tak, że łzy ciekły im ciurkiem z oczu - Nikt nikogo nie uzna za czubka. Dostał taką misję i ją wykona. To naprawdę bardzo ważne. I nie będzie z tego żadnej afery!
- No zobaczymy! – powiedziała z rozpaczą. – Jak się ojciec dowie… Nie, on nie może się dowiedzieć! Co panu w ogóle…? - chyba zabrakło jej słów.
Osunęła się na zielony dywanik przed moim biurkiem. Wstałem z fotela i wychyliłem się, by na nią spojrzeć.
- Sharona?
- Ojciec się wścieknie… matka załamie… ja zwariuję… tylko Shan wyjdzie dobrze na tym wszystkim…- mruczała, skubiąc palcami skraj dywanika.
- Przecież dopiero co powiedziałaś, że to czubek – zauważyłem rozsądnie.
- No niby tak… - przyznała.
- Więc wstań z podłogi i nie zachowuj się jak wariatka. Wszystko będzie dobrze, to wcale nie będzie wyglądać tak źle, jak zabrzmiało. Wstawaj z podłogi, musisz iść ze mną do Mayi.
- A po co do niej, to mało nam dzisiaj kłopotów? – zapytała.
- Muszę z nią pogadać. Chłopaki, wy przestańcie rżeć jak nienakarmione konie, tylko zróbcie coś pożytecznego. Trzeba płot naprawić u Konohamaru – dałem im pierwsze zadanie, jakie przyszło mi do głowy.
- A co się stało z tym płotem? – zapytał Makoto, z trudem powstrzymując się od śmiechu.
- Mój zdolny brat go rozebrał. Z córką mistrza Hokage - wyjaśniła mu Sharona, podnosząc się z podłogi.
-Dobra, dobra, nie ważne co się stało, trzeba naprawić! - zawołałem, machnięciem reki odprawiając męską część tego oddziału za drzwi. Gdy wreszcie wyszli (nadal pokładając się ze śmiechu) zerknąłem na Sharonę.
- No co jest, młoda? – zapytałem, przyglądając jej się uważnie. Usiadła na kanapie i zakryła twarz dłońmi.
- Wszystko mi się wali, mistrzu Hokage – wyznała. – Toei z mną łazi, rodzice się kłócą, Shan coraz bardziej odczynia, treningi mu nie idą, nie mogę używać sharingan no i jeszcze Shimamura…
- Kontaktował się z tobą? – zapytałem.
- Przysłał mi list – szepnęła cicho, jakoś tak dziwnie. Zmarszczyłem nos.
- Czego chciał? – zapytałem surowo. Drgnęła.
- Zaproponował mi, bym opuściła Konohę. Z nim.
- A co ty na to?
- Chyba oszalał! – wybuchła nagle. – Odejść z Konohy?! Nawet jeżeli zaproponowałby mi wszystko, co tylko mogę sobie wymarzyć ja i tak bym nie odeszła! To mój dom! Nie mogę opuścić rodziny! Poza tym… co to byłoby za życie, na wygnaniu i w dodatku z grożącą mi ślepotą?!
- Właśnie…- postanowiłem zmienić temat, bo przeczuwałem, że gadka o Shimamurze jej nie odpowiada i za chwilę pożałuję tego, że o niego wypytuję. A gadka o zdradzie jeszcze bardziej ją wkurzała, Sharona była bowiem trochę przewrażliwiona na punkcie opinii innych ludzi. - A jak idzie Shanowi podczas dni sharingan? Naprawdę jest źle?
- No niby źle nie jest…- mruknęła, wstała i wyjrzała przez okno na wioskę. - Ale nie dość dobrze. Shan na treningach bardzo się poświęca, trenuje z całych sił, często po takim treningu potrzebna jest interwencja mamy, rozumie, jakie to jest ważne… ale on nie ma do tego serca. Co innego chcieć, a co innego musieć. Ja czuję, że on jest nieszczęśliwy, będąc shinobi.
- Wiem. Shan nie wybrałby tej drogi, gdyby nie musiał. Do Sasuke to jednak nie dociera. No i chłopak musi cię dogonić.
- Tak. Czasem myślę, że on mnie za to nienawidzi - mruknęła.
- To już nieprawda – zauważyłem. O nienawiści w ich klanie można było powiedzieć wiele, ale w przypadku Shana wszystko to nadawało się do kosza. Był białą owcą w rodzinie czarnych owiec. Uchiha o prawdziwej Woli Ognia. - Shan nie jest zdolny do nienawiści. Nie ma w nim nawet grama tego uczucia. Nie hamujcie go. Niech zawsze będzie sobą. Pogadałbym z Sasuke, ale obawiam się, że skończyłoby się to w szpitalu.
- Taaak… Ojciec też bywa uparty – westchnęła i pomasowała dłońmi swoje skronie. - Chodźmy już do tej małej. Tata tam jest, ma dziś dyżur przy jej drzwiach.
Wyszliśmy na dwór i ruszyliśmy w stronę mojego starego mieszkania. Sharona nie odzywała się, wpatrzona w krajobraz przed nami. Szliśmy właśnie wąską alejką między drzewami, gdy Uchiha nagle się zatrzymała. Spojrzała na jedno z drzew, które właśnie mijaliśmy. Ja również przystanąłem. Przyjrzałem jej się uważnie, bo coś w jej spojrzeniu mnie zaniepokoiło. Sharona zaczęła mówić:
- Kiedyś na tym drzewie siedział sensei Kakashi i czytał. Ja, Daisuke i Shimamura chcieliśmy go złapać, związać i zdjąć mu maskę, żeby zobaczyć jego twarz, ale oczywiście to on nas związał. Siedzieliśmy tam całą noc, i wtedy Daisuke powiedział, że to żadna kara, a wręcz frajda, bo jest z przyjaciółmi i żadne więzy mu już nie przeszkadzają. Shimamura zaśmiał się i powiedział, że póki razem będziemy dzielić każde cierpienie, nic nie będzie dla nas straszne. Dwa lata później odszedł.
Nie miałem pojęcia, co mógłbym jej na to odpowiedzieć. Sharona wpatrywała się w drzewo zmrużonymi oczami. Chyba usilnie starała się nie płakać. Zbliżyła się do kasztanowca i dotknęła dłonią jego chropowatej kory. Spojrzała w górę, na gałąź, na której kiedyś siedział Kakashi.
- Obaj odeszli…- szepnęła. Zbliżyłem się do niej i położyłem jej dłoń na ramieniu.
- Daisuke na zawsze już będzie w twoim sercu, a wspomnienie o nim na zawsze pozostanie w twojej pamięci. A Shimamura… ja go znam, Sharono, i wiem, że teraz już będzie tylko lepiej. On kiedyś wróci, jak twój ojciec.
- Przyjąłby go pan? – spytała szeptem.
- Tak – powiedziałem bez wahania. Spojrzała na mnie swoimi czarnymi oczkami pełnymi nadziei. Wiedziałem, jak bardzo musiało jej brakować przyjaciół. Najpierw jeden odszedł, bo wolał pieniądze, a potem drugi zginął, zabity przez Maykę. W dodatku tego drugiego kochała. Wiedziałem, jak ciężko jej było potem. Jak trudno jej było pogodzić się z losem. Wiedziałem, że nie potrafiła się pozbierać i nadal do końca jej się nie udało.
- A kiedy wróci Kakashi-sensei? Chciałabym mu powiedzieć, że się widziałam z Shimamurą.
- Kakashi… nie martw się. O Kakashiego się nie martw, zdążysz mu wszystko opowiedzieć – przyrzekłem jej. – Chodźmy już do Mayki, bo coś przeczuwam, że skoro jest tam twój ojciec, to zastaniemy tam co najmniej piekło.
Jednak pomyliłem się. Gdy wraz z Sharoną weszliśmy na piętro Mayi, przy drzwiach zastaliśmy siedzącego na podłodze członka ANBU, czytającego jakąś książkę. Gdy chłopak mnie spostrzegł, zerwał się na nogi jak oparzony. Zaśmiałem się i gestem pokazałem mu, że może sobie siedzieć ile chce, oby miał oczy i uszy otwarte. Zapukałem do drzwi mieszkanka i po chwili otworzył mi je Sasuke.
- O! – zdziwił się na nasz widok.
- Cześć – powitałem go i weszliśmy do mieszkanka. Ale miałem fart. Skoro Sasuke zaszył się u Mayki, to była nadzieja, że nie dowie się, że jego syn lata po wiosce i podrywa jakiegoś chłopaka z Wioski Słońca. Rozejrzałem się po mieszkanku. Mayę dostrzegłem siedzącą przy stole w kuchni, tyłem do mnie. Wcinała coś. – Widzę, że się zaprzyjaźniliście?
- Zaprzyjaźniliśmy?! – zawołała Maya, odwracając się do mnie przodem. Wszyscy ruszyliśmy w jej stronę i po chwili byliśmy już w kuchni. – Wlazł tu i twierdzi, że będzie siedział aby w razie co „dać mi po głowie”! Zastraszał mnie! – oburzyła się.
- Nie martw się, on tak okazuje uczucia – powiedziałem do Mayki. Sharona zachichotała, za to Sasuke poczerwieniał ze złości.
- Ktoś musi cię pilnować, dziecko! – wydarł się. Przestraszyłem się, że za chwilę mała się wkurzy i zrobi się gorąco, ale nic takiego się nie stało.
- Nie mam zamiaru z panem gadać – powiedziała Maya i odwróciła się w stronę talerza. Wróciła do wcinania ramen. Oddział ANBU który jej pilnował regularnie dbał, by miała co jeść.
- Świetnie - powiedział Sasuke i wyszedł z kuchni. Przewróciłem oczami.
- Mayu, musimy porozmawiać – powiedziałem do dziewczynki i usiadłem naprzeciw niej, przy stole. Sharona zajrzała do lodówki, wygrzebała sobie coś do jedzenia i stanęła przy oknie, opierając się o parapet.
- Czego pan znowu chce? – zapytała Mayka, przerywając jedzenie. Zdziwiła mnie ta wrogość.
- Co ci jest?
- A jak pan myśli?! Siedzę tu zamknięta! Mam już dosyć tego mieszkania! Jest zupełnie tak samo, jak w bunkrze! - zawołała rozzłoszczona. Wyciągnąłem rękę, by ująć jej dłoń, ale gdy tylko jej dotknąłem, krzyknąłem i cofnąłem rękę. Była gorąca jak rozgrzany piec.
- Cholera! – zakląłem, patrząc na swoje poparzone palce.
- Było nie dotykać – powiedziała mściwie. Spojrzałam w jej oczy, a właściwie w jedno oko, te normalne, bo swoją szkaradną część twarzy zasłoniła białą opaską. Nie dostrzegłem współczucia w jej spojrzeniu. Przestraszyłem się.
- Jeżeli obiecam ci, że zabiorę cię dziś z tego mieszkania, to porozmawiasz ze mną, nie robiąc mi krzywdy?- zapytałem ostrożnie. Przyjrzała mi się podejrzliwie.
- A będę mogła chodzić po wiosce? - zapytała. Zastanowiłem się.
- Z ochroną. Zawsze będzie towarzyszyć ci jedna osoba. Jeżeli coś komuś zrobisz, wydam rozkaz, by cię zabito.
- Doskonale – powiedziała sarkastycznie. – Nie mam wyjścia, co? Rozczaruję pana, Naruto-san, i się zgodzę. O czym pan chce ze mną rozmawiać?
- O tamtym dniu, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Chcę wiedzieć, co dokładnie sobie pomyślałaś, kiedy po raz pierwszy spojrzałaś mi w oczy? To bardzo ważne, zastanów się, proszę.
Maya przyjrzała mi się uważnie, a potem spojrzała w sufit, przypominając sobie tamtą straszną chwilę. Ja również wróciłem do niej wspomnieniami. Ten moment, kiedy mała podniosła głowę i nasze oczy się spotkały. To wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że ona jest piękna. Że to nie potwór, a skrzywdzone dziecko. Nieszczęśliwa, zagubiona, okaleczona dziewczynka.
Maya spojrzała na mnie wreszcie. Zarumieniła się.
- Pomyślałam…- wyszeptała cichutko. – Pomyślałam, że pan… że ma pan ładne oczy – wyznała, czerwieniejąc jeszcze bardziej. – Myślałam… myślałam, że będą czerwone, gdy w nie spojrzę.
- Dlaczego tak pomyślałaś? – zapytałem. Zerknęła na mnie spłoszona i zaraz odwróciła wzrok.
- Nigdy pan nie zapytał, co widzę swoim Szalonym Okiem. Dlaczego? – odpowiedziała pytaniem.
Zawahałem się. Nie pytałem o to, bo myślałem, że to pytanie ją rozzłości. Nie chciałem poruszać drażliwych tematów, by mała nie sfajczyła wioski. Wolałem unikać rozmowy o jej twarzy, bojąc się jej reakcji. Dlatego teraz zdumiałem się strasznie i obejrzałem na Sharonę. Córka Uchihy skinęła mi głową zachęcająco. Nie potrzebowałem zachęty. Chciałem raczej poprosić ją, by wyszła, dla jej własnego bezpieczeństwa. Ale nie poprosiłem.
- Więc… co widzisz tym okiem? – zapytałem cicho Mayę.
- Widzę ludzi jako jasne sylwetki różnego koloru, w zależności od duszy człowieka - szepnęła. – Niedawno do tego doszłam. Widzę też wyjątkowe zdolności każdego shinobi… Widzę pana demona, widzę sharingan Sharony, wygląda to tak, jakby jej oczy jarzyły cię jak dwa czerwone rubiny… widziałam pana dzieci, połączone złotą nitką ich wspólnych świadomości… widzę wewnętrzne światło Junichiego…
- Wewnętrzne światło Junichiego…? – powtórzyłem za nią jak echo. Przytaknęła ochoczo.
- Tak… Junichi jest bardzo niezwykły.
Znowu obejrzałem się na Sharonę. Dziewczyna wcinała wygrzebaną z lodówki marchewkę. Nie wyglądała na zdziwioną, tylko raczej na zaciekawioną. Wpatrywała się w Maykę czerwonymi oczami, marszcząc lekko czoło.
- Sharono, miałaś nie używać sharingan - przypomniałem jej. Skinęła głową i jej oczy na powrót zrobiły się czarne. Zwróciłem się do Mayi.
- Dobrze, pomyślałaś, że mam ładne oczy, tak? – upewniłem się. Skinęła głową. – Pomyślałaś dokładnie: „On ma ładne oczy”, tak? Zastanów się.
- Pomyślałam dokładnie…- zaczerwieniła się. – „On ma najładniejsze oczy jakie widziałam, ładniejsze od…”, czy to naprawdę takie ważne, co dokładnie sobie myślałam?
- Tak, do teraz nasuwa się pytanie, od kogo Lord Hokage ma ładniejsze oczy? - wtrąciła się Sharona, wymachując marchewką.
- Eeee… nie wiem – szepnęła Mayka, mrugając.
- Czyżby ładniejsze od Hiroetsu? – odezwałem się do Sharony, zerkając na nią jednym okiem. - Bo jeżeli tak, to zgadzałoby się to z moją teorią dotyczącą tych czarnych żyłek.
- A co to za teoria?
- Dowiesz się wieczorem, Sharono. W każdym razie po tej myśli po twoim ciele zaczęły się rozchodzić czarne żyłki, tak, Mayu?
- Tak. Aaa… a kim jest ten Hiroetsu? I w ogóle nie rozumiem, czym są te czarne żyłki? A już na pewno nie wiem, o co panu chodzi – powiedziała zła.
Westchnąłem. Co ona musiała czuć, mając absolutną pustkę w głowie, pamiętając tylko te kilka ostatnich dni?
- Mayu, nie znam odpowiedzi na te pytania.
No bo co miałem jej powiedzieć? Że Hiroetsu to drań, którego śledzę od dwóch lat, a moje śledztwo nie przynosi żadnych widocznych efektów? Że te czarne żyłki, to prawdopodobnie jakaś trucizna, a ona padła ofiarą jutsu, za pomocą którego Hiroetsu steruje czarnym, niszczycielskim kwasem w jej ciele? Że podejrzewam, że wystarczy jedna myśl, by ten przeklęty kwas kogoś zabił, nie pozostawiając żadnych śladów? Już lepiej było trzymać Mayę w niewiedzy.
Wstałem od stołu.
- Chodź, mała, przejdziemy się – zarządziłem.


w następnym rozdziale:

"...Shan uśmiechnął się do mnie.
- Pan się nie przejmuje…- mruknął. – Ja sobie poradzę.
- Ale… Jeżeli tylko coś będzie nie tak… powiesz mi, prawda? – zapytałem.
- Jasne - przyrzekł, odwrócił się i odszedł, ścierając krew z podbródka..."

2 komentarze:

  1. Złość Sharony, śmiechy ANBU bezcenne xd
    Kurcze ta misja HAHAHA.... nie no kurcze jak Naruto mógł wpaść na coś takiego i jeszcze właczać w to własne dzieci! ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej,
    och już sobie wyobrażam reakcje Sasuke jak się dowie co jego syn wyrabia, ech czemu była teraz tak bardzo wrogo nastawiona do Naruto...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń